Nie zabijaj tej miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nie zabijaj tej miłości
Nie zabijaj tej miłości
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,35  50,68 
Nie zabijaj tej miłości
Nie zabijaj tej miłości
Audiobook
Czyta Lena Schimscheiner
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2018

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Ildiko Neer / Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-715-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Matkom, żonom i kochankom żołnierzy,

którzy wyjeżdżają na misje.

Oby zawsze wracali.

Prolog

Czerwiec 2013 r.

Anna wpatrywała się w morze.

Gapiła się na wieczorne fale, które słabły, ustępując miejsca cichemu szmerowi wody przy brzegu.

Kolejny zbliżający się ku końcowi czerwcowy dzień, jaki spędzała z synkiem na plaży z dala od nadmorskich kurortów, przypominał poprzedni. Rutyna: poranna toaleta, śniadanie, wyprawa na plażę, sen w południe, obiad w pobliskiej jadłodajni, zaliczenie placu zabaw i ponowna wizyta na plaży do oporu, dopóki malec wytrzyma. Aż wreszcie kaszka na kolację i sen przed telewizorem.

To, co dla innych oznaczało nudę i powtarzalność, jej przynosiło ulgę. Trzymało w stanie zbliżonym do hibernacji. Anna zahibernowała uczucia, nie pozwalając sobie na płacz i rozpacz. W końcu miała Jeremiasza, półtorarocznego synka, który bardzo jej potrzebował. To dla niego wstawała każdego dnia, dla niego zdobywała się na uśmiech, dla niego przyjechała nad morze, żeby zobaczył, jak tu pięknie, i wytarzał się w złocistym bałtyckim piasku. I choć nieco zniszczona przez wiosenne sztormy plaża uwierała kamieniami, malcowi i tak się podobało. Kiedy Anna obserwowała, jak Jeremiasz zbiera do wiaderka mieniące się kolorami kamyki, kopie dołki na plaży, stawia babki, na jej twarzy mimo woli pojawiał się uśmiech. A nawet zdarzało się, że zapominała o złych chwilach.

Cieszyła się z każdej minuty, teraz i tutaj. Smakowała jej ryba w smażalni, lubiła spełniać każdą zachciankę synka. Na półce w ich wynajętym drewnianym domu piętrzyły się stateczki, dmuchane zabawki do pływania, które w tym dość chłodnym czerwcu i tak nie miały się przydać, kolorowy latawiec i cała masa innych niepotrzebnych gadżetów, po które malec wyciągnął ręce w przydrożnych straganach. Anna kupowała je, nie bacząc na koszty i bezsens gromadzenia kolejnych przedmiotów. Uwielbiała, gdy oczy jej dziecka błyszczały radością, która bodaj na chwilę przyćmiewała jej ból. Kiedy patrzyła na synka, nie mogła znieść myśli, że nie ma tutaj jego ojca.

Byli do siebie tak bardzo podobni!

– Mama, am – usłyszała i zerwała się z koca, by wyjąć z dłoni malucha źdźbło trawy, którego ten postanowił spróbować.

– Zostaw to, synuś. Nie bierz do buzi byle czego – upomniała.

Bawili się przez chwilę, wykorzystując ostatnie podmuchy wiatru. Gdy Anna poczuła nadciągający chłód, schowali się za parawanem. Wręczyła Jeremiaszowi parówkę, którą ten zaczął pałaszować z apetytem.

Na horyzoncie pojawił się kontur przepływającego statku, w pobliżu krążyły mewy zwabione jedzeniem. Jeremiasz sięgnął po bułkę i poprosił o picie.

Anna przez moment zastanawiała się, czy może jednak nie skorzystać z zaproszenia i nie wpaść do mamy i Witolda. Niepokoili się o nią i nieustannie namawiali na przyjazd do Władysławowa.

– Dziecko, czy ty musisz cały czas się katować? Pozwól sobie pomóc!

Mama nie ustawała w wysiłkach, żeby podnieść Annę na duchu i przywrócić do życia, ale ona nie potrafiła się przemóc. Chociaż rozsądek podpowiadał, że powinna. Choćby dla synka.

