Przekonaj mnie, że to ty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Edyta

Mamo, jadę już! Jesteś pewna, że dasz sobie radę? – zapytałam.

Wybierałam się do Gdańska z nadzieją, że pobłogosławi mnie na drogę.

Przyłożyłam się do przygotowań jej klasowego spotkania, nie odmawiałam pomocy w jakiejkolwiek sprawie. Posprzątać pokoje? Edytka chętnie. Pojechać po wołowinę na tatar? Owszem. Skompletować milion piosenek z lat osiemdziesiątych na te wspomnieniowe balety? Czemu nie? Niejeden wieczór spędziliśmy z Miłoszem, by dinozaury nie miały kłopotów z przerzucaniem nudnych kawałków. Komputer aż pękał od hitów.

Od dawna nienotowany widok mamy zadowolonej, energicznej i powracającej do życia napawał mnie radością. Nie tylko dlatego, że chciałam dla niej jak najlepiej, ale egoistycznie rzecz biorąc, dostrzegałam w odzyskaniu przez nią równowagi szansę dla siebie.

Czułam nadciągający kres mojego pobytu w Krynicy, a nie mogłam opuścić domu, dopóki mama nie dojdzie do równowagi. Codzienne, potem nieco rzadsze wizyty na cmentarzu utrzymywały ją w stanie przygnębienia i nic nie wskazywało na radykalną poprawę. Już nawet ja pogodziłam się ze śmiercią taty. Pani Wiesia tylko załamywała ręce, a ciocia Lidka niejeden raz kolaborowała ze mną, jak przełamać depresyjne mamine nastroje.

Jednak dopiero wizja klasowego spotkania przyniosła przełom. A przynajmniej taką miałam nadzieję. Dlatego ze wszystkich sił włączyłam się w przygotowania.

A poza tym mieli przyjechać Hiszpanie! Dwa cuda naraz! Eksplodowałam radością, gotowa jechać po nich do Gdańska. Waldek powiadomił mnie, gdzie się zatrzymali; miałam dołączyć do całej szóstki w hotelu, spędzić z nimi wieczór i zawieźć do Krynicy następnego ranka.

Wzięłam starą omegę taty, którą ujeżdżałam od dwóch lat, i ucałowawszy mamę na do widzenia, z wiatrem w uszach i wolną głową, ruszyłam do Trójmiasta.

– Dziękuję ci za wszystko. I uważaj na drodze. Nie szalej! – przestrzegła mnie swoim stałym tekstem.

Tak jakby wiekową omegą można było poszaleć!

Śpieszyłam się, by poznać moich gości, więc droga minęła mi w okamgnieniu. W myślach powtarzałam hisz­pańskie formułki powitalne, próbując przypomnieć sobie dawno nieużywany język. Odgrzebywałam w pamięci słowa, zdania, by ostatecznie uświadomić sobie, jak dużo zapomniałam. Zbliżając się do kresu podróży, wpadłam w panikę, że nie zrozumiem niczego.

Chwila prawdy odwlekła się nieco, bo Waldek złapał mnie esemesem przed hotelem i poinformował, że towarzystwo przeniosło się do znajomej knajpy nad morzem, gdzie baluje w najlepsze przy kolacji i winie. Gdy dołączyłam, Hiszpanie byli w już dobrych nastrojach i przywitali mnie z naturalną dla nich bezpośredniością.

– To jest Edyta – przedstawił mnie Waldek. – A to Claudia, Adelina, Juan-Miguel, Patricio, Sergio i Vincente.

Wskazywał każdego po kolei.

– Edita? Hola, Edita! Mucho gusto de conoserte!

Patricio aż wyskoczył zza stołu, żeby się ze mną przywitać.

Na szczęście bez problemu zrozumiałam, że „miło mnie poznać”.

– Mnie również. Cieszę się, że was widzę. Mogę się przysiąść?

Hiszpańskie słowa znalazły swobodne ujście. Co za ulga!

