Przekonaj mnie, że to ty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Edyta

Edyta Wrzesińska? Czy dobrze się dodzwoniłem? – usłyszałam w słuchawce znajomy głos, którego w pierwszej chwili nie potrafiłam skojarzyć z osobą.

– Pan profesor? – zapytałam niepewnie.

Odpowiedziała mi salwa śmiechu, po której z miejsca zorientowałam się, że dzwoni do mnie Waldek Płociński. Mój nauczyciel z liceum, od gramatyki języka hiszpańskiego.

– Nie pamiętasz? Od matury mówimy sobie po imieniu – zganił mnie dobrotliwie, dodając, że może powinien zwracać się do mnie per pani Wrzesińska? Chyba że zmieniłam stan cywilny.

Tym razem to ja się roześmiałam.

– Wszystko u mnie po staremu. Wciąż jestem panną i pozostanę nią do końca życia – zażartowałam. – Urodziłam się we wrześniu jako zodiakalna Panna – wyjaśniłam.

– Miło słyszeć cię w dobrej formie – zagadał. – Jak zawsze radosna. Studiujesz?

– Może kiedyś.

– Przepraszam za wścibstwo. Mam do ciebie romans.

Zabrzmiało interesująco.

Zamieniłam się w słuch, a on opowiedział mi o szóstce kolegów z Hiszpanii, którzy postanowili kilka dni spędzić nad polskim morzem. Zamierzają odwiedzić Trójmiasto, a na weekend chętnie zatrzymają się w Krynicy.

– Znajdzie się dla nich miejsce w waszym pensjonacie?

– Nie widzę problemu. W październiku zawsze mamy luz! – zgodziłam się z entuzjazmem.

Od tamtego niedoszłego wyjazdu z Michaliną do Andaluzji nie miałam okazji rozmawiać po hiszpańsku.

Z ciężkim sercem jechałam do niej dzień po pogrzebie taty, żeby odmówić ostatecznie.

Czekała na mnie, z niecierpliwością i nadzieją, że jednak się zdecyduję.

– I co? Jedziesz? – Niemal krzyknęła, kiedy stanęłyśmy w progu naprzeciwko siebie. – Nie wierzę… Nie jedziesz? – zapytała, zobaczywszy wyraz mojej twarzy. – Wejdź, porozmawiamy.

– Michalina, ja po prostu nie mogę teraz zostawić mamy. A przede wszystkim babci – usprawiedliwiałam się, pełna poczucia winy, że zostawiam przyjaciółkę na lodzie. Ale i z bólem serca, i wielkim żalem za straconą szansą. – Zrozum.

– Rozumiem, ale… – Wstała i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju.

Nie wytrzymałam napięcia. Po prostu musiałam się rozryczeć, co ostatnio przychodziło mi wyjątkowo łatwo. Boże, jak mnie gnało do tej Hiszpanii! Po wyjeździe z klasą wiedziałam, że muszę znaleźć się tam jeszcze kiedyś i spędzić dłuższy czas. Tamtejsza energia, radość życia, słońce, pogoda, ruchliwi i gadatliwi ludzie – wszystko to wyjątkowo wpisywało się w mój temperament. Niestety, wyjazd musi zaczekać.

– Nie ma żadnego ale, Michalina – zareagowałam zdecydowanie, gdy tylko udało mi się powstrzymać łzy. – Nie mogę zostawić mamy. A przede wszystkim babci – powtórzyłam. – Nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś jej się stało.

– Będziesz żałować.

– Przepraszam, że naraziłam cię na kłopoty.

– Twój bilet przepadnie.

– Wiem.

– Mama cię namówiła? – zapytała, spodziewając się twierdzącej odpowiedzi.

– Nie rozmawiałam z nią. – Podniosłam się z fotela, gotowa do wyjścia. – Czas się zbierać. Dasz znać, jak sobie radzisz? – zapytałam w drzwiach na pożegnanie.

– Jasne, Edyta. Szkoda, ale trzymaj się. Może kiedyś?

– Na pewno – odparłam bez przekonania.

Pragnęłam jak najszybciej znaleźć się w autobusie.

Przepłakałam cały wieczór. Po tacie i po Hiszpanii.