W tej samej chwili zauważyła tamtych.

Barbara kroczyła szczęśliwa brzegiem morza, u boku syna, trzymając za rękę mężczyznę z kilkumiesięcznym malcem w nosidełku. Dzieciak przebierał gołymi nóżkami, a jego mama z troską sprawdzała, czy nie zmarzły. Oboje upominali starszego chłopca, by nie wbiegał zbyt daleko w morze, śmiali się i wymieniali pocałunki.

Anna, chcąc pozostać niezauważona, przycupnęła za parawanem, przytrzymując Jeremiasza, który właśnie postanowił jej uciec. Bacznie obserwowała mijającą ją rodzinę, gdy nagle mężczyzna przystanął, pochylił się i wyłuskał coś z piasku.

Po chwili dotarł do niej jego głos.

– Basieńko, znalazłem bursztyn! Wyobrażasz to sobie? Popatrz, jaki duży!

– Rzeczywiście – odparła Barbara, przyglądając się zdobyczy. – Piękny.

– To dla ciebie. – Wręczył jej kamień i pocałował w usta. – Kocham cię.

– Ja ciebie też. Chodźmy, bo robi się zimno.

Anna zaczęła zbierać rzeczy, składać parawan i pakować ręczniki do torby. Włożyła Jeremiaszowi sweterek, ogarnęła wzrokiem miejsce po grajdole i chwyciła synka za rękę.

– Chodźmy do domu. – Uśmiechnęła się z przymusem.

A kiedy małemu nóżki odmówiły posłuszeństwa, wzięła go na ręce i podążyła w stronę wioski.

– Pojutrze wyjeżdżamy – szepnęła do siebie, wzdychając ciężko. – Jeremiaszu, powiedz mi, dlaczego nam się nie ułożyło? – Przytuliła synka.

Z trudem powstrzymała łzy.

Rozdział 1

Anna

Luty 2010 r.

Tomasz, w przyszłym tygodniu, w piątek, jadę do Inowrocławia. Pamiętasz? – przypomniałam mężowi studiującemu gazetę.

Mruknął coś pod nosem, nie odrywając się od lektury. Jego na wpół przymknięte oczy wskazywały, że zbliża się czas drzemki. Dalsza konwersacja była bez sensu, więc zostawiłam go w spokoju. Po ośmiu godzinach zajęć ze studentami również byłam zmęczona i marzyłam o przeczytaniu choćby kilku stron, które powiodą mnie w otchłań snu i pozwolą zregenerować siły. Na szczęście o obiedzie pomyślałam wcześniej, a kiedy Tomasz wrócił z pracy, odgrzałam lazanie. Teraz zbierałam talerze.

Przyzwyczaiłam się, że mój mąż tradycjonalista całą swoją życiową aktywność zostawiał w kancelarii notarialnej, którą prowadził wraz z ojcem. W domu, wypompowany po całym dniu, oddawał się błogiemu lenistwu, w którego zakresie nie leżały zajęcia tak prozaiczne jak sprzątanie ze stołu.

Jakiś czas walczyłam o swoje prawa i próbowałam się emancypować, ale nakład energii na potyczki był niewspółmiernie duży w stosunku do zysków. Jednym słowem, szybciej i spokojniej było posprzątać ten cholerny stół, niż po raz kolejny mobilizować męża i walczyć z jego biernym oporem. Owszem, artykułował deklaracje, że zrobi to później, ale to w dyplomatycznym języku małżeńskim oznaczało tyle, co jutro. Albo nigdy.

Nie miałam ochoty wysłuchiwać wciąż tego samego argumentu, że przecież do wieczora na talerzach nie zalęgną się robaki, i w końcu machnęłam ręką na jego, nazwijmy rzecz po imieniu, domowe lenistwo.

