Kiedy nadejdziesz

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kiedy nadejdziesz
Kiedy nadejdziesz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Kiedy nadejdziesz
Kiedy nadejdziesz
Audiobook
Czyta Marta Wardyńska
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2021

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© Evelina Kremsdorf/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-842-2

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

Aleksandra

Tego dnia nie zapomnę nigdy. Jak zresztą kilku innych, które mimo wysiłków próbuję zepchnąć w niepamięć, pomyślałam, gapiąc się w okno szpitalnej izolatki.

Dobrze znane, bo już kilkakrotnie przeżywane poczucie straty nie dawało się oswoić, a słowo „nadzieja” na zawsze zniknęło z mojego języka. Widocznie nadużywałam go w trakcie ostatnich lat starań o dziecko, chociaż wiele razy zaklinałam los i prosiłam wszystkich świętych o dar życia dla maluszka, którego pragnęłam każdą komórką ciała.

Straciłam dziecko po raz szósty.

Doktor Witaj, o nazwisku – nomen omen – niezbyt przystającym do mojej sytuacji, zagrzewał do walki po kolejnych poronieniach, wspierał dobrym słowem i przykładem innych kobiet. Zlecał całą masę badań, które miały wykluczyć potencjalne choroby i wyeliminować czynniki ryzyka. Miałam najlepszą opiekę, stosowałam się do zaleceń, chuchałam i dmuchałam na każdą kolejną ciążę, zanosiłam modły. Jednak skutek był zawsze taki sam: moje maleństwo umierało po upływie dwunastego tygodnia płodowego.

Za każdym razem doskonale wiedziałam, kiedy nadchodzi czas pożegnania. Zwiastowały go skurcze w podbrzuszu i metaliczny zapach ciepłej krwi. Idąc do łazienki, nie musiałam sprawdzać. Wiedziałam, że się sączy i trzeba jechać do szpitala.

Trzy razy odwoził mnie Janek, kolejne trzy przypadły w udziale rodzicom, bo mój mąż przebywał akurat w podróży służbowej lub nie odbierał telefonu w trakcie rozmów z klientami.

Chociaż miałam oddanych rodziców, kochających jedynaczkę całym sercem, i dobrego męża, tuż po poronieniu wolałam samotność. Żadne „nie martw się”, „uda się następnym razem”, żadne „wszystko będzie dobrze”, „jesteś jeszcze młoda” nie trafiało na podatny grunt.

Traciłam dziecko, które nosiłam w łonie, i przemawiałam do niego. Było dla mnie człowiekiem, którego kochałam od pierwszego USG. Nikt nie mógł mi pomóc w przeżywaniu nieszczęścia. Dlatego przez pierwsze godziny po skrobankach leżałam sama w kolejnych izolatkach, zbierając siły na rozmowę z rodziną.

Także teraz gapiłam się w okno, na przemian to ocierając łzy, to tłumiąc szloch, to popadając w odrętwienie.

Aura za szybą jak gdyby chciała mnie pocieszyć, otulając świat gęstą pokrywą śniegu, dawno niewidzianego, niemal zapomnianego atrybutu zimy.

A jeszcze kilka dni temu składaliśmy sobie wszyscy sylwestrowe życzenia, pomyślałam. Janek głaskał mój niemal płaski brzuch, który dumnie wypinałam. Odmieniałam słowo „nadzieja” przez przypadki. Po ostatnim poronieniu, które złożyliśmy na karb przeżyć po śmierci taty, założyłam optymistyczny scenariusz.

– Tym razem musi być dobrze – przekonywałam mamę i męża, kiedy po raz szósty zaszłam w ciążę. – Tato w zaświatach nie pozwoli, żeby było inaczej. Prawda? – Szukałam w ich oczach zrozumienia.

– Oczywiście, kochana. Tato czuwa. – Mama z trudem powstrzymywała łzy.

Od śmierci jej Tadeusza minął niecały rok.

Leżąc bez ruchu, nie zauważyłam, że płyn z kroplówki zdążył spłynąć. Uświadomiła mi to pielęgniarka, której postać zastygła nad moim łóżkiem.

– Trzeba było dzwonić, Olu! – zawołała rześkim tonem. – Doktor zaraz u pani będzie. Jemy obiad? – zapytała, nawiązując do spraw przyziemnych.