Nigdy nie powiedziałam mamie o swoich niedoszłych planach, w myślach jednak winiłam ją za to, że musiałam dokonać wyboru. Gdyby była silniejsza, bardziej pewna siebie! Ale w tej sytuacji nie dałaby sobie rady beze mnie. Chciałam myśleć, że takie rozwiązanie podpowiedział mi tato.

W sobotę, w chwili wylotu „mojego” samolotu do Malagi, poszłam na cmentarz. Grób przykrywała sterta wieńców i jesiennych bukietów. Przyniosłam tacie jego ulubione astry, które kupował mamie w dniu moich urodzin.

– Nie pojechałam. Jesteś zadowolony? – zapytałam tak głośno, że przechodzący alejką mężczyzna odwrócił się w moją stronę i popatrzył ze zdziwieniem.

Resztę dopowiedziałam bezgłośnie.

Tato, jestem nieszczęśliwa. Dlaczego cię nie ma? Chciałabym się do ciebie przytulić i powiedzieć, że nie wiem, czy dobrze postąpiłam. A może powinnam lecieć?

Odruchowo spojrzałam w niebo, szukając na nim samolotu.

No powiedz, czy powinnam?

Z pobliskiego dębu wiatr przywiał liść, który opadł na klapę mojej torebki. Potraktowałam to jak znak.

Dziękuję, tato. Postaram się wytrzymać.

I wytrzymywałam. Mamine depresje, codzienną krzątaninę w pensjonacie, pierwsze święta bez taty, demencję Buni, a w końcu jej śmierć, która nadeszła cicho i nie wywołała trzęsienia ziemi, choć wydawało mi się, że ono nastąpi. Mimo silnego związku z babcią, która zawsze była moją powiernicą, wyjątkowo łatwo przyszło mi przeboleć, że nie ma jej już z nami. Osiemdziesiąt osiem lat tłumaczyło nieuchronność losu, z którą nie sposób było się nie zgodzić.

Latem pracowałam na plaży, spotykałam się z koleżankami i kolegami. Czasami szłam z kimś na randkę.

Mijał drugi rok od śmierci taty, a ja zaczęłam dusić się w naszym małym miasteczku. Lato było wyjątkowo udane, dobra pogoda zapewniła komplet letników, nie mogłam narzekać na brak pracy. Setki białych ciał prażyły się na słońcu i kąpały w morzu. To był mój target, na który musiałam uważać. Żeby ludzie nie potopili się, pozwalając fali zbyt daleko się ponieść.

W sierpniu dołączył do mnie Miłosz.

– Co ty tutaj robisz? – zdziwiłam się, widząc, jak w stroju ratownika zbliża się do mojego stanowiska.

– Od dzisiaj pracuję. Chyba nie masz nic przeciwko?

– Ależ skąd. Będziesz na rano czy na popołudnie? – zapytałam, ucieszona w głębi duszy jego obecnością.

Był dobrym kumplem i mogłam na niego liczyć w każdej sytuacji. A poza tym imponował mi zaradnością. Chociaż po naszym ostatnim spotkaniu w Gdańsku pozostał znak zapytania, czy chodzi mu wyłącznie o przyjaźń.

Po pierwszym roku studiów zapracował na stypendium naukowe i zaczął dorabiać w firmie komputerowej, co pozwoliło mu wyprowadzić się od rodziców i wspólnie z kumplem z roku wynająć w Gdańsku kawalerkę, której uroki zdążyłam poznać kilka miesięcy temu. Trafiłam do Miłosza po niezłej imprezie, którą zorganizowała Zuza z okazji święta konwalii czy bzu. Nie pamiętam. Każda okazja, nawet wymyślona, była dobra, by wyrwać się z domu i trochę poszaleć.

Zuza zaprosiła paru starych znajomych z liceum, lecz sama zaprezentowała się u boku nowego chłopaka z oceanografii. Studiowali na jednym roku. O dziwo, na imprezie pojawił się również Miłosz, pozostający w szkole na obrzeżach naszej ścisłej paczki. Od śmierci taty często do mnie dzwonił, proponował spotkanie. Kilka razy byliśmy na kawie czy piwie; trudno było nie zauważyć, że próbuje utrzymać ze mną kontakt. A mnie jego zainteresowanie schlebiało. Kawał przystojnego, wysokiego blondyna u boku, w dodatku niepozbawionego inteligencji, nie mógł zaszkodzić dziewczynie. Sęk w tym, że nic do niego nie czułam.

