To wszystko przez ciebieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
To wszystko przez ciebie
To wszystko przez ciebie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,15  45,72 
To wszystko przez ciebie
Audio
To wszystko przez ciebie
Audiobook
Czyta Mirella Rogoza-Biel
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11.

Przyzwyczajona do punktualności właśnie zapalałam na stole świeczkę, będącą ostatnim akordem przygotowań do spotkania z Wieśką, kiedy ze ściennego zegara wyskoczyła kukułka, obwieszczając siódmą. Na stole, przykrytym najlepszą haftowaną serwetą mamy, wydzierganą przez ciocię Zosię haftem richelieu (udało mi się ją znaleźć po dłuższym kopaniu w kartonach), postawiłam nieco zdekompletowaną, ale dla nas dwóch w zupełności wystarczającą zastawę z Włocławka, nieodmiennie kojarzącą mi się z domem. Swojski klimat biało-niebieskich talerzyków, filiżanek i podstawek, stare, zdobyte na pchlich targach rżnięte kryształowe kieliszki do wina i domowej nalewki wywoływały wspomnienia. A obiecałam sobie, że wezmę się w garść! I tak się brałam, że podświadomie miałam ochotę postawić jeszcze dwa nakrycia, dla rodziców. Dlaczego nigdy nie przychodziło mi do głowy, by ugościć ich przy stole w moim warszawskim mieszkaniu, gdzie proszone kolacje jadało się na Villeroy & Bochu, zastawie niezwykle gustownej i kosztownej, którą musiałam mieć. Z bardzo prostej przyczyny – podobała mi się. Cena nie grała roli.

– Kochani, zapraszam was na kolację do restauracji – powiedziałam raz czy drugi podczas ich wizyty w Warszawie. Formuła okazała się bardzo wygodna i miała się dobrze przez całe lata.

– Nie będziesz chyba u mnie gotować! Jesteście moimi gośćmi. – Nie pozwalałam mamie męczyć się w sterylnej kuchni, podświadomie czując, że mogę się skompromitować nieznajomością zawartości własnych szafek i szuflad. Teraz, kiedy od niemal dwóch lat gospodarujemy z Klarą samodzielnie, wiem już, gdzie jest skrobaczka do marchwi czy praska do czosnku, ale wówczas? Potrafiłam obsłużyć mikrofalę, zmywarkę, przyrządzić sok z pomarańczy, zrobić lód…

– Wcale nie jestem za chuda! – tłumaczyłam, najpierw spokojnie, potem ze zniecierpliwieniem, gdy mimo moich próśb, sugestii, a w końcu zakazów mama decydowała się jednak ugotować garnek zupy grochowej lub przyrządzić coś domowego. Mimo że sama nie należała do osób otyłych i w lokalnym zbiczeńskim światku miała ksywkę „mała pani Tereska” (w odróżnieniu od Teresy potężnej, właścicielki sklepu rybnego), każde nasze spotkanie musiało się rozpocząć lub zakończyć dyskusją na temat mojej tuszy i kondycji. „Dziecko, jak ty wyglądasz?”, „Ty się jeszcze doprowadzisz…!”, „Za dużo pracujesz, za mało jesz”, „Żywisz się w tych lokalach, zobaczysz, czym to się skończy!”, „Musisz nauczyć się gotować, przecież gdy będziesz miała męża, dzieci…”. W tym momencie przypominałam sobie, że córkę już mam, a posiadanie męża chyba nie wymaga umiejętności kulinarnych. Podobno najlepszymi kucharzami są w końcu mężczyźni… A zresztą, nie po to pracuję, zarabiam i jestem nie najgorszą laską, żeby facet brał mnie wyłącznie z powodu smykałki do wałka. Nie potrafiłam zrozumieć argumentacji mamy, tym bardziej że tata nigdy nie był wymagający. Chwalił wszystko, co jego Tereska postawiła na stole.

– Już idę, Wiesiu! – Wspomnienia przerwało pukanie do drzwi.

Pobiegłam otworzyć, ale za progiem nie było nikogo. Wraz z ciemnością spowijającą ogród do przedpokoju wdarło się przejmujące zimno. Przejęta nagłym dreszczem postanowiłam szybko zatrzasnąć drzwi przed nosem czającego się intruza, ale zauważyłam leżącą na wycieraczce kopertę.

– Idę, idę… Przepraszam za małe spóźnienie. – Dobiegający od furtki głos Wieśki podziałał jak kubeł wody na rozniecony pożar niepokoju.