I choć czasami, w chwilach szczególnego zmęczenia czy niedyspozycji, nóż mi się otwierał w kieszeni i wydzierałam się na Tomasza, rzucając sztućcami, przechodziło mi szybko. Dla świętego spokoju powracałam do roli kury domowej, tym bardziej że obsługa dwuosobowej rodziny nie nastręczała większych trudności w wygodnym i dobrze wyposażonym mieszkaniu.

Od kilku lat zajmowaliśmy wygodne lokum w niezłej dzielnicy Torunia, ciesząc się jego niemałą powierzchnią i stosownym do niej balkonem z widokiem na Wisłę. Czas, kiedy stacjonowaliśmy w kawalerce Tomasza, nie trwał długo. Wprowadziłam się do niego na ostatnim roku studiów, wkrótce po naszym pierwszym spotkaniu. Pobraliśmy się w Wielkanoc, niecały rok po zrobieniu magisterki. Kiedy inni szukali pracy, Tomasz zatrudnił się w kancelarii ojca, znanego w mieście notariusza, a ja dostałam etat na uczelni, jako dumna asystentka, na filologii polskiej, w Zakładzie Literatury Młodej Polski i Dwudziestolecia Międzywojennego, w katedrze profesora Barlickiego. Lubiłam Starego, jak nazywaliśmy go wszyscy z uwagi na zaawansowany wiek, a etat u niego stanowił spełnienie moich marzeń.

Jak się miało okazać, praca wciągnęła mnie bez reszty, przynosząc radość i poczucie podjęcia właściwej decyzji o pozostaniu w Toruniu. Nie przestałam uwielbiać Trójmiasta i robiłam wypady nad morze przy okazji odwiedzin w rodzinnym domu, ale swoje życie ulokowałam tutaj. Przyszło mi to tym łatwiej, że całkiem dobrze dogadywałam się z teściami i starszą siostrą Tomasza, Lilką, sympatyczną, nieustannie zmagającą się z nadwagą blondynką, obarczoną trójką dzieciaków, które wychowywała przy dużym udziale swojej mamy, a mojej teściowej. Wandy, perfekcyjnej pani domu.

To dom teściów stanowił miejsce, w którym spotykała się cała rodzina przy wspólnym stole. Gdzie można było zjeść coś dobrego i ładnie podanego.

Z powodzeniem mogłam zgodzić się z Wojciechem Młynarskim, że „Nie ma nic milszego, niech kto chce, mi wierzy, niż rodzinny obiad w sielskiej atmosferze…”.

Jakkolwiek bohaterom piosenki nie posłużyły trujące grzybki, podczas naszych spotkań nie było ani grama jadu. Naprawdę je lubiłam. Potrawy, wspaniale utrzymany ogród, w którym w cieplejsze dni raczyliśmy się podwieczorkiem, dobrze nastawieni teściowie, co przypieczętowali zakupem wygodnego mieszkania. Sielanka.

Lekko zakłócana delikatnymi pytaniami o dziecko.

Do trzeciej rocznicy ślubu mieliśmy spokój. Pierwsze pytania zaczęły padać podczas czwartej. Przygotowanej z trudem, bo akurat walczyłam z infekcją.

Moja słaba kondycja nie uszła uwagi rodziców Tomasza. Pamiętam, że teść kręcił się po kuchni, starając się wyręczyć mnie w noszeniu potraw na stół.

 

– Pomogę ci – powiedział.

– Nie trzeba. Dam sobie radę – odmówiłam.

Wyuczona przy mężu Zosia Samosia.

– Widzę, że się źle czujesz. Nic ci nie jest? – dopytywał, drążąc w kierunku, którego się spodziewałam.

– Jestem trochę przeziębiona.

– Rozumiem. A może ty…

Nie dokończył, dostrzegając w drzwiach kuchni żonę, która zareagowała natychmiast.

– Tadeusz! Jeśli będę mieli nam cokolwiek do powiedzenia, powiedzą.

– Dobrze, Wandziu. Już uciekam. – Teść chwycił miskę z sałatką i usunął się do pokoju.

– Przepraszam za niego – odezwała się teściowa. – Chciałby mieć wnuka. Wiesz, jakie to ważne dla rodziny Tadeusza. Kancelaria od kilku pokoleń i w ogóle. Byłoby miło. Ale nic na siłę. Nie przejmuj się.

