Przekonaj mnie, że to tyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2016

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© Nina Masic/Trevillion Images; Poike/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-8097-671-9

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Adasiowi, mojemu najmłodszemu.

Podziękowania

Dziękuję Martusi, Agnieszce, Jędrkowi, Maćkowi, Monice, Magdzie i Sławkowi za to, że znajdują czas, by wysłuchać wszystkich moich pomysłów na książkę, i starają się pomóc w kreowaniu fabuły. Bez Was byłoby mi znacznie trudniej.

W szczególności dziękuję Martusi i Maćkowi za sumienne czytanie każdego rozdziału i mobilizowanie do pisania. Dla Was chce mi się pisać kolejny.

Pragnę podziękować również moim redaktorom – Ewie Charitonow i Michałowi Nalewskiemu, dobrym duchom wszystkich moich książek, za poświęcony czas, pracę, uwagi i dobrą współpracę.

A szczególne podziękowania należą się Czytelniczkom i Czytelnikom, bez których nie byłoby sensu tworzyć kolejnych książek.

Prolog

Zagarniałam fale rękami i usiłowałam ignorować lekkie ukłucia w podbrzuszu. Morze było spokojne, a niewielkie bałwanki obmywały moją twarz, niosąc lekkie, zanurzone w wodzie ciało w kierunku horyzontu. Nigdy nie odpływałam zbyt daleko, w obawie przed morskim żywiołem, nawet tak niemrawym, jak dzisiejszego wrześniowego poranka.

Jeszcze tylko kilka metrów i zawracam w kierunku plaży, pomyślałam przy kolejnym skurczu.

Następny okazał się jeszcze silniejszy, a te, które przyszły po nim, wywołały bezwład lewej nogi.

Jezus, Maria, co się dzieje? Czy to już?, ogarnęła mnie panika.

Do porodu zostały trzy tygodnie, ale lekarz nie zabronił mi codziennych porannych kąpieli w morzu, bo nic nie wskazywało na przedwczesne rozwiązanie. Czułam się świetnie, byłam młoda, a o trudnych przeżyciach związanych z poprzednią ciążą już dawno zdążyłam zapomnieć. Dlatego nie odmawiałam sobie rozrywki o wschodzie słońca. O świcie.

Jak widać, ta dzisiejsza mogła zakończyć się inaczej. Sparaliżował mnie strach.

Próbowałam skierować się w stronę lądu. W panice szukałam wzrokiem ludzi, którzy, tak jak ja, upodobali sobie poranne kontakty z morzem i mogliby teraz pomóc.

Woda zalewała mi oczy. Nie dostrzegałam nikogo. Nie warto było krzyczeć.

Tylko spokojnie, żadnej paniki, powtarzałam jak mantrę, z trudem utrzymując się na wodzie. Dasz radę.

Dlaczego nie poprosiłam Marka, żeby mi towarzyszył?

Do plaży pozostało jeszcze pięćdziesiąt metrów. Bezwładna noga ciążyła, podwodny prąd oddalał od celu. Skurcze uaktywniły się tak, że w pewnym momencie przestałam stawiać im opór.

Poddałam się w chwili, gdy moja mała córeczka postanowiła przyjść na świat. Łzy wymieszały się z morską wodą. Zapamiętałam słony smak w ustach, a potem już tylko ciemność, czyjeś krzyki i głos wołający o koc.

Obudziłam się na piasku, na białym prześcieradle. Nad sobą zobaczyłam kilka wpatrzonych we mnie twarzy.

– Jest przytomna, można zaczynać. – Głos kudłatego faceta w opasce podtrzymującej bujną czuprynę dotarł z zaświatów. – Słyszy mnie pani?

Skinieniem dałam do zrozumienia, że tak, ale wkrótce sylwetka lekarza oddaliła się niebezpiecznie.

– A teraz? Czy pani mnie słyszy? – zagrzmiał, szarpiąc mnie za ramiona. – Musimy rodzić! Pani musi przeć! Proszę mi pomóc! Nie zasypiaj! – wrzasnął, kiedy zaczęły mi opadać powieki.

Nie wiem, w jaki sposób się ocknęłam, nie pamiętam, co robiłam. Bolało. Ale kiedy usłyszałam ten głos, głos noworodka, pociekły mi łzy.