– Co on tu robi? – zapytałam, witając się z Zuzą, za której ramieniem Miłosz rozmawiał z nieznaną mi dziewczyną.

Byłam pewna, że Zuza nas swata.

– Ciii… – Przyłożyła palec do ust. – Nie tak głośno! Zaprosiłam go na prośbę Kingi, tej laski, z którą gada. To moja koleżanka ze studiów, wpadł jej w oko. A co u ciebie? Pozbierana?

– Jako tako – odparłam bez entuzjazmu, mimo woli zerkając na konwersującą parę.

– To świetnie! – wykrzyknęła Zuza i zaprosiła mnie do barku. – Mamy do tańca hiszpańskie kawałki! – Zawirowała w rytm flamenco i stylowo poruszając wachlarzem, który przywiozła z Hiszpanii, oddaliła się w stronę pozostałych biesiadników.

Po raz pierwszy od pogrzebu, jeżeli nie liczyć pojedynczych wypadów na miasto, na poważnie dorwałam się do alkoholu. Starając się nie spoglądać na Miłosza i jego towarzyszkę, oddałam się zabawie z nowymi kolegami gospodyni, którzy okazali się całkiem do rzeczy. W miarę wypitego alkoholu coraz lepsi. Nie żałowałam energii na taniec, nie odmawiałam kolejnych kieliszków sangrii. Z czasem niemal przestałam zauważać Miłosza, jednak kątem oka z satysfakcją dostrzegałam, jak na mnie patrzy.

Nie pamiętam, kiedy urwał mi się film. Przypominam sobie jedynie przebijający się przez szparę między zasłonami promień słońca, padający dokładnie na linię moich oczu, ból w skroniach i nudności, za którymi musiałam podążyć do łazienki, by pozbyć się ciężaru w żołądku.

Kładąc się z powrotem do łóżka, ogarniałam przestrzeń, próbując zorientować się, na czyją chatę trafiłam. Skromne wnętrze sugerowało, że to studencka meta.

Nie pomyliłam się. Kiedy do pokoju wszedł Miłosz z filiżanką kawy i jajecznicą, na którą nie mogłam nawet spojrzeć, wszystko stało się jasne. Czekałam, kiedy obok pokaże się Kinga.

– Przepraszam. Nie wiem, jak się tutaj znalazłam. Zaraz się zmywam – przywitałam go na dzień dobry.

– Przywiozłem cię. Napij się kawy i zjedz coś. Pomoże – dodał łagodnie, stawiając tacę na kołdrze.

– Dziękuję. Zaraz mi przejdzie.

Mimo najszczerszych chęci, by jak najszybciej opuścić mieszkanie Miłosza, spędziłam w nim jeszcze kilka godzin. Wreszcie doszłam do siebie, w odpowiednim momencie przeliczyłam drobniaki w portmonetce i zamówiłam taksówkę. Brakowało kilkudziesięciu złotych, ale spodziewałam się, że mama wyłoży coś akonto moich dochodów z pracy w pensjonacie, których wypłata przypadała w przyszłym tygodniu.

Nawiasem mówiąc, należało mi się. Siedziałam w tym krynickim grajdole już niemal dwa lata i powoli zaczynałam mieć tego dość. A mama cały czas szarpała mnie, kiedy wreszcie zacznę studia. Czułam, że nadchodzi czas, by pomyśleć o sobie, jednak niekoniecznie na maminych warunkach. Co tam, najwyżej dowie się o moich występach w Gdańsku, zapłaci i przechrzci za pijaństwo! Life. W końcu mam dwadzieścia dwa lata. Jestem dorosła.

 

– Jadę – zakomunikowałam Miłoszowi, przemykając przez przedpokój. – Przepraszam za kłopot i dzięki za gościnę.

Niespodziewanie chwycił mnie za ramiona i lekko przyciągnął do siebie.

– Edyta… – zawiesił głos. – Nie ma za co.

– Zmarnowałam ci wieczór – odezwałam się, myśląc o Kindze.

– Niczego mi nie zmarnowałaś – odpowiedział łagodnie.

Przez chwilę miałam wrażenie, że pragnie mnie pocałować.

Gdyby to zrobił, zapewne bym się poddała.

