Szukając przystani

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2018

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© Buffy Cooper/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8169-543-5

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Pani Basi

Rodzina, rodzina, rodzina, ach, rodzina.

Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest,

Lecz kiedy jej nima,

Samotnyś jak pies.

Jeremi Przybora, Rodzina

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Ciągnęłam ostatkiem sił, wypatrując końca roku szkolnego, który zbliżał się wielkimi krokami. Za cztery tygodnie pozbędę się piątej A, której jestem wychowawczynią, i przez dwa miesiące odpocznę od zgiełku, rad pedagogicznych, spotkań z rodzicami i przedmiotowych olimpiad.

– Ludwik, ja już jestem za stara, żeby uczyć! – żaliłam się mężowi, nie oszczędzając go, nawet gdy po pracowitym dniu w restauracji wracał do domu. – A tu jeszcze dwa lata do emerytury! – jęczałam nad swoim losem nauczycielki z dwudziestopięcioletnim stażem.

– Znam cię, Wandeczko. To tylko zmęczenie materiału po kolejnym roku. Po wakacjach będziesz inaczej śpiewać i pierwszego września na skrzydłach pognasz do szkoły!

W tym, co mówił, było ziarno prawdy, ale istniała również druga strona medalu. Cieszyłam się na emeryturę pięćdziesięciolatki i na to, by zamiast rozpoczynać wszystko od nowa, wyjechać we wrześniu na wakacje nad Morze Śródziemne, o których zawsze marzyłam. Albo zapisać się na kurs angielskiego. Bezczynność mi nie groziła. W knajpce męża przy chełmińskim rynku każda para rąk mogła się przydać, jeśli tylko znalazłabym czas.

Ludwik od wieków prowadził odziedziczony po rodzicach lokal. Stawiał na zwyczajne polskie potrawy, czym zjednał sobie stałe grono klientów, nie wyłączając turystów, którzy chętnie zachodzili do Karczmy pod Jemiołą. Słynęła z kartaczy, pierogów, najlepszych schabowych w okolicy i dziczyzny, którą mój mąż potrafił przyrządzić jak nikt inny. Nierzadko kłóciliśmy się o cennik. Ludwik był zwolennikiem teorii, że mniej znaczy więcej, ja wręcz przeciwnie.

– Sam widzisz, że jakość i smak nie przekładają się na pieniądze! – tłumaczyłam, widząc pieczeń z sarniny w cenie indyczego sznycla.

– Wandeczko, klient zje sarenkę i wróci…

– Ciekawe kiedy? Za rok, dwa? Turyści zajrzą do Chełmna raz, może jeszcze kiedyś wpadną, a miejscowi będą zawsze. Nie sądzę, żeby na co dzień mieli ochotę na bardzo drogą dziczyznę. Doskonale zdajesz sobie sprawę, że do niej dokładasz!

Niestety, Ludwik pozostawał nieugięty. Wymyślał wykwintne dania, na których nie zarabialiśmy. W głębi duszy rozumiałam go – mój mąż był artystą, który niespełnione marzenia o malowaniu przelał na sztukę kulinarną. Gdybyśmy mieszkali w większym mieście, zrobiłby zapewne oszałamiającą karierę, ale w Chełmnie, prawdę mówiąc, ledwo wychodziliśmy na swoje.

Przez lata znosiłam jego kulinarne pasje, licząc każdy grosz od pierwszego do pierwszego. Wystarczało z trudem, nawet jeśli doliczało się moją nauczycielską pensję.

Rok po ślubie urodziła się Joasia, a kiedy skończyła dwa lata, powitaliśmy Łukasza. Kasia przyszła na świat trzy lata później. Troje dzieci w ciągu pięciu lat okazało się dużym wyzwaniem. Musiałam odpuścić sobie pracę w szkole i zająć się gromadką. Na Ludwika specjalnie liczyć nie mogłam, bo w lokalu po rodzicach organizował właśnie restaurację. Początek lat siedemdziesiątych nie sprzyjał prywatnej inicjatywie, ale trwaliśmy, ponieważ przy trójce drobiazgu nie można składać broni.

Było biednie i skromnie. Dzieciaki dorastały na podwórku naszego domku przy Starych Plantach. Co drugi rok udawało się zebrać pieniądze na wczasy nad morzem. Nieliczne czarno-białe zdjęcia z tych „wakacji życia” przechowywałam w albumach.

Stare dzieje, które choć przyjemne, bo przypominały młodość, powoli się kończyły. Czas spojrzeć w przyszłość. Kaśka ma dwadzieścia trzy lata, Łukasz dwadzieścia sześć, Joanna dwadzieścia osiem, a ja za dwa lata przechodzę na emeryturę. Może tak zwane świadczenie nie będzie zbyt wielkie, ale nawet przy ograniczonych dochodach Ludwika jest nadzieja, że będzie nas stać na tydzień nad Morzem Śródziemnym.

