Odnajdę CięTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2017

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Kimberly Shadduc/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8097-960-4

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla malutkiej Weroniki,

z nadzieją, że kiedyś przeczyta.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Bożena

Przed wyjściem z domu po raz ostatni spojrzałam w lustro, przeczesałam dłonią włosy i upewniłam się, że niebieska teczka z umową na drugi tom powieści, której pierwszy właśnie kończyłam, zajmuje właściwe miejsce w torebce. Umówiłam się z Waldkiem, moim redaktorem w wydawnictwie. Dwudziesta któraś umowa i lata pracy pisarskiej nie powinny już budzić emocji, jednak dla mnie było to zawsze święto.

Marzec był bardzo pogodny, momentami nawet gorący. Zważywszy na wczesną porę, zamierzałam skorzystać z rześkości poranka i przejść się do redakcji spacerem.

Tatiana nie odzywała się od kilku tygodni, ale już od dawna przestałam przeżywać jej milczenie. Czasami jedynie tęskniłam za Jaśkiem. Najważniejsze, że moja niemal trzydziestoletnia córka zaczynała nareszcie układać sobie życie. A przynajmniej miałam taką nadzieję, wbrew doświadczeniu, które nauczyło mnie z dystansem podchodzić do jej wyborów i zachowań. Nigdy nie wiedziałam, gdzie poniesie ją życie, z kim się zwiąże, na co przepuści pieniądze, niekoniecznie własne. Jednak ślub, który niedawno wzięła z Pawłem, całkiem poważnie wyglądającym facetem, zapalił światełko nadziei w matczynym sercu, że Tatiana powróci do normalności. A może inaczej: że odnajdzie normalność u boku męża i synka, całkiem pokaźnego dziesięciolatka, którego kochałam i rozpieszczałam, kiedy tylko dane mi było go spotkać. Dawałam Jaśkowi tyle miłości, że wystarczyłoby jej dla kilkorga wnucząt, o których istnieniu w ostatnim czasie myślałam coraz częściej. Bo nie jest prawdą, że czas leczy rany i pozwala zapomnieć o błędach przeszłości.

– Czyżby dopadała mnie starość? Skąd te dywagacje? – wymruczałam pod nosem, zbiegając po schodach.

Pragnęłam udowodnić sobie, jaka to mimo swoich pięćdziesięciu siedmiu lat jestem sprawna i żwawa. I jak potrafię radzić sobie z nastrojami.

– Dzień dobry, pani Zawistowska!

W drzwiach wejściowych do budynku powitał mnie gospodarz odgarniający z podestu resztki śniegu. Zima wyjątkowo długo trzymała świat w swoich szponach, nie pozwalając wiośnie zagościć na stałe.

– Listonosz wrzucił dla pani jakąś przesyłkę – dodał.

– Dziękuję. Sprawdzę po powrocie – odpowiedziałam panu Stefanowi, by po chwili jednak cofnąć się do skrzynki.

Mogły nadejść wyniki badań próbki, którą jakiś czas temu pobrał mój ginekolog.

– Nie ma się czego obawiać – zapewniał. – Ale trzeba sprawdzić.

Od wizyty u lekarza minęły trzy tygodnie, a zatem należało już spodziewać się informacji ze szpitala.

Z ulgą stwierdziłam, że na dnie skrzynki leży oczekiwany list. Był cieniutki, jak gdyby pusty. Otworzyłam go szybko, drąc kopertę. A jednak muszę być zdenerwowana! – stwierdziłam.

Przeczytawszy treść, straciłam nadzieję na spokój i radość z podpisania umowy.

„Prosimy o odebranie wyników osobiście na oddziale ginekologicznym szpitala…”, straszyła kartka.

Nigdy dotąd w podobnych przypadkach nie wzywano mnie do szpitala. Nie musiałam być prorokiem, by zdać sobie sprawę z powagi sytuacji. Coś poszło nie tak.

– Gabrysia? – Natychmiast połączyłam się z przyjaciółką, by podzielić się swoimi obawami.

– Nie martw się – uspokajała. – Może musisz powtórzyć badanie. Czasami próbka bywa niepełnowartościowa.

– Pobrana przez mojego lekarza?! – krzyczałam do telefonu. – Odpada! Sama wiesz, że jest wspaniałym specjalistą.

Gabrysia starała się zachować spokój.