Nie wiedziałam, czy Waldek zamówił muzykę, czy też była ona specjalnością knajpy, w każdym razie tuż po dwudziestej pierwszej zaczęliśmy tańczyć w rytm Gipsy Kings, Enrique Iglesiasa, Joe’ego Arroyo i Carlosa Baute, których często słuchane przeze mnie piosenki przypominały o marzeniach. Pielęgnowałam je jak delikatny kwiat, utrzymując przy życiu i chroniąc przed złymi wiatrami w oczekiwaniu na te bardziej pomyślne.

Na początku jednak, nieco onieśmielona, nie rwałam się na parkiet. Dopiero po jakimś czasie dałam się ponieść nastrojowi i… najprzystojniejszemu wśród Hiszpanów.

– Jestem Juan-Miguel – przypomniał mi. – Chodź – zaprosił, złożywszy wzorem Iglesiasa ręce jak do modlitwy.

W mowie ciała Enrique zawsze chwytało mnie to za serce.

Zaczęliśmy poruszać się w rytm El perdon, najpierw spokojnie, bo piosenka nie wymagała wygibasów. Spoglądaliśmy na siebie z uwagą początkującej na parkiecie pary, lecz wkrótce nieco bardziej zaangażowaliśmy się w taniec, by w końcu zauważyć, że przytulamy się do siebie w Loco.

Kiedy muzyka się skończyła, żal było wracać do stolika.

Nie zdążyliśmy dojść. Zawróciliśmy i zatańczyliśmy Hero, którego dźwięki niespodzianie wypełniły salę.

– Nie wiedziałem, że Polska jest tak ładna.

Juan sączył mi w tańcu miłe słowa do ucha, a ja łykałam je jak spragniony krople źródlanej wody.

– Jutro zobaczysz Krynicę.

– Tam będzie jeszcze piękniej? – zapytał, wpatrując się we mnie oczami okolonymi czarnymi długimi rzęsami, za które każda kobieta dałaby się poćwiartować.

Nie myślałam wtedy o przyszłości. Zapamiętałam się w tańcu i wolności, jaką przynosił mi w ramionach Juana-Miguela. Nareszcie coś się działo, na szczęście nie za szybko. Juan był świetny na parkiecie i podrywał mnie tańcem.

Po północy wróciliśmy do hotelu, by następnego dnia około południa zapakować się do aut i skierować do Krynicy. Dowiozłam towarzystwo do celu i wypuściłam na spacer po plaży. Sama oddałam się oczekiwaniu na maminych gości.

Przyjechali całą watahą, zadowoleni, podnieceni, wychwalający pod niebiosa porośnięty bluszczem front budynku, na który nikt z domowników nie zwracał już uwagi. Biegałam z mamą z kuchni do jadalni, podając a to świńskie nóżki, a to flaki, a to inne dziwne cynaderki, wstydząc się zaserwować to menu moim Hiszpanom. Ale w końcu przełamałam się i zapytałam, czy mogę przysiąść się z towarzystwem do jej przyjaciół.

– To oni już są? – zdziwiła się i zgodziła ochoczo.

Przycupnęliśmy w kąciku, przyglądając się polskiej biesiadzie, która z każdą chwilą coraz bardziej podobała się moim gościom.

– To coś… – Vincente wskazał na flaki. – To było bardzo dobre, a tamto mięso (zawijane zrazy) jeszcze lepsze.

Nalewki i zwykła polska żytnia odniosły skutek. Wprawiły Hiszpanów w jeszcze lepszy nastrój i obudziły w nich chęć opanowania parkietu.

– To może, skoro mamy tu szóstkę hiszpańskich gości, puścilibyśmy też coś dla nich? – zaproponował Miłosz, który towarzyszył nam od jakiegoś czasu.

– Świetny pomysł! – Przystałam.

Chyba zbyt szybko i zbyt entuzjastycznie.

Miłosz chyba tego nie zauważył, ponieważ akurat udał się w stronę komputera.

Salę wypełniły dźwięki Bailando, które sprawiły, że do tańca poderwała się połowa sali. Włącznie z Juanem-Miguelem, z ręką wyciągniętą w moją stronę.

– Por favor?

Na jego „proszę” zerknęłam tylko, gdzie jest Miłosz. Jako że chwilowo zniknął mi z pola widzenia, poszłam pobalować.

