Przekonaj mnie, że to ty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Urszula

Mimo garści środków uspokajających, którymi nafaszerowałam się przed snem, całą noc nie mogłam zmrużyć oka. Kiedy po przeczytaniu kilku wierszy w książce wydawało się, że sen jest tuż-tuż, wspomnienie Marka stawiało mnie na nogi. A z oczu płynęły łzy nie do opanowania.

Wstawałam i przemywałam twarz wodą. Nie poznawałam jej w lustrze. Była blada, zapuchnięta i majaczyła za mglistą zasłoną. Chodziłam po pokoju, otwierałam okno, by wpuścić powietrze, którego mi brakowało. Odruchowo sięgałam po komórkę, szukając połączeń. Marek często jeździł w trasę i wysyłał mi esemesy na dobranoc.

Ale dzisiejszej nocy telefon milczał.

Jeżeli nie liczyć wiadomości od Lidki. Mimo moich oporów uparła się, żeby odwiedzić mnie jutro. Zaproponowała dziesiątą, a kiedy nie odpowiedziałam, po prostu oznajmiła, że będzie na czas.

„Czy chcesz, czy nie chcesz”, napisała kategorycznie. „A teraz spróbuj wypocząć”.

Musiałam przysnąć nad ranem, ponieważ nie słyszałam zbliżających się do łóżka kroków.

– To ty? – krzyknęłam, zobaczywszy nad sobą twarz Lidki, siedzącej na skraju łóżka.

– Ja, ja, Uluś – przemawiała łagodnie i głaskała mnie po dłoni. – Nie podrywaj się, leż spokojnie. Przyszłam sprawdzić, co u ciebie.

Podniosłam się gwałtownie, nie zwracając uwagi na zawroty głowy.

– Podasz mi wody? – Spojrzałam łakomie na stojącą na podłodze butelkę z mineralną. Suchość w ustach, która utrudniała wypowiedzenie kolejnego słowa, rosła z każdą chwilą. – Co z mamą? A goście pensjonatu? Kto podał śniadanie? – Po przełknięciu kilku łyków zarzuciłam przyjaciółkę lawiną pytań.

– Nie martw się niczym – odparła, lekko popychając mnie w stronę poduszki. – Poleż, zbladłaś. Wszystkim zajęłyśmy się z Edytą i panią Wiesią. Magda też przybiegła pomóc. Przy tej grupie dzieciaków na biwaku.

– Dziękuję – wykrztusiłam, ponownie nie mogąc opanować łez. – Co ja bym bez was zrobiła? Zaraz wstanę i będę działać – zadeklarowałam, nie wiedząc, że ciało odmówi mi posłuszeństwa i pozostanie w bezruchu.

– Co ci jest? – zaniepokoiła się Lidka, widząc moją niemoc. – Kręci ci się w głowie? Może wezwę lekarza?

Machnęłam ręką. Nie było takiej potrzeby. Pomogła szklanka gorącej herbaty i tabletka z antydepresantem. Poczułam się silniejsza, więc wykorzystałam chwilową nieobecność Lidki, która na prośbę pani Wiesi zeszła do kuchni, i doczłapałam się pod prysznic.

Trzeba było żyć dalej, chociaż nie bardzo wiedziałam po co.

Przypomniałam sobie słowa mojego wykładowcy ze studiów, który prowadził zajęcia z psychologii.

– Jest sprawą naturalną, że po stracie bliskiej osoby czujemy pustkę i żal. Nie widzimy sensu życia. I choć nikt nie wymyślił skutecznego antidotum na taki stan, udowodniono zbawienny wpływ rutyny. Codzienne czynności, obowiązki, po prostu zwykła krzątanina, pomogą nam przetrwać i się nie poddać.

Jego słowami pocieszałam mamę, gdy zmarł tato, głęboko przekonana do tego rodzaju terapii. Jednak teraz miałam poważne wątpliwości, czy jest słuszna, kiedy nawet przeczesanie włosów po kąpieli i naciągnięcie na głowę swetra sprawiało niemal fizyczny ból.