Delikatność nie pozwalała im dopytywać ponownie, ale wnikliwy obserwator na pewno zauważyłby spojrzenia, które podczas kolejnych spotkań zatrzymywały się na moim brzuchu. Próbowali dostrzec choć nikłe zaokrąglenie. Wiedziałam, że czekają, zdawałam sobie sprawę, jak im zależy. A zwłaszcza teściowi, który uważał, że nazwisko Korczyński powinno przetrwać. Dzięki Tomaszowi. Mój mąż jednak zdawał się nie przejmować tymi oczekiwaniami, a podejmowane przeze mnie próby rozmowy o dzieciach po prostu zbywał.

– Nie przejmuj się, że wpatrują ci się w brzuch – bagatelizował. – Przyjdzie czas, to pomyślimy. Jesteśmy jeszcze młodzi.

Nie polemizowałam, bo i ja nie miałam ochoty na zmianę naszego rodzinnego status quo. Zajęłam się doktoratem, a szczęśliwa po jego obronie nabrałam poweru do robienia habilitacji. Czy dwudziestoośmioletnia kobieta musi ubierać się w dzieci? – zadawałam sobie pytanie i z przekonaniem udzielałam odpowiedzi odmownej. Jeżeli chciałam, co było moim wielkim pragnieniem, utrzymać się na uczelni, musiałam poświęcić się nauce. A ta była wymagająca bardziej niż stado dzieciaków.

Nie byłam pewna, czy chcę podzielić los Lilki. Kiedyś całkiem ładnie malowała, miała niewątpliwy talent do urządzania wnętrz, studiowała sztuki piękne. Teraz spełniała się w roli bogini domowego ogniska, ogarniając dom, kiedy Witek audytował firmy i przemierzał kraj wszerz i wzdłuż. Jej niewątpliwa uroda zniknęła pod maską zbędnych kilogramów, nabytych w kuchni przy przygotowywaniu posiłków dla rodziny, a zainteresowania ograniczyły się do edukacji dzieci. Przyznam, że trudno było naciągnąć ją na inny temat rozmowy niż postępy w szkole i dodatkowe zajęcia.

Nawet jeżeli od czasu do czasu widok wózka z niemowlęciem budził we mnie macierzyńskie uczucia, przykład Lilki działał niezawodnie. Szybko stawiałam się do pionu z przekonaniem, że jestem jeszcze młoda i mam czas.

Tomasz, szczęśliwie, nie nalegał.

Praca, niezłe zarobki, wygodne miejsce na kanapie, wakacje na południu Europy, wspólne kolacje w knajpkach z okazji intratnego aktu notarialnego czy wypad do teatru w Warszawie satysfakcjonowały go całkowicie. Czasami potrafił być hojny, zaskakując mnie nowym pierścionkiem czy karnetem do spa dla mnie i mojej przyjaciółki Maryśki.

Wprawdzie powroty oznaczały, że czeka mnie ogarnianie mieszkania po kilku kawalerskich dniach Tomasza, ale per saldo i tak się opłacało. Czasami nawet czekał na mnie bukiet kwiatów i pizza z naszej ulubionej pizzerii. Nie było źle.

Obudziłam się po głębokim śnie, który miał być zaledwie krótką drzemką.

Za oknem było całkiem ciemno. Nic dziwnego, w lutym noc zaczyna się od wpół do czwartej, pokiwałam głową. Leżałam przez chwilę nieruchomo, nasłuchując odgłosów domu.

Tomasz kręcił się po kuchni. Domyśliłam się, że zgłodniał i szuka czegoś do przegryzienia. Czyżbym przespała całe popołudnie i już czas na kolację?

Zaczęłam zastanawiać się, co postawić na stole. Może tartę ze szpinakiem i serem pleśniowym? Albo panini? Nie miałam ochoty na grzebanie się w garnkach, dlatego postanowiłam przetrwać Tomaszową krzątaninę bez ruchu, mając nadzieję, że mój mąż przygotuje sobie kanapki. Choć z doświadczenia wiedziałam, czym się zadowoli – wyjdzie z kuchni z paczką chipsów i grzecznie zaczeka na posiłek.