Jak dobrze, że włożyłam tę czerwoną sukienkę, dopasowaną w talii i rozszerzającą się ku dołowi! Dzięki niej mogłam wykręcać piruety w takt ruchów mojego partnera. Zapamiętywać się w tańcu i jego oczach. O matko jedyna, jakich!

Ktoś dostarczył nam na parkiet po kieliszku nalewki, ktoś inny zadbał, żeby muzyka nie milkła. Tkwiliśmy z Juanem-Miguelem pośrodku tłumu i zbiorowego szaleństwa wokół.

– Edita, skąd ty się wzięłaś? – zapytał przy jakimś wolniejszym kawałku, ani na chwilę nie przestając patrzeć mi w oczy.

– Z morskiej piany – odparłam.

Przypomniałam sobie słowa mamy, które powtarzała przez całe życie.

– To widać – odpowiedział, przytulając mnie mocno. – Piękna jak Afrodyta. Długie jasne włosy…

Opuszczaliśmy parkiet jako jedni z ostatnich.

Otrząsnęłam się z tego, co się ze mną działo, pożegnałam Hiszpana. Musiałam pomóc mamie posprzątać.

Zbierałam brudne talerze i kubki, myśląc o kolejnym dniu. I o kolejnych.

Al dia siguiente!, powtarzałam w myślach, rozanielana tańcem, wciąż czująca rytm, który niemal unosił nas nad parkietem, przypominająca sobie gesty Juana-Miguela, jego spojrzenie. No i ten hiszpański akcent!

Kładąc się spać, zerknęłam na ekran komórki, który raził żółtym światełkiem esemesa.

„Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś i impreza mamy się udała. Pozdrawiam cię na dobranoc i całuję. Miłosz”.

Urszula

Wszyscy wyjechali.

Wycałowaliśmy się na do widzenia, które miało za pośrednictwem poczty mejlowej nastąpić jutro, pojutrze, a najdalej w przyszłym tygodniu. Wymieniliśmy się numerami telefonów i obiecaliśmy sobie kontakt, wcześniej niż po kolejnych trzydziestu latach.

Dobry nastrój nie opuszczał mnie przez kilka następnych dni. Pustkę po mojej klasowej czeredzie skutecznie wypełniała szóstka gości Edyty, robiąca towarzyski zamęt za całą moją klasę.

Po śniadaniu Hiszpanie wyjeżdżali na wycieczki, pływali po zalewie i jak mówiła moja córka, „ogarniali” okolicę, by wieczorami zapanować w kuchni, gdzie uczyli panią Wiesię przyrządzania hiszpańskich dań. Wprawdzie nie dysponowaliśmy rybą el caldero, ale nasz rodzimy dorsz nadawał się doskonale do przyrządzenia w stosownym sosie potrawy rodem z leżącej niedaleko Alicante wyspy Tabarka.

W zamian za nieocenione rady dotyczące ichniejszych bocadillos i tapas, czyli kanapek i przystawek, goście chwalili nasze: ze śledzikiem i twarożkiem. Że nie wspomnę o tatarze i wiejskiej kiełbasie.

Edyta, kręcąc się wśród nich z od dawna niespotykanym u niej wigorem, tłumaczyła, aż furczało, zręcznie przerzucając pomost pomiędzy „niemą” matką a obcymi.

Byłam z niej dumna, chociaż, jak to ja, zawsze musiałam znaleźć problem do zamartwiania się. Tym problemem był Miłosz, który nie pojawiał się u nas już od kilku dni.

Moje pytania Edyta zbywała milczeniem, popartym pełną dezaprobaty miną. Poprosiłam o pomoc Lidkę.

Usiadłyśmy w fotelach, nie pamiętam już, w czwartek czy w piątek. Jak na październik pogoda była wyjątkowo ładna. Słońce zachodziło na czerwono, zwiastując pogodny dzień. Na jutro wzięłam wolne, Lidka też postanowiła odpocząć i omówić ze mną, na co wcześniej nie miałyśmy czasu, wydarzenia ostatnich dni.

 

– Napijesz się nalewki z wiśni czy może hiszpańskiego wina? – zaproponowałam i sięgnęłam do barku.

– A gdybym wybrała wino?

– Por favor – odparłam, popisując się znajomością szczątków języka.

