Chorwackie powrotyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 10

ANNA

Budowa w Stępie zaowocowała nieoczekiwaną korzyścią. Organizację Wielkanocy wzięła na siebie mama, zdejmując z moich ramion wątpliwą przyjemność tachania zakupów i ślęczenia w kuchni przez wiele godzin. Tak jakby los planety zależał od ilości przygotowanych potraw! Oczywiście z największą przyjemnością ściągnęłam ze wsi graniczącej z naszym siedliskiem swojską białą i kilka mendli jajek od chłopa. Znalazł się również zakwas na żurek, wyhodowane przez Jerzego nowalijki, a nawet szczęśliwa kura na rosół, której głównym zadaniem w trakcie krótkiego życia było dziobanie ziaren rozrzuconych na sporym podwórku.

Na szczęście moja działalność ograniczyła się do zdobycia ekologicznych produktów. Mama zaś zakasała rękawy, by przerobić je na wspaniałe dania. Obiecała nawet makaron domowej roboty i poczęstunek pierogami.

Perspektywa wolności od garów przyćmiła nieco przykrość z powodu nieobecności Weroniki i jej decyzji o świątecznych odwiedzinach u mamy Zorana.

– Zobaczę ją w czerwcu – tłumaczyłam Lucynie, próbując oswoić się z nową sytuacją.

Wciąż jeszcze nie docierało do mnie, że będę musiała dzielić się córką z kimś jeszcze i że święta już nigdy nie będą wyglądać tak jak do tej pory.

– A co byś powiedziała, gdybyśmy spotkali się rodzinnie w drugim dniu świąt? – znalazła po raz kolejny pigułkę na moje smutki. – Przyznam, że jestem ciekawa tej waszej nowej inwestycji.

Jerzy przytaknął z zapałem.

– Opijemy szkielet i wiechę – snuł plany.

Zrealizowanie ich kosztowało mnie sporo roboty. Stary dom, w którym mieliśmy w powiększonym składzie spędzić noc po zakrapianym wieczorze, wymagał porządnego sprzątnięcia po zimie. Należało solidnie nagrzać pomieszczenia, wymyć okna i wymieść pajęczyny. Dom w Warszawie musiał zaczekać, na wszystko nie wystarczało czasu. Wzięłam dzień urlopu i spakowałam w podręczną torbę niezbędne środki czystości. Dorzuciłam paczkę mrożonych pierogów, butelkę wody i kilka jabłek, żeby nie tracić czasu na zakupy.

Dzień był bardzo ładny jak na początek kwietnia. Bezwietrzny, okraszony słońcem. Z przyjemnością wsiadłam do samochodu i skierowałam się na północ. Włączyłam radio.

Kiedy zadowolona pokonywałam kolejne kilometry, w głowie przygotowując plan zadań, zadzwonił telefon. Zobaczyłam numer, którego nie znałam.

– Anna Jakubiec, słucham? – przerwałam pogwizdywanie w rytm melodii.

Po krótkiej chwili ciszy, tuż przed przerwaniem połączenia, usłyszałam niepewny głos należący do młodej osoby.

– To ja. Dominika Murawska. Mówiła pani, że mogę zadzwonić w razie potrzeby – wyszeptał.

Ledwie identyfikowałam słowa.

– Prowadzę samochód. Nie rozłączaj się, zjadę na parking, porozmawiamy. – Natychmiast podjęłam decyzję, szukając miejsca stosownego na mały postój.

Na szczęście mojej rozmówczyni nie zraziła krótka przerwa. Po głosie poznałam, że dziewczyna jest roztrzęsiona i potrzebuje pomocy.

– Już mogę – powiedziałam. – Powiedz mi, co się stało?

– Czy może mi pani pożyczyć trochę pieniędzy? Nie mam się do kogo zwrócić.

Zrobiłam wielkie oczy, ale nie dałam nic po sobie poznać. W swojej dziennikarskiej karierze nieraz miałam do czynienia z zagubionymi w życiu młodymi ludźmi. Zdawałam sobie sprawę, jak łatwo ich spłoszyć jednym niewłaściwym słowem. Musiałam być ostrożna.