Raz w roku. O więcej nie śmiałam prosić Opatrzności.

– Ludwik! Przeżyję jeszcze te dwa lata, ale potem koniec ze szkołą! Wreszcie musimy coś zrobić z naszym życiem! – Oczami wyobraźni ujrzałam się na plaży na Majorce albo jakiejś innej Krecie.

Nieważne na jakiej. W prospektach wszystkie wyglądały pięknie.

– Pojedziemy. Na pewno zabiorę cię na tę twoją plażę, Wandeczko. Ale teraz może odpocznij, bo jutro masz radę pedagogiczną i musisz nabrać sił. – Spróbował mnie przytulić, ale wysupłałam się z jego ramion.

– Na pewno! – Odepchnęłam go gniewnie. – Ty będziesz tu pichcił za darmo, a ja będę ci pomagać podczas wakacji! Przestań obiecywać! – parsknęłam i pozostawiłam Ludwika samego w pokoju telewizyjnym, zwanym „salonem”.

Miałam wyrzuty sumienia, bo nie zasłużył na cięgi. Był dobrym mężem, zarabiał, kochał dzieci i mnie. Tylko dlaczego nasze życie kręciło się wokół komina?

To musi się zmienić. Niebawem karta losu się odwróci, tłumaczyłam sobie w duchu, próbując ochłonąć. Szkoła się skończy, a knajpa wytrzyma bez Ludwika przez tydzień, dwa. Może wtedy się uda?

Uda się na pewno!

Ale los bywa przewrotny, czego doświadczyłam już następnego dnia. Gdy wróciłam po radzie pedagogicznej, Ludwik, o dziwo – była dopiero ósma wieczorem, a nigdy nie wracał przed dwudziestą drugą – siedział na kanapie w telewizyjnym. Kaśka niespokojnie kręciła się po pokoju.

– Stało się coś? – Spojrzałam niepewnie na obojga.

– Nic takiego. – Ludwik zerknął na naszą córkę z ukosa.

– Jestem w ciąży, mamo – wypaliła. – Tato, nie rób takiej miny, w końcu mam dwadzieścia trzy lata, a nie siedemnaście. I nie bój się mamy. Chyba jesteś facetem? – zapytała groźnie.

Znałam swoją córkę. Kaśka była przerażona i niepewna. Podobnie jak ja.

– To wspaniała wiadomość – bąknęłam.

Nie odważyłam się dociekać, kto jest ojcem. Ostatnio widywałam Katarzynę w towarzystwie różnych mężczyzn.

– Nie wiem – odparła, zaskoczona moją reakcją. – Jest problem.

– Nie rozumiem. Jaki problem, córciu? Urodzisz to dziecko. Będziemy mieć wnuka albo wnuczkę. – Spojrzałam na Ludwika, wspiąwszy się na wyżyny optymizmu. – O co wam chodzi? – Udałam, że nie rozumiem ich poważnych min.

Nie minęła chwila, a Kaśka mnie oświeciła. Grzegorz, prawdopodobny ojciec dziecka, przebywał obecnie na kontrakcie w Australii, a obecny partner mojej córki, Paweł, nie został jeszcze poinformowany o sytuacji.

– Nie wiem, co robić, mamo! – zawołała, rzucając mi się w ramiona. – Przecież Paweł mi tego nigdy nie wybaczy!

– Kasiu, to jest twoje dziecko – Przytuliłam ją. – Nosisz w sobie nowe życie i nie czas przejmować się czymkolwiek innym. Ono jest najważniejsze. Zobaczysz, ile ci da radości i jak cię odmieni. Spokojnie.

Kołysałam moją najmłodszą córkę w ramionach, rozmyślając nad przewrotnością losu.

Joasia już od dwóch lat bezskutecznie starała się zostać matką.

– Ja nie dam rady, mamo! Nie jestem przygotowana! I w ogóle świat zawalił mi się na głowę! – łkała Kaśka, wypłakując się na moim ramieniu.

– Pomożemy ci, córciu – wypowiedziałam słowa, które miały zaważyć na całym moim dalszym życiu.

Rozdział 2

I co o tym wszystkim myślisz? – zapytałam Ludwika, kiedy Kasia wyszła na spotkanie z Pawłem.

– Nie wiem, co powiedzieć. – Bezradnie rozłożył ręce. – Jest dorosła. To chyba nic dziwnego, że urodzi dziecko? – wykręcił się od odpowiedzi.

– Grzegorz w Australii, a ona biegnie do Pawła. Nie mam pojęcia, jak sobie poradzi z nimi dwoma – westchnęłam ciężko.