– No to nalej. Cokolwiek to znaczy – odpowiedziała, rozparłszy się wygodniej na poduszkach. – Taka się zrobiłaś hiszpańska – zadworowała sobie z mojej lingwistycznej elokwencji. – Widzę, że jesteś w dobrym nastroju.

– Żebyś wiedziała – odparłam. – A ty nie jesteś? – zapytałam, wyczuwając w głosie przyjaciółki nutkę sarkazmu. – Lidka, co się dzieje? – zaniepokoiłam się.

Z trudem opanowała łzy.

Zakryła dłonią usta, żeby nie rozkleić się całkowicie.

– Wszystko w porządku – odparła po chwili, kiedy już udało się jej uspokoić.

– No przecież widzę, że nie jest! Co się dzieje?

– Kazik… – wykrztusiła. – Już od dawna podejrzewałam, że ma kogoś.

– To niemożliwe! – wykrzyknęłam, absolutnie przekonana, że podejrzenia Lidki to jeden wielki nonsens. – Kazik? Przenigdy!

– Nie mówmy o tym! – przerwała mi. – Nie chcę o nim rozmawiać. Nie dziś. Możesz mi dolać wina?

Mimo prób wydobycia z przyjaciółki dalszych zeznań, nie osiągnęłam sukcesu. Zaparła się i odmówiła współpracy, nagabując o zwierzenia mnie.

W obliczu takiego obrotu sprawy nie pozostawało mi nic innego, jak powrócić do wspominek z klasowego spotkania i przeanalizować zachowanie Edyty, które, nie ukrywam, trochę mnie zaniepokoiło. O Kazika postanowiłam wypytać Lidkę przy najbliższej okazji.

– Bardzo dobre to wino.

„Wysmakowała” trunek o głębokiej purpurowej barwie do ostatniej kropli, zanim zdążyłam przyłożyć swój kieliszek do ust.

Intuicja podpowiadała mi, że dzieje się z nią coś niedobrego.

– Może jednak uchylisz rąbka tajemnicy? – Ponowiłam próbę.

Machnęła ręką, zniecierpliwiona, i zrobiła mi wykład, czym powinnam zająć się w najbliższym czasie.

– Spotkanie klasowe super. Daniel wpatrywał się w ciebie jak w święty obrazek, ale ja boję się o Edytkę.

Moja podniecona alkoholem przyjaciółka zaczęła z grubej rury, nie bawiąc się w grzeczności.

– Co z nią? – zapytałam, mimo że znałam odpowiedź.

Ta właśnie sprawa spędzała mi sen z powiek podczas dwóch ostatnich nocy.

– Nic nie zauważyłaś? Przecież ten Hiszpan wyraźnie ją podrywa. Przetańczyła z nim całą noc. A Miłosz poszedł w odstawkę.

Miała rację. Widziałam to tak samo, ale rodzinna solidarność kazała mi bronić córki.

– Od dwóch lat nie mówiła po hiszpańsku, a trafiła się dobra okazja. Przyjechali fajni ludzie, to dziewczyna jest w siódmym niebie. Wyjadą i wszystko wróci do normy.

– Do jakiej normy, Ula? Ty uważaj, żeby nie poszła za tym Juanem jak w dym! Bo stracisz jedyną córkę, tak jak ja Witka – wyrzuciła z siebie Lidka, gapiąc się na mnie jak na pierwszą naiwną.

– Przecież to tylko chwilowi goście… – odparłam, choć moja pewność w tej kwestii opadła.

Strzał był celny i dotknął czułego punktu.

Nie chciałam rozłąki z Edytą. No, chyba że poszłaby na studia do Gdańska, niedaleko, w zasięgu ręki. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby po studiach wróciła do Krynicy i przejęła ode mnie pensjonat, który z uwagi na długą historię powinien przecież trwać. Zresztą Miłosz nieraz deklarował, że bardzo mu się tutaj podoba.

Jak Marek, pomyślałam.

Po raz pierwszy od śmierci mojego męża na wspomnieniu o nim pojawiła się delikatna, niemal niewidzialna rysa.