Sięgnęłam po kopertę i odłożyłam ją na stolik.

– Co się dzieje? Coś taka przestraszona?

Wieśce wydawało się, że czatowałam na nią przy drzwiach ze strachu.

– No wiesz… Jakoś mi tak nieswojo. I jeszcze ten wiatr.

– Nie jesteś przyzwyczajona. Nie dziwię ci się, ja też nie lubię, kiedy Zenek wyjeżdża do rodziców na dzień czy dwa. Jaki piękny stół! Jak u pani Tereski! – zainteresowała się stylizacją. – I tyle wszystkiego! Kto to zje?

– Wieśka, nie przesadzaj! To tylko kilka sałatek i pusty półmisek na twoje pierogi.

– Już daję. – Sięgnęła do torby. – Podgrzej na boczku, z odrobiną smalcu.

– Ale ja nie mam… – Nie pamiętałam, kiedy kupowałam boczek. Nie mówiąc o smalcu.

– Dawaj, ja to zrobię. – Wieśka skierowała się do kuchni. – Wszystko przyniosłam.

Okazało się, że smalec na patelni bardzo ładnie pachnie, a skwarki wprost bosko! Poczułam niemiłosierny głód, który nie pojawiał się nigdy ani przy gotowaniu brokułów, ani przy krojeniu pomidorów i mozarelli. Z niechęcią spojrzałam na własnoręcznie przygotowany seler naciowy, wymieszany z kapustą włoską i jabłkiem. A tak się starałam, skrapiałam sokiem z cytryny, polewałam najlepszą oliwą, jaką udało mi się kupić w Brodnicy. Fakt pozostawał faktem: seler śmierdział selerem, a pierogi pachniały boczkiem!

– Może zanim spróbujemy tego twojego specjału, dasz się namówić na nalewkę taty? – zanęciłam kieliszkiem płynu o herbacianej barwie.

– Doskonała! – Wieśka wychyliła do dna i z lubością oblizała usta.

– Bardzo dobra. – Poszłam w jej ślady, zarzucając manierę smakowania trunku niczym napoju z boskiego źródła rozkoszy. Nagle to całe próbowanie, to mlaskanie, siorbanie, raczenie się, delektowanie, kosztowanie (chociaż zawsze chodzi tylko o jedno – o zabawę „w dobrym tonie”) przestało mieć jakikolwiek sens.

– Wieśka, jeszcze po jednym? – Nabrałam ochoty na kolejny kieliszek.

– Czemu nie? – Zamieszała pierogi na patelni. – Dochodzą – stwierdziła, wyłączając kuchenkę.

– Co dochodzi?

– No, pierogi. Julka, widzę, że… – zawiesiła głos. – Chodźmy już lepiej do pokoju. I weź tę swoją nalewkę.

Tata czuwał nad nami z zaświatów. Obżarłam się jak dzikie zwierzę, zrozumiałam, że pierogi dochodzą wtedy, kiedy są niemal gotowe, a obecność Wieśki jest najlepszą rzeczą, jaka mogła mi się przydarzyć w tej chwili. Przy kolejnych porcjach nalewki opowiedziałam jej chyba całe swoje życie po wyjeździe ze Zbiczna, a ona streściła mi swoje. Ja nie mogłam doliczyć się swoich facetów, ona gadała wyłącznie o Zenku. Dobry nastrój i wywołany alkoholem luz pomagał mi w przypominaniu sobie różnych śmiesznych chwil z przeszłości i przywołaniu ich kolorytu w pełnej gamie barw.

– Pamiętasz, jak gruba (chodziło o naszą fizycę) wyrzuciła nas z klasy za ściąganie? – zapytała Wieśka.

Jak mogłam nie pamiętać?

– Siedziałyśmy w ostatniej ławce, a za nami była szafa z szybą. – Stanął mi przed oczami tamten obrazek. – I ta wariatka zobaczyła ściągi w piórnikach, które odbijały się w tym cholernym szkle! Ty, jaki ja miałam w chałupie dym! Myślałam, że mama mnie zabije tym swoim milczeniem i dąsami. Czułam się dużo gorzej niż wtedy, gdy na wycieczce oddaliliśmy się z Markiem od reszty klasy. Kiedy chciano nam obniżyć sprawowanie!

– A mnie nawet obniżyli, Julka! Bo, cholera, w piątej klasie na klasowym spacerku zerwałam sobie kilka kwiatków pod ochroną. Dasz wiarę?