– Twoja taksówka.

Romantyczną scenę przerwał nam warkot parkującego przed domem samochodu.

– Do zobaczenia – odparłam machinalnie, nie zastanawiając się nad treścią pożegnania.

Nie dość że wracałam na kredyt, to prawie pocałowałam się z przyjacielem! Upojenie alkoholowe chyba mi jeszcze nie przeszło.

A dzisiaj, po dwóch miesiącach, Miłosz pojawił się na plaży.

– Nie ustaliłem jeszcze grafiku – odpowiedział na moje pytanie. – Chciałbym, jeżeli nie masz nic przeciwko temu, ratować razem z tobą.

– Czemu nie? – podsumowałam lakonicznie, nie zdradzając się ani słowem, że taki układ bardzo mi odpowiada.

Ostatnio myślałam trochę o Miłoszu. Że byłoby miło mieć kogoś takiego blisko siebie.

Miłosz wziął sąsiednią plażę.

Ratowaliśmy jednak na tyle blisko, żeby utrzymywać kontakt wzrokowy. Zaś wolne popołudnia mieliśmy dla siebie. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że traktowałam Miłosza jak przyjaciela. Czyżbym zaczęła się angażować?

– Bardzo przyjemny z niego chłopiec. – Mama chwaliła go za maniery i atencję, jaką ją darzył, bywając w pensjonacie. – Widać, że cię, hm, bardzo lubi.

Jej opinia, jak zawsze, była wyważona.

– Mamo! – Reagowałam wyrzutem, wietrząc swatanie. – To tylko kolega – zapewniałam, pozwalając mu całować się tam, gdzie nikomu innemu.

Tymczasem minął sierpień i nasza praca na plaży również. Miłosz wyjechał do Gdańska, by kontynuować pracę w firmie komputerowej, ja po raz kolejny, mimo nalegań mamy i jego namów, nie zdecydowałam się na podjęcie studiów. Czekałam na odpowiedź od Michaliny, która ponownie miała załatwić mi pracę na Półwyspie Iberyjskim.

Na wszelki wypadek nie wspominałam o niczym Miłoszowi, obawiając się jego reakcji. On pragnął mieć mnie przy sobie.

I wtedy właśnie zadzwonił Waldek Płociński z prośbą o przyjęcie w pensjonacie szóstki Hiszpanów.

Odpowiedzi od Michaliny nie było, a zatem lepszy rydz niż nic. Postanowiłam poczekać na gości, a potem definitywnie zakomunikować mamie, że wynoszę się z Krynicy. Nawet gdyby z zapewnień mojej przyjaciółki wyszły nici, mogłam próbować załatwić sobie robotę na własną rękę.

Miłoszem postanowiłam się na razie nie przejmować. Przecież świat jest bardzo mały, a lot do Malagi nie trwa nawet czterech godzin! Zdarzają się gorsze rozłąki, nie ma co się martwić na zapas.

Urszula

Wszystko dograne, Ulka? Choć jak cię znam, jest perfekcyjnie!

Lidka wpadła do mnie na wieczorną herbatę.

Spojrzałam na nią z politowaniem. Pochlebczyni! Mówi tak, jak gdyby nie pomagała mi zorganizować całego tego przedsięwzięcia. Naprawdę trudno o lepszego i bardziej oddanego kompana niż moja przyjaciółka.

Od chwili, gdy wspomniałam jej o spotkaniu klasowym, które, jak zdecydowałyśmy z Jolką, Karną i Zośką, miało się odbyć w sobotę dziesiątego października, z ochotą włączyła się w prace. Wprawdzie była o kilka lat starsza od naszego rocznika, ale kończyła to samo liceum w Nowym Dworze Gdańskim i miała ze starej szkoły same dobre wspomnienia. Nie muszę dodawać, że zaprosiłam ją razem z Kazikiem na imprezę.

Skrzyknięcie wiary i zebranie wstępnego wzięły na siebie koleżanki gdańszczanki. Ja miałam zadbać o kolację, przygotować pokoje, sprzęt grający. Szykowała się nocna zabawa.

– Jakbyś nie wiedziała – odpowiedziałam na pytanie przyjaciółki z udawanym wyrzutem. – Pokoje gotowe, lodówki pełne jedzenia, muzyka z lat osiemdziesiątych przygotowana. Edytka z Miłoszem siedzieli nad tym kilka nocy.

