To wszystko przez ciebieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
To wszystko przez ciebie
To wszystko przez ciebie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,15  45,72 
To wszystko przez ciebie
Audio
To wszystko przez ciebie
Audiobook
Czyta Mirella Rogoza-Biel
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9.

Rano, zamiast skowronka, obudził mnie dźwięk telefonu. Wymacałam pod kocem czarny, hałaśliwy przedmiot i nie unosząc głowy, która od ubiegłego wieczoru stała się cięższa o kilka kilogramów, przyłożyłam go do ucha, ciesząc się, że rozmówca mnie nie widzi. Leżałam w ubraniu na kanapie, z rozmazanym makijażem, opuchniętymi powiekami, rozczochrana, w towarzystwie pustej butelki i popielniczki pełnej petów, otoczona walającymi się dokoła stertami listów. Promienie kwietniowego słońca wdzierały się w szpary pomiędzy firankami, niemiłosiernie raniąc podkrążone oczy. Gdzie ja jestem? – pierwsza myśl uwolniona z zakleszczonego mózgu ustąpiła miejsca następnej. Zaspałam do pracy! Która godzina?

– Słucham? – Wróciłam do jakiej takiej przytomności i poddałam się jednemu z podstawowych odruchów bezwarunkowych: odebrałam telefon. – Partner of Edition, Julia Nowicka – wygłosiłam firmową formułkę dla klientów.

Może powinnam dodać, że właśnie leżę nieprzytomna w łóżku, powalona jedną (co się nigdy nie zdarzyło!), słownie jedną butelką wina i proszę, żeby mi nie zawracać głowy? Może powinnam wykrzyczeć, żeby mi wszyscy dali święty spokój, bo przeczytałam niemal wszystkie listy od rodziców do mnie i uświadomiłam sobie, że jestem bardzo nieszczęśliwa? Bo już nigdy nie uda mi się naprawić czegoś, co kiedyś spieprzyłam. Może powinnam rozryczeć się jak mała dziewczynka, którą się nagle poczułam, a może jak dojrzała kobieta, która uświadomiła sobie swoją samotność? Jak wyrodna matka, do której dotarła waga błędu popełnionego wiele lat temu?

– Tu Witold Trawiński. Przepraszam, że o tak wczesnej porze.

Odetchnęłam z ulgą, że nie klient.

– Nie przeszkadza pan. W czym mogę pomóc? – Kolejna formułka, której nie musiałam sobie przypominać.

– Pani Julio, poprosiłem panią o wycenę remontu, ale uświadomiłem sobie, że nie porozmawialiśmy o szczegółach. Zastanawiałem się nad całkowitym przerobieniem piętra, bo o ile się nie mylę, jest tam tylko jeden pokój? Tak?

– Zgadza się. – Usiadłam na kanapie gotowa do rozmowy.

– Myślę też o dobudowie ganku i wymianie ogrodzenia, a to pewnie wpłynie na kosztorys… – Zawiesił głos.

– Ma pan rację. – Ogarnęłam się już niemal całkowicie.

– Wydaje mi się, że powinniśmy się spotkać i raz jeszcze wszystko przedyskutować – zaproponował.

– Bardzo pana przepraszam, to ja powinnam wcześniej pana wypytać. Proszę mi wybaczyć ten brak profesjonalizmu. Zazwyczaj mi się to nie zdarza. Podam panu adres naszego biura w Warszawie, zapraszam. Proszę się tylko wcześniej zaanonsować, koleżanka, Danka Wiewiórska, będzie na pana czekała i skieruje do zaprzyjaźnionej firmy, która wszystkim się zajmie.

– A nie uważa pani, że lepiej by było porozmawiać na miejscu? Gdybym mógł wpaść ponownie do Zbiczna… Jestem w pobliżu.

Trochę mnie zastanowiła ta gotowość i to „w pobliżu” mimo niezbyt udanej przedwiosennej aury, niemniej jednak prowadzenie firmy od ładnych kilku lat nauczyło mnie niczemu się nie dziwić. A przynajmniej nie dawać tego odczuć.

– Naturalnie. Proszę przyjechać, jeśli to panu odpowiada. Proponuję tylko wcześniej zadzwonić, choć na ogół jestem na miejscu.