Gdy moja przyjaciółka wróciła, ponownie leżałam rozciągnięta na łóżku.

– Wybacz, Lidziu, ale ja chyba dzisiaj nie nadaję się do kontaktów z gośćmi – wyszeptałam.

– Nie musisz. Ta starsza para z wnukiem dzisiaj opuszcza pensjonat, biwakowicze jadą na wycieczkę do Piasków i wrócą wieczorem. Jutro po śniadaniu się zbierają, a ci młodzi z dwojgiem maluchów posiedzą jeszcze tylko trzy dni. Wzięłam urlop. Damy radę z panią Wiesią i panem Stefanem.

– A mama?

– Edytka się nią zajmuje.

– Dobrze, że jest i pobędzie do października. Muszę koniecznie porozmawiać z nią o studiach. Jeśli pójdzie do Gdańska, będzie miała blisko.

Wydawało mi się, że Lidka zmieniła się na twarzy. Znała moje relacje z Edytą, które może nie były zbyt bliskie, ale na pewno przepełnione miłością. Teraz, kiedy zabrakło Marka, została mi tylko córka.

– Nie myśl o problemach, przynajmniej nie dzisiaj. Przynieść ci jeszcze jedną filiżankę herbaty?

Dopiero po południu, kiedy słońce zaczynało przybierać czerwoną barwę zwiastującą bajeczny zachód i pogodny kolejny dzień, udało mi się zebrać z łóżka i wyjść na powietrze.

Nasz pensjonat, o wdzięcznej nazwie „Z morskiej piany”, mieścił się za wydmą. Z górnego piętra można było dojrzeć majaczące pomiędzy konarami dorodnych sosen morze. Niewielki poniemiecki domek, przejęty po wojnie przez moich dziadków, na przestrzeni lat gospodarskim sposobem był rozbudowywany, przerabiany, modernizowany, upiększany, dopieszczany przez rodziców i w końcu przeze mnie i Marka, który mimo iż pochodził z gór, wyjątkowo upodobał sobie to miejsce. Domkowi daleko było do powstałych w ostatnich latach apartamentowców z portierem czy ekskluzywnych hoteli dla możnych tego świata, ale za to udało się w nim stworzyć swojski klimat i dobrą kuchnię. No i ta bliskość plaży! Dzięki naszym niewygórowanym ambicjom goście nie musieli mieć wypchanych kieszeni, żeby zatrzymać się u nas na kilka dni. Dlatego chętnych nie brakowało, a ci, którzy przyjechali raz, odwiedzali nas ponownie.

Na niewielkiej parceli stał odnowiony budynek z pruskiego muru, a w nim pokoje gościnne i jadalnia, jak zwykliśmy nazywać to pomieszczenie, by nie nadużywać słów „restauracja” czy „stołówka”. Z tyłu działki mieścił się stary budynek gospodarczy, przebudowany na mieszkanie dla nas i sezonowe pokoje dla pani Wiesi i pana Stefana, którzy późną jesienią wracali do swoich domów. Choć ostatnio pani Wiesia została sama i spędziła z nami całą zimę. A i pan Stefan z każdym rokiem bardziej odsuwał termin powrotu do dzieci.

– Przecież trzeba śnieg odgarniać, a pan Marek tak często wyjeżdża – motywował swoją przydatność.

Miał rację. Mój mąż prowadził firmę przewozową i ciągle był w ruchu. A to trzeba było odebrać towar w Warszawie, a to w Gdańsku, na Śląsku czy w innej części Polski. Nie było komu odgarniać.

Spodziewałam się, że nasz ogrodnik kolejną zimę spędzi w pensjonacie.

– Panie Stefanie, przecież ma pan u nas swój pokój. Nie musi pan szukać powodów, by zostać – tłumaczyłam. – Przecież jesteśmy jak rodzina. Od kiedy to? – pytałam retorycznie, wiedząc, że nastąpi dumna tyrada o jego początkach w pensjonacie.