– Dominiko, gdzie teraz jesteś? Spotkajmy się. Mogę po ciebie przyjechać, choćby zaraz – odparłam.

Wskazała na pobliski park.

– Będę przy głównym wejściu – poinformowała i przerwała połączenie.

Zawróciłam, błogosławiąc los, że to tak blisko. A po chwili dostrzegłam drobną postać. Włosy w nieładzie opadały na kark, plecy okryte cienką kurtką. Dominika siedziała na murku i paliła papierosa.

– Chodźmy do samochodu. – Zgarnęłam ją, powstrzymując się od uwagi, że nikotyna szkodzi dziec­ku. – Może chcesz, żebym odwiozła cię do domu? – zapytałam.

– Nie. Muszę pozbyć się ciąży. Pożyczy mi pani parę groszy?

Jest nieźle zdesperowana, skoro zwraca się do obcej osoby z tak niedorzeczną prośbą, pomyślałam. A może po prostu nie potrafi po ludzku poprosić o pomoc?

– Nie powinnaś teraz być w szkole? – Postanowiłam zyskać na czasie.

– Tam już dawno o mnie zapomnieli. Pożyczy pani?

W jej oczach dostrzegłam błysk złości.

Przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

– A rodzice wiedzą, gdzie teraz jesteś?

– Nic ich to nie obchodzi. Nie chcą tego bękarta, tak jak i ja.

Wyglądało na to, że nasza rozmowa przeciągnie się nieco.

– Jadę na działkę pod miasto – powiedziałam. – Posprzątać po zimie. Pojedziesz ze mną? Mam pierogi z mięsem. Chyba że nie lubisz…

– Lubię – odparła szybko, pośrednio aprobując propozycję.

Chyba była głodna.

Zatrzymałam się w wiejskim sklepie w Stępie i uzupełniłam zapasy. Dominika lubiła również świeże bułki z szynką i ogórkiem małosolnym, twarożek, nie gardziła żółtym serem ani lodami. Kupiłam dodatkowo kilka jogurtów, banany i pomidory.

Pobyt rozpoczęłam od odgrzania pierogów i przygotowania kanapek. Moja pasażerka podziwiała teren.

– Ładnie tu pani ma. A na horyzoncie to widać jezioro?

– Niewielkie stawy. Pływać jeździmy nad zalew.

– I drzewa takie duże.

– Wyrosły. Przyjeżdżamy na wieś od dwudziestu lat, a niektóre z nich pamiętają jeszcze poprzednich gospodarzy – wyjaśniłam, stawiając na stole jedzenie.

– I bardzo ładny ten stary dom. – Dominika z pełną buzią wyraziła podziw dla naszej rudery.

Odruchowo zaczęłam opowiadać o budowie nowego i celu mojego dzisiejszego przyjazdu. Prosta dziennikarska zasada: jeżeli chcesz wyciągnąć od kogoś informacje, to musisz opowiedzieć mu coś o sobie. Robiłam to intuicyjnie i zawsze się sprawdzało.

Tym razem również. Ale na zwierzenia musiałam trochę zaczekać.

– Pomogę pani sprzątać – dotarły do mnie słowa.

Dziewczyna zaspokoiła głód, wypiła ciepłą herbatę i wyraziła gotowość do pracy.

Zaoponowałam.

– Nie trzeba. Ale możesz napalić w kominku. Potrafisz? – Wskazałam na gazety i drewno na rozpałkę.

Kiwnęła głową z zapewnieniem, że sobie poradzi.

Zaczęłam od odkurzenia ścian z pająków i umycia okien. Były, jak to w niskiej wiejskiej chacie, niewielkie, drewniane, ze szprosami. Szorowanie miniaturowych powierzchni zajmowało dużo czasu. Dominika przejęła ode mnie pałeczkę.

– Umiem myć okna, a te są takie małe. – Nie czekając na zgodę, sięgnęła po płyn do szyb.