Faktycznie, zerwanie kilku chronionych kwiatków nie powinno być powodem do obniżania stopnia z zachowania. Ja miałam na swoim koncie znacznie gorsze przewinienie, o którym nie wiedziała nawet Wieśka, moja najbliższa w owym czasie koleżanka.

A może jej powiedzieć? – korcił nieznany mól, wgryzający się w mój wypierany przez wiele lat umysł. A może lepiej nie?

– Julka…? – Wieśka, jakby domyślając się moich myśli, zaczęła niebezpieczny temat. – Co u Klary?

– W porządku. – Na razie postanowiłam się nie zwierzać. – Za rok matura, wybiera się na ASP. A teraz… Sama wiesz.

– No tak. Była bardzo związana z rodzicami.

– Właśnie.

Postanowiłam dolać po kieliszku.

– Radzimy sobie.

– Naprawdę?

Wieśka zaczęła mnie irytować. Do czego prowadziły te pytania? Czułam, że znów wracam do swojej grubej, nieprzepuszczalnej skóry.

– Julka, ja wiem…

– O co ci chodzi?

Nie chciałam tego usłyszeć.

– Wiem, Julka, że Klara jest twoją córką.

Miałam ochotę wstać i wyjść. Nie, raczej wstać i poprosić, żeby wyszła Wieśka. Ja, niegdyś zasmarkana nastoletnia puszczalska, a obecnie trzydziestokilkuletnia bizneswoman z Warszawy, która zbudowała życie na oszustwie, dowiaduję się, że była nie tylko niedobrą córką i fatalną matką, ale i nielojalną przyjaciółką. Rzecz wypłynęła jak przysłowiowa oliwa. Nie byłam w stanie wydusić słowa. Łzy znów zapanowały nad zdrowym rozsądkiem, który nie zdołał ich powstrzymać. Zaczęłam płakać, wbrew sobie, zła na Wieśkę, że patrzy.

– Przepraszam cię, ale chyba musisz wyjść… – powiedziałam, co czułam.

– Nie, Julka. Uspokój się. – Próbowała mnie wtulić w swoje miękkie ciało. – Pogadajmy.

– Daj mi spokój! – Wyrywałam się. Już nie płakałam, a szlochałam rozpaczliwie.

– Jeżeli nie chcesz o tym mówić… – Wieśka nie ustawała w próbach ukojenia moich drgawek.

– Od kiedy wiesz? – Spojrzałam jej w oczy.

– Niemal od początku… Ale to nic złego, uspokój się. – Powstrzymała kolejną próbę wyrwania się z jej objęć. – Różne rzeczy się dzieją, takie jest życie. Nie denerwuj się. Nikt się nie dowie.

Co to znaczy, że nikt się nie dowie? Do jasnej choinki, przecież ja chcę, żeby wszyscy się dowiedzieli! A przede wszystkim Klara. Tylko jak to zrobić?

– Wieśka, dziękuję ci za to, co powiedziałaś. I przepraszam, ale chcę zostać sama.

– Teraz nie możesz. Jeszcze naleweczki? – Szukała pretekstu, żeby zostać.

– Nie. Wieśka, naprawdę potrzebuję samotności. Przepraszam, odezwę się. Nie zapomnij wziąć nalewki dla Zenka.

Zamknęłam za nią drzwi. Jak mogłam być aż tak naiwna, żeby ukrywać ciążę przed najlepszą przyjaciółką? Jak mogłam jej o tym nie powiedzieć? Kompletna idiotka! Żeby się uspokoić, dołożyłam drew do kominka, który teraz ogrzewał salon równomiernym, stałym ogniem. Przekręciłam klucz w zamku i zabrałam ze stolika w przedpokoju list, który jakiś duch podrzucił mi tuż przed przyjściem Wieśki. Zabrałam go bez specjalnego zainteresowania – pewnie jakiś podatek przyniesiony przez pracownika gminy. Usadziwszy się wygodnie w fotelu, rozerwałam kopertę.

 

Zauważyłam znajome pismo, które przywędrowało do mnie z zaświatów.

To było pismo Leona.

12.