– To było w sześćdziesiątym ósmym, kiedy wypływaliśmy z Włodkiem na połów. Siedziałem, taki dwudziestoletni młokos, na plaży i gapiłem się na rybaków szykujących kutry. Kiedy wspólnik Włodka, Zdzichu, nie przyszedł, ten zapytał mnie, czy chcę z nim popłynąć. Podskoczyłem i już byłem na kutrze. „Łowiłeś już?”, zapytał. „Nie, ale chętnie się nauczę”, odparłem, aż trzęsąc się na myśl, że wypłynę w morze. U siebie w chałupie mogłem co najwyżej zmienić świniom ściółkę. „To siadaj”.

On miał kuter, ja umiałem reperować sieci. Zaczęliśmy wypływać razem. Sprzedawaliśmy ryby letnikom i do spółdzielni. To były czasy… Nie zapomnę, jak wracaliśmy z morza kutrem pełnym ryb. A kiedy dziesięć lat później ta moja nieszczęsna noga wkręciła się w silnik i nie nadawałem się już do niczego, Włodek załatwił mi pracę u was.

To znaczy, nadal reperowałem sieci, ale w morze już nie bardzo mogłem wypływać, a Włodek jeszcze tylko kilka lat.

– Wiem, panie Stefanie. Już dobrze. Są rzeczy, które przeżywają ludzi. Na przykład nasz pensjonat. Dopóki on będzie, znajdzie się w nim miejsce dla pana.

Już miałam zapytać, czy mogę mówić do niego „wujku”, ale się powstrzymałam. Nie byłam spontaniczna z natury, więc postanowiłam poczekać na bardziej odpowiedni moment.

– Chłodne popołudnie, ale pogodne. – Wyrwał mnie z letargu głos pana Stefana.

– Tak – potwierdziłam stanowczo, nasuwając bardziej na ramiona wełniany szal.

Nasz ogrodnik stał obok, nie śmiejąc się ruszyć.

– Ulek… – odezwał się w końcu, nieśmiało. Usłyszałam zdrobnienie, którego używał mój tato. – Będzie dobrze. Ja wiem, że nie mogę ci pomóc, chociaż bardzo bym chciał…

Rozpłakałam się i – jakkolwiek patetycznie to wyglądało – padłam mu w ramiona.

– Czy mogę nazywać pana wujkiem?

– Dziecko, tak mi przykro. To nie mogło się zdarzyć… Oczywiście, że tak! A czy ja mogę zostać z wami na zimę?

Uśmiechnęłam się i żartobliwie pogroziłam palcem.

– Tylko żebyś nie zmienił zdania, wujku!

– Chodź, mała.

Przytulił mnie jak ojciec.

Zapadłam w jego objęcia. Nie wiem, skąd mi się wzięła ta potrzeba przytulania, bliskości. Chyba byłam rozkojarzona. I jeszcze te antydepresanty.

– Tu jesteś? – usłyszałam głos Lidki. – Szukałam cię. Obiad już dawno wystygł. Chodź coś zjeść.

– A gdzie Edyta? Nie widziałam jej od rana – zapytałam, siadając przy stole zastawionym kluskami śląskimi naszej Wiesi, kiszoną kapustą i polędwiczką z grzybami.

Domyśliłam się, że danie zostało wykonane specjalnie dla mnie.

– Musiała na chwilę wyjechać, ale zaraz wróci – wyjaśniła niepewnie Lidka.

– Gdzie pojechała? Powiedz mi, co wiesz – nagabywałam.

– Myślę, że powinnaś poważnie porozmawiać ze swoją córką, Ula.

– Nic mi nie powiesz?

Pokręciła głową.

– Idę do kuchni wydać kolację biwakowiczom – odparła. – Wszystko będzie dobrze.

Zbierały się jakieś chmury, a ja nie wiedziałam, z jakiego płyną kierunku.

Weszła Edyta i usiadła przy stole, ale obiad zjadłyśmy niemal bez słowa, mimo zagadywań Lidki.