W kominku zaczynał buzować ogień. Dołożyłam solidną kłodę i poszłam za dom po kilka kolejnych. Po powrocie poczułam przyjemne ciepło. Zaróżowiona Dominika wprawnymi ruchami przywracała szyby do stanu używalności. Zaczęłam zdejmować nieświeżą pościel do prania. Pracowałyśmy w milczeniu.

Dziewczyna w końcu uznała, że nadszedł stosowny moment. Jednak tym razem ponowioną prośbę o pieniądze poprzedziła krótkim wstępem. Plan „nie popędzać” się powiódł.

– Jestem w ciąży i powiedzmy, że nie wiem z kim – usłyszałam. – Jego nie ma. Ojciec raz wyrzucił mnie z domu, ściągnęła mnie matka. Powiedział, że mam pozbyć się dzieciaka, zresztą ja też go nie chcę. Nie mamy pieniędzy na skrobankę, dlatego odnalazłam panią. Czy może mi pani pomóc? – Zakończyła pytaniem, silniej dociskając ściereczkę do szyby.

Poprosiłam, by przerwała zajęcie. Pokornie usiadła obok mnie na kanapie i z nadzieją spojrzała mi w oczy.

– Pomogę ci – powiedziałam tylko. Nie chciałam jej spłoszyć. – W którym jesteś miesiącu?

– Nie wiem. Nie byłam u lekarza.

– A jak myślisz? – zapytałam.

– Jakiś czwarty?

– To dziecko ma już ponad dziesięć centymetrów…

Obruszyła się.

– No i co z tego? Lepiej teraz zlikwidować niż później! Potrzebuję pieniędzy na skrobankę. Ja wszystko oddam. Pójdę do pracy, zarobię i oddam. Jest pani moją ostatnią nadzieją. Proszę.

Rozmawiałyśmy długo, choć od początku wiedziałam, że nie dam jej żadnej kasy na aborcję. Niemniej przekonanie Dominiki do zastanowienia się trwało sporo czasu. Na szczęście do miasta było daleko i nie mogła uciec.

– Łatwo pani mówić! – pokrzykiwała. – Mam brzuch i ojca, który nie chce mnie w domu! Wstydzę się chodzić do szkoły i nie mam ochoty wychowywać zasmarkanego dzieciaka! Będę palić i pić, żeby ze mnie wyszedł! Nie chcę go! Nienawidzę go!

Byłam dziennikarką, nie psychologiem. Ale jednocześnie byłam też matką i rozumiałam tę kruchą, zagubioną istotę. Chciałam działać, ale nie wiedziałam jak.

Wiek i doświadczenie zawodowe zobowiązywały jednak do mobilizacji.

– Dominiko, z każdej sytuacji jest wyjście – powiedziałam spokojnie. – Nie jesteś sama. Masz mnie – dodałam i przeraziłam się podjętym zobowiązaniem. – Wieczorem odwiozę cię do rodziców. A potem sprawdzę, co da się zrobić dla ciebie i dziecka. – Umyślnie podkreśliłam fakt istnienia nowego życia. – Najważniejsze, żebyś nie podejmowała żadnych radykalnych kroków. Nielegalna aborcja może być niebezpieczna. Poczekaj, aż rozeznam się w temacie. Masz do mnie zaufanie?

Chwilowo opanowałam sytuację przy wydatnej pomocy ciepłej herbaty i podgrzanego w mikrofali jabłecznika. Dominika, okryta kocem, który mimo kilkugodzinnego palenia musiała narzucić, by ochronił ją przed wciąż wychodzącym z kątów zimnem, pałaszowała ciasto, popijając niewielkimi łykami. Widziałam, że najchętniej by się stąd nie ruszała, ale nadchodzący zmrok nakazywał powrót do Warszawy.

Nie bacząc na niedokończone sprzątanie, zebrałam rzeczy.

– Pojutrze Wielkanoc. Obiecaj mi, że spotkamy się po świętach – żegnałam Dominikę przed jej domem.

– Dobrze – rzuciła. – Wesołych świąt.

 

Patrzyłam na jej oddalającą się sylwetkę z nadzieją na ciąg dalszy.