– To może jutro po południu? Może być o piątej?

– Zapraszam.

Koniec rozmowy, koniec wysiłku. Oparłam umęczoną głowę o poduszkę, marząc o drzemce. Telefon leżał na stoliku, odwrócony do góry grzbietem, by nie migał natrętnym światełkiem, sygnalizującym kolejną próbę połączenia. Obraz pana Witolda rozmył się w pełgających po pokoju promieniach słońca, poruszających milionami drobinek pyłu. Jeszcze człowiek nie zdążył zastygnąć, a już pokrywa go warstwa kurzu! – zdenerwowałam się. Sen nie chciał nadejść, przeganiany świadomością niedokończonej lektury. Może znajdę chociaż jeden list, który ujawni prawdziwe oblicze moich rodziców?

Zawsze miałam do nich o coś pretensje i żale. Siedzieli na tej zabitej dechami wiosze, nie dając się nawet wyciągnąć na odwiedziny w warszawskim akademiku. Przeszkadzał im a to początek roku szkolnego, a to jego koniec, a to sprawdzanie klasówek, wycieczki z uczniami do pobliskiej Szafarni, zastępstwa, opieka nad Klarą. Na początku tęskniłam. Wbrew postanowieniom, że od pierwszego dnia studiów zacznę wieść życie wyzwolonego od rodzicielskiego zrzędzenia wagabundy. Z niewiadomych przyczyn w każdy piątkowy wieczór kierowałam się na Centralny, by złapać osobowy do Torunia, później przesiąść się do pociągu w kierunku Jabłonowa i po – w najlepszym wypadku – czterech i pół godziny dobrnąć do Brodnicy. Czasami korzystałam z autobusów, srodze nadwerężając budżet. Na peronie zawsze czekał tato, świeży właściciel przechodzonego poloneza.

– Siadaj, córuś. Najechałaś się? – Ochoczo pakował moje mizerne tobołki do bagażnika, użalając się nad losem biednej studentki, ofiary PKP. Komunikacji, która oferowała przemierzenie niecałych dwustu kilometrów w pięć do sześciu godzin.

– To jakiś horror! – Wspomnienie niewygód podróży wywoływał we mnie okrzyk wściekłości. – Szybciej bym chyba zaszła na piechotę! Dojazd na to zadupie to gorsze niż wojna!

Mimo prób opanowania emocji prawie nigdy nie udawało mi się utrzymać języka za zębami. Chociaż po każdorazowym wybuchu na widok skruszonego ojca, skulonego za kierownicą w poczuciu winy za spóźnione nieogrzewane pociągi, przedświąteczny tłok, pustkę w żołądku (zazwyczaj nic nie jadłam od rana), robiło mi się przykro.

– Tatuś, a co tam w domu? – Przechodziłam do bardziej pogodnych tematów.

– Wszystko dobrze. Mama zdobyła jakieś książki do biblioteki, Klarcia trochę chorowała, ale już dobrze. A u mnie? Wiesz, dzieciaki jak zwykle nie chcą się uczyć historii. Patrz, zając przebiegł drogę! – Tata przyhamował. – Chyba szybko przyjdzie zima, tyle ich biega.

Tylko tego brakuje! – pomyślałam zniecierpliwiona.

– Będę jechała do domu osiem godzin – burknęłam pod nosem.

– Jak będzie trzeba, to po ciebie pojadę! – Tato silił się na wesołość.

– Tym samochodem?

– No, no, jest po przeglądzie. – Zadowolony, obiema dłońmi uderzył w kierownicę. – Ma wymieniony rozrząd, linkę sprzęgła i w ogóle sprawuje się dobrze. Nie ma co krytykować staruszka.

– Uhm. – Próbowałam zakończyć dyskusję na temat gruchota. Dobrze, że w ogóle jeździł.

– Kiedyś na pewno kupisz sobie lepszy, Juluś. A może i sprawisz coś staremu ojcu? – Tata zajechał na podwórko i puścił do mnie oko.

Pewnie, że sobie kupię, przecież nie będę kompromitować się czymś takim! I się urządzę! To przecież nie do pomyślenia, tak tłuc się pół dnia pociągiem do stolicy, bez pewności, że się dojedzie. Nie, zdecydowanie mi to nie odpowiada!