Opary nalewki natychmiast wywietrzały mi z głowy. Ciekawość poznania treści przeważyła jednak nad obawą. Spojrzałam na poszarzały papier. Spróbowałam opanować emocje i zaparzyłam sobie mocną kawę, przez pomyłkę zabielając ją śmietanką. Przecież piję białą tylko rano i zazwyczaj nie zalewam nią podstawki! – przypomniałam sobie. Nerwy sprawiły, że ledwie doniosłam filiżankę do pokoju. Na dworze zacinał deszcz, a przemoczone gałęzie lipy tańczyły za oknami, niemal dotykając szyb. Zaciągnęłam zasłony i odgrodziłam się od kwietniowej, ponurej nocy. Sprawdziwszy raz jeszcze, czy dobrze zamknęłam drzwi, zabrałam się za czytanie. Już na wstępie przekonałam się, że list nie był skierowany do mnie.

Szanowni Państwo!

Bardzo dziękuję za tę niezwykłą informację! Ba, powinienem chyba napisać: wspaniałą wiadomość. Jestem zaskoczony i wzruszony. Przepełnia mnie niespotykana radość i nadzieja na to, co teraz może się wydarzyć. Proszę mi wierzyć, że nie znajduję słów, chociaż powinienem – choćby jako pisarz – umieć złożyć kilka zdań. Nagle mi ich zabrakło… Bardzo się cieszę z narodzin Klary, mojej córki. Nie wyobrażałem sobie, że mogą przynieść tyle emocji i radości. Jestem wszystkiego ciekaw i dziękuję za to, czego już, dzięki Państwa listowi, dowiedziałem się dotychczas. Cieszę się, że mała jest już w domu i – mimo że wcześniak – dała sobie radę i jest zdrowa. Julia wybrała jej piękne imię. A zresztą, jakiekolwiek by było, i tak by mi się podobało. Jeszcze raz dziękuję Państwu za list.

Łączę wyrazy szacunku.

Leon

Pod tekstem widniała data. Sierpień 1994 roku.

O co tu chodzi? Skąd wiedział? Czyżby rodzice napisali, powiadamiając Leona o narodzinach Klary? Mojego Leona, który nie kontaktował się ze mną od swojego ostatniego pobytu w Zbicznie? Natychmiast przypomniał mi się sylwester poprzedniego roku, na który wyrwałam się spod skrzydeł rodziców, załatwiając sobie alibi u Wieśki.

– Będę u ciebie, robisz imprezę, okej? – klarowałam przyjaciółce, choć próbowała się bronić. – Będzie parę osób. Przecież wiesz, że gdyby starzy się dowiedzieli, że spotykam się z Leonem…

– No, nie wiem… A jak sprawdzą? – Miała wątpliwości.

– Jak: sprawdzą? Przyjdą do nas? Nie przyjdą, mają zaufanie.

– No właśnie. W tym rzecz.

– W czym? – Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie chce mi pomóc.

– No w tym, że mają zaufanie. – Chyba była zazdrosna. – Przecież to moi byli nauczyciele…

– Wieśka, nie przesadzaj! – zirytowałam się. – Kocham Leona i to bardzo poważna sprawa. A może ci się nie podoba, że jest starszy ode mnie o osiemnaście lat? I co z tego? Zresztą jak nie chcesz, to wymyślę inne rozwiązanie.

– No dobra – zgodziła się wreszcie. – Gdzie się z nim spotykasz?

Nareszcie zaczynała mądrze gadać.

– Tam gdzie zawsze. Impreza jest u jego kumpla, Staszka, w tym drewnianym domku nad jeziorem. Już ci mówiłam, w tym pięknym! – Rozmarzyłam się. – Jeszcze niecałe dwa lata, osiemnastka i będziemy razem. Ale póki co muszę się ukrywać. Ty nie wiesz, jak to jest mieć rodziców nauczycieli. Przecież oni nigdy nie będą w stanie zrozumieć, że można zakochać się w starszym facecie! A mnie młodsi nie interesują! Krzysiek? Marek? A może Mateusz? Wieśka, daj spokój, to wszystko lipa! A Leon przecież, do diabła, nie jest jakimś dziadkiem, ma trzydzieści cztery lata. No i sama powiedz, jest przystojny?

Nie musiała potwierdzać. Był.

Sylwester u Staszka udał się wyjątkowo. W śniegu, pełni nadziei i miłości, odpalaliśmy kolejne petardy, składając sobie życzenia cudownego nowego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku.

– Kochanie, będę na ciebie czekał… – powiedział Leon, czule głaszcząc mnie po włosach. – A ty?

A ja nie musiałam odpowiadać.

Tej nocy została poczęta Klara. Gdy następnego dnia rozanielona trafiłam do domu, mama zrobiła na obiad grochówkę. Tato, „zmęczony”, ukrył się w swoim pokoju. Zostałyśmy przy stole same.