Kasia nie była łatwym dzieckiem. Z Joanną czy z Łukaszem nie miałam specjalnych problemów wychowawczych, za to najmłodsza córka zawsze przysparzała mi zmartwień. Ale kochałam ją bezgranicznie, dręczona wyrzutami sumienia, na co ją naraziłam, dowiedziawszy się o ciąży.

Tamtego dnia wróciłam ze szkoły wymęczona targającymi mną mdłościami. Dzieciaki z trzeciej B, wykorzystując mój zdrowotny regres, wzniosły się na szczyty niesubordynacji. By je spacyfikować, musiałam wytoczyć najcięższe działa.

– Spokój! – krzyknęłam, nakazując im zajęcie miejsc. – Ci, którzy natychmiast nie przestaną szaleć, nie jadą na wycieczkę! Zrozumiano?

Podziałało. Rzadko podnosiłam głos, więc strategia okazała się skuteczna. „Plankton”, według nomenklatury mojej koleżanki biolożki, dał za wygraną i wytrwał w spokoju do końca lekcji. Wreszcie mogłam szybko pozbierać rzeczy i pobiec do domu, by w pierwszej kolejności odwiedzić łazienkę.

– Ludwik, czy możesz odebrać dzieciaki? – zadzwoniłam do męża, gdy tylko doszłam do siebie.

Łukaszek chodził do żłobka, Asia do przedszkola.

– Stało się coś? – zapytał niespokojnie. – Masz jakiś dziwny głos.

 

– Prawdopodobnie czymś się zatrułam. Od kilku dni mam mdłości.

– Odbiorę. A teraz przepraszam cię, ale nie mogę rozmawiać. Mam wycieczkę na obiedzie.

Zasnęłam natychmiast po rozmowie z Ludwikiem. Wstałam, dopiero kiedy przekręcił klucz w zamku. Musiałam wyglądać strasznie, skoro na mój widok cofnął się o krok.

– Co ci jest? Może powinnaś iść do lekarza?

– Chyba do ginekologa – odparłam, zdejmując dzieciom kurtki. – Ludwik, ja chyba znów jestem w ciąży!

Wieczór nie należał do najprzyjemniejszych. Ryczałam, wyobrażając sobie kolejny poród, bałam się o przyszłość.

– Ludwik, ja nie chcę kolejnego dziecka! Znowu karmienie, szczepienia, sadzanie na nocnik, niekończące się spacerki, choroby! Neverending story! Trzeciego razu nie przetrzymam!

– Ale skąd wiesz…

– …że noszę dziecko, a nie zatrułam się na przykład śledziem?! – wrzasnęłam zrozpaczona. – Po prostu wiem! W przeciwieństwie do mężczyzny, który czy się stoi, czy się leży do pracy iść należy i odpocząć sobie od rodziny, kobieta musi się przeczołgać przez ciążę! Narzygać, nanosić, a potem urodzić w mękach! Co ty możesz o tym wiedzieć!

Jeden Bóg w niebiesiech miał pojęcie, jak bardzo nie chciałam po raz trzeci przechodzić przez to samo. Mieliśmy Joannę i Łukasza, parkę, pełną rodzinę. A teraz taka niespodzianka!

– Wiem, Ludwik! – zakończyłam. – Jestem w ciąży i nie ma innej opcji. – Zrezygnowana otarłam łzy. – I co my z tym zrobimy?

Następnego dnia moje przekonanie potwierdził ginekolog.

– Jadę do Torunia, do rodziców – obwieściłam Ludwikowi po opuszczeniu gabinetu. – Zajmij się małymi.

Musiałam choć na chwilę zmienić otoczenie i porozmawiać z kimś, kto mnie zrozumie. Mój mąż bowiem z trudem hamował radość z perspektywy pojawienia się na świecie kolejnego Zarębskiego lub Zarębskiej.

Cholerny egoista!

Wsiadłam w naszego wysłużonego malucha i skierowałam się Toruńską na Unisław. Lutowe słońce prześwitywało między drzewami, a ja przemierzałam kilometry, trawiąc lekarski werdykt. Radyjko chrypiało w rytm Dancing Queen Abby, a ja grzebałam nadzieje na jakiekolwiek tańce przez najbliższych kilka lat. Niespełna trzyletni Łukasz powoli wychodził z tetrowych pieluch, Asia była już rozsądną dziewczynką, a tymczasem…

Nie! Tego nie wytrzymam! Depnęłam na pedał gazu. I wpadłam w poślizg.

Samochód zatańczył na wąskiej jezdni, a mnie przemknęło przed oczami całe życie.

– Jezu, Matko Boska! – krzyknęłam bezgłośnie i puściłam kierownicę.

Los okazał się łaskawy. Auto dachowało na polu.