Dlaczego właściwie go do tego przyzwyczaiłam? – skarciłam się w myślach, zwlokłam z łóżka i podążyłam do kuchni. Jeszcze tylko dziś! – przypomniałam sobie o wyjeździe do Inowrocławia, do Jacka.

Tomasz nie lubił tych naszych spotkań. Mój młodszy niesforny brat żołnierz nie pasował do rodzinnego image.

– Trep, który nigdy do niczego nie doszedł w życiu! – mawiał. – Biega po poligonach i zabawia się jak mały chłopczyk. Tak nie postępują poważni, odpowiedzialni mężczyźni. A już tym bardziej nie trzydziestoletni!

Spięłam się w sobie i postanowiłam przygotować grunt do rozmowy. Przy jedzeniu łatwiej.

– Co chcesz na kolację? – zapytałam z wymuszonym uśmiechem. – Mogą być panini?

– A masz bakłażana?

No tak, warzywo, którego nigdy nie lubiłam!

– Jasne. Dodać boczek?

– Oczywiście, kochanie. – Tomasz na myśl o ulubionej konfiguracji włoskiej kanapki zrobił rozanieloną minę.

Zniknęłam w kuchni, by po kilku minutach wnieść gorące pyszności dla mojego pana. A kiedy ten wbił zęby w kanapkę, podjęłam temat wyjazdu.

– W przyszły piątek jadę do Inowrocławia – oznajmiłam.

– Zawiozę cię – odparł z pełnymi ustami.

– Nie trzeba. Prześpię się u Jacka.

– Będzie ci niewygodnie. Jeśli nie chcesz, żebym cię zawoził, okej. Ale zadzwoń stamtąd, to po ciebie przyjadę.

– Tomasz! Chcę jechać sama i zostać na noc u Jacka! – podniosłam głos. – Chcę się zobaczyć z moim bratem, który za kilka tygodni jedzie na misję do Afganistanu! Rozumiesz?

– Nie wiem, po co mu to. – Mój mąż popisał się sarkazmem.

Bohater!

– Wiesz co? – wypaliłam. – Mam dosyć tego twojego gadania. Ty z całą pewnością nie pojechałbyś na wojnę! A zresztą nie chce mi się ciągnąć tematu. Jak skończysz jeść, sprzątnij po sobie. Idę popracować! – zakończyłam i zerwałam się z krzesła.

Wściekła opadłam na tapczan w swoim pokoju i sięgnęłam po komórkę.

„Brat, będę w piątek. Trzymaj się ciepło. A.”.

Rozdział 2

Basia

Marek poinformował mnie, że znów wybiera się na misję do Afganistanu. Nie zapytał o zgodę, a zarzucił argumentami o konieczności spłaty kredytu mieszkaniowego i kolejnych rat za samochód.

– Po co kupowałeś takie drogie auto? – zdenerwowałam się, spoglądając mimo woli na parking przed blokiem, gdzie w blasku zachodzącego lutowego słońca błyszczała nasza nowa terenówka. – Powiedz lepiej, że chcesz mnie po prostu zostawić na pół roku!

Usiadł przy mnie na kanapie i dotknął mojej dłoni.

Niedoczekanie!

Już dawno rozpracowałam jego sposoby rozmiękczania przeciwnika.

Marek był inteligentnym facetem, który potrafił operować słowem i mową ciała, kiedy chciał mnie do czegoś przekonać. Nie raz i nie dwa dałam się na to nabrać, ale po ponad dziesięciu latach życia z żołnierzem uodporniłam się na tanie zagrywki. Niemniej jednak pozwalałam mu kontynuować grę w nakłanianie wroga do własnych pomysłów w obliczu wyższej konieczności. Była nią nieodparta chęć ucieczki od domowych zajęć i wyjazd na wojenkę. By w glorii chwały, w mundurze obrońcy świata przed talibami, zwiać przed prozaicznymi obowiązkami męża i ojca.