Dlatego właśnie, gdy rodzice pytali o moje osiągnięcia naukowe, co, jak to nauczycieli, interesowało ich najbardziej, mogli usłyszeć tylko jedno: w porządku. Kolokwium z prawoznawstwa zaliczone, podstawy ekonomii – pikuś, trochę się obawiam prawa konstytucyjnego, bo prowadzący jest nieprzewidywalny, ale dam radę. Muszę, żeby się utrzymać na studiach i nie wrócić do Zbiczna na tarczy! A poza wszystkim, kiedy człowiek wychodzi z domu, w którym czwórka nie jest oceną satysfakcjonującą, nie ma innej możliwości, jak tylko zwyciężać w każdej potyczce z egzaminatorem. Do diabła, choćby nie wiem co, ja jeszcze wszystkim pokażę! Wbiegałam do domu z kolejnymi zaliczeniami, z dobrze zdanymi egzaminami, w glorii umęczonej, zwycięskiej, godnej suto zastawionego domowymi smakołykami stołu studentki, na której opowieści się czekało i pilnie je chłonęło, zwłaszcza kiedy nieco ponaddwuletnia Klara ułożyła się już do snu.

Mama nigdy specjalnie nie zachęcała mnie do zabaw z małą. Relacjonowała mi wprawdzie jej postępy w rozwoju, które zaobserwowała podczas mojej nieobecności, ale robiła to z obowiązku. Po prostu należały się matce, nawet takiej jak ja, „malowanej, młodocianej, dla twojego dobra odsuniętej od kłopotów”. Mama robiła to z godną podziwu rzetelnością wykonawcy przekazującego inwestorowi kolejny etap budowy. Bez zbędnych ochów i achów, bez emocji, które mogły niepotrzebnie wywołać na przykład nawrót instynktu macierzyńskiego. A może wątpliwości? Wyrzuty sumienia? To było niewskazane. Zupa ogórkowa, schabowy z zasmażaną kapustą, kisiel z owocami w zupełności zapełniał nie tylko stół. Był smakowitym wypełniaczem żołądka i umysłu, z którym Klarci trudno było konkurować.

– Smakuje ci, córciu? – Mama zadawała to pytanie pomiędzy kęsem schaboszczaka w moich ustach a kawałkiem soczystego mięsa tkwiącego jeszcze na końcu widelca.

– Jeszcze jak, mamuś!

Jak zawsze. I o to chodziło. To była prawdziwa odpowiedź, nad którą nie musiałam się zastanawiać.

Obie byłyśmy zadowolone, mama dowartościowana, ja najedzona. Odsunęłyśmy od siebie kłopotliwe sprawy. Ja zbierałam talerze po obiedzie, mama organizowała Klarze rysowanie na małym stoliczku przy kominku, tato szedł się położyć, pies sterczał przy misce, czekając na codzienny bakszysz. Popołudniowa sielanka. A potem wieczorne gadanie, oczywiście gdy miałam czas. A, niestety, miałam go coraz więcej. Wieśka przestała być interesująca, bo nie poszła na studia, Karolina prowadzała się z chłopakiem, straciłam kontakt z Arturem i Piotrkiem. Jednym słowem – towarzystwo się skiepściło. Pozostawały książki. Może podręczniki? Może warto pomyśleć o komputerze, tylko skąd wziąć kasę, skoro ojciec spłukał się na stareńkiego poloneza? Jezus Maria, już lepiej wracać do Warszawy, zamiast tu siedzieć i czekać na kolację! Na dworze tnie deszcz, mama zaraz zacznie opowiadać o zbliżających się świętach, w telewizji nuda aż piszczy, a ja nawet nie mam porządnej kurtki, żeby wpaść do Jezioranki. Ciekawe zresztą, jak bym się tam dostała? I po co? Lecieć na piechotę kilometr do centrum Zbiczna, żeby wypić colę z miejscowymi? A jeśli trafiłabym na czyjeś wesele, urodziny, chrzciny albo imieniny księdza? Tragedia. Kompletna porażka. Klaudia to ma dobrze, została w akademiku i siedzi teraz na imprezie w Szoku. „Co ja tutaj robię, wiedzieć bym bardzo chciał?”. Budka Suflera ma rację. „Czego tutaj szukam, kto zrobił mi ten żart” – dudnił w głowie dalszy ciąg piosenki. Wytrzymam chyba jakoś do niedzieli? Na ogół się udawało: tato wynajdował stare biegówki, na które dawałam się czasem namówić, mama pichciła małe co nieco, ja bawiłam się z Klarą, z niebywałą pasją kreślącą obrazki przedstawiające „mamusię”, na których nie było mnie. Ta na rysunkach, zamiast moich długich prostych sięgających do pasa włosów, miała krótkie, tlenione, kręcone kędziory i duże oczy, wpatrzone w małą pełnym uwielbienia spojrzeniem. Ja mogłabym patrzeć wyłącznie zadziornie, próbując pytać bez słów: „Pójdziemy pograndzić?”.