Otumaniona i przerażona wydostałam się na zewnątrz. Zatrzymałam pierwszy przejeżdżający samochód.

– Nic się pani nie stało?! – Kierowca patrzył to na mnie, to na stojącego dęba fiacika.

– Nie wiem. Chyba nie. Ale może trzeba wezwać milicję? No i jakąś pomoc drogową? O Boże, mój mąż mnie prześwięci! Niedawno wyremontowaliśmy auto! – łkałam, przycupnąwszy na brzegu rowu.

– Zawiozę panią do lekarza.

– Nic mi nie jest! – zaoponowałam.

– Jest pani w szoku. Jedziemy – zdecydował.

W toruńskim szpitalu zrobiono, co trzeba. Zostałam prześwietlona wszerz i wzdłuż i odesłana do domu z pakietem klisz. Od rodziców zadzwoniłam do Ludwika.

– Zostań do jutra. Ściągnę malucha i cię odbiorę – oświadczył. – Jak się czujesz? Nic ci się nie stało?

– Jest dobrze. Muszę tylko trochę wypocząć.

– A dziecko?

Dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie, jak bardzo naraziłam ciążę. Osiem zdjęć rentgenowskich stanowiło ogromne zagrożenie dla płodu.

– Nie wiem – wykrztusiłam przez kluchę w gardle.

I w tej samej chwili zaczęło mi zależeć na maleństwie.

Żeby tylko urodziło się zdrowe!, modliłam się w duchu, informując rodziców o kolejnym potomku, jak się miało okazać – dziewczynce. Narażonej na poważne problemy zdrowotne jeszcze przed urodzeniem.

Przeze mnie.

Kasiunia, której imię wymyśliłam na poczekaniu, miała stać się naszym oczkiem w głowie.

Lekarz uspokajał, twierdząc, że na tak wczesną ciążę promieniowanie rentgenowskie nie powinno mieć wpływu, niemniej jednak drżałam do chwili porodu. Uspokoiłam się dopiero na widok absolutnie zdrowej dziewuszki, która przyszła na świat w terminie.

Nie zniechęcał mnie nawet fakt, że do ukończenia roku nie przespała spokojnie ani jednej nocy, poprzedzanej dwugodzinnym wieczornym rykiem. Na początku z powodu kolki, potem z przyzwyczajenia.

Często bywałam przemęczona i opadałam z sił, czasami nawet z bezsilności popłakiwałam przy przecieraniu zupek czy zagniataniu ciasta na leniwe pierogi. Ludwik spędzał w restauracji długie godziny, nie wyłączając sobót i niedziel, na pomoc mamy, podobnie jak ja nauczycielki, nie mogłam liczyć. W ostatnich latach przed emeryturą brała sporo nadgodzin, aby zapewnić sobie wyższe świadczenie, więc nie wystarczało jej czasu na dojazdy do Chełmna. Musiała również wykarmić tatę i schorowaną babcię, która z trudem znosiła nawet krótkie wyjazdy córki.

Kręciłam się zatem z moją trójeczką wokół chełmińskiego rynku, opatrywałam otarte kolana, w sezonie na choroby biegałam do lekarzy z infekcjami i nieżytami małych żołądków, ale koncentrowałam się na Kasi, która absorbowała mnie w sposób odwrotnie proporcjonalny do wieku. Była najmłodsza, ale wymagała najwięcej uwagi. Joasia była zawsze przygotowana do lekcji, Łukasz, spokojny chłopiec, zaczytany w książkach. Kaśka natomiast nie pozwalała spuścić z siebie oka.

– Wandziu, Kasia ma dwie dwóje z matematyki – informowała mnie Mirka w pokoju nauczycielskim. – Prosiłam o podpis pod klasówką. Widziałaś ją?

– Niestety, nie pochwaliła się – mówiłam, przełykając gorzką pigułkę.

Niebawem w szkole zaczęto szeptać, że mała Zarębska sprawia matce kłopoty. W podstawówce dawałam jeszcze radę ustawiać ją do pionu, ale kiedy dostała się do liceum, nierzadko musiałam stawiać czoło większym wyzwaniom. Kaśka wagarowała i nie przykładała się do nauki.

– Ludwik, porozmawiaj z nią! – podnosiłam głos, kiedy w piątkowy wieczór, po raz kolejny, nasza szesnastolatka wyrywała się z kolegami na imprezę do Torunia. – Sądzisz, że siedzi teraz grzecznie na koncercie? – pytałam retorycznie. – O suchym pysku? Jutro znów będzie leczyć kaca. Ona jest dopiero w drugiej klasie liceum!