Jego również Krynica urzekła tak bardzo, że nie chciał nigdzie wyjeżdżać. Poczułam nagłe ukłucie pretensji o jego zachowawczość i ograniczanie mojej wolności. Dlaczego latami przyjmowałam jego argumenty o bezsensie podróżowania, „skoro ma się tak piękne niebo na własność?”. Tak właśnie mawiał, spacerując ze mną po plaży i zachwycając się zachodami słońca.

– Kochanie, wiesz, jak mam dosyć jeżdżenia. Całymi tygodniami nie ma mnie w domu, to chociaż weekendy chciałbym spędzać tutaj. U siebie.

Czyżbym w stosunku do Edyty stawała się powoli taką samą egoistką jak Marek wobec mnie?

– Mówię ci: uważaj na tego Juana. – Lidka sprowadziła mnie na ziemię.

Spojrzałam na nią spokojnie i ze zdziwieniem usłyszałam własny głos. Wypowiedziałam słowa, które kilka dni, ba!, kilka minut temu nie ujrzałyby światła dziennego.

– Edyta ma prawo bawić się, z kim chce. Wcale się jej nie dziwię, że po dwóch latach siedzenia tutaj ze mną i obsługiwania gości ma ochotę na odrobinę szaleństwa. A poza wszystkim, Lidka, ona ma dopiero dwadzieścia dwa lata i jeszcze nie wychodzi za mąż. Ani nie wyjeżdża na stałe do Hiszpanii. Nie ma co martwić się na zapas – dodałam.

Mimo że dokuczała mi nielojalność wobec Miłosza.

– Nie poznaję cię. Źle się dzisiaj czujesz? – Moja przyjaciółka miała oczy jak spodki. – Skąd ta nagła zmiana zapatrywań? Przecież jeszcze niedawno nie wyobrażałaś sobie, że możesz wypuścić ją z rąk.

– Jest taka zadowolona z życia… – zaczęłam, choć z nieco już mniejszym zapałem, nabrawszy wątpliwości, czy aby nie poszłam w tolerancji za daleko.

A jeżeli moja córka rzeczywiście zakocha się w Juanie i wyprowadzi do Hiszpanii? Bez studiów, w obcym środowisku… Nasz kontakt będzie ograniczał się wyłącznie do rozmów na Skypie? I jeszcze jedno. Miłosz to w sumie bardzo miły i poważny chłopak. Szkoda by było, gdyby – jak wspomniała Lidka – poszedł w odstawkę.

Wątpliwości wyparły pozytywne myślenie.

– Sama już nie wiem – dodałam, czując mętlik w głowie. – Poczekajmy na rozwój sytuacji. A może jednak powiesz co z Kazikiem? – wspomniałam, żeby wreszcie zakończyć niewygodny temat.

– Masz jeszcze wino? – zapytała Lidka i nie czekając na odpowiedź, dolała sobie do kieliszka.

Trzeba jej przyznać, że nie zapomniała i o moim.

Wstała z fotela, a jej wzrok powędrował za okno, na prześwitujące między rzędami sosen fale. Stwierdziła po raz drugi, że Kazik ją zdradza, a ja po raz drugi nie dałam temu wiary.

– Nigdy. To niemożliwe. Każdy, ale nie twój mąż.

Lidka wróciła na miejsce. Starając się zachować spokój, wyłożyła kawę na ławę.

– To się zaczęło pół roku temu, w marcu. Wiesz, że lubi sobie wypłynąć na ryby, czasami chodzi na męskie wieczory. Zawsze to robił, dlatego przyjęłam do wiadomości coraz częstsze wyjazdy i późniejsze powroty. Do chwili, kiedy pod koniec lipca spotkałam Romka, jego kumpla od moczenia kija, i zapytałam go, dlaczego ostatnio ryby nie biorą, ponieważ Kazik zazwyczaj wraca z pustym wiaderkiem. Zaskoczony, nie znalazł stosownej wymówki dla kumpla. Po prostu go wsypał. Powiedział, że nie byli na rybach ze cztery miesiące, ponieważ Kazik nie miał czasu.

– Dostał dodatkową robotę, wiesz, o czym mówię – kręcił Romek, motając się we własne kłamstwa. – A zresztą to wasze sprawy – zakończył.