 

– I co, dziewczynki? – Mama wkraczała w momencie, gdy w jej mniemaniu ogniki w moich oczach zaczynały za bardzo błyszczeć, a Klara (może) zbyt mocno wtulała się w ramiona „starszej siostry”. – Co robicie? Jaki ładny rysunek, Klarciu! – chwaliła dziecinny, nieudolny szkic własnej postaci. – Może chcesz siusiu? Mamusia cię wysadzi.

I Klarcia wypływała z moich objęć, pozostawiając mnie z pustymi rękami, chwilowo pozbawionymi zajęcia.

Chciałabym zapomnieć te chwile. Klara ma już prawie osiemnaście lat, a wspomnienia z jej dzieciństwa wciąż parzą jak pokrzywa. Mamo, dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego nie zmusiłaś mnie do kochania Klary jak córki? Bo przecież to jest moja córka! Tato, dlaczego na to pozwoliłeś? Taki porządny człowiek, praworządny, kochany, kochający, rozumiejący? Pieprzę te wasze wszystkie listy do biednej studentki, nie interesuje mnie tatowe przyjeżdżanie na dworzec do Brodnicy starym polonezem, te schaboszczaki i owocowe kisiele, to „dbanie” o moje naukowe sukcesy! Powiedzcie mi teraz, co mam robić? Jak mam powiedzieć Klarze, kim jest? I kim ja jestem? Pomijając to, że jestem nieszczęśliwą kobietą, bez rodziców, bez córki, bez tożsamości. Klara mi nie wybaczy, nie pokocha mnie żaden mężczyzna, bo nie można zaufać kłamczusze i karierowiczce! Ugryzie mnie każdy pies, wyczuwając fałsz i niezrównoważenie. Zabraliście mi prawdę, zabraliście mi siebie! I nic nie poradzę, że nie mogę przestać tego roztrząsać!

Mimo złych myśli i kąsających wspomnień zwlokłam się z łóżka. W bagażniku miałam kilka zniczy, kupionych parę tygodni temu. Odpaliłam silnik. Nie będę zasuwać na piechotę!

Cmentarz przylegał do kościoła, który zajmował w Zbicznie centralne miejsce. Grób rodziców wciąż pokrywała pokaźna góra przywiędłych wieńców i wiązanek, z których zwisały czarne szarfy z napisami: „Ostatnie pożegnanie. Teresce i Włodkowi – Matusiakowie”. Kim są Matusiakowie? „Państwu Nowickim – uczniowie”. Nie wysilili się. „Kochanej siostrze i szwagrowi – Zosia”. Ciotka. I kolejne: od wsi, gminy, właścicielki knajpy, rady pedagogicznej, znajomych, dalszej rodziny, sąsiadów. Chcąc zająć ręce, zabrałam się do porządkowania grobu. Zapamiętale likwidowałam zwiędłe kwiaty i wyblakłe szarfy. Wyrzucałam wypalone znicze, grabiłam mokre liście. Trzeba pójść do kogoś, tylko do kogo, zamówić pomnik, pomyślałam. Pomysł przyniósł mi chwilową ulgę. Mam plan, coś zrobię, będę działać, niedługo znikną stąd ślady pogrzebu, powstanie przyzwoity grobowiec, godzien lokatorów… Zapaliłam lampki: dla taty czerwoną, dla mamy białą. Paliły się równo pomimo delikatnych podmuchów wiatru. Nie wiedziałam, czy wypada mi się pomodlić. Mimo wszystko to niesprawiedliwe, że jestem tu i teraz.