Przeżyłam jedną misję, siedząc przez pół roku z naszym synkiem Piotrusiem, drżąc o życie męża, błagając opatrzność o opiekę nad nim. Kiedy wrócił, obiecał, że już nigdy więcej.

Tymczasem przed chwilą zrozumiałam, że porzekadło o obiecankach kryje w sobie głęboką mądrość. Znałam Marka i zdawałam sobie sprawę, że nie zmieni decyzji.

Był uparty jak muł i osioł razem wzięte. Jaka szkoda, że mnie brakowało tej cechy! Może gdybym sprzeciwiła mu się choć raz, nasze relacje wyglądałyby inaczej?

Daleko odeszliśmy od czasów, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy na balu w szkole oficerskiej we Wrocławiu.

– Baśka, dostałyśmy zaproszenie na bal do żołnierzy! – zakomunikowała Aśka, moja najbliższa kumpela ze szkoły medycznej, w której się uczyłam. – Wyobrażasz sobie? Cały rocznik prawie oficerów w jednym miejscu! Pójdziemy poprzebierać w ciachach?

– Muszę się uczyć do sesji – ucięłam.

Przygotowywałam się do ostatnich egzaminów mających zwieńczyć moją edukację w trzyletnim studium pielęgniarstwa. Miały być moją przepustką do lepszego życia. A poza tym ciotka, u której mieszkałam i która w znaczącym stopniu finansowała moje kształcenie, patrzyła na wieczorne wypady nieprzychylnym okiem. Dla świętego spokoju starałam się ograniczać je do minimum.

Nie miałam zamiaru siedzieć z rodzicami na podinowrocławskiej wsi i doglądać bydła, dlatego na propozycję ciotki Dzidzi, maminej siostry, zareagowałam zachwytem. Dla mieszkania i utrzymania gotowa byłam znieść wiele, nawet drobne niedogodności wynikające z charakteru starzejącej się panny, nawet gdy czasami godziły w moją wolność i niezależność. Czułam do niej wprost niewyobrażalną wdzięczność, więc zaciskałam zęby, studiując pilnie i szerokim łukiem omijając imprezy. Żeby ciocia mogła być ze mnie dumna i zadowolona z dobrze ulokowanych pieniędzy.

Tym razem jednak poinformowana o balu ciotka Zdzisława nie zgłaszała sprzeciwów. Powiem więcej, do pomysłu podeszła z entuzjazmem.

– Idź, Basieńko, rozerwij się – powiedziała. – Może któryś z panów mundurowych wpadnie ci w oko? – dodała z filuternym uśmiechem. – A wiesz, że ja też kiedyś miałam narzeczonego żołnierza?

– I co się stało, ciociu? – zdobyłam się na niedyskretne pytanie.

– Ach, stare dzieje. Przenieśli go do jednostki na drugim końcu Polski i wszystko przepadło. Kiedyś nie było komórek, a międzymiastowe dużo kosztowały… Był dla mnie naprawdę kimś ważnym. – Uśmiechnęła się do wspomnień. – Mówię ci, idź.

Więc poszłam, nie czekając, aż zmieni zdanie. A na balu poznałam Marka i zachwyciłam się nim bez pamięci. Informatyk, za chwilę żołnierz po szkole oficerskiej, piękny, przystojny, elokwentny. I co mnie najbardziej ujęło, zainteresowany mną, szarą podpierającą ścianę myszką.

Sama nie wiedziałam, jak to się stało, że po poznaniu chłopaka moje życie przyśpieszyło tak gwałtownie. Myśl o nim opanowała mnie całkowicie. Kładłam się do łóżka, śniąc o Marku, wstawałam z jego obrazem przed oczami. Motyle w brzuchu są przereklamowane, u mnie zalęgły się delfiny. Spotykaliśmy się w każdej wolnej chwili, całowaliśmy w przerwach między zajęciami. Logistykę przejazdów z uczelni na uczelnię opanowaliśmy do perfekcji. Czasami spotykaliśmy się w pół drogi dla jednego pocałunku.