Wymówił się od ciągu dalszego bardzo ważnym spotkaniem.

W domu przyparłam Kazika do muru. I rzeczywiście, okazało się, że ostatnio częściej jeździ na odbiory budowlane. A nie wspominał mi o tym, bo składał pieniądze na wspólną wycieczkę. I na wyjazd do Witka, do Londynu.

– Może zabierzemy ze sobą Ulkę? – rozbroił mnie na koniec burzliwej rozmowy.

Zaproponował wakacje na Majorce.

– Uspokoiłam się. – Lidka ciągnęła opowieść. – Aż do przedwczoraj. Uwierzyłam w te jego nadzory i odbiory, robiłam mu kanapki, kiedy wyjeżdżał. Ale przedwczoraj zabrałam się za porządki w jego pokoju. Układałam papiery na stole i natknęłam się na zeszyt, w którym zapisywał wszystkie dodatkowe zlecenia. To mu potrzebne do rozliczeń podatkowych czy czegoś innego, nie wiem. W każdym razie prowadził ten zeszyt od wielu lat.

Z głupia frant, można powiedzieć: bez przyczyny, zerknęłam na ostatnią stronę i zobaczyłam datę ostatniego zlecenia. Styczeń tego roku. No więc teraz sama widzisz, jak sprawa wygląda. On mnie oszukuje! Jeździ do niej! Jeździ do jakiejś baby!

– Uspokój się, Lidziu… – Usiadłam obok przyjaciółki i kołysałam ją w ramionach, starając się ukoić płacz. A ona rozkleiła się kompletnie. – Na pewno znajdzie się wytłumaczenie.

– Jakie? On nie pracuje i nie chodzi z kumplami na ryby! To niby gdzie łazi? Ma kogoś!

Trudno mi było wyobrazić sobie mocno łysiejącego Kazika, delikatnie mówiąc pozbawionego męskiej urody (która w jego przypadku sprowadzała się do nalanej twarzy, niewielkich oczu i skłonności do zaczerwienień skóry), jako wiarołomnego męża.

Postanowiłam jednak sprawy nie bagatelizować, ponieważ nigdy nic nie wiadomo. Kazik był miły, czuły, łagodny. Którejś kobiecie, nie licząc Lidki, mógł się spodobać. Nie chciałam jednak budzić w koleżance jeszcze większych wątpliwości. Spróbowałam obrony jej męża.

– Może powinnaś z nim porozmawiać i poprosić o wyjaśnienie?

– A myślisz, że tego nie zrobiłam? Tłumaczył się, że od jakiegoś czasu nie zapisuje zleceń w zeszycie. I jeszcze mnie ochrzanił za grzebanie w jego rzeczach!

– To co zamierzasz? – zapytałam.

Na wszelki wypadek powstrzymałam się od dobrych rad.

– Pomożesz mi? – Lidce błysnęła w oczach iskra nadziei.

Zgodziłam się bezzwłocznie.

– Powiedz tylko jak.

– Mam pewien pomysł… – zaczęła.

I w tej samej chwili do pokoju wpadli Edyta z Miłoszem.

Wyglądali na całkiem zadowolonych, a nawet szczęśliwych. Dostrzegli nas, siedzące w pobliżu zgaszonej lampy, i w biegu przerwali pocałunek.

– Co tak siedzicie po ciemku? – krzyknęła Edyta, odskakując od Miłosza. – Przestraszyłyście nas!

Popatrzyłam przepraszająco. Lidka milczała.

– Co tu się dzieje? Umarł ktoś? – wyrwało się Edycie. – Przepraszam, już się zmywamy.

Popatrzyła czule na Miłosza i pociągnęła go do wyjścia.

Radośnie pomachała nam ręką. A Miłosz pognał za nią, równie szczęśliwy i zadowolony.

– Widzisz? A jednak nie ma powodu martwić się problemami dzieci – podsumowałam, patrząc za znikającą parą. – Mów, jaki masz pomysł z Kazikiem. – Wróciłam do tematu i rozsiadłam się wygodnie w fotelu.

Edyta

„Impreza mamy bardzo udana. Staruszkowie bawili się na sto dwa, a my razem z nimi. Tylko ja chyba trochę przegięłam z Juanem”, mejlowałam do najbliższej mi w ostatnich miesiącach kumpeli Mai.