ROZDZIAŁ 11

WERONIKA

Przed wyjazdem na święta do mamy Zorana odczuwałam lekką tremę. A właściwie całkiem sporą. Z Sajną, jego siostrą, miałam okazję spotkać się w Dubrowniku i zdążyłyśmy złapać kontakt. W końcu była w wieku moich niesfornych braci, z którymi doskonale potrafiłam sobie radzić. Ale mama to co innego.

– Będzie mnie oceniać pod kątem bycia przyszłą synową. – Szukałam wsparcia u Niny, ale ta, jak zwyk­le, bagatelizowała problem.

– Wrzuć na luz, Werka! Jeszcze nie stajecie na ślubnym kobiercu. Pomyśl w ten sposób… – zawiesiła głos, by starannie dobrać słowa. – To nie ty masz się jej podobać, ale ona tobie. A najlepiej po prostu bądź sobą, i tyle.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Myślałam o przygotowaniu dla mamy Zorana jakiegoś prezentu, a nawet spróbowałam zasięgnąć języka u źródła.

– My nie dajemy sobie świątecznych podarunków. – Zoran spojrzał na mnie zaskoczony pytaniem. – Co najwyżej bojanje pisanica, pisankę. Ukochanej kobiecie, takiej jak ty. – Zamknął mi usta pocałunkiem. – Zobaczysz, ile ich ode mnie dostaniesz!

Pewnie wiedział, co mówi, ale niezręcznie było mi jechać do Zagrzebia z pustymi rękami. Wysupłałam zatem kilka kun i powędrowałam na Stari Grad, by poszperać w sklepach. Dla Sajny, dziewczyny o urodzie Indianki, wybrałam kolorowy sznur paciorków, z matką Zorana szło mi znacznie gorzej. Trywialne apaszki nie porywały oryginalnością, za to powalały ceną. Zakup adriatyckiego korala był takim banałem jak obdarowanie gdańszczanki wisiorem z bursztynu.

Po kilku bezowocnych rundach po okolicy przysiadłam w kawiarnianym ogródku i zamówiłam espresso. Dubrownik na początku kwietnia nie tętnił jeszcze różnojęzycznym tłumem. Zewsząd dobiegał mnie chorwacki, który rozumiałam coraz lepiej.

Popijając kawę, zastanawiałam się, czy kiedykolwiek uznam go za własny. Nic dziwnego, że serce zabiło mi mocniej, gdy usłyszałam polską mowę. Przy sąsiednim stoliku zauważyłam dwóch starszych panów.

Zasłuchałam się w ich polszczyznę, poczułam jej rytm i nagle ogarnęła mnie niewyobrażalna tęsknota za krajem. A może za mamą i tatą? A nawet bliźniakami?

Podeszłam, tknięta impulsem.

– Weronika Jakubiec. Jestem Polką. Mogę? – przedstawiłam się i nie czekając na zaproszenie, zajęłam wolne krzesło.

Panowie byli zaangażowani w działalność organizacji polonijnej w Dubrowniku i z dużą przyjemnością wprowadzali mnie w jej arkana. Nie była liczna. Skupiała nieco ponad sześćdziesiąt osób, które chciały zachować pamięć o starym kraju.

– Spotykamy się często, rozmawiamy po polsku. A właśnie teraz, na Wielkanoc, zamierzamy wyprawić świąteczne śniadanie. Dołączysz do nas? – usłyszałam.

O nieba! Gdybym tylko mogła, pośpieszyłabym do Warszawy!, pomyślałam ze współczuciem o rodakach, którzy nie mają do kogo wracać i jedynie w taki sposób mogą doświadczyć namiastki polskości.

– Jadę do Zagrzebia poznać matkę mojego chłopaka – odparłam, ale by nie zaprzepaścić kontaktu, obiecałam polonusom wizytę w późniejszym terminie. – Przepraszam, muszę kupić prezent dla pani Kateriny. Wesołych świąt! – Wstałam z krzesła.

– A może weźmiesz dla niej przewodnik po Polsce po chorwacku? – zaproponował jeden z moich rozmówców. – Właśnie go wydaliśmy, jeszcze pachnie farbą drukarską. – W wyciągniętej dłoni tkwiła niewielkich gabarytów publikacja z wizerunkiem Tatr na okładce.