– Gdzie spędziłaś sylwestra? – Przy drugim daniu mama zdecydowała się zadać pytanie.

– U Wieśki. – Mielony omal nie utkwił mi w gardle.

– A naprawdę? – Mama, nie spuszczając ze mnie wzroku, podniosła do ust surówkę z marchwi.

– Już mówiłam. Byłam u Wieśki.

– Julia, czy ty masz mnie za idiotkę?

Przestraszyłam się spojrzenia mamy.

– Pójdę do siebie. – Wstałam od stołu.

– Nigdzie nie pójdziesz! – krzyknęła. – Zostaniesz i powiesz prawdę! Znowu byłaś z tym swoim gachem?

Znalazłam się na dnie rozpaczy i poniżenia. Poczułam się jak kobieta lekkich obyczajów. Ktoś – pewnie Wieśka – mnie wydał. Pozostało mi stanąć pod murem i zaczekać na serię z karabinu.

– Mamo…

– Byłaś z nim? – Nie pozwoliła dokończyć.

– Skąd wiesz?

Musiałam zapytać. Lojalność Wieśki była w tamtej chwili najważniejsza.

– Ktoś cię widział, jak wsiadałaś do samochodu przy Jeziorance. Ale, ale, to chyba nie ja powinnam się tłumaczyć, a ty. Byłaś z nim? – zapytała powtórnie.

– Byłam.

Nie umiałam się postawić, kłócić, walczyć o swoje. W oczach mamy nie dostrzegłam przyzwolenia na poważną rozmowę o mojej miłości do Leona, o jego miłości do mnie. Ona po prostu chciała, żebym się przyznała do potajemnych spotkań z podstarzałym narcyzem z Warszawy, podrywaczem nieletnich, głupiutkich małolat z prowincji, którym imponuje przybysz z innego świata, artysta, pewnie głupi, próżny i zmanierowany. Ale przecież Leon był zupełnie inny! Kochał mnie. A że nie miałam osiemnastu lat? Jeszcze nie miałam…

– To teraz, moja panno, pójdziesz do swojego pokoju i zastanowisz się, co zrobiłaś! – Mama była nieprzejednana. – Porozmawiamy później.

Poszłam.

Po kilku tygodniach zaczęłam się źle czuć, dokuczały mi mdłości, słabość.

Byłam w ciąży.

A Leon już nigdy się ze mną nie skontaktował.

Zatem skąd to zadowolenie, kiedy się dowiedział, że urodziła się Klara? – myślałam.

Elementy układanki w żaden sposób nie chciały trafić na swoje miejsca.

Ku mojemu zdumieniu w kopercie znalazłam jeszcze jedną kartkę. Tym razem do mnie.

Moja dzielna, kochana Juleńko!

Dzięki Bogu, że nareszcie mogę do Ciebie napisać i mieć nadzieję na odpowiedź. Starałem się z Tobą skontaktować przez ostatnich kilka miesięcy, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów nie chciałaś mi odpowiadać. Czym uraziłem Cię podczas naszego ostatniego spotkania w sylwestra? Wydawało mi się, że rok, za który wznosiliśmy toasty, będzie piękny, a kolejne jeszcze lepsze. Próbowałem się do Ciebie dodzwonić, bez skutku. Zmieniliście numer telefonu? Listy, które pisałem do Ciebie, nie wracały, co chyba oznacza, że je odbierałaś?

Sporo czasu zajęła mi praca nad książką. Może ją czytałaś? Występuje w niej wspaniała dziewczyna, mająca Twoje rysy, charakter, cechy. To Ty. I zagubiony facet, który szukając miejsca na pisanie, jedzie w głuszę, gdzie ni z tego, ni z owego odnajduje miłość. To ja.

Chciałem przyjechać, zasięgałem informacji na Twój temat przez Staszka. Podobno zaczęłaś spotykać się z kolegą z klasy i byłaś z nim szczęśliwa. Taką informację przekazali mu Twoi Rodzice, prosząc, bym zarzucił próby skontaktowania się z Tobą. Pewnie mieli swoje racje.

