Chorwackie powrotyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 13

ANNA

Jerzy wstał o poranku w doskonałej kondycji, co, wziąwszy pod uwagę okoliczności wieczoru, nieco mnie zdziwiło. Do wczorajszego tematu nie powrócił.

Postanowiłam zatem uznać rozmowę za niebyłą, choć jej zakończenie pozostawiło w sercu osad żalu.

Pakowałam torby z prowiantem do Stępy i mimo woli myślałam o scenariuszu, który się nie ziścił. Pogrzebałam związek z Blażem, wróciłam do Jerzego. Bilans naszego małżeństwa jest dodatni: Weronika i chłopcy. Szliśmy przez życie w miarę zgodni i szczęśliwi. Bez większych wzlotów, ale i bez upadków.

Nie zasłużyłam na wypominki, przeżywałam słowa Jerzego. Ciekawe, jak by zareagował, gdybym lata temu wybrała inaczej?

Odegnałam te myśli, bo mieliśmy przed sobą drugi dzień świąt i gości, których należało podjąć na wsi. Nie czas na małżeńskie podsumowania, stwierdziłam. Torby z jedzeniem czekały w przedpokoju na wyniesienie do auta.

Poszłam na górę po ubrania.

– Zostawiłam wam pełną lodówkę – oznajmiłam chłopakom. – Jest kiełbasa od babci, zrazy i rolada z piersi indyka. Nie umrzecie z głodu. Wrócimy jutro.

– Pa, mamo!

Na dole Jerzy kończył pakowanie samochodu.

– Jeszcze i to? Jedziemy na tydzień? – skomentował liczbę pakunków.

Mógłby choć raz ugryźć się w język, pomyślałam zirytowana. Zwłaszcza po wczorajszym występie!

– Musimy powlec świeżą pościel – odparłam spokojnie. – I będą potrzebne ręczniki. Miejsca w bagażniku jest chyba dość?

Mój ton ustawił go nieco do pionu. Zamilkł i poutykał wszystko.

Drogę pokonaliśmy w milczeniu, nie licząc uwag na temat dobrej pogody i korków na ulicach. Na miejscu, szczęśliwa, że wreszcie mam więcej przestrzeni niż w aucie, zabrałam się za to, czego nie zdążyłam zrobić z powodu wizyty Dominiki. Jerzy przystąpił do rozpalania w kominku, a po chwili poszedł sprawdzić, co na budowie.

Nareszcie zostałam sama.

Niebawem czysta pościel zaległa na tapczanach, serweta przykryła stół, rozpakowały się torby z jedzeniem. Do przyjazdu gości pozostała godzina. Czekałam na nich z utęsknieniem, spragniona towarzystwa innego niż własny mąż, oddając się przygotowaniu sałatki i zapieczeniu łososia ze szpinakiem we francuskim cieście. Gdy w drzwiach kuchenki stanął zadowolony z oględzin Jerzy, odsunęłam rękę, którą próbował mnie objąć.

– Nie przeszkadzaj, mam jeszcze sporo pracy. Możesz rozstawić talerze?

Nie, nie obawiałam się powrotu do wieczornych pretensji. Trzeźwy Jurek nie miał w zwyczaju podejmowania trudnych tematów. Znacznie lepiej wychodziły mu monologi o prozaicznych sprawach. Dzisiaj padło na suszę, która dawała się we znaki trawie.

– Oczywiście. – Po uwagach na temat stanu łąki ochoczo sięgnął po zastawę, którą wyjęłam z kredensu. – Chyba będę musiał jeszcze trochę podlać. – Najwyraźniej nie wyczerpał do pełna tematu.

– Okej – wyraziłam aprobatę. – Byle nie w trakcie wizyty gości – zastrzegłam.

– Czujesz ciepło? – Jerzy wskazał na buzujący kominek.

– Jasne. Jest miło. Weź jeszcze sztućce i przyprawy.

Gdy Tomaszewscy klaksonem zasygnalizowali swoją obecność, byłam gotowa. Krótko po nich przyjechali rodzice. Na podwórku zrobiło się gwarno. Jerzy natychmiast porwał gości na budowę, mnie pozostało dopieszczenie stołu.