Poczułam przemożną ochotę na sen.

– Ma pani córkę. – Kudłata głowa w opasce wyrwała mnie z otępienia. Nachyliła się nade mną, pokazując małe zawiniątko w czymś białym.

Zorientowałam się, że to pielucha. Z tetry. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego w tamtej chwili tak interesowało mnie, w co zawinięto moją córkę. Bo miałam córkę. Nie utonęłam, urodziłam i wszystko było dobrze. Już dobrze. Ona żyła i płakała, ja też.

Cud!

– Chce pani przytulić dziecko? – usłyszałam z daleka. – Dobrze się pani czuje?

– Tak. – Łkałam, przecierając zasłaniającą oczy mgłę. – Dziękuję.

Edytka była piękna.

Spoglądałam na niewielki pakunek, z którego wyłaniała się pomarszczona twarzyczka i malutkie rączki, których paluszki policzyłam w jednej chwili. Było po pięć u każdej dłoni. I te włosy! Ciemne, długie, posklejane.

– Moja Edytka, powstała z morskiej piany… – wyszeptałam, nadając jej imię.

Wcześniej wybrana z Markiem Ela musiała ustąpić miejsca Edytce. Marek musi zgodzić się na tę zmianę, w końcu mnie kocha. I jeszcze te morskie okoliczności… I skojarzenia z Afrodytą.

– Zabieramy obie panie do szpitala. – Lekarz zabrał mi małą, przerywając wzniosły akt.

– Wszystko z nią w porządku? – upewniłam się z troską.

– Jak najbardziej. Ale kąpiele morskie w dziewiątym miesiącu nie są zbyt rozsądne.

– Wiem. Dziękuję – dodałam, nie znajdując lepszych słów.

– Po raz pierwszy odbierałem poród na plaży.

– A ja pierwszy raz na plaży rodziłam – zdobyłam się na żart.

– No to jesteśmy w podobnej sytuacji. – Pan doktor nie tracił poczucia humoru.

– Drzwi naszego pensjonatu zawsze będą dla pana otwarte – zapewniłam go, kiedy pakowano mnie do karetki. – Jeszcze raz dziękuję.

Skinął mi ręką na pożegnanie i zasalutował rubasznie.

– Niech się dobrze chowa!

Kilka następnych dni minęło mi w całkowitym szczęściu. Leżałam w szpitalu, donoszono mi Edytkę do karmienia. Rosła w oczach. Marek zakochał się w niej bez pamięci, a ja po kilku latach zabiegania o dziecko rozkoszowałam się spełnieniem jako matka i żona. Nie dbałam o pomarańcze, mandarynki, kwiaty, i o rosół, który przynosili na zmianę Marek i mama, ważne były ochy i achy na temat rodziny, którą właśnie udało się ukształtować. Ulepić. I to właśnie ja, mimo że trochę nieodpowiedzialnie poszłam popływać, przyczyniłam się do tego, że teraz byliśmy razem. Rozpierała mnie duma, a mój mąż był dumny ze mnie.

– Kochanie, dzisiaj wracamy do domu – obwieścił, wkraczając do mojego przytulnego szpitalnego pokoju, obarczony gondolką do przewożenia niemowląt. – Spakuję cię.

A zatem rozpoczyna się normalne rodzinne życie, westchnęłam w duchu.

Bałam się. A co, jeżeli Edytka nie będzie chciała ssać piersi? A jeśli coś się będzie działo z pępuszkiem? A co, gdy zachoruje? Może zostać tutaj jeszcze jeden dzień? Pielęgniarka pomoże, wesprze…

Mama wprawdzie była w domu, ale zajmowali ją goście w pensjonacie. Mniej niż latem, bo wrzesień to już nie pełnia sezonu, niemniej jednak chętnych na Krynicę Morską nie brakowało. Nawet wczesną jesienią. Nasz pensjonat, wymuskany i wypielęgnowany grajdołek dla stałych gości, wymagał uwagi i czasu, ponieważ ci, którzy przyjeżdżali tu każdego roku, traktowali nas jak rodzinę. Nie było możliwości, aby „pani Danuta”, czyli moja mama, nie powitała ich od progu, nie zaprosiła na kolację. Zawsze jej pomagałam, ale teraz, kiedy pojawiła się Edytka, będzie musiała radzić sobie sama. Oczywiście przez jakiś czas.