– Kochanie, jest młoda, musi się kiedyś bawić…

– Czy ty siebie słyszysz?! – grzmiałam. – Skąd wiesz, że ten Jarek, który ma ich przywieźć, będzie trzeźwy? A jeżeli spowoduje wypadek? A tak poza wszystkim, chyba ją straciliśmy!

– Co ty mówisz?

– W ogóle nie liczy się z nami, robi, co chce! A my czekamy, aż panna łaskawie wróci do domu o drugiej nad ranem! Dobrze, jeśli zda maturę.

Mój mąż kładł uszy po sobie i chował nos w gazetę.

– Mówiła, że zanocuje u Asi… – szeptał cicho.

Martwiłam się i zastanawiałam, gdzie popełniłam błąd. A mimo to, kiedy wracała cała i zdrowa, podawałam jej alka-prim i rosołek na podreperowanie żołądka.

Kaśka, o dziwo, szczęśliwie zdała maturę, ale o studiach nie było mowy. Nie pomagały argumenty, że starsza siostra i brat kształcą się, dbają o przyszłość. Ona, jak twierdziła, potrzebowała oddechu po ciężkiej harówie w liceum. Co sprowadzało się, według niej, do przynajmniej rocznej laby.

Nie wyraziłam zgody, ale Ludwik, jak zwykle, przyszedł córci w sukurs.

– Będzie mi pomagać w restauracji, a potem zobaczymy. – Znalazł salomonowe wyjście, któremu Kaśka skwap­liwie przyklasnęła.

– Dzięki, tatuś! Tylko ty mnie rozumiesz! – Padła ojcu w ramiona.

Matka była, oczywiście, głucha, głupia i nienowoczesna. I nie miała prawa głosu.

Zgodziłam się na takie rozwiązanie, choć powinnam wtedy wziąć ją za frak i przymusić do nauki.

Jak się okazało, „praca” u taty nie wyszła Kaśce na dobre. Zajęta szkołą nie dostrzegłam, a Ludwik się nie skarżył, że nasza córka rzadko bywa w restauracji, przedkładając nad obowiązki spotkania z chłopakami. Zaczęła prowadzać się z synem miejscowych przedsiębiorców Pawłem Wolskim, chłopcem tyleż przystojnym, ile mało ambitnym. Dlatego gdy poznała Grzegorza, o dziesięć lat starszego inżyniera z Gdańska, który czasowo pracował w Chełmnie, bardzo się ucieszyłam.

– Oby ten Grzegorz ją wychował! – mówiłam do Ludwika, martwiąc się o przyszłość córki. Która, choć „dorosła”, wciąż mieszkała z nami. – Może przemówi jej do rozumu?

Starałam się jak opętana, przygotowując niedzielne obiadki. Pokazywałam Grzegorzowi zdjęcia Kasi z dzieciństwa – ślicznej blondyneczki z lokami. Wkręcałam go do rodziny, poznając z Asią i jej mężem Danielem, zapraszając Łukasza z narzeczoną Andżeliką.

Nasza córka z godnością znosiła te rodzinne spędy. Ale gdy tylko Grzegorz wyjeżdżał na chwilę do Gdańska, biegła do Pawła.

Nie ustawałam w wysiłkach, lecz w końcu musiałam ustąpić.

– Grzegorz wyjechał na kontrakt do Australii – poinformowała nas córka przy schabowym z zasmażaną kapustą.

– Jak to? A co z wami? – zapytałam, z trudem przełknąwszy kęs mięsa.

– Z jakimi nami? Mamo, byliśmy wyłącznie przyjaciółmi. I nadal nimi będziemy.

– Kasiu…

– Niepotrzebnie wysilałaś się na swatanie. Ja jestem z Pawłem, a Grzegorz niech robi, co chce. O co ci chodzi? – Wymownie wydęła usta i ostentacyjnie odeszła od stołu.

Rzeczywiście. O co mi chodzi? Głupiej starej matce, która nie rozumie, że Grzegorz to Grzegorz, a Paweł to Paweł…

Postanowiłam przestać przejmować się sprawami mojej młodszej córki.

– A niech ją wszyscy diabli, gówniarę! – wrzasnęłam i zamaszyście sięgnęłam po talerz Ludwika, nie zwracając uwagi, że nie jest pusty.

– Wandziu…

– Wandziu, Wandziu! Fajnego faceta nazywa przyjacielem, a za tym, za przeproszeniem lowelasem, Pawłem lata jak szalona! – Miotałam się pomiędzy kuchnią a pokojem. – Ale tobie, jak zwykle, podoba się wszystko, co robi!

Ludwik nie był w stanie nabrać dystansu. Kaśka zajmowała specjalne miejsce w jego sercu, dlatego dzisiaj, kiedy obwieściła nam nowinę o ciąży, miał do powiedzenia tylko jedno.

– Jest dorosła. To chyba nic dziwnego, że urodzi dziecko?