Wrócili pełni wrażeń i szacunku dla wysiłków mojego małżonka.

– Ależ wspaniały! – Mój ojciec klepał zięcia po plecach. – Jestem pod wrażeniem! Jesteśmy, prawda Nastka? – zwrócił się do mamy, która przytaknęła z przekonaniem.

Usiadłam nad pustym talerzem, przypatrując się, jak goście pochłaniają obiad. Nasycona próbowaniem i smakowaniem w trakcie przygotowań nie miałam takiego apetytu jak oni. Czerpałam przyjemność z obserwowania jedzących. Półmiski krążyły z rąk do rąk. Nawet Edytka, która nie należała do łakomczuchów, jadła bez przymusu.

– Co u ciebie, moja ty kochana chrześnico? – zapytałam, szeptem obiecując ładny prezent od zająca.

Pokazała w uśmiechu wychodzące górne jedynki.

– Dostałam nowy rower! – obwieściła zadowolona.

– Musisz mi go koniecznie pokazać!

Postanowiła zaprezentować mi go natychmiast. Nowy nabytek zajmował poczesne miejsce w bagażniku samochodu.

Lucyna powstrzymała córkę.

– Edytuś, pojeździsz po obiedzie. Teraz siadaj i dokończ jedzenie.

Podziwiałam umiejętności przyjaciółki, która bez podnoszenia głosu potrafiła opanować dziecko. Mnie się to nigdy nie udawało.

Stół stał na ganku. Wiatr ucichł jak na zawołanie, promienie wczesnokwietniowego słońca grzały łagodnie.

Lucyna pomogła mi zebrać talerze.

– W nowym domu będzie zmywarka – zwierzyłam się jej ze swojego szczęścia, stojąc nad zlewem. – Ręce mi odpadają od tej zimnej wody – poskarżyłam się. – Podgrzewacz nie zawsze chce działać, mamy za małe ciśnienie. – Nalałam na gąbkę więcej płynu. – W ogóle ta siermięga mnie męczy. Chyba się starzeję.

Lucyna odsunęła mnie zdecydowanie.

– Siadaj i wycieraj. – Wcisnęła mi ścierkę. – Jesteś dzisiaj marudna. Małżeńska kłótnia?

– Ech… – Spojrzałam w okno, by ukryć łzy. – Chyba jestem zmęczona. Pogadamy wieczorem.

Skinęła głową. Nie musiałam dużo mówić.

Edytka, zaopatrzona w kask, który dostała od nas, ujeżdżała w towarzystwie taty rower na podwórzu. Jerzy zabawiał rodziców. A my z Lucyną zmieniłyśmy nakrycie stołu na podwieczorkowe. Pojawiły się kolorowe mazurki, wielkanocna baba i przywieziony przez moją przyjaciółkę sernik. Wystawiając twarz do słońca, wdychałam aromat świeżo zaparzonej kawy. Rozkoszowałam się chwilą odpoczynku.

Rodzice wyjechali późnym popołudniem, życząc nam miłego wieczoru.

– Będziecie tutaj szczęśliwi – szepnęła mi mama na pożegnanie. – Jerzy mówił, że dom będzie gotowy w sierpniu. Przyjedzie Weronika z Zoranem…

– Jeszcze niedawno liczyłaś na jej powrót do Polski! – żachnęłam się.

– I wciąż liczę, córciu. Ty wróciłaś.

Chciałam odpowiedzieć, ale nadszedł Jerzy.

– Kiedyś.

Mama zrozumiała intencję i puściła do mnie oko.

– Musimy ruszać, robi się ciemno – powiedziała. – Było bardzo miło, kochanie.

Pozwoliła pocałować się w policzek i pomachała na do widzenia.

Podzieliliśmy się zajęciami. Lucyna pobiegła położyć małą, panowie otworzyli kolejne piwo, ja sprzątnęłam po podwieczorku i przygotowałam kilka przekąsek na wieczór. I znalazłam kilka koców dla ochrony przed chłodem.