– Witamy w domu! – przeczytałam napis na fasadzie, gdy Marek zatrzymał samochód na podjeździe.

Mama czekała z chlebem i solą (co jej strzeliło do głowy?). A z nią pani Wiesia i pan Stefan, nasza domowa kochana gosposia i ogrodnik.

Wspięłam się po schodkach, trzymając główkę Edytki tak, żeby mogli się dobrze przypatrzeć.

– Ależ piękna! – wykrzyknęła pani Wiesia.

Pan Stefan wyciągnął rękę do Marka i wyszeptał gratulacje.

– Chodźcie, chodźcie! – komenderowała mama, ocierając łzy wierzchem dłoni. – Mamy tort. Kto zdmuchnie za Edytkę? – Podniosła paterę z bezą udekorowaną pojedynczą świeczką.

– To może ja? – odezwał się dumny tatuś. – Za moją dzielną żonę i za naszą córeczkę! – dodał, nalewając szampana do kieliszków i ani na chwilę nie spuszczając nas z oczu. – Za naszą córkę powstałą z morskiej piany! Niech jej życie będzie szczęśliwe!

– Tak jest! Niech ma szczęśliwe życie. Witamy w domu, Edytko – dodała mama.

Nie pragnęłam niczego innego, wszystko miałam tu i teraz. Pensjonat, mamę, Marka i Edytkę, niekoniecznie w tej kolejności. No i panią Wiesię, i pana Stefana. Czy można chcieć więcej?

Urszula

Tak mi przykro, Ulka! Gdybyś czegoś potrzebowała… – Basia złożyła mi kondolencje.

Przykrywała ręką usta, powstrzymując płacz.

Skinęłam głową w bezgłośnym podziękowaniu za dobre słowo. Tabletki trochę pomogły. Dzięki nim przetrwałam jakoś pogrzeb Marka i byłam w stanie przyjąć od przyjaciół, sąsiadów i znajomych wyrazy współczucia.

Edyta odradzała mi tego rodzaju emocje po ceremonii.

– Mamo, podziękujemy za przybycie i poprosimy o nieskładanie kondolencji – zaproponowała, ale ja się nie zgodziłam.

– Dam radę – zdecydowałam, skazując się z premedytacją na wieńczące pogrzeb katusze.

Pragnęłam spotęgować cierpienie, by pozostać jeszcze przez chwilę z Markiem i z naszymi wspólnymi przyjaciółmi.

 

Kilka miesięcy temu obchodziliśmy dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Nic nie wskazywało, że ostatnią.

– Trzymaj się, Edytko. I dbaj o mamę – usłyszałam głos Kazika, przyjmując wyrazy współczucia od Lidki, jego żony. – Źle wygląda.

– Zapraszamy na kawę – wykrztusiłam, kiedy ustępowali miejsca kolejnym żałobnikom.

Zebrany na cmentarzu tłum ludzi przerzedzał się powoli. Pozostali ci, których zaprosiliśmy na stypę w pensjonacie, a właściwie w domku gospodarczym z letnią kuchnią. Nasza smutna uroczystość nie powinna zakłócać spokoju gościom, którzy właśnie korzystali z ostatnich dni wypoczynku nad morzem.

– Może powinniśmy już iść? Stoimy tu ponad kwadrans. – Edyta uświadomiła mi, że wciąż tkwię nad grobem, zapatrzona w górę wieńców i nazwisko mojego męża na drewnianym krzyżu. Nieustannie zaskoczona.

„Marek Wrzesiński, urodzony w 1966 roku, zmarł w 2013”.

– Zobacz… Wrzesiński i zmarł we wrześniu. Czy to nie dziwne? – zapytałam.

– Mamuś, chodź już. – Moja córka mocno chwyciła mnie pod ramię. – Nie czujesz, że zrobiło się zimno?

Pewnie miała rację, ale ja nie odczuwałam chłodu, pomimo letniej czarnej sukienki i cienkiego żakietu, jedynych jako tako stosownych ubrań, jakie znalazłam w szafie. Nagabywania Edyty, by kupić odpowiedni strój, odrzuciłam.