Poznałam ją latem ubiegłego roku na plaży, w okolicznościach, można powiedzieć, zawodowych. Uratowałam ją od niechybnej śmierci w morskich odmętach, kiedy silny skurcz łydki pociągnął ją pod wodę. Skończyło się na strachu, a nasz pierwszy, niezbyt fortunny kontakt zaowocował całkiem sensowną znajomością.

Studiowała farmację w Gdańsku, a latem dorabiała jako kelnerka w krynickim hotelu „Falochron”. Spotykałyśmy się po pracy, a po wakacjach nie zerwałyśmy kontaktu. Zyskałam w Trójmieście życzliwą metę, z której chętnie korzystałam, wypełniając gdańskim gwarem nudne jesienne i zimowe popołudnia i wieczory.

Nie robiłam tego jednak tak często, jakbym chciała. Maja miała bardzo absorbujące studia i niestety, niezbyt dużo czasu. Dzięki jej namowom i ciągłemu nagabywaniu Miłosza i ja zaczęłam powoli zastanawiać się nad uczelnią. Oczywiście dopiero w przyszłym roku. W tym było już za późno na rekrutację.

– Pomyślałam sobie, że mogłabyś zrobić kurs rehabilitacji. – Podczas jednej z moich wizyt w Gdańsku Maja podsunęła pomysł, który nawet mnie zainteresował. – Świetnie wyciągasz topielców, to może warto by też umieć masować różnych popaprańców? Kandydatów jest sporo. Z pewnością chętnie skorzystałby z twoich umiejętności niejeden wasz pensjonariusz – namawiała.

Miała rację. Dodatkowa umiejętność mogła się przydać. A poza tym, kurs terapii manualnej, który z pomocą Miłosza wynalazłam w ofercie jednej z firm, wypełniłby mi kilka jesienno­-zimowych weekendów i pozwolił pokręcić się wśród ludzi. A tych w martwym sezonie bardzo mi brakowało.

W październiku gościłyśmy z mamą dwudziesto­osobową grupę na dwudniowym szkoleniu, ale w listopadzie powiało pustką. Korzystając z przerwy w działalności pensjonatu, mama zleciła wynajętej ekipie odmalowanie kilku pokoi i remont kuchni. Słuchając jej narzekań na stan naszych finansów, zdałam sobie sprawę, że kursu terapii manualnej raczej mi nie pokryje. A moje pieniądze, zarobione na plaży, topniały w postępie geometrycznym.

– Ja ci pożyczę, Edytko. – Jak zwykle niezawodny, Miłosz szybko znalazł rozwiązanie.

 

– Nie wiem, czy będziesz w stanie. Kurs kosztuje trzy tysiące. Swoją drogą, słono sobie liczą. Pięć stów za moduł, czyli za weekend. A poza tym, nie tak szybko mogłabym ci oddać.

Zasępił się, wykonał kilka operacji w Internecie. Domyśliłam się, że wszedł na konto.

– Na razie mógłbym ci dać dwa tysiące, ale jeszcze pomyślę… – Wpatrywał się w ekran, szukając rozwiązania. – Poproszę rodziców o doraźną pomoc. Kiedy dostanę pieniądze za ostatnią robotę, to im zwrócę.

– Kochany jesteś! – Objęłam go za szyję i pocałowałam w policzek. – Wystarczy, że pożyczysz mi połowę. Z resztą sobie poradzę.

– Na pewno?

– Na pewno. Bardzo ci dziękuję.

Tysiąc złotych wysupłałam z oszczędności po lecie. Mama dołożyła brakujące pięć stów.

W połowie stycznia zaczęłam kurs.

Wspomnienia przerwał mi klikający dźwięk, który zasygnalizował nadejście mejla od Mai.

„Szkoda, że nie mogłam poznać tego Juana. Domyślam się, jakiego grzechu jest wart. A tak w ogóle to z czym przegięłaś?”.

Palce rozpoczęły taniec po klawiaturze.

„Przetańczyłam z nim całą noc, choć Miłosz był w pobliżu. Głupio mi”.

„Złościł się?”.