Pomysł był przedni. Sięgnęłam do torebki po portmonetkę.

Mężczyzna powstrzymał mnie gestem.

– Nie trzeba. Weź ją i podaruj matce swojego chłopaka. Niech się kobieta czegoś dowie o naszym kraju.

Do Zagrzebia wyjechaliśmy z Zoranem w sobotni poranek i po kilku godzinach trafiliśmy wprost na pieczenie sirnicy. Doinformowana przez mojego chłopaka, który przez całą drogę wprowadzał mnie w tradycje wielkanocne Chorwacji, wiedziałam, czego mogę spodziewać się na miejscu. Jego mama, jak mówił, nie była wprawdzie typową kurą domową, ale świąteczny przymus zawsze gnał ją do kuchni.

– Przeklina, złorzeczy, niemniej jednak piecze te ciasta-chlebki z dużą ilością sera, wanilii i skórki pomarańczowej, dusi pieczeń jagnięcą z cebulą i gotuje zupę na mięsie z chrzanem. Ale po robocie jest nagroda. Wina nie braknie! – Puścił do mnie oko. – Pijemy je rozcieńczone wodą, by wzmacniało nas i uzdrawiało ciało. Kieliszek żadnego z gości nie może być pusty. Prędzej wody zabraknie niż wina! – dodał zadowolony z tak miłego zwyczaju.

Przyswajałam dawkowaną mi wiedzę o malowaniu pisanek, niekiedy o gabarytach wielkiego posągu, które zajmują poczesne miejsce na miejskich placach, o zabawach z malowanymi jajkami, zdobieniu ich jedwabiem lub wełnianymi nitkami, o zakopywaniu lub paleniu resztek poświęconych pokarmów, o baci ponedjeljaku, odpowiedniku naszego dyngusa.

– Wiesz, że wasze wielkanocne tradycje są bardzo bliskie naszym? – zapytałam.

– Oczywiście, kochanie – przytaknął zadowolony. – Jesteśmy bardzo podobni. I dlatego tak dobrze się ze sobą czujemy. Tak bardzo cię kocham – dodał, na chwilę odrywając wzrok od drogi, by posłać mi czułe spojrzenie.

– Ja ciebie też. – Pogłaskałam go po policzku.

Mimo przypływu uczucia pomyślałam jednak, czy kartka, którą wysłałam do domu, zdążyła dojść przed świętami. Może i Chorwaci mają jagnięcinę i szynkę prosciutto, znają chrzan i pieką chałki lub serowe strudle, ale o naszej białej kiełbasie nie słyszeli. Wprawdzie ja nie jadałam mięsa, ale chłopacy sobie chwalili.

Muszę przyznać, że wizyta w Zagrzebiu była bardzo miła. Katerina przyjęła nas z otwartymi ramionami, Sanja również. Obie z zachwytem powitały drobne prezenty i ugościły nas przy stole. Również ojczym Zorana, Tomislav, okazał się spoko gościem.

Po niedzielnym śniadaniu zadzwoniłam do rodziców, z przyzwyczajenia wybrawszy numer mamy.

– To ja! – zawołałam, słysząc jej głos. – Wszystkiego najlepszego z Zagrzebia! Już po śniadaniu?

Składała mi życzenia łamiącym się głosem. Oczyma wyobraźni widziałam ją w kuchni u dziadków, jak stoi przy oknie i wierzchem dłoni ociera kropelki łez, które nagle ulokowały się w kącikach oczu. Uspokoiła się dopiero, kiedy spytałam o drugi dzień świąt.

– Jutro w Stępie wielki dzień! – oznajmiła. – Wiecha z udziałem najbliższych! Przyjeżdżają dziadkowie, Lucyna z rodziną zostaje na noc. Będzie się działo! A jak u mamy Zorana?

Odparłam, że nadzwyczajnie, bo naprawdę nie było źle. Powstrzymałam się od zwierzeń o tęsknocie za domem. Byłam ciekawa tego nowego domu. Ledwie wyjechałam, a oni stworzyli sobie nową jakość. Beze mnie.