Jerzy z Andrzejem dyskutowali zawzięcie o grubości izolacji termicznej, jaką trzeba położyć w nowym domu. Postanowili sprawdzić teorię w naturze i zostawili nas same.

– Jaki miły dzień! – Moja przyjaciółka z rozkoszą upiła dziadkowej nalewki z głogu. – I jaki słodki. Tyle że ty nie masz dzisiaj humoru, koleżanko. – Zerknęła z ukosa.

– Wydaje ci się. – Otuliłam się kocem i spojrzałam na księżyc. – Chyba mamy pełnię?

– O co chodzi? – nie odpuszczała.

– Sama nie wiem. Chyba jestem nienormalna. Szczęśliwa mężatka, ze wspaniałą córką i nie najgorszymi synami. Jerzego też da się przeżyć, a ja ciągle w jakiejś rozterce.

– Chodzi o Blaża?

– Nawet nie. To już przeszłość. Ale kiedy sobie pomyślę, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wtedy jednak z nim została…

– Lepiej?

– Tego właśnie nie wiem. Zresztą dawno przestałam się nad tym zastanawiać. Do wczoraj, kiedy Jerzy uświadomił mi, że wiedział o moim romansie. Wiesz, co mi zakomunikował?

Lucyna spojrzała pytająco.

– „Nie wiem, dlaczego z tobą zostałem” – zacytowałam. – Wyobrażasz sobie? To on się dla mnie poświęcił! A mnie się do tej pory wydawało, że to ja zrezygnowałam z miłości.

Lucyna odezwała się po dłuższej chwili.

– Aniu, to stare dzieje. A że teraz wróciły, za sprawą Weroniki i Zorana, to przypadek. Budujecie piękny dom, ty nie czujesz już nic do Blaża.

Milczałam. Pewnie już nie, stwierdziłam. To tylko Jerzy wywołał wilka z lasu.

– Chodźmy nad wodę – zaproponowałam. – Zobaczymy, dlaczego żurawie próbują nas zagłuszyć. – Odłożyłam koc i narzuciłam polar.

Wieczór we czwórkę okazał się udany. Zapomniałam o Blażu.

Przypomniała mi o nim Weronika.

„Wróciliśmy z Zagrzebia i znaleźliśmy kartkę od taty Zorana. Zapomnieliśmy wysłać mu świąteczne życzenia. Mam nadzieję, że chociaż Ty pamiętałaś?”.

Nie pamiętałam.

ROZDZIAŁ 14

WERONIKA

– To ja, tato. Jak spędziłeś święta? – Mimo przymkniętych drzwi usłyszałam dochodzący z drugiego pokoju głos Zorana.

Rozmawiali dłuższą chwilę. Starałam się nie podsłuchiwać. Grunt, że mój ukochany szybko zareagował i złożył życzenia ojcu. Ja również miałam okazję to zrobić, kiedy podał mi telefon.

– Tato chce cię usłyszeć – powiedział, zanim przypomniałam sobie odpowiednie formułki po chorwacku.

Pan Batelić nie oczekiwał, na szczęście, tłumaczeń ani wyuczonych życzeń. Interesowało go, jak zaaklimatyzowałam się w Dubrowniku i czy ułożyłam sobie sprawy na uczelni. Byłam nieco stremowana, zarówno jego osobą, jak i swoją znajomością języka, ale chyba nieźle mi poszło. W każdym razie Zoran nie musiał czynić honorów tłumacza.

– W maju wybieram się w dłuższą zawodową podróż, ale teraz tkwię w Zadarze i piszę książkę. Chętnie od niej odpocznę. Może byście mnie odwiedzili? – Blaż zaoferował nam gościnę.

Spojrzałam pytająco, ale Zoran się skrzywił. Na migi pokazał, że jest bardzo zajęty. Postawiłam na samodzielność.

– Bardzo chętnie – odparłam, kwestię terminu pozostawiając otwartą.

Po zakończeniu rozmowy zaatakowałam.