Oboje bez problemów ukończyliśmy studia i nie zastanawiając się wiele, pobraliśmy się w urzędzie przed świętami Bożego Narodzenia. Na świadków wzięliśmy najbliższych przyjaciół. Choć serce mi się krajało, zgodziłam się z Markiem, żeby rodziny powiadomić później. Jedyne odstępstwo zrobiliśmy dla ciotki Dzidzi, naszego gościa specjalnego.

Marek, który od pierwszych dni znajomości stał się przewodnikiem w stadzie przyszłej rodziny Jaworowiczów, przekonał mnie do cichego ślubu, między innymi ze względu na moją dość zaawansowaną ciążę. I miał rację. Wprawdzie rodzice kręcili nosem, że pozbawiłam ich przyjemności uczestnictwa, ale wkrótce dali się przekonać, że mój pokaźny brzuch nie przyniósłby im chluby wśród bliskich i sąsiadów z okolicznych wsi.

Byłam szczęśliwa. W okamgnieniu stałam się pielęgniarką po licencjacie, żoną, matką, kochanką i szczęśliwą kobietą, która miała u swego boku mężczyznę marzeń. A kiedy urodził się Piotruś, unosiłam się nad ziemią bez udziału skrzydeł. Marek został zatrudniony we wrocławskiej jednostce, dostaliśmy niewielkie mieszkanie służbowe, chowaliśmy synka i chłonęliśmy każdy dzień razem.

A przynajmniej tak mi się wówczas wydawało.

Codzienność jednak mnie zaskoczyła. Pojawiły się wyjazdy, miesięczne poligony, kursy, w których musiał uczestniczyć mój mąż. Odkąd skończył się urlop macierzyński, zaczęłam liczyć dni, kiedy jest w domu. Wcześniej mi to nie przeszkadzało – miałam czas tylko dla dziecka, wpadałam do cioci Dzidzi.

Pamiętałam dzień, kiedy Marek wrócił z majowego poligonu. Przygotowałam kolację, przetrzymałam rocznego Piotrusia ze spaniem, żeby szybko odleciał wieczorem, włożyłam nową sukienkę, podmalowałam oczy. Miałam do zakomunikowania wspaniałą wiadomość: dostałam pracę w szpitalu, a ciotka zobowiązała się zająć małym. Stawiając półmiski na stole, jaśniałam, dumna z siebie i szczęśliwa, że wreszcie przestanę być kurą domową i zacznę realizować się w zawodzie.

Jak mój Marek.

 

– Siadaj, kochanie. I posłuchaj – zaczęłam, otwierając wino.

– Coś się stało? – zapytał z niepokojem. – Znów jesteś w ciąży?

Roześmiałam się, choć drugie pytanie nie było fajne. Jeżeli już, powinno zabrzmieć radośnie.

– Idę do pracy – wypaliłam.

Marek nie wydawał się zachwycony. Sięgnął po kieliszek i opróżnił do dna. A kiedy go odstawił, spojrzał mi prosto w oczy. Oczekiwał szczegółów.

– Nie ustalaliśmy, że pójdziesz do pracy…

– Kończy mi się urlop, więc postanowiłam znaleźć sobie zajęcie. Z Piotrusiem zostanie ciocia Dzidzia – dodałam nieco ciszej.

Stalowe oczy nie wyrażały aprobaty.

– To niemożliwe – uciął mój mąż.

– Dlaczego?!

– Przenoszą mnie do Krakowa.

– Jak to przenoszą? Nie masz nic do powiedzenia?

– Nie. Ponieważ jestem żołnierzem.

W jednej chwili plany powrotu do pielęgniarstwa i kilku godzin dziennie poza domem wzięły w łeb. Mimo wszystko spróbowałam zawalczyć.

– A gdyby tak coś wymyślić?

– Jestem żołnierzem, Baśka. Wiedziałaś, za kogo wychodzisz za mąż – powiedział tonem, który znienawidziłam od tej chwili.