– Nie czekaj, tylko jedź do szpitala. Im szybciej się wyjaśni, tym lepiej. Krócej będziesz się denerwować – zdecydowała za mnie, ofiarowując się jako osoba towarzysząca.

– Jadę właśnie podpisać umowę na nową książkę. Już jestem spóźniona.

– To o której spotykamy się przed izbą przyjęć? – zapytała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Za półtorej godziny. – Spojrzałam na zegarek. – Powiedzmy około drugiej. Dziękuję ci.

Jechałam do wydawnictwa, tłumacząc sobie, że nie ma się czym martwić. Lawirowałam wśród sznurów samochodów, przemierzając kolejne ulice, przecinając skrzyżowania na pamięć, zaaferowana treścią listu z cienkiej koperty.

A jeżeli jestem poważnie chora? – myśl atakowała niczym natrętny komar. Trzeba to sprawdzić, jak twierdzi Gabrysia, i nie martwić się na zapas, pierwszą myśl goniła druga. Przecież nie jestem jeszcze taka stara, żeby umierać, podpowiadała kolejna. Pięćdziesiąt siedem lat to w końcu nie tak dużo. Jeszcze nie. Bzdura, nie umierasz! Nawet nie wiesz, czego od ciebie chcą!

Zaparkowałam samochód przed wydawnictwem, wyparłam lawinę obaw. I zadzwoniłam do przyjaciółki, że przesuwam wizytę w szpitalu na jutro, a nawet na dalszy termin.

Gabrysia dostała szału.

– Co? Nie zamierzasz przyjechać? – grzmiała przez telefon, gdy zaproponowałam spotkanie w kawiarni. – Natychmiast wsiadaj w samochód i jedź! Czekam! – krzyknęła i rzuciła słuchawką.

Na izbie przyjęć wyjątkowo panował spokój. Podeszłam do okienka i pokazałam pielęgniarce list z wezwaniem.

– Czy mogę odebrać wyniki? – zapytałam, licząc, że jednak wydobędzie moje nazwisko z pliku papierów, poda mi kartkę i pozwoli odejść.

Nic takiego się jednak nie stało.

– Proszę udać się na oddział ginekologiczny, windą na drugie piętro, do pokoju ordynatora. Pan doktor na panią czeka.

– Może mi pani powiedzieć, o co chodzi? – spróbowałam się dowiedzieć.

– Pan doktor wszystko pani wyjaśni.

Jechałyśmy z Gabryśką windą, nie odzywając się do siebie.

– Trzymaj się, będzie dobrze. – Mrugnęła do mnie, kiedy wchodziłam do gabinetu.

Ale gdy z niego wyszłam, musiała pomóc mi przysiąść na plastikowym krzesełku.

– Dobrze się czujesz? Może wezwę pomoc?

– Nie, nie, zaraz przejdzie. – Oparłam się o ścianę i pozwoliłam przetrzeć sobie czoło mokrą chusteczką.

– Poczekaj, pobiegnę po szklankę wody.

Gabryśka zostawiła mnie na krześle, by po chwili wrócić z pielęgniarką.

– Zrobię pani zastrzyk uspokajający. – Młoda dziewczyna w białym kitlu wbiła mi igłę w ramię. – I niech pani posiedzi tutaj co najmniej dwadzieścia minut – zdecydowała. – W razie czego proszę mnie wołać.

Kołysałam się na krześle. Gabrysia przyglądała mi się z troską, w milczeniu. W końcu kiedy dostrzegła, że wracam do żywych, zdecydowała się zadać pytanie.

– I co, Bożenko? Możesz mi powiedzieć?

– Rak trzonu macicy – wypowiedziałam to, co przed chwilą usłyszałam od lekarza. – Chcą natychmiast operować.

– To wspaniała wiadomość! – Gabrysia udawała optymizm. – To znaczy, że można to wyleczyć. Kiedy operacja? – zapytała z nadmierną ekscytacją.

– Nigdy, Gabrysiu.

– Jak to?

– Po prostu. Nie ma sensu. Za daleko zaszło.

Moja przyjaciółka nie traciła nadziei, chociaż dostrzegłam wilgotne oczy.

– Trzeba próbować! Medycyna poczyniła takie postępy! Trzeba wierzyć, nie wolno ci się poddać! – Płakała, nie starając się już powstrzymywać łez.