– Dlaczego nie chcesz jechać? Nie byłam jeszcze w Zadarze, a to podobno fantastyczne miejsce. Jeden weekend ci nie zaszkodzi – powiedziałam poirytowana. – Z tego, co wiem, twoja magisterka jest gotowa, a przygotowania do obrony zaawansowane. Może po twoim egzaminie?

 

Co oznaczało: za dwa tygodnie.

– Pogadamy – próbował zakończyć temat.

– Właśnie to robimy, kochanie. – Nie dałam się zbyć. – Chyba że są jakieś przeciwwskazania? – Przyparłam go do muru.

Westchnął i powoli wypuścił powietrze. Najwyraźniej przeszkoda istniała. Postanowiłam poznać ją natychmiast.

– No to jak? Nie jestem godna? – zapytałam pokrętnie.

Mój luby został zapędzony w kozi róg. Musiał wytłumaczyć się ze swojej niechęci do wizyty u ojca.

– Weroniko, nie wiem, jak zacząć. – Spuścił głowę. – Ale… Ostatnio dowiedziałem się… – przerwał i nabrał powietrza. – …że mój ojciec i twoja mama mieli romans.

Miał taką minę, że musiałam się roześmiać.

– Wiem – powiedziałam. – I co?

– Wiedziałaś?

– Oczywiście. Dawno temu, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie.

– Urodziłaś się w grudniu dziewięćdziesiątego drugiego…

– Doskonale znam datę swoich urodzin. Ale skąd ty…? – Nagle doznałam olśnienia. – Sprawdzałeś! Chciałeś się upewnić, że nie jestem córką Blaża, tak?

Nie zaprzeczył.

Nie mogłam mieć pretensji, a jednak we mnie zawrzało. A może jeszcze testy genetyczne?, nastroszyłam się. Zabolał mnie ten brak zaufania do mojej mamy, która w razie jakichkolwiek wątpliwości nie pozwoliłaby na żadne kontakty z Zoranem.

– Położę się spać – oznajmiłam, kończąc tę dyskusję. – Mam dosyć na dzisiaj.

– Weroniko…

– Kto ci powiedział o ich romansie? – Odwróciłam się w progu sypialni.

– Mama. Chciała dobrze.

Machnęłam ręką i zamknęłam za sobą drzwi.

– One wszystkie chcą dobrze – powiedziała Nina, do której zadzwoniłam natychmiast. – Pies ogrodnika. Sama nie skorzystała, drugiemu nie da. Przecież ojciec Zorana nie był już z nią, kiedy poznał twoją mamę.

– Byli w separacji. To mama była mężatką, ale wróciła do taty. Nie wiem, po co Katerina właśnie teraz opowiedziała o tym Zoranowi.

Nina nie miała wątpliwości.

– Jak to: po co? Chce namieszać między wami, i tyle. Zrekompensować sobie dawne krzywdy. Blaż zostawił ją, Zoran powinien zostawić ciebie.

– Ale ona ma męża i Sajnę! Jest szczęśliwa!

– A równocześnie syna, do którego życia, jak widać, rości sobie prawa. A dziecku łatwo namieszać w głowie.

– Skąd wiesz?

– Moja matka robi to samo Julkowi – wspomniała brata. – Przegoniła już ze trzy jego dziewczyny. Mówię ci, laska, nie dajcie się! No, chyba że Zoran jest podobny do mojego, pożal się Boże, brata. Czego ci nie życzę.

Obrót spraw był zaskakujący. Przecież Katerina nie może mieć złych intencji!, nie wierzyłam. Tym bardziej muszę poznać pana Batelicia i nie odpuścić wyjazdu, nawet wbrew woli Zorana!

Wbrew obawom mój chłopak niespodziewanie przyklasnął pomysłowi. Zapewne w euforii po koncertowo zdanym egzaminie magisterskim i imprezie po obronie.

– Kochanie, zabieram cię w podróż, gdzie tylko zechcesz! – oznajmił zadowolony. – Nawet jeżeli to będzie Zadar!

Wyruszyliśmy w piątkowe popołudnie, krótko po moich zajęciach z radiowych mediów.