„Na pewno, ale nie okazywał. Sama wiem, że dałam ciała”.

„Wynagrodzisz Miłoszowi, kiedy Juan wyjedzie. Teraz korzystaj z okazji i paplaj po hiszpańsku, ile się da. Kto wie, kiedy będziesz miała kolejną okazję”.

Maja miała rację. Od lata byłam z Miłoszem, ale ślubu nie wzięliśmy. Nasze przyjacielskie stosunki przerodziły się ostatnio w nieco bardziej intymne. Krótko mówiąc, czułam, że coraz bardziej mi na nim zależy. A że pobawiłam się z Juanem?

Idąc za radą koleżanki, postanowiłam wynagrodzić Miłoszowi tamten szalony wieczór. Dopomógł mi w tym następnego dnia sam Juan, zapraszając nas do rodzinnego Alicante.

– Przyjeżdżajcie do pensjonatu, kiedy tylko chcecie! – zakomunikował, rozkładając ręce gestem gościnnego gospodarza.

Jego spojrzenie odczytałam jednoznacznie. Miałam jedynie nadzieję, że Miłosz nie koncentrował się na mowie ciała i nie dostrzegł, kogo przede wszystkim oczekuje u siebie ognisty Hiszpan.

Juan Juanem, ale cieszyłam się przede wszystkim na wyjazd z Miłoszem. Hiszpański flirt był bardzo przyjemny i z pewnością dowartościowywał mnie jako dziewczynę, ale jednak to Miłosz trwał przy mnie od śmierci taty, powoli i systematycznie zaskarbiając sobie moje uczucie.

– Z przyjemnością – odparliśmy niemal równocześnie. – Dzięki za zaproszenie – dodałam, wsparta na ramieniu mojego chłopaka.

Samolot hiszpańskich gości miał odlecieć nazajutrz. Ostatni wieczór postanowiliśmy spędzić nad nieco już zamglonym morzem. Październikowy wieczorny chłód dawał znać o sobie, kiedy przysiedliśmy pod wydmą, obserwując zachód słońca, po którym zaczęło robić się zimno. Miłosz przysiadł obok i okrył mnie swoją kurtką. Juan wznosił kolejne toasty, adorując Claudię. Na mnie nawet nie spojrzał.

A jednak zabolało.

Po kilku godzinach, gdy ogarnęło nas przejmujące zimno, z miejsca poderwał się Sergio, dając znak do powrotu. Dopiłam ostatni łyk piwa, wtulona w ciepłe ramiona Miłosza. W bezpieczne ramiona. W jednej chwili Juan znikł mi z oczu, a Miłosz po prostu był. Chyba mnie popaprało z tym Juanem!, pomyślałam z niesmakiem na wspomnienie tanecznych występów na imprezie mamy.

Pensjonat ział pustką i ciemnością, jedynie w kuchni paliło się światełko. Pani Wiesia przygotowywała ostatni posiłek dla naszych gości.

– Spotykamy się za kilka minut w jadalni! – zarządziłam, wchodząc do domu. – Chodź! – Zaciągnęłam Miłosza do pokoju gościnnego, odwzajemniając w locie jego pocałunek.

Przerwaliśmy go na widok mamy i cioci Lidki.

– Co tak siedzicie po ciemku? – wykrzyknęłam, odskakując od Miłosza. – Przestraszyłyście nas! Co tu się dzieje? Umarł ktoś? – wyrwało mi się. – Przepraszam, już się zmywamy.

Pociągnęłam Miłosza do wyjścia, radośnie machając ręką.

Jedziemy do Hiszpanii!, huczało mi w uszach, kiedy wbiegaliśmy na piętro.

Oddałam się pocałunkom, szczęśliwa i zadowolona.

– Jesteś piękna, wiesz? – Również Miłosz wyglądał na szczęśliwego. – Kocham cię.

Bardzo chciałam odwzajemnić to wyznanie, ale przywarłam do jego ust, a po chwili uciekłam do pokoju pod pierwszym lepszym pretekstem.

Nie czułam się jeszcze gotowa, by deklarować uczucia.

Zrobię to pod hiszpańskim niebem!, postanowiłam, zabierając ze sobą cień wątpliwości.