Pokręciłam przecząco głową.

– I mąż czeka na korytarzu. Może zawołać? – dodała.

Byłam jej wdzięczna za brak natarczywości i za znajomość ludzkiej natury skrywaną pod oschłym stylem bycia. W końcu nie po raz pierwszy zaglądała do mnie po poronieniu i znała moje potrzeby.

– Za chwilę, pani Lidko. Poczekam na doktora Witaja – odparłam i poprosiłam jedynie o kilka łyków wody. – Czy ta pacjentka, którą przyjmowaliście przy mnie, już urodziła? – zdobyłam się na masochistyczne pytanie.

Pielęgniarka przysiadła na taborecie i ujęła moją dłoń. Przez dłuższą chwilę milczałyśmy obie.

– Nie wiem, Olu. Jedyne, co mogę pani powiedzieć w tej chwili, to… Jeśli się czegoś bardzo chce i do tego dąży, kiedyś się to osiągnie.

Machnęłam ręką i odwróciłam głowę do okna. Moja zaufana pielęgniarka dołączyła do grona ludzi szerzących iluzję.

– To znaczy, że mam próbować po raz siódmy?

Wstała i mrugnęła do mnie znacząco.

– To może stwierdzić tylko lekarz. Ja życzę pani jedynie spełnienia marzeń. Nikt z nas nie zna przyszłości, i bardzo dobrze. I niech pani zje obiad. Dzisiaj nie jest tak paskudny jak zazwyczaj.

Od doktora Witaja dowiedziałam się, że po południu będę mogła wrócić do domu. A kiedy wydobrzeję, co powinno nastąpić niebawem, zaprasza mnie do gabinetu.

– Niech mi pan powie, doktorze, czy kiedykolwiek uda mi się donosić ciążę? – dopytywałam desperacko, ale wymówił się zabiegiem.

– Na razie nie mówmy o kolejnej ciąży. Proszę wypocząć, ochłonąć i dać sobie trochę czasu. Czekam na panią. – Wstał gwałtownie i skierował się do drzwi.

Z Jankiem, który po chwili zajął jego miejsce, porozumieliśmy się bez słów. Ja, wtulona w niego, ryczałam, on kołysał, kołysał, kołysał. I gładził moje posklejane od płaczu włosy.

– I znowu to samo, Jaś! – łkałam.

– Ciiicho – szeptał, odgarniając poły zawadzającego mu białego fartucha. – Zabiorę cię do domu, kiedy tylko przygotują wypis. Chcesz, żeby przyszła mama?

– Nie.

– Będzie jej przykro.

– Dobra, niech przyjdzie. Ale niech nic nie mówi – burknęłam. – Żadnego pocieszania.

– Oj, ty mój koziołku… – Z lekkim uśmiechem odgarnął mi z czoła grzywkę.

W domu, w naszej naprawdę ładnej i wygodnej willi otoczonej sosnowym lasem, do której trafiłam pod wieczór, wcale nie poczułam się lepiej. Opadłam na ogromną kanapę zamówioną na wymiar, pasującą do pokaźnego czterdziestometrowego salonu. Przylegał do otwartej kuchni, starannie zaprojektowanej zgodnie z naszym gustem. Wypełniały ją białe meble z szybkami i podświetlanym wnętrzem. Oba pomieszczenia oddzielała duża wyspa z drewnianym blatem w kolorze jesionu, nad którą zawiesiliśmy rząd loftowych czarnych lamp. Na taras prowadziły francuskie drzwi. Zadbałam o miękkie dywany i dyskretne oświetlenie. Beżowo-szarą całość uzupełniały donice z kwiatami i pastelowe dodatki w postaci miękkich poduch i pledów, którymi można się było okryć w trakcie poobiednich drzemek.

Mimo kilku sypialni na górze, jak dotąd wykorzystywanych wyłącznie przez nas dwoje, zawsze drzemałam w salonie, usypiana dźwiękami smooth jazzu lub szumem ulubionej stacji radiowej.

– Ale masz dobrze! Skończy się, kiedy urodzisz dziecko. – Moja przyjaciółka Milena, matka aktywnej trójki, zazdrościła mi wygody. A ja czekałam na ten dyskomfort.