Dałam za wygraną.

– Kiedy wyjeżdżamy?

– Gdy tylko znajdę dla nas jakieś mieszkanie w Krakowie i postaram się o kredyt.

Tej nocy zasypiałam z nowo zdobytą sprawnością żony żołnierza.

Straciłam nadzieję na wolność i niezależność. Zdałam sobie sprawę, w jaki weszłam świat, wiążąc się z wojskowym. Uświadomiłam sobie, na jak niepewny los się połakomiłam. Nigdy nie wiesz, dokąd cię przeniosą, nigdy nie wiesz, na jakie szkolenie czy poligon wezwą twojego męża. Poniewczasie zastanowiłam się, czy mi to odpowiada.

Było już za późno. Nie zmrużyłam oka do rana.

Wkrótce wylądowaliśmy w Krakowie. Ciocia Dzidzia płakała po nas rzewnymi łzami, a ja płakałam jej do wtóru. Znalazłam się w obcym świecie, z dala od bliskich i zdana wyłącznie na siebie. Marek wsiąkł w to swoje wojsko całkowicie. A kiedy cztery lata później dowiedział się, że ma szansę wyjechać na misję do Afganistanu, rzucił się w wir przygotowań.

Znikał z domu na jeszcze dłużej niż wcześniej.

– Nie jedź – prosiłam. – Nie jedź! – błagałam.

Bałam się o niego i tyle.

Nie dał się przekonać.

Kiedy żegnałam go na lotnisku, zapewniał, że wróci. Zapewniał o swojej miłości do mnie i do Piotrusia.

Co to za miłość, jeśli nas opuszczasz? – myślałam zrozpaczona.

Drżałam, włączając telewizyjne wiadomości, łaknęłam każdego słowa, każdego kontaktu, choćby poprzez ekran. Rozmawialiśmy przez telefon i Skype’a, ale mimo że on nie przestawał zapewniać mnie o tęsknocie, wyczuwałam dystans. Nie miałam pojęcia, skąd się wziął, ale przetrwaliśmy i po sześciu miesiącach witałam go całego i zdrowego w Krakowie.

Gdy Piotruś skończył pięć i pół roku, nie popuściłam i zatrudniłam się w szpitalu. Z którego musiałam zrezygnować niemal natychmiast, bo mój mąż dostał przeniesienie do Inowrocławia.

Zmęczona niepewnym życiem zgodziłam się wyłącznie dlatego, że nieopodal mieszkali moi rodzice. Życie zatoczyło koło.

Może tutaj nareszcie się nam ułoży? – myślałam, gdy szukaliśmy z Markiem mieszkania na wojskowym osiedlu w pobliżu bazy Pięćdziesiątego Szóstego Pułku Śmigłowców Bojowych, w której miał służyć.

Liczyłam na zatrudnienie w którymś z sanatoriów i – na szczęście – nadzieje się spełniły.

Piotrek poszedł do przedszkola, ja do pracy, Marek znalazł w jednostce nowe zabawki. I właśnie kiedy powoli nabierałam nadziei, że zaczynamy żyć jak ludzie, poinformował mnie, że po raz kolejny wybiera się na misję.

– Naprawdę chodzi ci wyłącznie o spłatę kredytów? – zapytałam.

– Szef uważa, że jestem tam potrzebny – odparł.

– A ty? Ty po prostu chcesz jechać. Prawda?

– Czuję, że muszę. Misje niebawem się zakończą. Tak, chcę – zakończył.

Wiedziałam, że nie przemówią do niego żadne argumenty.

– Kiedy wylot? – zapytałam zrezygnowana.

– Za trzy tygodnie. W piątek mamy spotkanie pożegnalne. Będziesz?

– Przecież wiesz, że rodzice mają rocznicę ślubu. Jadę do nich z Piotrusiem.

– Nie masz nic przeciwko temu, żebym…

– Nie mam – ucięłam. – Idź.

Nigdy nie miałam, dodałam w myślach, żałując wielu rzeczy, które wydarzyły się w trakcie naszego małżeństwa.