Może to dziwne, ale jej postawa podziałała na mnie dyscyplinująco. Uspokoiłam się i zaczęłam racjonalnie myśleć. Lek uspokajający przestawał działać, mój umysł wręcz przeciwnie. Siedziałam na krześle ze wzrokiem wbitym w plakat sygnalizujący konieczność przeprowadzania cyklicznych badań szyjki macicy i pozwalałam nawałnicy myśli przetaczać się po głowie. Szukałam dla siebie przyszłości. Tej najbliższej, bo z tą dalszą zaczynałam się powoli żegnać.

Z obłoku rozważań wyrwały mnie słowa Gabrysi, która nie odpuszczała.

– Uspokój się. Pojedziemy do domu, odsapniesz, prześpisz się z tym. Umówimy się na operację.

Spojrzałam na nią bez emocji.

– Pamiętasz moją sąsiadkę i jej nowotwór? – zapytałam. – Przeprowadzono operację, choć lekarz od początku mówił, że to nie ma sensu. Tak czasami bywa, kiedy choroba jest zbyt zaawansowana. Gabrysiu, ja też nie mam szans, ale w życiu mam jeszcze coś do załatwienia. Pomożesz mi?

Byłam spokojna jak nigdy dotąd. W przeciwieństwie do przyjaciółki, która rozkleiła się całkowicie.

Doprowadziłam ją do swojego samochodu, zawiozłam do domu, napoiłam kawą, zamówiłam pizzę. Smakowała mi nadzwyczajnie. Kto wie, czy w tym innym świecie dają pizzę? – zastanawiałam się, przełykając smakowite kąski i popijając je czerwonym winem jeszcze z zapasów Artura.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zatelefonować do Tatiany, ale zrezygnowałam. Miałam inną ważną sprawę do załatwienia.

Gabrysia usnęła na kanapie w salonie, zmęczona płaczem i troską o mnie. Współczułam jej, jednak w głębi duszy płakałam nad sobą. Nie mam z kim pogadać, żeby się pożalić. Jedynie ta niezałatwiona sprawa trzymała mnie przy życiu. W sensie przenośnym, a kto wie, czy nie dosłownym. Bo gdyby nie ona…

 

Otworzyłam pokrywę laptopa i w wyszukiwarce wpisałam hasło „detektywi Warszawa”. Pokazało się kilka adresów. Zerknęłam na zegarek, dochodziła czwarta po południu. Wyjęłam z torebki komórkę i wystukałam numer.

– Tu Bożena Zawistowska. Czy rozmawiam z biurem detektywistycznym pana Mariana Wolskiego?

Odpowiedział mi miły męski głos:

– Wolski. Czym mogę pani służyć?

– Mam dla pana zlecenie. Chodzi o to, żeby kogoś odnaleźć.

– Zapraszam jutro o jedenastej. Odpowiada pani?

– Tak. Im szybciej, tym lepiej.

ROZDZIAŁ 2

Bożena

Długo zastanawiałam się, czy powiedzieć o tym Ani, mojej najbliższej przyjaciółce. Z pewnością, jeżeli w ogóle komukolwiek, to tylko jej. Strach przed podzieleniem się moimi obawami w domu paraliżował.

Mimo swoich niemal siedemnastu lat czułam się jak mała dziewczynka, dla której dająca dziesiątki godzin korepetycji z francuskiego mama nigdy nie ma czasu.

Scedowała ten obowiązek na panią Krysię, naszą, jak mawiano przed wojną, „dochodzącą”. Określenie jej mianem „opiekunki do dziecka z funkcją gospodyni” byłoby sporym nadużyciem, zważywszy na jej oschły sposób bycia i niechęć do mnie, wałęsającej się niepotrzebnie po domu, rozrzucającej nieliczne zabawki, kupowane zresztą głównie wbrew woli mamy przez przyszywane ciotki i wujków. Moi rodzice, do których zaliczałam również i ojczyma Brunona, lubili porządek, dlatego od najwcześniejszych lat wiedziałam, że nie mam co liczyć na kosze pełne klocków, niezliczone ilości lalek i ich strojów, pluszaków i innych fascynujących rzeczy, w które zaopatrywane były moje koleżanki. Swój świat odnajdywałam najpierw w książeczkach, potem w coraz bardziej dorosłych książkach, pełnych przedmiotów i wrażeń, których nie dostawałam na co dzień. Szukałam czarów niczym Alicja, puszczałam wodze wyobraźni, podążając za losami Ani z Zielonego Wzgórza, marzyłam o przeniesieniu się do Bullerbyn, żeby choć raz nie dostać bury za położenie się spać z brudnymi nogami. Pani Krystyna godnie bowiem zastępowała mamę w strofowaniu mnie za liczne przewinienia, jakie udawało mi się popełniać mimo ciągłego upominania. Przede wszystkim nie wolno mi było bałaganić. Kiedy wychodziłam do przedszkola, lalka Petronela musiała zająć przeznaczone dla niej miejsce na półce i czekać, aż wrócę. Do grona ciężkich przestępstw należało też hałasowanie; wszak wiecznie siedząca za zamkniętymi drzwiami pokoju mama musiała mieć spokój. Jak każda grzeczna dziewczynka powinnam mieć zawsze umyte ręce, uczesane włosy i w ogóle porządnie wyglądać, czego starannie doglądała pani Krysia, fukająca na widok rozwiązanej kokardy. Albo plamy na spódniczce, którą „oczywiście zrobiłaś, żebym musiała ją spierać, a przecież wiesz, ile mam roboty”.