– Kochanie, idziemy na rynek obejrzeć wielką pisankę. Chodź, tam jest dużo ludzi i leje się rakija. – Zoran zagarnął mnie ramieniem.

Katerina z Tomislavem i Sanją podążyli za nami.

Przysiedliśmy przy centralnie położonej fontannie, wychyliliśmy po jednym (no, powiedzmy) kieliszku rakii, zakąsiliśmy kawałkami pszennego pogacza. Przed nami paradował tłum zagrzebian, którzy podobnie jak my wylegli przed domostwa, by zaczerpnąć powietrza i rozruszać mięśnie po całodziennym siedzeniu przy stole.

Dzieciaki nie wypuszczały z rąk pisanek. Toczyły je po ulicy, tłukły, urządzały im wyścigi. Zapatrzona w zabawy młodocianych poczułam, że Zoran obejmuje mnie delikatnie.

– Mam dla ciebie prezent – wyszeptał cicho.

Powróciłam ze świata marzeń.

Mój ukochany trzymał w rękach wytłaczankę do jajek, która, jak się miało za chwilę okazać, była pełna.

– Co to takiego? – zapytałam.

– Zobacz.

Wyjęłam dziesięć pisanek ozdobionych wizerunkiem dwóch gołąbków i serduszkami.

– Piękne! – zachwyciłam się. – Skąd je masz?

– Sam malowałem. W Dubrowniku zakochani dają swoim dziewczynom na Wielkanoc tuzin pisanek. Przepraszam, że ja tylko dziesięć. Nigdzie nie znalaz­łem wytłaczanek na tuzin…

Boże, jak ja go kochałam! Nikt nigdy nie był wobec mnie tak romantyczny.

– Są cudowne. – Obracałam w rękach jaja wybarwione w łupinach cebuli. Te nieco jaśniejsze były gotowane z łupinami orzechów. Oba rodzaje malowane rysikiem i natarte oliwą dla połysku. Lśniące, precyzyjne rysunki gołąbków i serc, dowód miłości.

Po równie udanym wieczorze zostaliśmy do poniedziałku. I jak w Polsce – rano zostałam polana wodą. A po wczesnym obiedzie żegnaliśmy się z gospodarzami z nadzieją na kolejne spotkanie.

Ruszyliśmy w ośmiogodzinną podróż do Dubrownika. Zoran prowadził pewnie.

Siedziałam na miejscu dla pasażera, zagapiona na krajobrazy chorwackich gór i Adriatyku, który miał nam towarzyszyć aż do samego domu. Złapałam się, że myślę tak o wynajętym mieszkaniu.

Zoran raz po raz spoglądał na mnie, pozwalając mi smakować drogę. Nie dopytywał o wrażenia. Zrobił to dopiero, kiedy zaparkowaliśmy.

– I jak, kochanie? Chyba nie było źle?

– Miłe święta, Zoran.

Jedno spojrzenie w jego oczy zaowocowało pocałunkiem. I pewnie na tym by się nie skończyło, gdyby nie kartka, która leżała na progu.

– Podniosę. – Odepchnęłam mojego chłopaka. – To chyba do ciebie. – Podałam mu pocztówkę.

Pisał Blaż.

– Życzenia od ojca. – Zoran próbował ukryć zmieszanie.

– Kontaktowałeś się z nim przed świętami?

– Chyba tak. A może zapomniałem… Dałem ciała – odparł.

Nastrój prysł.

Nie miałam jednak pretensji. Ja również nie pomyślałam o panu Batelicu.

ROZDZIAŁ 12

ANNA

Ludzie dzielą się na tych, którzy preferują Boże Narodzenie, i na tych przedkładających w świątecznym rankingu Wielkanoc. Ja należę do tej drugiej grupy. Atmosfera świętowania pośród wazonów z wiosennymi różnobarwnymi tulipanami i narcyzami, puchatymi wierzbowymi baziami, jasnozielonymi listkami budzącej się do życia brzozy każdego roku napawa radością. I choć minęły czasy, gdy z maluchami malowałam pisanki, dbam, by zaopatrzyć się w te niewielkie dzieła ludzkiej pomysłowości i benedyktyńskiej cierpliwości na pobliskim rynku. Od lat kupuję kolejne malowanki u pani Jadzi, właścicielki jednego z ogródków działkowych usytuowanych na tyłach naszego szeregowca. Zostawiam jej zawsze kilka złotych więcej, niż życzy sobie za te wielkanocne cuda, i zawsze dorzucam kilka worków odzieży po wiosennym wietrzeniu szaf. Nie wiem, co z nią robi, ale przyjmuje chętnie i obdarowuje mnie życzeniami wesołych świąt.