– No, no, uważaj! Bo jeszcze zostaniesz babcią – szepnęła Lidka konspiracyjnie, a ja pomyślałam, że może to nie do końca żart.

Nie zamierzałam jednak kontynuować tematu. Edyta miała dopiero dwadzieścia dwa lata i niedokończoną edukację. Mieli czas. Ale nie powiem, Miłosz mi się podobał. Poważny, szarmancki, na miejscu pod każdym względem. U boku takiego chłopaka widziałam córkę w przyszłości.

Przygotowania do imprezy klasowej całkowicie pochłaniały mnie przez kilka ostatnich tygodni. Obsługa pojedynczych gości nie przysparzała problemów, w bibliotece zredukowano mój etat o połowę, znalazłam zatem czas na działanie. I, co mnie niezmiernie cieszyło, odzyskałam utraconą dwa lata temu energię.

Postanowiłyśmy z koleżankami przywołać klimat sprzed trzydziestu lat, więc w poszukiwaniu atrybutów minionej epoki przegrzebałam wszystkie dostępne schowki w pensjonacie. Byłam na strychu, w piwnicy i niewielkim szajerku w głębi ogrodu. Ale skarby, które tam znalazłam, po niewielkim liftingu mogły bardzo się nam przydać. Wyciągnęłam na światło dzienne białe, od dawien dawna nieużywane płócienne obrusy, zastawę stołową składającą się z białych, teraz już nieco poszarzałych fajansowych talerzy i kubków z napisem „PSS Społem”, które mama w latach siedemdziesiątych zdobyła od kucharek z Rolniczej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” za dwadzieścia kur, nie mogąc nabyć takowej w sklepie. Zrezygnowałam wprawdzie z aluminiowych sztućców, ale pozbierałam szklanki z podstawkami, by zaparzyć gościom herbatę ulung, którą zdobyłam przez Internet.

Starannie zaplanowałyśmy z Lidką menu na wieczór. Wśród przystawek nie mogło zabraknąć sety z galaretą, zwanej też „lornetą z meduzą”. Czyli po prostu wódki z zimnymi wieprzowymi nóżkami.

Błogosławiłam panią Wiesię, która nie musiała sięgać do przepisu, by przyrządzić tę bardzo smaczną, acz nieco archaiczną przekąskę.

Zakupiłyśmy śledzie do oleju i octu, wyciągnęłyśmy zapas kiszonych ogórków i marynowanych pikli. Nie zapomniałam o tatarze, ozorach w galarecie i sałatce z majonezem z korzeniowych warzyw. Mającej niewiele wspólnego z jakąkolwiek dietą i solidnie tuczącej.

Na obiad koniecznie należało podać rosół i flaki, a na drugie schabowe z ziemniakami z wody, bryzol oraz cynaderki. Dla niejedzących mięsa, o których za czasów komuny nikt nie słyszał, zaplanowałyśmy smażonego karpia w panierce.

Również deser mieścił się w konwencji.

– Chodź, coś ci pokażę! – zawołałam Lidkę do kuchni i otworzyłam lodówkę.

Na półkach pyszniły się dwa piętra wuzetek i ciastek z sezonowymi owocami.

– Dasz kawałek szarlotki?

– Jasne! – Sięgnęłam po nóż. – I co ty na to? – zapytałam, podnosząc triumfalnie ręce. – Będzie smakowało?

– Jeszcze by nie! – wybełkotała Lidka z ustami pełnymi ciasta. – Boskie! Ale czas na mnie. – Przełknęła ostatni kęs i zaczęła się żegnać. – Musimy, a przede wszystkim ty musisz wyspać się przed jutrzejszym dniem. I pamiętaj, włóż tę brązową lnianą sukienkę ze złotą aplikacją przy szyi – dodała z mrugnięciem oka.

– Tak, tak, mamusiu – zażartowałam.

Znałam jej zapędy, by wepchnąć mnie w objęcia jakiegoś przystojniaka.

– No! Pożegnaj ode mnie Edytkę. Gdzie ona się podziewa?

– Pojechała do Gdańska po swoich Hiszpanów. Mają zjechać jutro po południu.

– To dobrze. Będę o dziewiątej.