Trauma posiadania tak zwanej niani minęła, gdy mama uznała, że już dorosłam i można zamienić opiekunkę na klucz na szyi. Przyzwyczajona do codziennego drylu, nie potrafiłam jednak korzystać ze swobody bycia samą w domu. Grzecznie wracałam ze szkoły, by po odrobieniu lekcji zasiąść do czytania kolejnej książki. Codziennie ze świata wyobraźni wyrywał mnie głos mamy zrzucającej płaszcz w przedpokoju po przyjściu z pracy.

– To ja. Zjadłaś obiad?

– Tak.

– A co było?

– Gulasz z kaszą.

– Zaraz mam lekcję. Brunona jeszcze nie ma?

Nie zastanawiałam się nad sensem pytania, chociaż światło zapalone tylko w moim pokoju świadczyło, że jestem w domu sama.

– Nie ma.

– Odrobiłaś lekcje?

– Tak. – Nie odrywałam wzroku od książki.

– To dobrze. Zapal boczną lampkę, bo sobie oczy popsujesz. – Faktycznie, gdyby nie przypomniała, nigdy bym na to nie wpadła! – Ja położę się na kilka minut. Aha, i otwórz drzwi Bartkowi. Powinien być za kwadrans.

– Dobrze.

Długonogi Bartek z czwartej licealnej przychodził na czas, potem zjawiała się Michalina i ktoś tam jeszcze. W okolicy Dziennika Telewizyjnego, po wyczerpującym dniu w redakcji gazety, pojawiał się zazwyczaj zmęczony Brunon.

Rozdział kończyłam, spodziewając się kolacji, którą jedliśmy tuż przed filmem. Ponieważ filmy po dwudziestej nie nadawały się dla dzieci ani młodocianych nastolatek, musiałam iść do swojego pokoju. Tam, na szczęście, czekali na mnie znajomi z książek.

Nauczyłam się milczeć i nie wtrącać w sprawy dorosłych, by czasami nawet zasłużyć na ich uznanie, które kulminowało się w dniu zakończenia roku szkolnego i przedstawienia świadectwa z czerwonym paskiem. Rodzice zabierali mnie wówczas do Hortexu na melbę, przy której z satysfakcją obserwowałam zadowolenie mamy z moich wyników.

Po ósmej, ostatniej klasie podstawówki „wspólnie” ustaliliśmy przy lodach, że idę do najlepszego warszawskiego liceum. Nie śmiałam nawet oponować i bez walki pogrzebałam myśl, by wybrać się do szkoły, do której składa papiery moja przyjaciółka Aśka.

Moje delikatne próby zostały zignorowane.

– Aśka może sobie iść, gdzie chce. Widać jej rodzicom nie zależy na wykształceniu córki. – Mama ucięła dyskusję. – A nam zależy! – podkreśliła, nie pozostawiając mi wyboru.

Tym sposobem znalazłam się w renomowanej szkole, by dalej pracować nad przyszłością i nie przynieść wstydu rodzicom. To znaczy, zapracowanej matce korepetytorce, która zamiast kłaść głąbom do głowy arkana języka francuskiego, chciała brylować na salonach, oraz ojczymowi, jednemu z czołowych polskich dziennikarzy.