– Dobranoc mamo, dobranoc tato – szepnęłam, zbierając się do wyjścia.

Zanim doszłam do auta, minęła chwila. Słońce już dawno skryło się za horyzontem, ustępując miejsca księżycowi w kształcie rogala. Usiadłam i włączyłam płytę.

Ile razem dróg przebytych, ile ścieżek przedeptanych,

ile deszczów, ile śniegów wiszących nad latarniami.

Ile listów, ile rozstań, ciężkich godzin w miastach wielu?

I znów upór, żeby powstać i znów iść, i dojść do celu? (…)

Więc ja chciałbym twoje serce ocalić od zapomnienia.

Rozpłakałam się. W przyjemnym, bezpiecznym wnętrzu samochodu zabrzmiały słowa kolejnej piosenki:

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy.

Ważne są tylko te dni, te, na które czekamy…

– Nie dla was! – Nie mogłam opanować łez.

Tak mi przykro. Tak bardzo mi przykro! Przekręciłam kluczyk w stacyjce, otarłam oczy. Jutro wstanie nowy dzień. Przypomniałam sobie mamine kredo: „Uszy do góry!”. Mamo, chyba powoli przyjdzie i na to czas! Tylko jak to zrobić? Mamo, jednocześnie brakuje mi ciebie i nienawidzę cię za Klarę i za całe moje dorosłe życie! Tato, do ciebie też mam pretensje i też mi ciebie brak…

Łzy lały się strumieniami, zakrywały świat.

Siedziałam w swoim facecie i rozpływałam się w mokrą plamę. Z rozpaczy, niepewności. W poczuciu kompletnej pustki.

– Dobrze się pani czuje? – Z otchłani rozpaczy wyrwał mnie głos stojącego za oknem mężczyzny.

Odruchowo kliknęłam na przycisk zamykający wszystkie drzwi.

– W porządku, już odjeżdżam. – Nie patrząc, sięgnęłam po kluczyki. – Pan Witold? – Dostrzegłam kątem oka przyszłego lokatora domu rodziców i odrobinę uchyliłam szybę.

– Na pewno niczego pani nie trzeba?

– Nie. Dziękuję. Muszę już wracać.

– To w takim razie do jutra, pani Julio.

– Do jutra.

Nie chciało mi się rozważać, czy on mnie śledzi, czy też ma jakieś inne sprawy. Odjechałam w stronę domu, mijając po drodze gospodarstwo Wasiaków i jakichś innych, nowych ludzi.

Klara? Sięgnęłam po komórkę. Abonent nie odpowiada. Spróbowałam jeszcze raz. Nic.

– Abonent jest czasowo niedostępny, po sygnale nagraj wiadomość.

– Klarciu, zadzwoń do mnie, niepokoję się o ciebie. Proszę.

10.

Weszłam do pustego, zimnego domu. W kominku, zamiast płonących polan, zastałam kupkę popiołu. Nieprzyzwyczajona do dbania o ciepło domowego ogniska, nie pomyślałam o podłożeniu drew i oto skutki.

Przypadkowa metafora przyprawiła mnie o dreszcz, niewynikający jedynie z niskiej temperatury w salonie.

– Cholera jasna, weź się w garść!

Nabierałam nowego zwyczaju gadania do siebie. Gdybym tak miała przy sobie Klarę albo przynajmniej tego brudasa Burasa… Po raz pierwszy pomyślałam cieplej o kudłatym, brzydkim kundlu, który teraz pewnie panoszy się w moich wymuskanych przez panią Stenię apartamentach, zostawiając wszędzie ślady łap. Prawdopodobnie sprzątaczka zażąda podwyżki…