Nie byłam w stanie biegać po sklepach i szukać ciuchów, kiedy zawalił mi się świat. Który jakimś dziwnym sposobem istniał dalej, podczas gdy ja sterczałam przy grobie w cienkiej sukience.

– Idę. Już idę, córeczko. – Oderwałam wreszcie wzrok od grobu i pozwoliłam Kazikowi odprowadzić się do auta.

Edyta pojechała ze swoimi znajomymi.

Gdyby nie ona, nie mam pojęcia, jak przebiegłby dalszy ciąg wieczoru. Spoglądałam na moją dwudziestoletnią córkę, przyglądałam się jej żywotności i po raz pierwszy w życiu oddałam się całkowicie w jej ręce. Otumaniona lekami i wielkim żalem do losu nie byłam nawet w stanie zajrzeć do mamy, która siedziała w swoim pokoju.

Ogarnęła mnie niepohamowana złość na niesprawiedliwość losu, który zabrał mi Marka, i wyrzuty sumienia, że nie potrafiłam uchronić męża przed najgorszym. Gdybym wysłała go do lekarza, może nie doszłoby do zawału? Za to z mamą biegałam po przychodniach, opiekowałam się, pilnowałam by przyjmowała leki, niańczyłam.

Odsunęłam od siebie poczucie winy. Przekonanie, że zaniedbałam…

– Uleczko, usiądź sobie na kanapie. Przyniosę ci herbaty. – Pani Wiesia wskazała mi miejsce w kąciku i przypilnowała, abym wygodnie oparła się na poduszce. – Edytka była już u babci. Zaraz sprowadzimy panią Dankę – poinformowała.

Nie wątpiłam, że moja córka dopełniła obowiązku. Gdyby jeszcze zechciała dbać również o mnie!, pomyślałam.

Choć prawdę mówiąc, w tym momencie było mi wszystko jedno, co robi Edyta. Sięgnęłam po kolejne tabletki, które miały mi dać siłę, by przetrwać ten wieczór do końca.

– Dziękuję. Jeszcze raz wam dziękuję – żegnałam się z Kazikiem i Lidką, Baśką i Jankiem, Jerzym i Aliną.

Same pary. I tylko ja pozostanę w pustym domu bez Marka.

To niesprawiedliwe!, zżymałam się na los, odprowadzając do drzwi kolejnych gości. Marku, dlaczego mi to zrobiłeś? Jak ja sobie poradzę?

Najlepszym lekarstwem na przytłaczające myśli okazały się wieczorne obowiązki. Pani Wiesia musiała zająć się letnikami, mnie i Edycie pozostało sprzątanie po stypie i babcia.

Pozostawiłam córkę z talerzami, na siebie biorąc przygotowanie mamy do snu.

– Myjemy dzisiaj głowę? – zapytała.

Pamiętała, że to sobota!

– Mamo, może jutro? Dzisiaj jestem bardzo zmęczona po pogrzebie.

Na dźwięk ostatniego słowa zaszkliły mi się oczy.

– Po pogrzebie? Aaa… To może obetniesz mi paznokcie? Obiecałaś.

Zachciało mi się płakać. Co mnie obchodzą jej paznokcie, kiedy Marek nie żyje? Dlaczego ona taka jest? Czy ona niczego nie rozumie? Nie czuje?

– Edyta! Możesz przyjść? – zawołałam.

– O co chodzi, mamo? – Przybiegła natychmiast.

Stałam w drzwiach, ocierając pot, który nagle zrosił mi czoło.

– Zajmiesz się babcią? Ja pójdę posprzątać.

Skinęła głową, kierując się w stronę wózka.

– Idź. Tylko nie przesadzaj z tabletkami.

Na dole było już prawie posprzątane. Zebrałam ostatnie talerze, wyrównałam serwetę na stole, wyprostowałam zasłonkę. Pozwoliłam się przytulić pani Wiesi.

– Już dobrze, dziecko. Już dobrze – wyszeptała, głaszcząc moje włosy. – Czas leczy rany.

Akurat! Niczego nie leczy. To tylko trywialna, głupia i prymitywna gadka, która mami ludzi w rozpaczy. Moje życie się skończyło i nigdy już nic nie będzie jak dawniej.

Wielka gula w gardle przeszkodziła mi zaprzeczyć słowom pociechy. Cierpiałam i żadne słowa nie przynosiły ulgi.