Przez całą pierwszą licealną uczyłam się pilnie, zgłębiałam niezwykle modną w światłych kręgach literaturę iberoamerykańską, prenumerowałam „Życie Literackie” i „Kulturę”, oglądałam magazyn kulturalny Pegaz. Nie przepuściłam żadnego poniedziałkowego Teatru Telewizji ani czwartkowej Kobry, na które rodzice wyrażali zgodę w imię mojej edukacji. Prawdę mówiąc, nie pociągały mnie imprezy. Wynagradzała mi je lektura w samotności, w cichym zakątku mojego pokoju.

Tak było do pewnego wrześniowego dnia, kiedy Aleksander zaprosił mnie na imprezę.

– Przyjdziesz? – zapytał, a ja dostrzegłam w jego oczach zachętę.

Nigdy bym się nie spodziewała, że nasz klasowy amant właśnie mnie obdarzy swoimi względami.

– Nie wiem – odparłam cicho.

– Przyjdź – szepnął, a ja w tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie ma siły, która powstrzymałaby mnie przed przybyciem.

Sprawa okazała się prostsza, niż myślałam. Mama z Brunonem wybierali się na raut do redakcji, poprzedzony premierą w operze. W domu panowała atmosfera przygotowań.

Moja nieśmiała próba uzyskania akceptacji spotkania ze znajomymi nie spotkała się z krytyką.

– To gdzie się wybierasz? – zapytała mama, szczotkując włosy.

– Mówiłam ci. Do Aleksandra. To ten kolega z klasy…

– A! Ten, którego ojciec był na placówce?

– Tak. Chyba tak – odparłam cicho, wychodząc z pokoju.

– Tylko nie wracaj zbyt późno! – dobiegło mnie jeszcze za drzwiami.

Tego dnia po raz pierwszy wielokrotnie stawałam przed lustrem, zmieniając sukienki, testując różne sposoby upinania włosów, a nawet próbując kosmetyków mamy kupionych za ciężkie pieniądze w peweksie.

Do Aleksandra podrzucił mnie Brunon i oddał w ręce gospodarza. Kątem oka zauważyłam, że przekazuje mu pieniądze na taksówkę, która miała mnie odwieźć do domu.

– Liczę na ciebie – wyszeptał. – O dziesiątej.

– Tak jest – odparł Alek.

Obudziłam się następnego dnia we własnym łóżku. Ale wszelkie próby przypomnienia sobie, co się wydarzyło kilka godzin wcześniej, spełzły na niczym. W mojej głowie pulsowało, wstrząsały mną mdłości, a stojąca obok miska wskazywała, że wcześniej musiałam już z niej korzystać.

Próbowałam unieść głowę, ale stawiała opór. Na szczęście drzwi do pokoju pozostawały zamknięte, mogłam zatem markować sen. Zanim rodzice zaczną zadawać pytania…

O dziwo, tak się jednak nie stało. Kiedy wreszcie około południa pojawiłam się w progu, by udać się do łazienki, mama zaproponowała mi kawę. Nigdy wcześniej tego nie robiła, bo jak wiadomo, kawa szkodzi tak młodym osobom jak ja.

– Jak było? – zapytała.

– Dobrze. Pójdę się umyć. – Starałam się ukryć w łazience.

– A jaki jest Aleksander?

– W porządku – odpowiedziałam i zwymiotowałam, jednocześnie spuszczając wodę, żeby mama nie usłyszała. Miałam nadzieję, że kłopoty żołądkowe szybko się skończą.

Ustały na jakiś czas, ale wkrótce wróciły. Codzienne śniadania zwracałam w łazience na piętrze, żeby rodzice nie słyszeli. Kanapki do szkoły wyrzucałam do śmieci, odczuwałam mdłości, otwierając lodówkę. Po kilku dniach od imprezy dotarło do mnie, że skutki przepicia nie mogą utrzymywać się tak długo. Musiał być inny powód, dlatego gdy opóźniła się miesiączka, byłam niemal pewna, że stało się coś, co stać się nie powinno.

Nie, Ani nie powiem, zdecydowałam. A tym bardziej mamie. Idę do ginekologa, postanowiłam.

– To będzie najlepsze wyjście – upewniłam się szeptem. – Na pewno nie jestem w ciąży, przecież z nikim nie spałam.

Następnego dnia zaczynał się kolejny tydzień szkoły. Zapowiedziano klasówki z biologii i matmy. Trzeba będzie przysiąść. Ale dzisiaj przeczytam sobie kilka ostatnich rozdziałów Marqueza, pomyślałam.

Włączyłam Grechutę i otworzyłam książkę.