Juleńko! Nie chcę ich krytykować, ponieważ dzięki listowi od nich właśnie dowiedziałem się, jak wyglądało Twoich kilka ostatnich miesięcy. Ciąża, nauka, rozterki. Rozumiem wszystko, poza jednym: dlaczego mi o niczym nie napisałaś? Chętnie bym przecież uczestniczył, pomagał ci, wspierał. Razem dalibyśmy radę! Nie rozumiem, dlaczego mnie odrzuciłaś, czym sobie na to zasłużyłem, ale mam nadzieję, że sobie to wyjaśnimy przy najbliższej okazji. Może uda mi się odzyskać Twoje uczucie, bo moje trwa niezmiennie. Cokolwiek teraz do mnie czujesz, możesz być pewna, że bardzo się cieszę z narodzin naszej córeczki i zawsze już będę dla Was obu, w każdy sposób. Możesz na mnie liczyć, tylko skontaktuj się ze mną, proszę. To, co się wydarzyło, nie jest (biorąc nawet pod uwagę Twój wiek) wstydem ani dopustem bożym. Jest naszym szczęściem.

Juluś! Czekam na list lub telefon. Namiary pozostają bez zmian.

Kocham i Ciebie, i Klarcię, chociaż jeszcze jej nie widziałem…

Leon

Kawa w filiżance zdążyła wystygnąć. Puzzle zaczynały nabierać kształtu. Nietrudno było się domyślić, dlaczego listy Leona nie docierały. Ciekawe, czy mama się ich pozbyła, czy odnajdę je w którymś z przepastnych kartonów? A ja tyle do niego pisałam! O miłości, samotności, ciążowych mdłościach.

– Zapomnij o nim – słyszałam od mamy. – Damy sobie radę.

Nie miałam już nawet ochoty na nalewkę. Zapaliłam ostatniego papierosa. Jak mogłam uwierzyć, że Leon mnie porzucił?

Wystukałam na klawiaturze komórki tekst esemesa: Klara, muszę Ci o czymś powiedzieć. To ważne. Śpij dobrze, Kochana.

13.

– Borys? Nareszcie udało mi się do ciebie dodzwonić. – Dopiero piąta próba połączenia okazała się udana. – Byłeś na spotkaniu? Dlaczego nie oddzwoniłeś? Już myślałam, że coś się stało. Jest dwunasta. No wiesz, tutaj tak wolno płynie czas… Mam wrażenie, że powinien być już wieczór.

Borysa wyraźnie zdziwił mój niepokój.

– Co się miało stać? – bagatelizował. – Mamy w firmie audyt i jestem zajęty. Ale teraz możemy pogadać. Wszystko u ciebie w porządku?

Tak. Była u mnie Wieśka, nieznany duch podrzucił mi listy, właśnie dowiedziałam się, że facet, którego kiedyś kochałam, ojciec Klary – bo Klara jest moją córką, Borys, o czym nie wiesz, ale pewnie niedługo się dowiesz – no więc ten facet, Leon, pisarz (pamiętasz, pokazywałam ci kiedyś jego książkę Historia Romea i Julii), nie wiedział, że jestem z nim w ciąży, ponieważ moi rodzice przechwytywali nasze listy. Napisali mu, że urodziłam, ale to wszystko, bo gość nie żyje od osiemnastu lat. A najgorsze, że muszę porozmawiać z Klarą, a nie wiem, jak ona przyjmie wiadomość, że jej szesnastoletnia wówczas matka zaszła w ciążę pewnej pięknej sylwestrowej nocy, a potem zgodziła się na wielką mistyfikację. Oddała córkę swoim rodzicom, pozwalając jej dojść niemal do pełnoletności w przeświadczeniu, że jest jej siostrą. Ale poza tym – wszystko w porządku.

Gdybym mogła to powiedzieć Borysowi, gdyby to było możliwe! Oczami wyobraźni widziałam jego zdziwienie, zaskoczenie. Może obawę. „Jesteś trzeźwa, kochanie?”, brzmiałaby najprawdopodobniej reakcja. „Ostatnio dużo przeszłaś, ale to minie. W sobotę przyjadę z Czarkami i spokojnie pogadamy. A teraz odeśpij, przejdź się na spacer”.

– W porządku. – Zdecydowałam się na najprostszą i najbezpieczniejszą odpowiedź, próbując nadać głosowi naturalne brzmienie. – Odwiedziła mnie koleżanka ze szkoły, pogadałyśmy o tym i tamtym. Widziałeś się z Klarą?

– Taaak. – Trochę zbyt długo zastanawiał się nad odpowiedzią. – Julka, zadzwonię później, mam drugi telefon. Trzymaj się.