– A co z ojcem?

– Ona mówi, że jest nim Grzegorz…

– Tak. – Pokiwałam głową z rezygnacją. – I uważasz, że wszystko się ułoży?

– Wandziu, nie panikuj. Będziemy mieć wnuczkę albo wnuka. Nie cieszysz się? Przecież sama zapewniłaś Kasię, że jej pomożemy. Czy nie tak?

– Tak, Ludwiku. Tak powiedziałam.

Rozdział 3

W ciągu kolejnych dni Katarzyna unikała nas, jak mogła. Wstawała, kiedy wychodziliśmy do pracy, popołudniami znikała z domu, pojawiając się późnym wieczorem. A podczas nielicznych wspólnie spędzanych chwil pytania o sprawy związane z dzieckiem zbywała milczeniem.

Przyzwyczajona do, delikatnie mówiąc, skrytości mojej córki, jej strategii polegającej na niedopowiedzeniach, przedstawianiu półprawd czy nawet mijaniu się z prawdą, nie dawałam za wygraną. Dziecko to zbyt poważna sprawa, by ją ignorować albo nabierać się na enigmatyczne stwierdzenia, że jakoś to będzie. Dlatego kiedy wreszcie udało mi się zatrzymać Kaśkę na kolacji, postanowiłam odbyć z nią poważną rozmowę.

– Kasiu, możesz nam wyjawić, jak wyobrażasz sobie dalsze życie? Oczywiście mam na myśli czas, kiedy pojawi się maleństwo.

Nałożyła sobie kolejną porcję sałatki z tuńczykiem.

– Mówiłaś, że mi pomożesz – przypomniała. – A zresztą zastanawiam się, czy chcę urodzić to dziecko – obwieściła.

– Jak to: czy chcesz urodzić?! – Głos niemal uwiązł mi w gardle. – To dziecko istnieje. Chyba nie zamierzasz…

– Usunąć ciąży? – dokończyła. – Zastanawiam się. Myślimy z Pawłem o wyjeździe do Anglii, bo tu nie mamy żadnych perspektyw. Co ja mam robić w tej dziurze?

Przeraziło mnie to lekceważące podejście. Winy za taki stan rzeczy szukałam w sobie.

Jak mogłam tak wychować córkę?, myślałam, spoglądając na moją ukochaną Kasieńkę, która podchodziła do nienarodzonego dziecka jak do przeszkody w jej bliżej nieokreślonych planach.

Musiałam się opanować, żeby nie wybuchnąć złością albo rozpaczliwym płaczem z powodu własnej wychowawczej nieudolności. Na szczęście zaprawiona w bojach po raz kolejny zdołałam zachować spokój.

– Zawiadomiłaś Grzegorza, że zostanie ojcem?

– Nie. Ale zrobię to, jeżeli zdecyduję się urodzić.

– A Paweł wie o twoim stanie?

– Wie.

– I co?

 

– Nie jest zadowolony. Właśnie dlatego zastanawiam się nad tym, o czym powiedziałam.

Słowo „aborcja” nie przeszło jej przez gardło.

Zatem nie wszystko jeszcze stracone!

– Kasiu, są decyzje, które rzutują na całe życie. Ty właśnie przed taką stoisz. Proszę cię… Prosimy cię razem z ojcem… – poprawiłam się, spojrzawszy wymownie na Ludwika, który siedział w narożniku kanapy i nie zabierał głosu. – Zastanów się, zanim popełnisz błąd.

Mówiłam, a jednocześnie zastanawiałam się, że może rzeczywiście powinnam pozwolić jej rozegrać tę partię po swojemu. Kaśka miała dwadzieścia trzy lata i niewątpliwie, przynajmniej w świetle prawa, była dorosła. Jak do tej pory jednak z jej dorosłości niewiele wynikało. Mimo że od matury upłynęły już cztery lata, wiodła tryb życia osoby wolnej, pozostającej de facto, jeśli nie liczyć sporadycznej pomocy ojcu w restauracji, na utrzymaniu rodziców. Dla naszego świętego spokoju podejmowała nawet, podobnie jak Paweł, próby studiowania na UMK czy w toruńskiej „bankówce”, ale kończyły się zazwyczaj przed upływem semestru. Na skłonność Kasi do lekkiego traktowania życia przejawiającego się otwarciem na wszelakie rozrywki, ciąża nie miała wpływu.

Może rzeczywiście powinnam machnąć ręką, ale poczucie odpowiedzialności podpowiadało, by nadal wspierać córkę – mimo jej wad, idiotycznych wyborów i braku pomysłu na życie. I nie pozwolić, by likwidując ciążę, narobiła sobie kolejnych kłopotów. Żeby nie zafundowała sobie traumy, która odezwie się w przyszłości, lub nie podjęła decyzji pozbawiającej ją na zawsze możliwości posiadania dzieci.