Moja przyjaciółka była wspaniała. Nie pozwoliła mi sprzątnąć ze stołu, bo moje dziecko nie zaoferowało pomocy. Usunęło się bez słowa do swojego pokoju.

Podniosłam się, by pójść do mamy. Podświadomie liczyłam na szczyptę przewidywalności. Nie myliłam się.

 

– Obetniesz mi paznokcie? – przywitała mnie od progu.

Z uczuciem ulgi sięgnęłam po szczypczyki.

Edyta

Rano wpadła ciocia Lidka, oznajmiając, że mama nie czuje się na siłach, by wstać z łóżka, i przez kilka kolejnych dni to ona będzie zajmować się pensjonatem. Spytała, jak się czuję i czy nie potrzeba mi filiżanki kawy, przytuliła mnie i nie czekając na odpowiedź, pognała do kuchni. Wróciła po chwili z filiżanką parującej czarnej kawy ze śmietanką, do której dołączyła świeży rogalik z miodem.

– Zjedz coś, Edytko. Przyda ci się na wzmocnienie – powiedziała spokojnie, jednocześnie patrząc z troską, czy nagle nie wybuchnę płaczem.

Może i tak by się stało, gdyby nie perspektywa wyjazdu do Hiszpanii, który miał nastąpić za dwa dni i spędzał mi sen z powiek. Jak powiedzieć o tym mamie? Wczoraj była w tragicznym stanie, aż zaczęłam się zastanawiać, czy mogę ruszyć się z Krynicy i zostawić ją z całym tym majdanem. Choć serce rwało się do zmiany otoczenia, a rozum podpowiadał, że praca daleko stąd będzie dla mnie lekarstwem na żal po stracie taty.

– Edyta, rozumiem, w jakiej sytuacji się znalazłaś, ale pamiętaj, że wszystko już załatwione. Praca czeka. Kogo z dnia na dzień znajdę na twoje miejsce? – Po pogrzebie Michalina zaciągnęła mnie do pokoju.

– Nie mogę teraz o tym myśleć. Może jutro. – Próbowałam odroczyć decyzję. – Czuję się fatalnie. Wiesz, jaki był Marek (tak przy znajomych nazywałam ojca). Nieba by mi przychylił, a ja co? Mam się po prostu zmyć i zapomnieć?

– Kto ci każe zapominać? Już nie pamiętasz, że namawiał cię do samodzielności?

Trafiła w czuły punkt. Rzeczywiście, nieraz rozmawialiśmy z ojcem za plecami mamy o mojej przyszłości, podświadomie unikając jej dobrych rad, które miała na każdą okazję.

Powinnam skończyć studia i zostać tłumaczem. A najlepiej zacząć pisać książki, bo „masz talent”.

Nie wiem, na jakiej podstawie wzięło się jej tak wysokie mniemanie o własnym dziecku. Czyżby z powodu tych kilku opowiadań, które wydrukowano w szkolnej gazetce? Pisałam tu i tam dla przyjemności, nie zamierzając jednak całkowicie poświęcić się tego rodzaju działalności. Za bardzo gnało mnie w świat, więc praca nad tekstem w domowym zaciszu wydawała mi się karą nie do zniesienia. A poza wszystkim, kto zatrudniłby mnie jako tłumacza? Po maturze? Zwłaszcza że odczuwałam potrzebę, by zrobić sobie przerwę od edukacji.

Tato to rozumiał.

Żałowałam, że nie powiedziałam mu o wyjeździe. Być może teraz jego słowa byłyby dla mnie wskazówką, jak postąpić. Niestety, czasu nie da się odwrócić.

Tato, wróć i powiedz, co mam zrobić!

Okazało się, że miałam w sobie jeszcze pokłady łez, które teraz popłynęły wbrew woli.

Michalina zamilkła. Zaczekała, aż się uspokoję.