Narzuciłam na plecy jeszcze jedną kurtkę; termometr w pokoju wskazywał czternaście stopni. Na szczęście szczapki i inne drwa leżały już przy kominku. Znalazł się również kawałek starej gazety, który zmięłam w kulkę i położyłam na palenisku. Jak to było? – starałam się sobie przypomnieć procedurę rozniecania ognia. Wprawdzie wczoraj mi się udało, ale chyba tylko dzięki szczęściu początkującego. Najpierw papier, potem drobne gałązki, na to kawałki suchej kory i można podpalać zapałkę. Poszło. W kominku pojawił się ogień! Tata coś robił w takiej sytuacji, ale nie bardzo mogłam sobie przypomnieć, o co chodziło. Otwierał, zamykał, poruszał pogrzebaczem? Wiem! Wyciągał szufladkę na dole i wtedy zaczynało palić się lepiej. Poruszyłam szufladką, płomień z gazety przeskoczył na gałązki, by za chwilę buchnąć jaśniej. Spróbowałam dołożyć kilka większych kawałków gałęzi. Udało się, ogniki rozprzestrzeniały się po wnętrzu. Na koniec przyszedł czas na grube polana. Pewnie z któregoś ze ściętych przez tatę drzew.

– Jezus Maria, ależ mnie przestraszyłaś! – Zasłuchana w skwierczące drewno nie usłyszałam kroków Wieśki. Dopiero gdy przyjaciółka dotknęła mojego ramienia, zorientowałam się, że nie jestem sama.

– Nie denerwuj się, to tylko ja! – Roześmiała się na widok podskoku, jaki wykonałam ze strachu przed intruzem.

– Jak weszłaś?

– Drzwi były otwarte. Na przyszłość jednak się zamykaj – poradziła. – Tu nie Warszawa, nie ma ochrony, a żaden pies cię nie ostrzeże. Nigdy nic nie wiadomo.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Przeraziłam się nie na żarty. – Zdarzają się włamania?

– No coś ty! Po prostu nie zostawia się otwartych drzwi i tyle. Strzeżonego… Sama wiesz.

– Dzięki. Masz rację. Wchodź, siadaj. – Ochłonęłam trochę i szczerze ucieszyłam się z odwiedzin. – Co prawda trochę tu zimno, ale próbuję zadziałać. Patrz, udało mi się nawet rozpalić w kominku! – Z dumą zaprezentowałam buzujący płomień.

– Genialnie! – pochwaliła kurtuazyjnie Wiesia i na wszelki wypadek zmieniła temat. – Zajrzałam, żeby zapytać, czy wciąż masz ochotę na spotkanie? Mam przyjść?

– Wieśka, o niczym innym nie marzę! Jasne. Zaraz pojadę do Brodnicy i kupię coś do zjedzenia. Lubisz sushi?

– Nie sądzę, żebyś znalazła u nas takie frykasy. – Roześmiała się ponownie, jak z dobrego żartu. – Mam pierogi z mięsem z wczoraj. Jadasz jeszcze takie pospolitości?

– Jak ja dawno nie jadłam domowych pierogów… – Rozmarzyłam się. – To chociaż przywiozę dobry alkohol. Widziałam w Brodnicy sklep z winami świata. A może…? – Zerknęłam do nieopróżnionego jeszcze barku taty. – Czekaj, sprawdzę coś. Jest! Wieśka, mamy nalewkę śliwkową. Będzie pasowała do pierogów?

– Wszystko będzie pasowało, Julka, a nalewka w szczególności. Mój Zenek za tę nalewkę zawsze przekopywał panu Włodzimierzowi ogródek. Zostawimy mu trochę, co? Nie będzie zły, że wychodzę.