Złość na lekkomyślność Kaśki obezwładniała, ale rozsądek nakazywał zachować spokój.

Opłaciło się. Przyszła mama zrezygnowała z aborcji, licząc na moją pomoc, nawet w przypadku hipotetycznego wyjazdu z Pawłem do Anglii.

– Ludwik, myślisz, że Kasia dojrzeje, kiedy urodzi? – zapytałam, znieczulając się kieliszkiem wina po trudnej rozmowie z córką.

– Na pewno, Wandziu. Zobaczysz, jaką będzie dobrą mamą, a my dziadkami. Sama wiesz, że dzieci dyscyplinują. Może wkrótce uda się Asi i Danielowi? – wspomniał o naszej najstarszej córce i jej mężu, którzy starali się o potomstwo od kilku lat. – Będziemy mieć gromadkę wnuków, babciu. – Uśmiechnął się. – A teraz pozwól, że naleję ci jeszcze jeden kieliszek, bo taka jesteś spięta…

Optymizm Ludwika był tyleż miły, ile nieuzasadniony. Mój mąż, stoik i opoka, nigdy się nie denerwował, pozostawiając przywilej rozwiązywania wszystkich kłopotliwych rodzinnych spraw mnie. Prośby, by w sytuacjach problematycznych porozmawiał z dziećmi, spełzały na niczym. Wolał usuwać się, niż stawać na ringu.

– Wandziu, ty to lepiej załatwisz. – Oddawał mi pole. Bo gdy coś szło nie tak, winna byłam ja.

Lata wprawy.

Nie mając wyboru, machałam ręką na doskonale znaną sobie strategię i brałam na klatę wszystkie dziecięce porażki. Wiadomo, sukces ma wielu ojców, a klęska jest sierotą. Albo udziałem matki.

Teraz przełknęłam łyk półwytrawnego wina od Carlo Rossiego, o lekko różowej barwie. By nie pogrążyć się w czarnych myślach, zaplanowałam kolejny ruch.

– Wiesz co? Po zakończeniu roku szkolnego zaprosimy na niedzielny obiad Asię z Danielem i Łukasza. Może przyjadą moi rodzice? Przygotuję coś smacznego, a ty możesz przyrządzić kartacze. Powiemy wszystkim o ciąży Kasi.

– Dobry pomysł. Ale trzeba zapytać naszą córkę…

– Czy nie planuje jakiegoś wyjazdu z Pawłem? – weszłam mu w słowo.

Boże, on się jej bał!

– Zapytam, Ludwik – odparłam, straciwszy ochotę do dalszej rozmowy.

Katarzyna podeszła do pomysłu z dystansem.

– I po co ten rodzinny sąd nade mną? Już słyszę to biadolenie babci na temat lekkomyślnej wnuczki, która zamiast zająć się studiami zachodzi w ciążę, i to z byłym facetem. Aśka z Danielem też chyba nie będą zadowoleni z nowiny. Przecież od ślubu nie mogą doczekać się dzieciaka. A może oddam im swojego? – wpadła na szatański pomysł.

Po prostu przechodziła samą siebie! Nie mogłam się nadziwić, jakim cudem moje dwie córki są tak różne.

Asia ukończyła liceum z pierwszą lokatą i bez trudu dostała się na ekonomię w Toruniu. Zamieszkała u moich rodziców i studiowała przykładnie, by w terminie obronić pracę magisterską. Daniel, kolega z roku w niczym nie przeszkadzał jej w zaliczaniu kolejnych sesji egzaminacyjnych w zerowych terminach. Ich kilkuletnia znajomość zaowocowała ślubem w październiku, zaraz po obronach obojga. Młodzi zdecydowali się osiąść w Toruniu, w kawalerce sprezentowanej im przez rodziców naszego zięcia.

– Trochę szkoda, że nie zamieszkacie bliżej nas – żałowała Jola, mama Daniela, gdy wręczała świeżo poślubionym małżonkom klucze od ich pierwszego gniazdka. – Będziemy z Bogdanem tęsknić. I wpadajcie do Darłowa jak najczęściej!

Podróż poślubna została przełożona na wakacje, bo zarówno Asia, jak i Daniel już pracowali i na urlop musieli poczekać. Ona została zatrudniona w urzędzie miejskim, on znalazł sobie miejsce w dziale księgowości dużego przedsiębiorstwa, choć nie zrezygnował z planów założenia własnego biura rachunkowego. Jednak w pierwszej kolejności postanowił zdobyć doświadczenie na obcym gruncie.