– Już dobrze? – zapytała, kiedy przetarłam twarz mokrym ręcznikiem. – Nie ponaglam, ale najpóźniej jutro musisz postanowić, co z wyjazdem. Przepraszam, że tak obcesowo, ale czas nas goni. Edytko… Nie wiem, co powiedzieć. Przykro mi. – Niezgrabnie spróbowała mnie objąć. – Chyba już pójdę. A ty daj mi znać, co postanowiłaś, jutro do dwunastej.

– Oczywiście. – Otarłam łzy i wysmarkałam nos. – Przecież wiesz, że chciałabym pojechać. Powiem ci, gdy tylko porozmawiam z mamą.

– Okej. W takim razie czekam.

Odprowadziłam przyjaciółkę wzrokiem, bo po kilku słowach pożegnania skierowała się w stronę drzwi. Później wykrzesałam z siebie siły, żeby wrócić na stypę. Kilkoro moich gości ulotniło się po obiedzie; ostatni żegnał się Miłosz, kolega z równoległej klasy w liceum.

– Przepraszam, że tak długo siedziałem, ale zniknęłaś znienacka. Chciałem się pożegnać i powiedzieć… – Był wyraźnie speszony. – Bardzo mi przykro z powodu twojego taty. Gdybyś mnie potrzebowała, zadzwoń. Przyjadę.

– Na pewno – zgodziłam się bez przekonania. Moje myśli krążyły wokół Hiszpanii.

– Co zamierzasz? – zapytał, jakby w nich czytał.

Domyśliłam się, że chodzi mu o naukę. O wyjeździe z nim nie rozmawiałam.

– Jeżeli nawiązujesz do studiów, to na razie nic z tego – odparłam zniecierpliwiona. Że też ciągle muszę odpierać ataki w tej kwestii! Nawet Miłosza. – Ale tobie życzę udanej edukacji na polibudzie. Przepraszam, muszę wracać do mamy. – Skinęłam mu głową na pożegnanie i zostawiłam na schodach.

Poczciwy gość, ale wtrąca się w nie swoje sprawy.

Przykro mi było, że potraktowałam go tak bezpardonowo. Doceniałam, że się o mnie martwi, ale dzisiaj nie miałam głowy do trudnych tematów.

– To jak? Zjesz tego rogalika? – Ciocia Lidka przerwała mi wspominanie wczorajszego dnia. – Dasz radę zajść do babci?

– Zaraz się zbiorę, tylko pozwól mi się ogarnąć. Ciociu…

Powzięłam niespodziewaną dla mnie samej decyzję, że podzielę się z nią dylematem.

Lidka znała mnie od dziecka, lubiłyśmy się. A od chwili, kiedy Witek, jej syn, wyjechał do Anglii, przelała na mnie część rodzicielskich uczuć.

– Tak?

– Mogę się ciebie poradzić?

Kiwnęła twierdząco głową. Na naznaczonej troską twarzy pojawił się wyraz życzliwego zainteresowania.

Mama nigdy nie potrafiła reagować w taki sposób. Kiedy tylko sygnalizowałam potrzebę rozmowy, wietrzyła kłopoty i przygotowywała się do przeprawy. Ciężkie działa stały w pogotowiu. Zawsze spodziewała się kłopotów, na które mogła narazić ją jej niesforna córka. Dlaczego? Bo zamiast jechać na obóz, wolałam spędzać czas z przyjaciółmi „bez opieki osoby dorosłej”. Ponieważ zamiast kształcić „literackie zdolności”, leżałam na plaży lub robiłam kurs ratownika. Bo nie byłam taka jak ona… Tłumaczenia, że jednak nie mam racji, że powinnam się zastanowić, popracować nad sobą dla własnego dobra, zazwyczaj nie przynosiły rezultatu, więc rozstawałyśmy się w niezrozumieniu. Żeby nie powiedzieć – w gniewie.

Czasem tak jej nienawidziłam!

– Mam załatwiony wyjazd do pracy w Hiszpanii – zakomunikowałam Lidce. – Samolot odlatuje za dwa dni, w sobotę.