Jasne. Nie rozumiałam wprawdzie, dlaczego Wieśka tak się przejmuje nerwami męża z powodu wizyty u mnie, postanowiłam jednak niczemu się nie dziwić. W końcu stąpałam po nieznanym gruncie. A gdyby tak Borys dąsał się z powodu moich towarzyskich zobowiązań? Niech się cieszy, że nie zgodziłam się na wspólne zamieszkanie i nie naraziłam go na wieczną inwigilację. Tak to się zaczyna – najpierw szczoteczka i przybory do golenia w łazience, potem plamy na lustrze i niedomyta umywalka, brudne ciuchy w kolejce do prania, „kochanie, zrobisz mi kawkę, mam spotkanie z klientem i jestem już spóźniony”. A wieczorem: „Co tam dziś na kolację?”, „Może na miasto pójdziemy jutro? Wymęczył mnie dzisiejszy dzień i mam ochotę pobyć z moją królową”, „Pięknie wyglądasz. A co tak cudownie pachnie? Co gotujesz/odgrzewasz?”. Po jakimś czasie ukochany, zadomowiony, moszczący sobie na kanapie jak kot zawsze to samo, najwygodniejsze, najcieplejsze i najmilsze miejsce, nie ma już ochoty nigdzie wychodzić, wszak „gdzie nam będzie lepiej niż w domu?”. A gdy ty, gnana potrzebą spotkania ze swoim towarzystwem, na które on oczywiście się nie wybiera, decydujesz się wyjść, musisz stoczyć śmiertelną walkę z dezaprobatą pana i władcy. Idziesz jednak, bo: dawno już nigdzie nie byłaś, chcesz się zrelaksować, masz ochotę, żeby ktoś obsłużył ciebie, nawet jeżeli to tylko kelner, masz dosyć zrzędzenia, słuchania o kolejnych problemach w firmie swojego mężczyzny, zrzucania go z kanapy o dziesiątej wieczorem, żeby łaskawie przeniósł udręczone ciało do sypialni, gdzie z pewnością będzie mu wygodniej i chociaż raz dobrze się wyśpi (twierdzi, że cierpi na bezsenność). Nie śmiesz go nawet prosić, żeby poszedł się wykąpać, ponieważ ta czynność mogłaby go totalnie rozbudzić i kolejna nieprzespana noc z głowy. Idziesz zatem z brudasem spać, oczywiście gdy posprzątasz po kolacji. A kiedy wreszcie podejmiesz decyzję o samodzielnym wieczornym wyjściu, które on uważa za przejaw nielojalności, będzie najpierw próbował cię odwieść od tego pomysłu, błagając o towarzystwo, które akurat dzisiaj jest mu bardzo potrzebne, później usłyszysz: „Rób, jak uważasz”, w następnej kolejności dowiesz się, że on też zacznie wychodzić z kolegami, i wtedy zobaczysz, jak to miło. A na koniec nie omieszka się obudzić (jeżeli w ogóle zasnął), kiedy będziesz o trzeciej nad ranem na paluszkach wchodzić do sypialni i wsuwać się pod kołdrę jak duch, zaś rano wygłosi sakramentalne: „O której to się wraca?”. I będą to jedne z nielicznych słów, które usłyszysz, krzątając się przy śniadaniu. Twój pan, ograniczając się do aluzji, postara się zamanifestować głębokie niezadowolenie z powodu twoich nocnych wybryków. Łaskawie przyjmując dwa kęsy grzanki, która „jest przypalona”, i zostawiając więcej plam po piance do golenia na lustrze w łazience niż zwykle, da ci do zrozumienia, że każdą niesubordynację może stosownie ukarać, a metod jest wiele. Zatem uważaj, „królowo”, żeby się zbytnio nie wychylać. Czar imprezy pryska, a ty zaczynasz się zastanawiać nad krzywdą, jaką zrobiłaś ukochanemu, postanawiasz poprawę i przygotowujesz kolację przywiezioną z superknajpy, którą poleciła ci twoja bardziej doświadczona w łagodzeniu fochów faceta koleżanka (od Danki dostałabym co najwyżej przepis na bardzo skomplikowaną potrawę, do której lepiej się nie zabierać). Ten twój, o ile uda mu się w pracy podpisać intratny kontrakt lub dostać podwyżkę, przyniesie ci kwiaty i wręczy je z miną niewiniątka, niepozbawioną nadziei na to, że zrozumiałaś swój błąd i wiesz, że kolejne wyjście bez niego możesz chwilowo odłożyć ad acta. Jego łaskawość, piękny bukiet, dobre jedzenie, szlachetne wino i upojna noc na moment uśpią twoją czujność. Do czasu kiedy znów zechcesz wyjść i sytuacja się powtórzy. A wówczas zaczynasz się zastanawiać, czy taki układ ma jeszcze sens.