Po wyprowadzce Asi w mieszkaniu dziadków się rozluźniło. Pozostał w nim jedynie Łukasz, będący wówczas na czwartym roku matematyki. Byłam wdzięczna rodzicom za udzielenie gościny naszym dzieciakom przez całe pięć lat ich toruńskich studiów; codzienne dojazdy z Chełmna byłyby kłopotliwe i nie ukrywam, nieco kosztowne. A dodatkowo miałam pewność, że babcia nie pozwoli wnukom umrzeć z głodu. Na szczęście moje starsze potomstwo nie przysparzało kłopotów.

– Kasiu, jesteśmy rodziną. Prędzej czy później wszyscy i tak się dowiedzą o twojej ciąży – przekonywałam do pomysłu rodzinnego obiadu. – Zaproszę ich na niedzielę. Tylko błagam, nie nawiązuj do starań Aśki i Daniela o dziecko. Są młodzi i dopiero cztery lata po ślubie. A babcia niech sobie pogada. Wiesz, jak jej zależy na tobie. Gdybyś tylko chciała, też mogłabyś mieszkać u dziadków, studiując.

Prychnęła ze złością, godząc się na, jak to określiła, „sąd rodzinny”. Łaskawie pominęła milczeniem dygresję o studiach.

– Im szybciej będę to miała za sobą, tym lepiej – stwierdziła, opuszczając pokój.

Zawsze starałam się, żeby rodzinny stół był nie tylko smaczny, ale i ładny. Z przyjemnością sięgałam po starą zastawę, polowałam na stosowne serwetki, nie pozwalałam zaśniedzieć srebrnym sztućcom po siostrze mamy, ciotce Irence. Goście powinni czuć się wyjątkowo.

Również i tym razem nie było inaczej. W ulubionym i sprawdzonym mięsnym zamówiłam wołowinę na zrazy i kupiłam żeberka, które miały udusić się w sosie musztardowo-miodowym. Z warzywniaka pani Lidki wyszłam obładowana dwoma koszami dorodnych pomidorów, ogórków gruntowych, cukinii i nowalijek. Nie zapomniałam o świeżych rybach, sprowadzanych przez kuzyna mojej przyjaciółki Mirki do jego sklepu przy Dominikańskiej.

Sobotnie popołudnie spędziłam w kuchni, przy dźwiękach ulubionej radiowej stacji serwującej przeboje wszech czasów, wyczarowując potrawy dla moich gości. Kiedy zrazy z sosem grzybowym dochodziły, a w piekarniku dosychały dwa podkłady bezowe do tortu tiramisu z bakaliami, wzięłam się do ryby po japońsku. Zalewa stygła.

Gdy wyjmowałam patelnię, by wrzucić na nią panierowane filety, zadzwonił Łukasz.

– Cześć, mamo. Nie mogę przyjechać do was na obiad – oznajmił. – Sorry, ale wypadł mi pilny wyjazd.

– Ale… – próbowałam oponować.

– Opowiem ci wszystko później. Pozdrów tatę i Kaśkę – zakończył.

Cóż, najwyraźniej powód był ważny.

Szkoda, pomyślałam. Tak lubi moje zrazy…

Ludwik wrócił z pracy późnym wieczorem, z miską pełną kartaczy i salaterką kapusty z grzybami.

– Zgodnie z zamówieniem. – Postawił na stole torbę. – O której jutro?

– O drugiej. Nie będzie Łukasza, bo coś mu wypadło – poinformowałam, wyjmując bezy z piekarnika.

Telefon od Asi nieco mnie zaniepokoił. A wieść, że jutro nie przyjadą, wprawiła w rozpacz.

– Mamuś, przepraszam bardzo, ale mama Daniela ma kłopoty z sercem. Trafiła do szpitala. Za chwilę jedziemy do Darłowa. Sama rozumiesz, że obiad jest nieaktualny. Zobaczymy się przy okazji.

– Oczywiście. Pozdrów od nas Jolę – zdążyłam odpowiedzieć, zanim odłożyła słuchawkę.

Postanowiłam upewnić się, czy i u rodziców nie pojawił się jakiś problem, który uniemożliwiłby przyjazd.

– Cześć, mamo – powiedziałam. – Wszystko u was w porządku? Widzimy się jutro o drugiej?

– Właśnie miałam do ciebie dzwonić, córciu – usłyszałam niepewny głos. – Wyobraź sobie, że zapowiedzieli się z wizytą Kowalscy. Pamiętasz Jadzię i Mieczysława? Jadą do sanatorium do Ciechocinka i chcą zanocować w Toruniu. Nie mogłam im odmówić, nie widzieliśmy się od trzydziestu lat. Ale chyba nie masz mi za złe? I tak was będzie dużo przy stole. Wandziu, zachowaj dla mnie zrazy i kilka kartaczy Ludwika – zakończyła.