Przerwałam, w oczekiwaniu na reakcję. Spodziewałam się zaskoczenia, zdziwienia, pytań, ale dostrzegłam w jej oczach smutek.

– Nie wiem, co robić. Dzisiaj do południa muszę zdecydować. Michalina, która załatwiła ten wyjazd, czeka na odpowiedź.

Lidka wciąż siedziała bez ruchu, przyglądając mi się wnikliwie.

– I co ty na to, ciociu? – Przerwałam ciszę, nie mogąc znieść milczenia.

– Dlaczego wy wszyscy musicie wyjeżdżać? – zapytała.

Zrozumiałam, że jej myśli krążą wokół Witka. I jego synka, Jasia, który urodził się rok temu w Londynie.

– Ja chcę tylko na jakiś czas, ciociu.

– Jesteś taka młoda…

– I właśnie dlatego. Nie jestem z nikim związana, a teraz, kiedy tata nie żyje…

Zrobiło mi się przykro. Łzy poleciały znowu.

Ciotka nie znajdowała słów. Pewnie martwiła się o mamę, o babcię. Podobnie jak ja.

Po chwili zdecydowała się zabrać głos.

– Nie wiem, co ci doradzić, Edytko – zaczęła. – Może powinnaś porozmawiać z mamą? W każdym razie, gdybyś musiała jechać, ja pomogę Ulce w pensjonacie i przy babci. W miarę możliwości – zapewniła.

Oto ciotka Lidka w całej rozciągłości! Nie mówiąc tego wprost, dała mi przyzwolenie na wyjazd i obiecała wsparcie.

– Dziękuję! – Ucałowałam ją serdecznie. Wyjeżdżam! – Tylko proszę, nie rozmawiaj z mamą na ten temat. Dobrze? – zapytałam retorycznie, znając dyskrecję ciotki Lidki. – Sama to zrobię.

– Oczywiście. Edytko… – Zatrzymała mnie w drzwiach, kiedy zbierałam się do babci.

Spojrzałam pytająco. Odniosłam wrażenie, że nie powiedziała tego, co zamierzała. Może jednak chciała odwieść mnie od tej Hiszpanii?

Wahała się chwilę i w końcu zaprosiła na obiad przygotowany przez naszą gosposię.

– Przyjdź. Pani Wiesia bardzo się stara, żeby wam dogodzić. Byłoby jej przykro.

– Będę.

Spóźniłam się dwie godziny, ale kiedy weszłam do jadalni, zastałam mamę nad pełnym talerzem.

Zjadłyśmy w milczeniu. Jedynie ciotka próbowała podtrzymać rozmowę. Mama zaoferowała pomoc przy sprzątaniu ze stołu, a ja, ogarnięta nagłą niemocą, pożegnałam się i uciekłam do siebie.

Podjęłam decyzję i wolałam dzisiejszy wieczór spędzić samotnie.

Urszula

Poproszę bukiecik astrów. Mogą być dwa.

Wybrałam dorodne pęczki różowofioletowych jesiennych kwiatów, które zawsze na urodziny Edyty kupował mi Marek.

– Urodziny dziecka to także święto mamy – mawiał, nie skąpiąc mi słów wdzięczności za jego małą córeczkę.

W ubiegłym roku jednak to ja zaniosłam mu astry na grób, w rocznicę jego śmierci, wzruszona i nieszczęśliwa. A mówią, że czas leczy rany.

Dzisiaj miał być ten drugi raz.

Dzięki Lidce i obecności Edytki, której decyzję, by zrobić sobie przerwę w nauce, przyjęłam w końcu do wiadomości, udało mi się przetrwać pierwszy trudny okres po śmierci Marka. Po pierwszym roku zarzuciłam nawet codzienne wizyty na cmentarzu. Rutynowe obowiązki, prowadzenie pensjonatu i praca w bibliotece wypełniały mi czas. Ten letni, bardziej pracowity, i ten jesienno-zimowy, pachnący pustymi pokojami, smagany zimnym wiatrem od morza, zawiewający nostalgią.