Niestety, po raz szósty się nie udało, przypomniałam sobie słowa Mileny, przekroczywszy próg domu.

W rogu salonu stała dwuipółmetrowa choinka, którą ubraliśmy dla nas dwojga. Janek zapalił lampki.

– Połóż się, kochanie, przygotuję herbatę. – Mama po krótkim powitaniu poszła do kuchni.

Nietrudno było dostrzec jej opuchnięte od płaczu oczy.

Po chwili siedzieliśmy w milczeniu przy noworocznej szarlotce i parujących filiżankach.

Mama spróbowała zabrać głos jako pierwsza.

– Jak się czujesz, Olu?

– A jak mam się czuć?! – wybuchnęłam. – Tak jak ostatnio, przedostatnio i jeszcze wcześniej!

– Kochanie, podam ci poduszki pod plecy. – Mój mąż zerwał się z miejsca.

Jezu, jacy oni próbowali być przymilni! Najchętniej zapadłabym się pod ziemię lub zakopała w niedźwiedziej gawrze, żeby nie widzieć tych współczujących spojrzeń i nie słyszeć głosów pełnych niepokoju.

– Jest mi wygodnie, Janek! Zostawcie mnie wszyscy w spokoju! – krzyknęłam, zakrywając twarz rękami. Zbyt gwałtownie próbowałam wstać z kanapy i upadłam.

Kilku kolejnych godzin nie pamiętam. Musiałam zasnąć w salonie. A kiedy się obudziłam, wokół panowała ciemność. W fotelu obok spał Jasiek. Otworzył oczy, kiedy usłyszał ruch.

– Gdzie mama? – zapytałam.

– Poszła do domu.

– Przepraszam – wykrztusiłam, sięgając po chusteczkę. – Podasz mi telefon?

– Jest trzecia rano. Zadzwonisz jutro – odparł. – Chyba że chcesz iść do łazienki?

To było zbyt duże przedsięwzięcie.

Kiedy otworzyłam oczy po raz drugi, za oknami dostrzeg­łam słońce i płaty śniegu pokrywające gałęzie rozłożystej, rosnącej obok tarasu daglezji. Piękny kojący widok na chwilę pozwolił mi zapomnieć o rzeczywistości. Przypomniał o niej lekki ból w dole brzucha i stojąca w kącie pokoju torba, która zawsze towarzyszyła mi w drodze do szpitala.

– Wstałaś, kochanie? A może przeniesiesz się do sypialni? – Jasiek wyrósł jak spod ziemi.

Poczułam potrzebę doprowadzenia się do porządku. Ciepła woda, mydło i szampon spłukiwały ze mnie szpitalne zapachy.

Słabość nie pozwoliła mi wejść na piętro. Oparta na ramieniu męża dotarłam na kanapę.

 

Z każdą godziną fizycznie czułam się lepiej, ale psychika pozostawała zamknięta w klatce. Serce mi ciążyło, z trudem wypowiadałam słowa.

Około południa mama zwolniła Janka z opieki nade mną. Musiał iść do pracy.

– Mamuś, wybacz mi wczoraj – przeprosiłam.

– Nie gniewam się, kochanie. Też mi przykro.

Wprawdzie leżąc w izolatce po poronieniu, postanowiłam zapomnieć o istnieniu słowa „nadzieja”, ale przed wizytą u doktora Witaja ponownie dało o sobie znać. Fizycznie doszłam do formy, w głowie zaczęły zakwitać lepsze myśli.

Zazwyczaj odwiedzałam ginekologa sama, ale tym razem postanowił mi towarzyszyć mąż. Nieco zdziwiona jego gorliwością, wzięłam jego tłumaczenie za dobrą monetę.

– Zawiozę cię. Jest gołoledź, moja terenówka lepiej sobie poradzi w takich warunkach – zapewnił.

Trudno było siedzieć w poczekalni pełnej ciężarnych kobiet, na szczęście nie trwało to długo. Niebawem usłyszałam zachęcający głos pielęgniarki i przywitałam doktora Witaja. Badanie wypadło zadziwiająco dobrze, a doktor poprosił, bym zajęła miejsce naprzeciwko niego, i podparł brodę rękami. Ogarnął mnie lekki niepokój, który szybko odpędziłam. Starałam się dostrzec ślad uśmiechu w kącikach jego ust, ale to pozostawało w sferze marzeń. Zazwyczaj delikatny i oględny, doktor Witaj postanowił nie owijać w bawełnę.