 

Zgadzam się z powiedzeniem, że głupota ludzka, niczym miłosierdzie boskie, nie zna granic. Na szczęście cierpliwość tak. Moja również. Faceci przekonali się o tym kilkakrotnie. Pierwszym, któremu zamiast grzanki na śniadanie przygotowałam spakowane walizki, był Michał. Następca Tomasza. Nie bacząc na poprzedni błąd wprowadzenia „króla” do domu i równie szybkiego wyprowadzenia delikwenta, po kilku miesiącach otworzyłam ramiona przed Adamem. Ten był zupełnie inny. To on przygotowywał śniadania, nie zasypiał wieczorem na kanapie, mył się przed pójściem do łóżka, umiał robić zapiekanki, pamiętał o kwiatach, pozwalał mi spotykać się ze znajomymi, znajdując sobie zajęcie. Bardzo dużo pracował, ale znalazł czas na zabranie mnie do Paryża. Spędziliśmy kilka wspaniałych dni, włócząc się po Ogrodzie Luksemburskim, zahaczając o Luwr i Montmartre, sącząc kawę i wino w piątej dzielnicy, wtapiając się w różnokolorowy tłum mieszkańców, turystów, wielbicieli pępka Europy. Jedynie chwilami musiałam przysiąść sama nad Sekwaną, czekając, aż skończy negocjacje, co zresztą rekompensował mi z nawiązką. Przywiozłam z Paryża marzenia o pięknym życiu u jego boku, obsypywana miłością, prezentami i czułością kolejnych nocy.

Walizki spakował sam.

– Kochanie. – Widok manatków i ton głosu uświadomiły mi, że to koniec. – Bardzo cię przepraszam, jestem żonaty…

– I właśnie dzisiaj sobie przypomniałeś? – przerwałam. Targnęła mną rozpacz, rozczarowanie, żal, zawód.

– Małgorzata wyjechała z dziećmi (o nieba, miał też dzieci!) do Niemiec, bo jesteśmy w separacji. Zamierzała zostać, miałem nadzieję, że tak się stanie – ciągnął, opierając dłoń na jednej z walizek. – Ale kiedy wystąpiłem o rozwód, odmówiła. I wraca. Muszę wrócić do domu i nie ujawniać, że się znamy, bo obciąży mnie za rozpad małżeństwa i zabierze mi wszystko. Kochanie, przeczekajmy. Przez jakiś czas nie będziemy się spotykać, a później się z nią rozwiodę i zaczniemy nowe życie.

Nigdy! Nie zamierzałam zaczynać nowego życia z facetem, który oszukiwał mnie przez ładnych kilka miesięcy.

– Spakowałeś wszystko? – zadałam jedyne pytanie, jakie przyszło mi wówczas do głowy.

– Słuchałaś, co mówiłem? – próbował ratować twarz.

– Słuchałam. Spakowałeś wszystko? – powtórzyłam.

– Odezwę się do ciebie.

– Lepiej się nie odzywaj.

– Ale…

– Adam, wyjdź.

Przez dwa kolejne lata żaden Tomasz, Michał, Adam, Paweł, Karol, Łukasz ani inny nie dał rady włożyć swojej szczoteczki do zębów do mojego kubeczka w łazience. Zdarzały mi się jednorazowe wybryki, ale na taką okoliczność miałam przygotowane stosowne jednorazówki.

– Kochanie, było miło – żegnaliśmy się rano. Ja z uśmiechem, on z nadzieją na więcej. – Do następnego razu, żuczku. Muszę już lecieć do pracy. I ty pewnie też. Zdzwonimy się. Pa. – Całus.

Każdy wsiadał do swojego mustanga i gnał podbijać warszawskie korki i szaleć w temacie „jestem profesjonalistą w pracy”, „siedzę do dwudziestej pierwszej”, „muszę zdążyć na basen, bo zamykają o dwudziestej drugiej”. We are the champions. I nagle pojawił się Kacper…

– To co? Zostawimy Zenkowi trochę nalewki? – Głos Wieśki zastał mnie w katakumbach wspomnień.

– Zenkowi? Jasne! A może chcecie wpaść oboje? Zapraszam. – Sama się zdziwiłam, wypowiadając tę niedorzeczną propozycję.

– Nie, bo kto zajmie się bliźniakami? Ale musicie się poznać. I w ogóle fajnie, że wróciłaś, Julka.

– Racja. – Odetchnęłam z ulgą, że Wieśka przyjdzie sama. – Do siódmej? – Trzeba ustalić termin i czas. I dać sobie chwilę na uporanie się z kilkoma myślami.

– Będę.

– Jesteś kochana.

Po raz pierwszy od długiego czasu powiedziałam to z przekonaniem. Fajnie będzie pogadać.