Nie było łatwo z kolejnymi zaliczeniami, ale starałam się jak nigdy, mając pod czaszką radę Niny, by trwać w związku z Zoranem mimo przeciwności. Kochałam go i nie zamierzałam rezygnować ze wspólnego życia.

Przemierzaliśmy Jadranską Magistralę, z Górami Dynarskimi po prawej i Adriatykiem po lewej. Widoki zachwycały, jakbym widziała je po raz pierwszy. Kwietniowe słońce nie zdążyło jeszcze wypalić górskiej roślinności, otaczała nas śródziemnomorska zieleń. Minęliśmy Makarską, Split, by za Szybenikiem zboczyć z głównej drogi na północny wschód.

Jechaliśmy ostro pod górę.

– Dlaczego nie prosto? – zapytałam.

– Bo chcę ci pokazać bajkowy widok na Zadar – odparł Zoran.

Szczyty, na które zawiodła nas trasa, były niemal pozbawione roślinności. Tylko gdzieniegdzie wyras­tały ze skał poletka krzewów.

– To makia – wyjaśnił mój chłopak.

Kiedy zaczęliśmy zjeżdżać w dolinę po wąskiej, pełnej ostrych zakrętów i stromizn drodze, na horyzoncie ukazał się widok, dla którego warto było pokonać każdy dystans.

W słońcu połyskiwał niebieskozielony, upstrzony zalesionymi wysepkami Adriatyk. Na jego brzegu przycupnął Zadar, jedno z najstarszych chorwackich miast.

Trawers z ponad tysiąca kilkuset metrów na poziom morza! Cudo!

Zatrzymaliśmy się przed kamiennym domem z zielonymi okiennicami, wokół którego kwitły wrzosowe oleandry. Jeszcze w pąkach, ale każdy dzień przybliżał je do pełnego rozkwitu. Z okna na piętrze wychylał się ojciec Zorana, który zapewne usłyszał warkot silnika.

– Wchodźcie, drzwi są otwarte! – zawołał i znikł.

Wysiadłam, rozprostowałam kości i z wrażenia zaparło mi dech. Wzdłuż uliczki stały niemal wyłącznie domy z kamienia, każdy wśród oleandrów i bugenwilli. Chciałam krzyczeć z zachwytu, ale wzruszenie ścisnęło mnie za gardło.

Wnętrze domu również przypadło mi do gustu. Skromne sprzęty, rodem jak z wiejskiej chaty, i minimalizm pasowały do gospodarza. Całości dopełniała kolekcja fotografii na ścianach i liczne pastele, których autorką, jak później się dowiedziałam, była Chesna, przyjaciółka i była właścicielka domu.

Po krótkich oględzinach zostaliśmy ugoszczeni czym chata bogata. Zoran jagnięciną, ja makaronem z owocami morza i owczym serem z wyspy Pad, który pan Batelić zamówił specjalnie dla wyjątkowych gości. Nie zabrakło domaće, którego spożycie Zoran ograniczał z powodu jutrzejszego dziennikarskiego wypadu „na temat”.

Zakomunikował mi o tym dopiero w drodze, zapewne obawiając się sprzeciwu.

– Kochanie, przeżyjesz z ojcem te kilka godzin… Ja muszę wyjechać do Kruszewa, to niedaleko. Skoro już tutaj jestem… – Zmiękczył mnie wzrokiem proszącego jamnika.

Przyznam, że mimo wcześniejszych obaw i mało komfortowej sytuacji, w jakiej postawił mnie mój ukochany, dzień okazał się nadzwyczaj udany. Wrażenia z wycieczki po Zadarze przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

– Wiesz, że to miasto pamięta czasy Rzymian i Bizantyjczyków? – Blaż Batelić zaserwował mi porcję historii. – Po zachodnim imperium zostało forum, po wschodnim kościół Świętego Donata. Jest tu też romańska katedra Świętej Anastazji, którą tak bardzo chciała zobaczyć twoja mama…

Speszeni, zamilkliśmy oboje. Temat powrócił przy kawie, którą zamówiliśmy w jednej z portowych knajpek. A raczej nieco wcześniej, gdy Blaż pokazał mi marinę, a w niej niewielki jacht.