Po wyjściu Lidki raz jeszcze obeszłam cały pensjonat, nadając mu ostateczny szlif przed najazdem gości. Gdzieniegdzie poprawiłam narzutę na łóżku, zasunęłam zasłonkę, wyrównałam przekrzywioną serwetę. Pozostała czynność najprzyjemniejsza, czyli zajęcie się sobą.

Czekała mnie długa relaksująca kąpiel, natarcie się balsamem, sprawdzenie, czy sukienka i żakiecik są przygotowane.

Z lubością zanurzyłam się w gorącej wodzie i ogarnęłam wzrokiem łazienkę. Jak gdybym widziała ją po raz pierwszy. Bo i po raz pierwszy od dwóch lat, mimo ogromnej liczby zajęć w ciągu kilku ostatnich dni, poczułam się zrelaksowana i wolna. A jednocześnie podniecona myślą o jutrze.

To chyba nic złego, Marku?, wyszeptałam w myślach. Że chcę się trochę pobawić?

Nic złego, Uluś, zadźwięczało mi w uszach.

Czy ktoś jeszcze kiedyś mnie tak nazwie?, pomyślałam z żalem, przełykając łzy.

Nic to, Ula, nic to! Jutro musisz wyglądać pięknie i mieć jasne spojrzenie, skarciłam się w duchu i otarłam oczy.

Przed zaśnięciem pobiegłam jeszcze do lodówki po surowy ogórek na okład. Zbliżała się dwunasta.

Najwyższa pora spać.

Urszula

Przed szkołę przyjechałam jako jedna z pierwszych, by razem z Zośką odebrać od woźnego klucz do naszej klasy, od trzydziestu lat niezmiennie pełniącej funkcję pracowni języka polskiego. Niestety, nie udało się nam sprowadzić na uroczystość Kolaski, jak nazywaliśmy wychowawczynię Różę Kolasę, odkrywającą przed nami piękno polskiej literatury i zawiłości gramatyki. Stan zdrowia pozwolił jej jedynie na przesłanie nam serdecznych pozdrowień i życzeń, które miałam odczytać wszystkim obecnym.

Dyrektor zgodził się udostępnić nam szkołę, roli przewodnika po niej podjęła się zaś Joanna, ongiś koleżanka, teraz, jak się okazało, nauczycielka w naszym liceum.

– Wyobraźcie sobie, za dwa lata minie mi trzydzieści lat w jednej budzie! – wykrzyknęła w słuchawkę na wieść o planowanym spotkaniu. – Trochę się tutaj zmieniło. Załatwię z szefem zwiedzanie.

Przed szkołę powoli podjeżdżały kolejne samochody. Z Karną, Zośką i Jolką ustawiłyśmy się w powitalny szpaler na schodach, ciesząc się z widoku każdego po kolei.

– O, cześć Adam! O! Jak miło, Renia! Cześć, Zbychu! – Witałyśmy się z kolegami.

– Co u ciebie? – słyszałam zewsząd.

Niektórzy wiedzieli o Marku, innym musiałam tłumaczyć. Z góry jednak postanowiłam, że nie będę się roztkliwiać. I tego się trzymałam.

– Wszystko w porządku. Miło cię widzieć – odpowiadałam, przyglądając się niektórym osobom, jak gdybym widziała je po raz pierwszy.

Czy ja też aż tak się zmieniłam? Lustro na to nie wskazywało. A i koledzy rozpoznawali mnie bez problemu. No, chyba że byli po prostu uprzejmi.

– Jestem Daniel. Pamiętasz? – Zza czyichś pleców wyłoniła się znajoma twarz.

– Pokaż się! Wcale się nie zmieniłeś! – Szczerze podziwiałam ciemne włosy, jedynie na skroniach przyprószone siwizną, dodającą uroku jej właścicielowi. – Skąd przyjechałeś?

– Mieszkam w Gdyni. I jestem lekarzem.

– A rodzina? – Wymsknęło mi się niespodziewanie i natychmiast zganiłam się w myślach.

Nie powinnam była tak obcesowo.

– Byłem z kimś, ale to już przeszłość. Współczuję ci z powodu Marka – dodał, składając zaległe kondolencje.

– Stało się – odparłam.

I zaraz wpadłam w ramiona Marioli, która przerwała nam niezbyt składną konwersację.