– W każdym razie, gdybyś mnie potrzebowała, jestem w pobliżu – dodała nasza gosposia, rzucając okiem na wysprzątany salon. – Szkoda pana Marka…

Ostatnia uwaga wywołała lawinę moich łez.

Bardzo szkoda!

Jutro obudzę się bez niego, pojutrze też. Życie przystanęło. Nie wiedziałam, czy znajdę siłę, by się obudzić rankiem.

Może wieczorne powietrze pomoże mi choć trochę?, pomyślałam i wyszłam na taras.

To nic, że było zimno.

Edyta

Babciu, paznokcie obetnę ci jutro, dobrze? Teraz jest już późno i musisz iść spać – tłumaczyłam mojej Buni jak dziecku, bo z uporem maniaka domagała się wieczornej toalety.

Demencja postępowała u niej lawinowo; z miesiąca na miesiąc coraz trudniej było się z nią dogadać. To nic dziwnego, kiedy ma się na karku osiemdziesiąt siedem lat.

Mama zdawała się tego nie zauważać. Dla niej babcia powinna być cały czas młoda i w pełni sił.

Nie znosiłam u niej tej cechy. Zniecierpliwienia, które widziałam na jej twarzy, gdy po tygodniowym pobycie w szkole wracałam na weekend do domu i biegłam do babci. Bunia spędzała dużo czasu sama, moim zdaniem zbyt dużo. A mama była jak ślepa.

– Gdzieś się śpieszysz? – Babcia nie zamierzała odpuścić.

Nawet moja nieskończona cierpliwość do niej miała swoje granice. Rozryczałam się.

– Przecież ci mówiłam, że tato nie żyje! Dzisiaj mieliśmy pogrzeb! Muszę pomóc mamie! – łkałam, uświadomiwszy sobie, że taty naprawdę już nie ma.

– Taki młody człowiek! – Babcia złożyła ręce jak do modlitwy. – Dobry człowiek…

Otarłam oczy i przygotowałam jej pościel.

– Teraz cię położę, babciu. Pomóż mi. – Chwyciłam ją pod pachy i przeniosłam na łóżko.

Mimo wychudzonego starczego ciała była ciężka w swoim bezwładzie. Przez moment zaczęłam współczuć mamie jej codziennych zmagań. Nigdy nie prosiła taty o pomoc. I już nie poprosi.

Cmoknęłam Bunię na dobranoc i zbiegłam na dół, by pomóc mamie dokończyć sprzątanie. Zastałam pusty pokój z oknem otwartym na ogród.

– Mamo, jesteś tu? – zapytałam szeptem, spodziewając się zastać ją na tarasie.

Stała oparta o balustradę, z kieliszkiem wina w ręce.

– Może nie powinnaś pić przy tabletkach? – Zdobyłam się na pytanie.

Nie odwróciła się, tylko wykonała gest oznaczający, że to bez znaczenia.

– Mnie też go bardzo brakuje – wyszeptałam nieswoim głosem.

Rozpłakała się i osunęła na schody. Przysiadła, osłoniła głowę rękami.

Nie przeszkadzałam. Miałam nawet ochotę ją przytulić, ukoić, ale przeszkodził mi fakt, że nigdy nie demonstrowałyśmy przesadnej fizycznej bliskości.

Jej groźba zawisła w powietrzu, gdy mama ocknęła się znienacka.

– Jesteś pewna swojej decyzji? – zapytała tak dobrze mi znanym rzeczowym tonem. – Możesz jeszcze spróbować, jest drugi nabór. Wiesz, jak tacie zależało…

Nawet w takiej chwili próbowała mnie namówić na studia, z których na razie zrezygnowałam. Ukończyłam w Gdańsku liceum z wykładowym hiszpańskim, doskonale znałam język i to mi wystarczało. Nie moja wina, że nie miałam skonkretyzowanych planów na przyszłość. Może kiedyś podejmę studia, ale jakoś nie bardzo w to wierzyłam. Marzył mi się wyjazd do pracy w Hiszpanii, trochę luzu, trochę zarobionej kasy. Kiedy zapoznałam ze swoimi planami tatę, odpuścił.

– Przyjdzie czas, córeczko. Wówczas podejmiesz decyzję – powiedział, podsumowując naszą dość napiętą dyskusję po wynikach matury.