– Olu, niestety nie mam dla pani dobrych wieści. Konsultowałem pani przypadek z wieloma kolegami, szczegółowo przeanalizowaliśmy wyniki wszystkich pani wcześniejszych badań i wnioski nie są zadowalające. Prawdopodobnie, bo nigdy nie można mieć pewności – zaakcentował – cierpi pani na syndrom poronień nawykowych. Oznacza to, że mimo prawidłowego zajścia w ciążę nie może jej pani donosić. Nie mamy pomysłu, jak możemy pani pomóc, ale życie pisze różne scenariusze. Nawet takie, jakich medycyna nie jest w stanie przewidzieć.

– To znaczy, że kolejną ciążę też poronię? – wyszeptałam nie swoim głosem.

– Prawdopodobnie – odparł.

Do Janka odezwałam się dopiero w samochodzie.

– Jasiek, ja nigdy nie urodzę.

Rozdział 2

Maria

Budzik, jak zwykle, zadzwonił o piątej rano.

Nawykła do codziennej rutyny przetarłam oczy i energicznie wstałam z łóżka. Władek zakrył głowę poduszką, pozwalając sobie na ostatnie minuty snu. Otworzyłam okno, by wpuścić do pokoju powiew mroźnego styczniowego powietrza. Kilka skłonów, przysiadów i byłam gotowa do podjęcia wyzwań kolejnego dnia w nowym roku.

– Wstawaj, Władek, spadł śnieg! Zobacz, jak ładnie na dworze! – zawołałam, nie licząc na natychmiastową reakcję. Był typową sową. Wieczory ciągnące się do późnych godzin nocnych spędzał przed telewizorem, poranne wylegiwanie w łóżku przeciągał jak strunę. Musiałam zadbać, żeby zjadł śniadanie, drugie zabrał do pracy i zdążył na autobus o piątej trzydzieści pięć. Jego szef nie tolerował spóźnień na budowie, a już szczególnie operatora dźwigu.

Zanim powędrowałam do kuchni, zawiesiłam oko na rozległym widoku, który roztaczał się z okien naszego niewielkiego mieszkania na dziewiątym piętrze. Śnieg otulił wierzchołki drzew, pokrył miejski kurz, sprawiając, że nawet dziesiątki klockowatych bloków największego osiedla w mieście zyskały nowy, świąteczny wygląd. Na wielu balkonach połyskiwały kolorowe światełka, a w oknach choinki.

Kalinka jeszcze spała, w domu panował poranny spokój. Włączyłam ulubioną stację radiową, by przy dźwiękach muzyki oddać się codziennym czynnościom. Po chwili z czajnika parowała woda, a cztery jaja na jajecznicę z boczkiem leżały rozbite w miseczce, czekając na wrzucenie na patelnię.

– Władek, wstałeś? – zawołałam.

Dotarł do mnie odgłos wody spod prysznica.

Nakryłam do stołu i przygotowałam kilka kromek chleba z domowym pasztetem, który został ze świąt. Dołożyłam kilka plasterków kiszonego ogórka i sięgnęłam po papier śniadaniowy. Zimowa aura za oknem napawała radością.

Mój dobry nastrój przerwało gderanie Władka.

– Znowu z pasztetem? Nie masz nic innego? Jak długo będziemy wyjadać poświąteczne resztki?

– Aż się skończą – odburknęłam, schodząc na ziemię. – Mam wyrzucić? Przecież wiesz, że musimy odkładać każdy grosz na operację Kalinki.

Od nieszczęśliwego wypadku naszej piętnastoletniej córki myślałam wyłącznie o jej powrocie do zdrowia. Lekarze dawali szansę, że kiedyś zejdzie z wózka i będzie samodzielnie chodzić, ale jak do tej pory żadna jednostka nie chciała się podjąć operacji.

Nie ustawałam w poszukiwaniach, śledziłam nowinki medyczne, miałam kontakt z rodzicami dzieci w podobnej sytuacji jak nasza córka. Bardzo mi pomagała pani Wiesia, szefowa domu opieki. Znałyśmy się od dawna i traktowałam ją niemal jak członka rodziny.