– Pływam sam, więc nie potrzebuję większego.

Na burcie widniało imię. Ana.

Nie musiałam się domyślać czyje.

– Znam historię pana i mamy – wyłożyłam kawę na ławę, gdy tylko kelner zrealizował zamówienie.

Ojciec Zorana przyglądał mi się w oczekiwaniu na dalszy ciąg.

– Kiedyś znalazłam w domu pana książkę o Sarajewie i dziewczynie w kwiecistej sukience. A w drodze powrotnej z Dubrownika mama mi o was powiedziała.

– I co? Masz żal?

– Za co? Piękna bajkowa historia bez happy endu. Gdybym nie była córką swojego ojca, powiedziałabym nawet, że wam współczuję – odparłam.

– Wiesz, czasami sobie sam współczuję – odparł szczerze. – Jak widać, różnie się plotą ludzkie losy. Może tobie i Zoranowi poszczęści się bardziej? Kochałem Anę jak nikogo na świecie. Mówię o tym wprost, bo nie lubię niedopowiedzeń, a ponieważ jesteś w związku z moim synem, tym bardziej. Ale nie obawiaj się. Twoja mama wybrała Jerzego i tak musi pozostać. Chociaż całkiem niedawno wydawało mi się, że coś się odmieni. Zamówić ci jeszcze jedną kawę?

Ujęła mnie ta szczerość. To prawda, rodzina nie powinna mieć przed sobą tajemnic.

Dostaliśmy z Zoranem czystą kartę.

ROZDZIAŁ 15

ANNA

– Musimy zdecydować, czy zostawiamy sufit drewniany, czy malujemy – powiedział Jerzy po kolejnym powrocie ze Stępy.

W ciągu dwóch tygodni po świętach fachowcy wypełnili ściany izolacją i obili ścianki działowe płytami OSB. Równocześnie kolejna ekipa rozprowadzała hydraulikę i zajmowała się ociepleniem zewnętrznym. Wyeksponowaliśmy belki stropowe, które nadały przestrzeni rustykalnego klimatu. Trzeba było zdecydować, czy pójść w stronę wiejskiej chaty czy Skandynawii.

– Myślałam raczej o białym suficie – odparłam, prezentując kilka projektów znalezionych w pismach wnętrzarskich. – To niewielki dom, biel go optycznie powiększy.

Mój mąż, zajęty technicznym nadzorem nad budową, bez problemu zrzekł się prawa do decydowania o wystroju na moją korzyść. Ja nie ingerowałam w jego działkę. No, może jedynie w przypadku usytuowania kontaktów i gniazdek.

– Ale nie malujemy farbą olejną? – zainteresował się.

– Skąd! Zrób tak, żeby było widać słoje drewna.

– To jedź ze mną do centrum handlowego i wybierz sama, bo potem będziesz niezadowolona. Przy okazji obejrzymy panele podłogowe.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo, skonstatowałam w myśli, kombinując, jak znaleźć czas na wizytę w kolejnym sklepie.

A to były dopiero początki. Musiałam przymierzyć się do zaprojektowania i zamówienia mebli i sprzętów kuchennych, wyposażenia łazienki, żeby nie wspomnieć o oświetleniu czy rozplanowaniu pokojów.

– To oczywiście bardzo przyjemne zajęcia, ale skąd mam wziąć czas na wizyty w marketach? – żaliłam się Lucynie, która czasem towarzyszyła mi w wielogodzinnych eskapadach. – Stępa coraz bardziej mnie absorbuje, a Harry w robocie nie odpuszcza.

Przyjaciółka wskazywała na dobre strony.

– Pomyśl, jak odetchniesz, kiedy dom już stanie. Czysto, zapach nowości, piękna aranżacja. Jurek przytnie trawnik, ty zadbasz o kwiaty, a my będziemy was odwiedzać częściej niż do tej pory, bo zyskamy hotelik w starej chatce.

Miała dużo racji, lecz ja nie do końca postrzegałam przyszłość tak kolorowo.