ROZDZIAŁ 3

Dagmara

Już odbieram! Zaraz! – pomrukiwałam zniecierpliwiona, przeszukując torebkę, z której od kilku minut wydobywał się dźwięk komórki.

Ktoś usilnie próbował się połączyć, nie wiedząc, że ze stertą klasówek i siatami pełnymi zakupów właśnie dojeżdżam do domu, przed którym jak zwykle trudno było o miejsce do parkowania. Miałam nadzieję, że to nie dzieciaki.

Dzisiejszy piątkowy wieczór zaplanowaliśmy już w ubiegłym tygodniu. Zbliżający się weekend należał do Zbyszka, mojego od niedawna byłego męża, który zobowiązał się odebrać Michała z przedszkola i skontaktować się z Zośką. Nasza starsza latorośl zaczęła ostatnio przedkładać spotkania z koleżankami nad kontakty z ojcem i wymogła na mnie zgodę na wizytę u koleżanki pod pretekstem nauki do klasówki z biologii. Mogłam jedynie mieć nadzieję, że naprawdę spotka się z koleżanką, a nie z kolegą, a zgłębianie biologicznych zagadnień będzie czysto teoretyczne.

Zachowanie Zośki w ostatnim czasie pozostawiało wiele do życzenia. Kończyła drugą licealną, a wciąż nie wiedziała, jakie wybrać studia. W ostatnim czasie zaczęła nawet przebąkiwać o bezsensie dalszej nauki.

Mimo burzliwego rozwodu ze Zbyszkiem, spowodowanego jego licznymi zdradami, o których wcześniej nie miałam pojęcia, i depresją, w którą mnie wpędził, dla dobra dzieci postanowiłam utrzymać z nim poprawne stosunki. Fakt, że regularnie płacił alimenty i wywiązywał się ze swoich ojcowskich obowiązków, utwierdzał mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie. Pięcioletni Michał potrzebował taty, siedemnastoletnia Zośka dyscypliny. A ja miałam nadzieję, że Zbyszek pomoże mi okiełznać jej młodzieńczą butę i pohamować nadmierny apetyt na nowe doświadczenia, polegające głównie na próbowaniu zakazanych owoców. Bo już nie raz i nie dwa poczułam od niej alkohol. Bo coraz częściej zdarzały się jej późne powroty do domu, kiepskie oceny i bezczelne odzywki, wobec których pozostawałam bezradna. Próby rozmowy, jakiekolwiek tłumaczenia, wbijanie do głowy życiowych rad – nie odnosiły skutku.

Moja córka uważała, że: „nie każdy musi kończyć studia”, „jestem młoda, więc należy mi się trochę swobody”, „czepiasz się!”, „nie pamiętasz, kiedy sama byłaś młoda”, „teraz są inne czasy”, „może potrzeba ci mężczyzny, ponieważ zgorzkniałaś?”. A nawet posunęła się do stwierdzenia: „dopadła cię menopauza” (w wieku czterdziestu lat!). Odpysknięcia i zarzuty można było mnożyć.

Myślałam o Zbyszku jak o sprzymierzeńcu w walce o przyszłość Zośki, obarczając się jednocześnie winą za rozchwianie córki. W końcu rozwód rodziców musiał odbić się na jej psychice.

Komórka nieustannie dzwoniła, aż wreszcie zlokalizowałam jej położenie w bocznej kieszonce torebki. Na ekranie ujrzałam numer mojej siostry Laury, z którą nie rozmawiałam od śmierci mamy.

Nie byłyśmy przykładem kochających się sióstr. Ona – ukochana córeczka, ja – jak gdyby mniej. Ona mieszkająca w Toruniu przy rodzicach, ja na emigracji we Wrocławiu, który wybrałam na miejsce zamieszkania. Obie mężatki z dwojgiem dzieci.

Na studia wyjeżdżałam z pretensjami, że rodzice od zawsze faworyzowali Laurę, potem jej męża i potomstwo, choć – tłumaczyłam sobie później – tak się zdarza w każdej rodzinie. Może dlatego, że jest ode mnie młodsza o cztery lata? Czy najmłodsze dziecko znaczy najukochańsze?

 

Łzy rodzinnej porażki otarł mi Zbyszek, w którego kochające ramiona wpadłam spragniona uczuć. I pozostawałam w nich do momentu, w którym zdałam sobie sprawę, że plotki o jego miłosnych wyczynach są prawdą.