Zanim w komórce zapanowała głucha cisza, poprzedzona kilkakrotnym pikaniem zwiastującym koniec połączenia, zdążyłam jeszcze usłyszeć: „Panie prezesie, już są” i głosy osób wchodzących do pomieszczenia. Borys ugrzązł na spotkaniu, przepadł w odmętach negocjacji z klientem, który zapewne ma zamiar zamówić w jego firmie usługę merchandisingową. Jeśli się uda, mój mężczyzna podpisze kolejną intratną umowę z kolejną siecią handlową i niebawem zatrudni watahę ludzi, którzy będą rozstawiać towar na sklepowych półkach, dbać o jego promocję i ekspozycję. A Borys już dopilnuje, by pracownicy wywiązywali się z właściwej realizacji planu i w sobotę opijemy to z Czarkami, czyli wspólnikiem i jego żoną. Trzeba przyznać, że Borys jest bardzo sprawnym właścicielem firmy, doskonale wykształconym, obytym, znającym rynek i bystrym biznesmenem. A te cechy mogą człowieka przyprawić o kompleksy. Podświadomie konkurowałam z nim, kreując własną firmę na lidera rynku, przyznajmy – z roku na rok coraz trudniejszego. Kończąc prawo, nie przypuszczałam, że wyląduję jako właścicielka interesu obsługującego największe korporacje w Polsce, pisząc, wydając i dystrybuując dla ich pracowników i klientów gazety firmowe. Kiedy koledzy po studiach zdawali egzaminy na różnego rodzaju aplikacje, mnie ciągnęło coś innego. Zahaczyłam się w czasopiśmie „Temida”, popełniałam drobne kawałki w tygodniówkach, radząc czytelnikom, jak spisać testament czy nie dać się oszukać deweloperowi. Pełna współczucia dla bitych przez mężów kobiet, mobingowanych pracownic, przejęta problemami rodzin zastępczych, kłopotami z adopcją – doradzałam, chroniłam pokrzywdzonych, wspierałam ich na duchu. Młoda, chętna, zadowolona z życia w stolicy, wdzięczna pracodawcom, że mnie chcą! Swymi namowami, żebym w kolejnym roku przystąpiła do aplikowania – dowolnie, jako przyszły radca, adwokat czy notariusz – rodzice trafiali jak kulą w płot.

 

– Tato, nie patrz na Gośkę – tłumaczyłam rzeczy oczywiste. – Przecież jej rodzice mają kancelarię. Zgadnij, gdzie będzie praktykowała? A mnie kto przyjmie? Masz jakichś kolegów prawników w Warszawie? Wyobrażasz sobie może, że wrócę do Brodnicy? Nigdy!

Rodzice nijak nie potrafili zrozumieć, że ich córka rozmienia się na drobne, wycierając się po kolorowych pismach, zamiast wybrać solidną drogę prowadzącą do prawniczej stabilizacji w jakiejś okrzepłej kancelarii. Bo jeżeli już pauperyzacja, to pożyteczna. Na przykład powrót do Zbiczna i uczenie w szkole albo wsparcie zdobytą wiedzą urzędu miejskiego na stanowisku młodszego asystenta do bardzo ważnych spraw. Wtedy przynajmniej miałabym kontakt z Klarą, która niebawem pójdzie do szkoły. Nie rozumiałam, dlaczego po kilku latach studiów i niezbyt częstych przyjazdów do domu, starań mamy, by przywiązać do siebie Klarę, sytuacja miałaby się radykalnie odmienić. Moje wątpliwości rozwiał tata, którego zapytałam wprost, wyczekawszy na moment, kiedy zostaliśmy sami.

– Tatuś, czy nie uważasz, że powinniśmy Klarze powiedzieć prawdę? Bo mama ciągle mi przypomina o braku kontaktu z małą.

– Dziecko… – Spojrzał znad okularów. – O czym ty mówisz? Mama chciałaby tylko, żebyś była blisko nas. A Klara jest całym jej życiem. Oczywiście, nie licząc ciebie – dodał bez przekonania.

Potwierdził jedynie to, co sama czułam i wiedziałam, i czemu nie miałam zamiaru się przeciwstawiać. Chociaż czasami, gdy przypomniałam sobie Leona, gdy Klara witała „siostrę”, zarzucając mi ręce na szyję… Jakieś drobne kiełki dawno zapomnianej, głęboko zakopanej, nigdy niepielęgnowanej matczynej miłości próbowały się przebić przez skorupę mistyfikacji.