– Jaki czas? – Uniosła się mama. – Może nie ma spektakularnych ocen, ale na iberystykę dostanie się bez problemu. Albo na jakiś inny kierunek.

– Nie chcę, mamo – odparłam. – Muszę odpocząć po ciężkich czterech latach orki.

Moje liceum było czteroletnie.

– Dziecko, nie wiesz, co mówisz! Po czym tu wypoczywać? Ty dopiero zaczynasz walczyć o życie! Dzisiaj człowiek bez studiów…

– …jest nikim – dokończyłam, znając jej frazeologię. – Ja tak nie uważam. Zresztą tato powiedział…

Tym razem to mama nie pozwoliła mi dokończyć zdania.

– …to, co chciałaś usłyszeć – wtrąciła. – Ale wcale tak nie myśli – dokończyła i spojrzała wymownie na ojca.

– Skoro nie chce… Ale pewnie, że by mi zależało – plątał się w zeznaniach, starając się dogodzić obu swoim kobietom. – Ale…

– Marek! Mógłbyś chociaż raz być konsekwentny! Dziwię się, że tak łatwo odpuszczasz! Nie liczysz się ze szczęściem własnej córki i jej życiowymi perspektywami. Edyta, zastanów się, proszę cię!

Mimo aktorskiego wyjścia mamy z pokoju i ciszy, jaka zapadła, nie zmieniłam zdania.

Na świecie szalał gorący lipiec, lecz już we wrześniu czekał mnie wyjazd do Hiszpanii, który załatwiła Michalina. Oczami wyobraźni widziałam siebie w niewielkim andaluzyjskim pensjonacie, gdzie w białym haftowanym fartuszku usługuję gościom, a w wolnych chwilach wyleguję się na plaży. Gromadziłam marzenia, na wszelki wypadek nie ujawniając ich rodzicom. To pozostawiłam na tydzień przed wyjazdem. Mniej czasu, mniej gadania.

Moja przyjaciółka wpadła do mnie w sobotę czternastego września.

– Gotowa? Za siedem dni wyjeżdżamy – przypomniała doskonale znany mi termin, pielęgnowany od dwóch miesięcy w duszy.

– Pewnie! Jestem spakowana. Jeszcze tylko powiem rodzicom.

Napotkałam jej zdziwione spojrzenie.

– To nie powiedziałaś?

– Spokojnie, tak trzeba. Wszystko mam pod kontrolą.

– Ale nie nawalisz? Miejsce czeka.

– Nigdy, Micha. Przełkną to. Nie wyjeżdżam na koniec świata i wrócę.

– Załatw sobie EKUZ – przypomniała.

W poniedziałek pojechałam do NFZ-etu po stosowną kartę ubezpieczeniową. A kiedy ją odebrałam, zadzwoniła mama.

Po jej telefonie nie potrafiłam podnieść się z ławki na pobliskim skwerze. Tato leżał w szpitalu po poważnym zawale.

Opanowałam bezwład ciała i dotarłam do dworca autobusowego. Ale kiedy dojechałam do szpitala i znalazłam salę taty, zastałam puste łóżko i mamę siedzącą bez ruchu na korytarzu. Usiadłam obok niej, próbując wydobyć z siebie łzy. Nie chciały płynąć.

Obudziłam się po jakimś czasie, oszołomiona środkami uspokajającymi.

W perspektywie miałam na głowie przygotowania do pogrzebu i zaledwie kilka dni do wyjazdu do Hiszpanii.

A teraz siedzę z mamą na tarasie, a ona mi mówi, że tacie zależało na moich studiach!

– Mamo, chodźmy spać. Obie jesteśmy wykończone. – Zdobyłam się na jedyne sensowne zamknięcie dzisiejszego dnia.

Jutro podejdę do tematu ponownie.

– Obiecaj mi, że przemyślisz sprawę studiów. – Dobiła mnie na koniec.

– Obiecuję.

Nie mogłam odpowiedzieć inaczej.

– Śpij dobrze, córciu.

– Ty też, mamuś.

– Nigdy nie myślałam, że będzie mi aż tak źle – wyszeptała, wsparłszy się w progu o futrynę.

– Ja też – odparłam, nie patrząc.