Pierwsza zima była straszna. Odrzuciłam propozycję Lidki, by wyrwać się do Londynu, pod pretekstem zajmowania się mamą. Nie chciałam nigdzie się ruszać. Popadłam w nieznany mi do tej pory letarg, pozwalający jedynie na wykonywanie absolutnie niezbędnych życiowych czynności. Może nigdy nie byłam specjalnie kreatywna, ale własnym domem potrafiłam zarządzać, co nie stanowiło problemu przy takim mężu jak Marek. Spokojnym, zgodnym, łaknącym zacisza. Czasami nawet za bardzo.

Na każdą propozycję wyjazdu reagował alergicznie.

– Kochanie, gdzie Edytka będzie miała tak dobrze jak w Krynicy? – pytał, kiedy proponowałam mu wyjazd za granicę. – Plaża, słońce. Zobacz, nigdy nam nie choruje. Pływa, jest szczęśliwa.

Godziłam się, bo przecież dobro dziecka było najważniejsze. Bo rodzice potrzebowali pomocy przy prowadzeniu pensjonatu. Bo Marek musiał odpocząć po licznych wyjazdach. Moje marzenia o podróżach mogły zaczekać do chwili, gdy mój mąż znajdzie do swojej firmy menedżera, który przejmie choć część obowiązków. Nie nastąpiło to nigdy. Ponieważ z każdym rokiem interesy szły coraz gorzej, perspektywa szklanych domów oddalała się coraz bardziej.

Nastoletnia Edyta zaczęła domagać się wyjazdów. Wysyłaliśmy ją na kursy językowe, na obozy. Wiedziałam, że nie zawsze były to wyprawy pod opieką osoby dorosłej, częściej wyjazdy z grupą znajomych, ale choć pozwolenie nie przychodziło mi z łatwością, godziłam się na nie, modląc się jednocześnie, aby moja córka wróciła bezpiecznie.

Stare dzieje.

– To dla ciebie – szepnęłam, kładąc na grobie wiązankę astrów, wzruszona jak zawsze, ale już bez łez pod powiekami. – Pamiętasz Jolkę z mojej klasy? – przemawiałam do portretu Marka, osadzonego na nagrobku. – Chce zorganizować spotkanie z okazji trzydziestki po maturze. Tak, minęło już trzydzieści lat.

Zamilkłam, bo dostrzegłam wzrok jakiegoś przypadkowego przechodnia w cmentarnej alejce. Resztę dopowiedziałam w myślach.

Jolka przesłała mi swoje zdjęcie. Nie poznałbyś jej. Ta mała szara mysz jest teraz całkiem fajną blondynką z włosami opadającymi na ramiona. Chyba zrobiła sobie fotkę zaraz po wyjściu od fryzjera, bo wygląda znakomicie. Nie tak jak ja. Powinnam chyba o siebie zadbać, mam dopiero czterdzieści dziewięć lat. To jeszcze nie pięćdziesiątka. Tylko po co?

Za odpowiedź musiało mi wystarczyć milczenie.

Oznaczało przyzwolenie, czy nie?

Westchnęłam. Marek od dwóch lat był wyjątkowo mało­mówny.

Pożegnałam go mrugnięciem powiek i udałam się do wyjścia.

Zbliżając się do ostatniej dróżki przed cmentarną bramą, postanowiłam odpowiedzieć na mejla Jolki, który czekał w skrzynce odbiorczej od kilku dni.

Dlaczego nie?, pomyślałam z nadzieją.

Niemal radosna skierowałam się w lewo, by położyć drugą wiązankę na grobie mamy. Zgarnęłam liście z postumentu, odmówiłam Zdrowaś Mario i pobiegłam do domu.

– Edyta? Jesteś? – zawołałam od progu. – Muszę się ciebie poradzić!

Zza kuchennych drzwi wyłoniła się głowa pani Wiesi.