Pamiętam moment, kiedy wyciągnęła do mnie rękę. Trudno zapomnieć jedną z najgorszych chwil w życiu.

Przygotowywałam się do egzaminów w sesji letniej na drugim roku polonistyki. Nawał lektur do przeczytania przerażał, ale próbowałam przewalczyć sterty książek i dawałam radę. Mieszkałam z rodzicami w tym samym mieszkaniu, co teraz, i stanowiliśmy zgrany zespół. Mama, wówczas salowa w domu opieki, wstawała o piątej rano, by tacie przygotować śniadanie i jedzenie, które zabierał ze sobą, a później wychodziła do pracy. Kiedy po nocnej nauce budziłam się do życia, też zastawałam talerz z kanapkami. Nie była wylewna, uczucia okazywała czynem, chociaż kiedyś obok pełnego talerzyka zastałam kartkę z kilkoma skreślonymi słowami: „Nie przepracowuj się. Kocham Cię”. Przytuliłam ją, kiedy wróciła z pracy, ale udała, że nie rozumie, o co chodzi. Spytała jedynie, czy zdałam egzamin.

Tamten zdałam, ale do kolejnego nie przystąpiłam. Zbyt dużo zadziało się w naszym życiu, bym mogła pomyślnie zakończyć sesję. Do tej pory trudno mi myślami powracać do tamtych czasów, które najpierw pozbawiły mnie ojca, później zaskoczyły chorobą mamy, aż wreszcie odebrały nadzieję na studiowanie ukochanej polonistyki.

Przygotowywałam się akurat do egzaminu z historii powojennej literatury polskiej. I jak zwykle, tuż przed terminem, sprawdziła się sentencja Sokratesa „wiem, że nic nie wiem”. Wpadłam w panikę i popędziłam zakuwać do Bożeny, do akademika. Siedziałyśmy do rana. A kiedy wreszcie znalazłam się w domu, by wziąć prysznic i włożyć stosowne ciuchy, zastałam mamę siedzącą nieruchomo w fotelu.

– Co się stało? – Wyczułam nieszczęście.

– Tato… Tato miał zawał.

– I? Gdzie jest? Jedźmy do szpitala! Dlaczego tak siedzisz? – Na widok tej bezradności wpadłam w przerażenie.

Nie uzyskawszy odpowiedzi, tknięta złym przeczuciem pobiegłam do sypialni rodziców i zobaczyłam tatusia. Leżał w łóżku, przykryty kocem, jak gdyby uciął sobie poobiednią drzemkę.

– Mamo, dlaczego nie zadzwoniłaś?! Chciałam być przy nim! – wołałam zrozpaczona.

– Kiedy wróciłam z pracy, on już… – Nie mogła spokojnie dokończyć zdania.

Musiałyśmy sobie jakoś poradzić. Mama już zrobiła swoje: wezwała karetkę. Lekarz stwierdził zgon i poradził, by zadzwonić do zakładu pogrzebowego. Zamiast zdawać egzamin, załatwiałam pochówek.

– Bożena, przekładam egzaminy na wrzesień – poinformowałam przyjaciółkę, która dzielnie wspierała mnie w trudnej chwili. Ale do sesji poprawkowej też nie przystąpiłam. Musiałam zająć się mamą, która po śmierci taty podupadła na zdrowiu. Myślałam, że wydobrzeje, ale los chciał inaczej. Diagnoza była powalająca dla nas obu: stwardnienie rozsiane. Uaktywnił je stres.

Pod koniec najgorszych wakacji w moim życiu podjęłam decyzję o przerwaniu studiów i podjęciu pracy. I właśnie wtedy pomogła mi pani Wiesia.

– Marysiu, możesz zająć miejsce mamy. Wiem, że to nie jest praca zgodna z twoimi aspiracjami, ale jeśli chcesz, witamy na pokładzie – zaproponowała.

– Mama jeszcze przez jakiś czas będzie mogła pracować – odparłam z nadzieją, że zajęcie opóźni rozwój choroby.

– Oczywiście. Jak długo da radę. – Pani Wiesia wszystko rozumiała. – Daj znać, jeśli się namyślisz.