To się kiedyś zmieni, tłumaczyłam sobie. Gdy tylko Klara skończy osiemnaście lat. Tymczasem porzucałam niepokojące myśli i ograniczałam wizyty w domu rodziców, by unikać mało komfortowych sytuacji. Biegałam, szukając tematów do gazet, publikowałam kawałki jeden za drugim, ale kasy za tę działalność ledwie wystarczało na jedną czwartą czynszu w mieszkaniu wynajmowanym na spółkę z trzema kumpelami ze studiów i na skromne wyżywienie w barach szybkiej obsługi. Kiedy Aśka wyprowadziła się do Bartka, Alicja wróciła do rodzinnej Białej Podlaskiej, a Joanna poważnie zaczęła rozważać wyjazd na Zachód, musiałam pomyśleć o przyszłości.

Tomka poznałam na imprezie firmowej w „Kobiecie Nowoczesnej”. Nasza redakcja świętowała właśnie całe dwa lata istnienia, gromadząc w wynajętym klubie wianuszek dziennikarek i kilku szefów. W gronie zadowolonych z rynkowego sukcesu kolegów, chętnie korzystających z obfitości stołu (i kieliszków), dostrzegłam kilka nieznanych mi osób, zapewne wydawców i reklamodawców, z którymi nie stykałam się na co dzień. Nie zdziwiłam się, gdy około północy podszedł do mnie przystojny brunet. Zabawa trwała w najlepsze. Widać szefostwo popuściło cugli i na chwilę pozbyło się węża z kieszeni, opłacając nam wypaśny wieczór.

– Czy mogę panią prosić? – Przystojniak zaprezentował kindersztubę.

– Dlaczego nie?

O tej porze nie miałam nic przeciwko tańcowi choćby z samym Shrekiem.

Kołysaliśmy się, a przystojniak – o dziwo! – nie próbował przytulać mnie ani podrywać, ani nawet patrzeć mi głęboko w oczy. A szkoda, bo moje rozszerzone źrenice przypominały oczy Grety Garbo.

– Czytałem pani teksty. Wiele pani tekstów. Może to nieodpowiednia pora, ale chciałbym pani coś zaproponować.

Wydawało mi się, że wytrzeźwiałam niemal natychmiast.

– Chyba nie ten o cellulicie? – zachichotałam.

Nieznajomy zignorował moje wygłupy.

– Mam firmę. Custom Publishing. Przygotowujemy magazyny firmowe i potrzebujemy dziennikarzy – kontynuował niezrażony. – Stała praca, stały dochód, liczy się dyspozycyjność, rzetelność i dobre relacje z ludźmi. Jeżeli byłaby pani zainteresowana…

Oprzytomniałam w jednej chwili. Człowieku, to jest to, czego mi właśnie brakuje! Kasa! Etat, opłacony czynsz. Żyję i jeszcze pożyję w Warszawie!

– Zgadzam się. Kiedy możemy umówić się na rozmowę?

Przestraszyłam się własnych słów. Gadałam jak bezrobotna pod Pałacem Kultury.

– Zapraszam na jutro. Oto moja wizytówka. – Chyba go rozśmieszyłam, bo podając ją, lekko się uśmiechnął. – Może być o dziewiątej?

Byłam za dziesięć. Wykąpana, z włosami upiętymi w węzełek, skromna, profesjonalna. I zostałam przez dwa lata. Do mojego szefa, właściciela, Tomka wprowadziłam się po miesiącu. Zajmował przepiękny dom na Żoliborzu, schedę po dziadku, przedwojennym pułkowniku. Po kilku miesiącach pisania i redagowania awansowałam w firmie na nieformalnego partnera, a po dwóch latach Tomek wybrał życie podróżnika i fotografa, opuszczając żoliborską willę i pozostawiając interes w dobrych rękach. Moich rękach.

– Kochanie, szkoda, że nie chcesz ze mną jechać… – Nie mógł odżałować, że nie mam ochoty na podbijanie Ameryki Południowej czy wmieszanie się w tokijski tłum. – Będę pisał.

Byłabym nieszczera, gdybym powiedziała, że nie przepłakałam kilku nocy po jego wyjeździe. Otarłam jednak łzy przy urządzaniu pierwszego własnego, niewielkiego mieszkanka w całkiem dobrej lokalizacji i zakasywaniu rękawów przed nowym wyzwaniem – samodzielnym prowadzeniem firmy. Oprócz niej po Tomaszu pozostały mi wspomnienia z kilku krótkich podróży po Europie i stosik kartek z różnych stron świata. A, i jeszcze do tej pory wożony w samochodzie breloczek w kształcie wieży Eiffla z naszej pierwszej wycieczki do Paryża.