– Pojechała do Gdańska, Uleczko. Coś tam wspominała, że załatwia gości z zagranicy. Chyba nic nie pokręciłam? – tłumaczyła się, nie mogąc przypomnieć sobie szczegółów. – Wróci wieczorem. Byłaś na cmentarzu? Zrobić ci melisę? – zapytała.

Doskonale znała sposób, jak mnie poratować po wizycie u Marka.

– Nie trzeba. Ale gdyby znalazła się kromka chleba z twarogiem od sąsiadki?

 

Radośnie wbiegłam na schody.

Może mi się wydawało, ale pani Wiesia szepnęła pod nosem: „Chwała Bogu!”, i pośpiesznie zapewniła mnie, że już biegnie przygotować kolację.

Usiadłam przed komputerem, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie się włączy. Zdawało mi się, że zanim uruchomiła się strona główna, poczta i otworzył się mejl od Jolki, minęły wieki. Odnalazłam list od niej wśród miliona spamu.

„Cześć, tu Jolka Garniecka (Nowicka, pamiętasz? Nowa). Dawno się nie kontaktowałyśmy, ale nareszcie nadszedł czas. Nie wiem, czy pamiętasz, że nasza stara dobra szkoła ma w tym roku urodziny. Kończy sześćdziesiąt siedem lat, a nasza klasa jest trzydzieści lat po maturze. Pogadałyśmy z Karną i Zośką (wszystkie mieszkamy w Gdańsku) i uradziłyśmy, że warto z tej okazji się spotkać. Jeżeli się zgodzisz, to u ciebie! Dałoby radę zorganizować spotkanie klasowe w twoim pensjonacie? Na przykład w połowie października? Jeżeli tak, to daj znać. My zajmiemy się skrzyknięciem ludzi.

To na razie tyle. Czekam na odpowiedź. Mam nadzieję, że się zgodzisz. Co u ciebie słychać? Napisałaś książkę, o której marzyłaś? Jeżeli nie, to się nie stresuj. Będzie czas pogadać.

Pozdrowienia serdeczne,

Jolka”.

Książki nie napisałam. Urodziłam córkę, pochowałam męża, wypożyczam książki w bibliotece, zmieniam pościel gościom w pensjonacie. Zaszyłam się w nim jak mysz w mysiej dziurze.

Tak mogłabym streścić swój obecny stan.

O dziwo, smutne podsumowanie życia tym razem mnie nie zdołowało. Zasiadłam do komputera, żeby odpisać Jolce, że jestem gotowa przyjąć propozycję.

„Witaj, Jolka!

Pomysł wydaje się znakomity. Mamy dosyć miejsca, by pomieścić całą naszą klasę. Wystarczy dograć terminy i zapraszam.

Ula”.

– Co tam piszesz?

Za moimi plecami znienacka wyrosła Edyta.

– A wiesz, moja koleżanka z klasy, Jolka, chce u nas zorganizować spotkanie klasowe po trzydziestu latach. Zgodziłam się.

– Kiedy? – zapytała z niepokojem.

– Kiedyś. Może w październiku?

– Ooo… A ja załatwiłam szóstkę Hiszpanów na kilka dni. Chyba będą pokoje?

Roześmiałam się szczerze, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów.

– Oczywiście! Zmieścimy się wszyscy. Będziesz mogła porozmawiać po hiszpańsku. Chyba jeszcze nie zapomniałaś?

– A ty spotkać się ze swoimi dinozaurami – odparowała. Zauważyłam w jej oczach błysk radości. – Może wreszcie coś się zmieni – dodała.

Czułam, że zbyt długo nie utrzymam Edyty w Krynicy. Odczekała, aż wyjdę z dołka, zajęła się mną po śmierci Marka jak matka. Ale czas, by role się zmieniły. Pora wziąć się w garść i zmobilizować młodą do pójścia na studia. Nie może spędzić życia w pensjonacie i razem ze mną zmieniać pościeli!

– Na pewno, córeczko. Zmieni się. Obiecuję.