Zakasałam rękawy, by jak najszybciej opanować chaos, jeszcze przed wyjazdem do Weroniki. Albo po prostu do Chorwacji.

– Jerzy, w najbliższych dniach nie dam rady pojechać z tobą do sklepu – powróciłam do rozmowy z mężem. – Przejrzyjmy w internecie różne opcje, wybierzmy farbę. Kupisz ją sam, dobrze? – zaproponowałam.

Wyraził zgodę, choć bez entuzjazmu.

– Żebyś mi potem nie ciosała kołków na głowie! – ostrzegł.

Z pewnością mu to nie groziło. Odcień farby sufitowej, o ton ciemniejszy czy jaśniejszy, znalazł się na drugim planie w chwili, gdy zadzwoniła do mnie matka Dominiki.

Myślałam o ciężarnej nastolatce, ale w ferworze codziennych obowiązków nie kiwnęłam w jej sprawie palcem.

– Pani Jakubiec? Tu Maria Murawska.

Nieoczekiwany telefon nieco mnie przestraszył.

– Coś się stało?

– Córka zniknęła. A tak naprawdę to mąż znów wyrzucił ją z domu. Znalazłam w jej rzeczach pani wizytówkę, więc dzwonię, bo nie wiem, co robić – usłyszałam szloch.

– Może powiadomić policję?

– Nie chcę policji! Już i tak są tu niemal każdego dnia. Właściciel chce nas wyrzucić z mieszkania i ich nasyła. Że śmiecimy, a Wacław pije i wyprawia burdy. Rzeczywiście popija trochę, ale po cichu. – Murawska zniżyła głos. – To dobry człowiek, tylko stracił pracę…

Mój zawód pozwolił mi poznać wielu takich dobrych bezrobotnych ojców rodziny, którzy psim swędem znajdowali pieniądze na własne potrzeby i zaspokajanie pragnienia. Nie mnie jednak było oceniać zachowanie Murawskiego ani, w co nie wątpiłam, podjętą przez kolegę Harry’ego akcję wykurzania patologii z kamienicy.

Interesował mnie wyłącznie los Dominiki.

– Czy pani wie, gdzie mogła pójść? – zapytałam.

– Nie mam pojęcia. Ostatnio miała kłopoty w szkole, nie chodziła… Nie znam jej koleżanek. Gdyby się do pani odezwała, to niech wraca do domu. Ja przekonam Wacka, żeby przestał jej dokuczać. I proszę nie zawiadamiać policji!

– Oczywiście, dam znać – zapewniłam.

A po zakończonej rozmowie dla porządku zadzwoniłam także do szkoły, gdzie dowiedziałam się, że Dominiki nie widziano od dwóch tygodni. Wykonałam telefon do opieki społecznej, ale bez efektu. Z braku innych pomysłów wklepałam w wyszukiwarkę hasło „pomoc dla ciężarnych nastolatek”.

Wujek Google zaprowadził mnie do domu sióstr zakonnych w pobliżu Warszawy. Jednak one też nie miały dla mnie dobrych wieści.

– Przyjmujemy wyłącznie dorosłe kobiety z dziećmi – uzyskałam informację.

 

Kolejny kontakt wyglądał bardziej obiecująco. Kilkadziesiąt kilometrów dalej istniał dom, który oferował opiekę również nieletnim mamom.

Wykonałam telefon. Miejsca były, nie było Dominiki.

Czekałam.

Postanowiłam spotkać się z matką dziewczyny. Murawska przyjęła zaproszenie na kawę, ale poprzestała na szklance wody. Zrozumiałam.

– Jest pani moim gościem – oświadczyłam i przywołałam kelnera.

Łapczywie pochłaniała gorący płyn.

– Nie wróciła? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.

– Nie. Ale młodsza córka widziała ją na Centralnym – odparła. – A Wacław powiedział, że nie chce jej widzieć – dodała, spuszczając głowę.

Zawsze to jakiś ślad, pomyślałam.

– Pojadę tam dzisiaj – obiecałam. – Może uda mi się ją odnaleźć.