Przez koszmar rozwodu przechodziłam sama. Tata, na którego ewentualnie mogłabym liczyć, już nie żył, zaś mama z Laurą winą za rozpad małżeństwa obarczyły wyłącznie mnie. Podobno zawsze byłam zbyt mało ekspansywna i wybrałam sobie nieodpowiedniego faceta. Pochyliłam głowę przed ich werdyktem. Może rzeczywiście miały rację? Na dodatek najwidoczniej nie zasłużyłam sobie na porządną przyjaciółkę, która wsparłaby mnie w trudnej sytuacji. Pielęgnowałam własne kompleksy, stroniłam od ludzi i zaszywałam się w domowym zaciszu. Co mogłam poradzić na to, że nauczono mnie żyć z pochylonym czołem?

Nacisnęłam niebieski przycisk komórki, spokojna, że to nie dzieciaki. Czyli wszystko u nich w porządku, odetchnęłam.

– Halo? Jestem – odezwałam się.

– Nareszcie odebrałaś! Od wieków próbuję się z tobą połączyć! – W głosie siostry usłyszałam zniecierpliwienie.

– Przepraszam, wracam ze szkoły. Nie mogłam znaleźć miejsca do zaparkowania – zaczęłam się tłumaczyć.

Laura przystąpiła do wyjaśnień.

– Dostałaś list od pana Stanisława? – zapytała, przywołując imię notariusza, wieloletniego przyjaciela mamy. Nie czekając na odpowiedź, kontynuowała: – Mamy się zgłosić na otwarcie testamentu w przyszły wtorek. Mam nadzieję, że będziesz mogła przyjechać – dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Jeszcze nie odebrałam listu. Ale jestem pod domem. Zaraz sprawdzę w skrzynce.

– To sprawdź i oddzwoń. I przełóż te swoje lekcje na kiedy indziej, bo są sprawy ważniejsze.

– Postaram się – odparłam, ale usłyszałam jedynie dźwięk przerwanego połączenia.

Zanim zdążyłam zapytać, co słychać u Marcina, Jarka i Aśki…

Weekend spędziłam „na klasówkach” i – korzystając z nieobecności Michasia – sprzątaniu mieszkania. Zosia wpadła na sobotni obiad i zaraz pognała na jakiś koncert, który odsypiała w niedzielę. Powzięłam stanowcze postanowienie, że porozmawiam ze Zbyszkiem o jej wypadach. Tak dalej być nie mogło. Zanim jednak przystąpiliśmy do poważnej rozmowy, poprosiłam go o opiekę nad dzieciakami na najbliższy wtorek.

– Dostałam list od pana Stasia Nowaka, notariusza mamy, i muszę jechać do Torunia na otwarcie testamentu – zawiadomiłam go, odbierając w niedzielę Michała. – Zajmiesz się dziećmi?

– Oczywiście. Jedź i niczym się nie przejmuj – zgodził się ochoczo. I przekazał mi mniej optymistyczną wiadomość: – Zanosi się, że niebawem wyjadę na kontrakt do Anglii. Na trzy lata.

– Jak to?

– Potrzebują inżynierów, złożyłem podanie. Dzięki temu będę w stanie bardziej pomagać ci finansowo.

– A dzieci?

– Zawsze mogą do mnie przyjechać. A z tym wtorkiem nie musisz się martwić – dodał, klepiąc mnie po ramieniu.

– Chodź, Michałku, do domu. – Zgarnęłam synka z nadzieją, że Zośka zaczęła się uczyć do jutrzejszej klasówki. – Musimy wracać.

– Cześć, tato. – Młody żegnał się z ojcem, nie wypuszczając z rąk kolejnego samochodu z napędem.

Spotkanie u notariusza miało odbyć się o jedenastej. Mimo oporów szefowej wzięłam zatem wolne i o piątej rano odpaliłam swoją leciwą corsę, biorąc namiar na cel.

Po drodze zerkałam na przydrożne ogołocone z liści drzewa, zrzucające po zimie ostatnie płatki śniegu. Delikatnie nabrzmiałe pączki wyczekiwały wiosny.

Jak dawno nie wyjeżdżałam z miasta! – myślałam, napawając się widokiem pozbawionym domów, supermarketów, parkingów. Tamtego razu, gdy jechałam na pogrzeb mamy, nie liczyłam.