Zaczęłam od października. Byłam wdzięczna dyrektorce i jednocześnie przeklinałam niesprawiedliwy los. Straciłam ojca, stawiałam czoła postępującej chorobie matki, a moi koledzy zaczynali trzeci rok studiów. Ja, niestety, zamiast zasiąść w sali wykładowej, wstawałam rano, by na dyżurze zmieniać staruszkom pieluchy.

– Zobaczysz, jeszcze się wszystko odmieni. – Bożena próbowała podnosić mnie na duchu, kiedy kilka razy spotkałyśmy się na babskich pogaduchach.

Było mi wstyd, kiedy wracałam do domu po kilku piwach, ale ciężar na sercu musiał znaleźć ujście. Robota w domu starców, bo tak w duchu nazywałam ośrodek opieki, nie przynosiła satysfakcji, a wręcz przygnębiała. Z czasem trochę się przyzwyczaiłam. Liczyłam, że w wolnych chwilach poczytam to i owo, a w przyszłym roku wrócę do gry.

Mama czuła się nie najgorzej, więc do pracy chodziłyśmy razem. Poznawałam te wszystkie panie Józie, Krysie, Zdzisławy, jak również innych staruszków. Byli mili, ale tęskniłam do rówieśników. Ci jednak balowali wieczorami, kiedy ja musiałam wyspać się przed porannym dyżurem. Moje studenckie kontakty odpływały w niebyt, a marzenia o kontynuacji studiów musiałam odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Z czasem mama przesiadła się na wózek.

A potem poznałam Władka, który właśnie narzekał na monotonię odżywiania.

– Jak zwykle wystawiasz ciężkie działa – skwitował moją reakcję na czepianie się pasztetu. – Myślisz, że nie chciałbym, żeby nasza córka wyzdrowiała? Co mam robić? Jako murarz zarabiałem mniej, ale teraz, jak jestem na dźwigu, chyba nie możemy narzekać?

– To wszystko za mało – szepnęłam pod nosem.

– W takim razie sama zmień pracę! – uniósł się. – W tym twoim domu starców płacą ci grosze! A tak w ogóle to idę do roboty, bo jeśli ją stracę, to dopiero będzie bal! – prychnął, zmiatając z talerza resztki jajecznicy. – Dla odmiany kup przynajmniej kilka plasterków żółtego sera na kanapki – dodał ze złością.

Usiadłam bez sił na kuchennym taborecie i zagapiłam się w pusty talerz. W obliczu małej wiary mojego męża powoli traciłam nadzieję, że Kalinka stanie kiedyś na własnych nogach. A nawet zaczynałam się oskarżać o kiepską przedsiębiorczość. Może rzeczywiście, jak sugerował Władek, powinnam poszukać innej, lepiej płatnej pracy? Tylko gdzie ją znaleźć bez studiów? I jak mam zostawić moich podopiecznych, do których na przestrzeni lat zdążyłam się przyzwyczaić, a oni obdarzali mnie ogromną sympatią?

Pozostawało ciułać i czekać na cud.

Dzisiaj miałam zmianę na dziesiątą, a Kalina zimowe ferie. Przynajmniej nie musiałam jej prowadzić do szkoły. I na szczęście nie martwić się, co moja ukochana jedynaczka będzie robić sama w domu w czasie mojej nieobecności. Znajdowała przyjemność w czytaniu i – jak kiedyś podpatrzyłam – pisywała do szuflady. Po cichu trzymałam za nią kciuki, egoistycznie dopatrując się w córce własnych pasji z przeszłości, do której już nigdy nie miałam powrócić.

Telefon zadzwonił, kiedy zmywałam po śniadaniu ostatni talerz. Władek pewnie już siedzi w swoim bocianim gnieździe, pomyślałam i podbiegłam szybko, żeby dźwięk nie obudził Kaliny.

– Pani Leśniewska? – usłyszałam nieznajomy kobiecy głos. – Dzwonię ze szpitala. Przekazuję słuchawkę panu doktorowi.

Przez głowę przemknęła kawalkada myśli. Zerknęłam na zegarek. Pół godziny temu Władek rozpoczął pracę trzydzieści metrów nad ziemią. Tylko nie to!, przysiadłam, żeby nie upaść.

Wystarczy nieszczęść w tym domu!