Kawa i ciastko, które zamówiłam po chwili, pozwoliły na skrócenie dystansu. Pani Maria zaczęła mówić.

– Mamy sześcioro dzieci. Dominika jest najstarsza i teraz biega z brzuchem. Ja myślę, że dalibyśmy radę, ale Wacek bardzo się zdenerwował… – Otarła łzy. – To dobry człowiek, tylko nie zawsze potrafi utrzymać pracę. Ale on ją przyjmie z powrotem, kiedy tylko się znajdzie…

Słuchałam tych wywodów, ale wiedziałam swoje. Żaden problem nie rozwiązuje się sam, a ludzie rzadko zmieniają zdanie.

– Poszukam Dominiki na Centralnym – powtórzyłam. – A gdybym ją znalazła, a pani mąż jednak nie zgodził się jej przyjąć… Czy wyrazi pani zgodę, by trafiła do domu sióstr zakonnych?

Murawska spojrzała z zainteresowaniem. Postanowiłam kuć żelazo, póki gorące.

– Będzie tam miała wikt i opierunek, będzie mog­ła kontynuować szkołę. Urodzi i pomieszka tam, aż skończy edukację. Oczywiście jeśli zdecyduje się na taki krok.

– Byłabym wdzięczna. Tylko niech ją pani odnajdzie!

– Postaram się.

Moja misja na Dworcu Centralnym zakończyła się niepowodzeniem. Przemierzyłam wszerz i wzdłuż perony i wszelkie zakamarki, ale bez skutku. Zagadywałam ludzi o niewysoką dziewczynę w ciąży, z kędzierzawą czupryną. Wypiłam po drodze kilka filiżanek kawy, by wrócić do domu z niczym.

Pozostawało mieć nadzieję. Wolałam nie myśleć, co Dominice może strzelić do głowy.

– Kupiłem farbę do sufitu. – Jerzy przywitał mnie od progu, wskazując na kilka stojących w przedpokoju puszek.

– Świetnie. Jedliście już kolację?

– Czekaliśmy na ciebie. Nie sprawdzisz, czy odcień ci odpowiada? – dopytywał, niezadowolony z mojej opieszałości.

– Później, Jurek. Miałam ciężki dzień. Przygotuję makaron.

– Żebyś potem nie miała pretensji – powtórzył znaną mi śpiewkę.

– Nie będę – odparłam nieco zbyt ostro.

Podrażniłam mężowskie ego. Jerzy nie znosił mojego braku zainteresowania Stępą.

Rozbolała mnie głowa, więc szybko opuściłam towarzystwo i poszłam do sypialni. Pachniało mi łóżko, ale palce rwały się do komputera. Intuicja podpowiadała, by historią Dominiki podzielić się z Blażem. Pogadać jak dziennikarz z dziennikarzem.

„Poznałam dziewczynę, Dominikę, nastolatkę w ciąży. Zaginęła, gdy ojciec wyrzucił ją z domu. Znalazłam dla niej miejsce u sióstr i czekam, aż się do mnie odezwie. Martwię się. Co jeszcze powinnam zrobić?”.

Odpowiedź nadeszła natychmiast.

„Ma komórkę?”.

„Chyba tak. Kiedyś do mnie dzwoniła”.

„Spróbuj się skontaktować”.

„Myślisz, że tego nie robiłam?”.

„Pisz do skutku i nie odpuszczaj. Niech wie, że Ci na niej zależy”.

„Mówisz? W takim razie zaczynam bombardowanie!”.

„Daj znać”.

Uznałam to za zakończenie rozmowy.

Wysłałam dziesiątki esemesów, nie liczyłam prób połączenia. Zawsze z tym samym skutkiem – krótkie „pi, pi” lub informacja o niedostępnym abonencie.

Matka Dominiki również nie reagowała.

Komórka rozdzwoniła się, gdy kładłam się spać.

– Dominika? – zawołałam, gdy zobaczyłam imię na wyświetlaczu.

– Jestem w tym parku, w którym ostatnio się spotkałyśmy. I leci ze mnie krew. Przyjedzie pani?

Bez słowa wskoczyłam w dres.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?