– Daniel! Przystojny jak zawsze! – Nasza klasowa trzpiotka zawisła mu na szyi.

Przyglądałam się, jak okręca Daniela, taksuje niczym modela na wybiegu. Nie szczędziła mu komplementów.

– Zawsze byłeś niczego sobie, ale teraz to z ciebie jakiś Iglesias! – perorowała. – Powiesz coś, czy będziesz milczał jak zwykle? – szczebiotała, domagając się rozmowy.

Daniel nie bardzo wiedział, jak zachować się wobec tej niespodziewanej adoracji.

– Ty też świetnie wyglądasz – odparł, rzucając mi zakłopotane spojrzenie.

Postanowiłam tych dwoje pozostawić samym sobie. Tym bardziej że podjeżdżali kolejni koledzy.

– Skoro już siedzimy wszyscy w swoich ławkach… – zaczęłam, gdy po zwiedzaniu szkoły usadowiliśmy się wygodnie w klasie. – …przeczytam list od Kolaski.

Po ostatnim zdaniu rozległy się brawa. Ktoś zapytał, czy mam telefon do naszej belferki. Rozległ się szmer rozmów.

– Cisza! – Zośka pod tablicą, naśladując głos wychowawczyni, uspokoiła zgromadzenie. – Dzwonimy do Róży. I na mój znak krzyczymy: „Dzię-ku-je-my!”.

Kiedy wybierała numer, gadanie ustało.

– Pani profesor, bardzo dziękujemy za pozdrowienia i życzenia, my również życzymy zdrowia! – zakończyła rozmowę Zosia w imieniu nas wszystkich. – A teraz proszę posłuchać. – Podniosła komórkę i dała znak, abyśmy uruchomili gardła.

Klasę wypełniło głośne skandowanie.

Wyobraziłam sobie wzruszenie starej kobiety i otarłam łzę.

– A teraz wszyscy za mną! Zapraszam do Krynicy! – zakomenderowałam.

 

Po chwytających za serce momentach należała się nam dobra zabawa.

Do auta zabrałam kilka koleżanek, które przywieźli mężowie. Drugie połówki nie były pożądane tego wieczoru.

W drodze dowiedziałam się, że Renia jest po rozwodzie i ma trójkę dorastających dzieci, Mania ugrzęzła w miasteczku pod Nowym Dworem na stołku referentki w magistracie, a Kaśka żyje z trzecim mężem, wychowując adoptowane dziecko.

Mnie nie pytały o nic. Wiadomość o śmierci Marka musiała się już roznieść.

– Jesteśmy na miejscu – zakomunikowałam, stawiając samochód na podjeździe przed pensjonatem. – Zapraszam – dodałam, dostrzegając przy okazji, z jakim podziwem dziewczyny patrzą na porośniętą bluszczem fasadę.

– Pięknie! Naprawdę uroczo! – przekrzykiwały się, zachwycone.

Najlepsze jednak było przed nimi.

Pani Wiesia rozstawiła już talerze i krzątała się po kuchni, z której dochodził smakowity zapach gorącego rosołu.

– Komu rosół, komu flaki? – pokrzykiwała, zachęcając do zajmowania miejsc przy stole.

– To nasza kochana pani Wiesia! – przedstawiłam gosposię, która wpisała się w konwencję imprezy i wystąpiła w wykrochmalonym fartuchu. Którego, nawiasem mówiąc, nie zdejmowała nigdy.

W jadalni roiło się jak w ulu. W ferworze niemilknących rozmów wszyscy zajmowali miejsca na krzesłach, grupując się w kręgi, jak przed laty. Chłopaki z chłopakami, dziewczyny razem. Pomysł, by przywrócić realia epoki, sprawdził się znakomicie.

– Patrzcie, społemowskie talerze! Dawno na takich nie jadłem – rzucił Waldek, podnosząc do góry biały fajans z niebieską obwódką i napisem.

– Matko jedyna, zimne nóżki! I tatar! – Dołączył do niego zachwycony Andrzej.

Przy obsłudze gości pomagała mi Edyta, przyjęta przez moich kolegów z entuzjazmem.

Ujęła ich bezpośredniością i podobieństwem do mnie, czego do tej pory jakoś nie zauważałam.

– Ulka! Jakbym widziała ciebie sprzed, hm, kilku lat.