Pamiętałam moment, kiedy siedziałam przed telewizorem i gapiłam się bezmyślnie w ekran telewizora, w którym nadawano jeden z wielu programów interwencyjnych przerywanych reklamami. Na wyświetlaczu komórki pokazał się od dawna niewidziany numer Laury.

– Dagmara? – odezwała się, kiedy tylko odebrałam połączenie. – Mama nie żyje.

Przez chwilę milczałyśmy.

– Co się stało? – przerwałam ciszę.

Zaszokowana czekałam na dalszy ciąg.

– Zawał. Dzwonię, bo chyba chciałabyś wiedzieć.

– Laura! Co to znaczy: chyba chciałabym wiedzieć?! Przecież to nasza mama! A jak ty się czujesz?

W słuchawce usłyszałam płacz.

– A jak mam się czuć? – krzyknęła, połykając łzy.

– Jutro przyjadę – zdecydowałam. – Zorganizujemy pogrzeb.

Wbrew nadziei, że się ucieszy, przyjmie pomoc, Laura zareagowała alergicznie.

– Nie! Sama wszystko zorganizuję! Z Marcinem. Dam ci znać, kiedy pogrzeb. Kiedy ostatnio byłaś u mamy? – rzuciła oskarżenie.

Musiałam przyznać, że nie widziałam mamy od ostatniego lata. Nie przyjechałam również na święta Bożego Narodzenia. Ale przecież ona wcale tego nie oczekiwała. Wystarczali jej Laura, Marcin i ich dzieci.

Kiedy zadzwoniłam w Wigilię i po krótkich życzeniach usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi oraz: „przepraszam, idzie Mikołaj, muszę już kończyć”, odłożyłam słuchawkę ze łzami w kącikach oczu. Otarłam je szybko, by przebrać się za Mikołaja i sprawić radość Michasiowi.

– Masz rację, Lauro. Dawno nie byłam u mamy – odparłam. – Bardzo mi przykro i żal. Jeżeli nie chcesz, żebym pomogła ci w przygotowaniach do pogrzebu, dobrze. Daj znać, kiedy mam przyjechać – zgodziłam się, nie chcąc drażnić siostry.

Miałam na uwadze jej ból po stracie.

Sama przepłakałam całą noc. Przecież była to również moja mama.

Teraz przemierzałam znajomą trasę, tym razem aby zapoznać się z testamentem, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. I prawdę powiedziawszy, myślałam o nim niewiele.

Pięć godzin z Wrocławia do Torunia to wystarczająco długi czas, by opanować kawalkadę myśli przetaczających się po głowie.

Rodzice byli dość zamożnymi ludźmi. Dorobili się sporej przedwojennej willi przy Słowackiego, wygodnego domku letniego nad Wisłą w podtoruńskiej miejscowości i niewielkiej księgarni usytuowanej na Starówce, którą mama prowadziła przez lata. Nie śmiałam myśleć, jaka część schedy mogłaby mi przypaść, przygotowana na sytuację, w której Laura dostanie wszystko. Mama niejednokrotnie podkreślała, że na starość może liczyć wyłącznie na jedną córkę, skoro druga, ta bardziej niewdzięczna, czyli ja, wyprowadziła się „na koniec świata”.

– Nie nastawiaj się na nic, tak będzie najlepiej – powtarzałam sobie przez całą drogę, żeby uniknąć zawodu.

W głębi duszy wstydziłam się myśli o mamie jako o spadkodawcy. Powinnam wykrzesać z siebie więcej miłości i żalu po jej śmierci, ale wspomnienie licznych niesprawiedliwości, jakich doznałam za jej życia, nie dawało o sobie zapomnieć.

Na ostatnim przystanku przed celem podróży wzmocniłam się kawą i hamburgerem serwowanych na stacji benzynowej, by całkowicie nie opaść z sił. Z ulgą wysiadłam na toruńskiej Starówce, gdzie mieściła się kancelaria wieloletniego znajomego rodziców „wujka” Stasia Nowaka. To jemu mama powierzyła załatwienie swoich spraw po śmierci.

Wyglądałam Laury. Kiedy jednak nie pojawiła się w ciągu dziesięciu minut, weszłam na klatkę schodową i wspięłam się na drugie piętro po drewnianych stromych schodach. Otworzyłam okazałe drewniane drzwi.

Moja siostra siedziała w środku, ściskając w dłoniach torebkę.

– Notariusz już czeka – przywitała mnie cierpko, odsuwając od siebie, gdy próbowałam ją przytulić. – Możemy wchodzić.