Renia najwyraźniej chciała mi zrobić przyjemność. Bo niby jakim cudem moja jasnowłosa córka mogła przypominać szatynkę ze schyłkowej komuny?

Edycie chyba przypadł do gustu nastrój chwili i głupoty wykrzykiwane przez moich kolegów. Wywijała między stolikami, wdzięcząc się do podstarzałych gości i zagadując jak zawodowa kelnerka.

– Czy mogę zaprosić tutaj Hiszpanów? – szepnęła znienacka.

– A to oni już są? Oczywiście! Nawet powinnaś.

Zakręciłam się na pięcie i jak na skrzydłach wybiegłam z kuchni z półmiskami śledzika w oleju.

– Zaraz wrócą z plaży – usłyszałam, kiedy stawiałam przystawkę na stołach.

Na pytanie, gdzie jest Miłosz, które zadałam przy kolejnej mijance w kuchennych drzwiach, Edyta odparła, że zaraz przyjedzie.

Goście zjedli już rosół, więc przy roznoszeniu drugiego dania pomogły mi koleżanki.

Rozmowy nie ustawały. W jadalni robiło się coraz gwarniej, a kiedy przy deserze włączyliśmy muzykę, zabrzmiała Budka Suflera. Usłyszeliśmy także Zaopiekuj się mną Rezerwatu. Mr Zoob zaśpiewał Mój jest ten kawałek podłogi, a Lombard zaintonował Przeżyj to sam. Jakaś niepowstrzymana siła zaczęła gnać ludzi na parkiet.

Goście Edyty siedzieli cichutko przy stole w kąciku, pochłaniając nieznane im, a może nawet i dziwnie nieapetycznie wyglądające dania, i przysłuchując się muzyce polskich dinozaurów.

– Nie mów im, że to ozory w galarecie – przestrzegłam córkę. – Bo mogą nie jeść. A, i może lepiej nie wspominaj o galantynie ze świńskich ogonów…

– Mamo!

– I o flakach – dodałam, puszczając oko.

Już dawno nie było mi tak dobrze. Po wydaniu ciast i deseru przestałam przejmować się gośćmi, pozwalając Grześkowi porwać się do tańca. A potem Wiktorowi. W dalszej kolejności Danielowi.

– Bardzo pięknie zorganizowałaś dzisiejszy wieczór – pochwalił, delikatnie prowadząc w rytm piosenki… Julia Iglesiasa.

Nasze stare przeboje ustąpiły miejsca hiszpańskim rytmom. Sądząc po tłoku na parkiecie, nadzwyczajnie odpowiadało to wszystkim obecnym.

Przetańczyłam kawał nocy. A obok mnie… Edyta z którymś z Hiszpanów.

Miłosz zniknął mi z pola widzenia tak szybko, jak się pojawił. W ferworze zabawy nie zauważyłam, w którym momencie.

Kiedy szczęśliwa, choć nieco zmęczona, żegnałam Daniela, który musiał w środku nocy pilnie wyjechać do pacjenta, usłyszałam, że jeślibym miała kiedyś czas i ochotę na spotkanie, to on też, bardzo chętnie. Wymieniliśmy się numerami komórek, pomachałam mu na pożegnanie i wróciłam do gości.

Nietrudno było wkręcić się w taniec przy takiej piosence, jak Nunca Te olvidare. Ponieważ miałam hiszpańsko­języczną córkę, wiedziałam, że oznacza to tyle, co „nigdy cię nie zapomnę”.

Wyszeptałam to zdanie do Marka po hiszpańsku, ale nie poddałam się smętnemu nastrojowi, tylko popędziłam na parkiet. Trochę szkoda, że Daniel musiał wyjechać, pomyślałam. Bardzo dobrze się z nim tańczyło. A poza wszystkim, jeżeli w ogóle się zmienił, to tylko na korzyść.

Na partnera wybrałam najbardziej wyłysiałego kolegę z klasy.

– Wiktor, zatańczysz?

– Dla ciebie wszystko, Uleczko! – wybełkotał i mocno przyciągnął mnie do siebie.

Kręcąc z Wiktorem piruety, zastanawiałam się, czy Daniel kiedykolwiek zadzwoni i jednocześnie karciłam w duchu za takie myśli.

A Edyta nie przestawała balować z tym typkiem z Hiszpanii.