Nie omieszkałam i w tym roku skierować się w miejsce, gdzie zazwyczaj ją spotykałam. Siedziała na rozkładanym taborecie, obserwując ludzi w pośpiechu przekraczających bramę targowiska, by po jakimś czasie opuścić je z torbami pełnymi zakupów.

– A już myślałam, że pani nie przyjdzie! – Mój widok wyraźnie ją ucieszył.

– Pani Jadziu, żadne święta nie mogą się obyć bez pani pisanek – odparłam radośnie, ogarniając wzrokiem różnokolorowe cacka.

– A gdzie córka? Pewnie jak to młodzi, zajęta swoimi sprawami?

To prawda, że często przychodziłyśmy na targowisko z Weroniką, z dużymi wiklinowymi koszami, w poszukiwaniu świeżych warzyw i inspiracji na kolejny wegetariański obiad. Mała sięgała po świeżą botwinę, szpinak. Uwielbiałyśmy fasolkę szparagową, którą w sezonie pochłaniałyśmy w ilościach hurtowych.

Wspomnienie przemknęło przed głowę, pozostawiając osad żalu.

Napomniałam się w myślach za dołujące reminiscencje. Przecież kiedyś jeszcze będziemy to robić. Może. Targowisko miało się dobrze i nic nie wskazywało na to, że zniknie. Tyle że dziś przyszłam tu sama, o czym przypomniała mi znajoma handlarka.

Nie wiem dlaczego, ale odczułam potrzebę, żeby wyjawić jej prawdę.

– Weronika w tym roku spędza święta za granicą. Na studiach poznała Chorwata i postanowiła z nim zamieszkać. To moje pierwsze święta bez niej.

Pani Jadzia pokiwała głową ze zrozumieniem i podzieliła się swoją troską.

– Życzę w takim razie, żeby wróciła. Zawsze przyk­ro, kiedy dziecko jest daleko. Moja córka wyjechała do Stanów i zapomniała o matce. Dopóki żył Joachim… – zawiesiła na chwilę głos. Z trudem wróciła do tematu. – Mieliśmy siebie. A teraz pozostał mi tylko ten taboret na targu. I działka. Co ja gadam, zawracam pani głowę! – zreflektowała się. – Poczekaj pani, najładniejsze mam tutaj. – Sięgnęła do plastikowej torebki, z której wyjęła kilka okazów jej artystycznego kunsztu.

– Wezmę wszystkie. – Postanowiłam wspomóc ją finansowo.

Za moment przyniosłam z auta przygotowane jak zwykle torby z odzieżą.

Zrobiło mi się smutno, ale w głębi duszy myślałam podobnie jak Jerzy. Miałam nadzieję, że Ika wróci do Polski.

 

– Wszystkiego dobrego, pani Jadziu. Wesołych świąt – pożegnałam się.

– Niech pani przyjdzie, jak będę mieć świeży szczaw i rabarbar, chociaż na to trzeba jeszcze trochę poczekać – dodała, z wdzięcznością przyjmując torby. – Dobra z pani kobieta. – Spojrzała na garstkę drobniaków, których wartość znacznie przewyższała cenę pisanek.

Niespodziewanie przypomniałam sobie i o Dominice. Odszukałam numer telefonu, z którego do mnie dzwoniła, i wysłałam do niej wiadomość.

„Wszystko u Ciebie w porządku? Obmyślam, jak Ci pomóc. Pamiętaj, zawsze możesz na mnie liczyć. Trzymaj się, Dominiko”.

Nie odpowiedziała. A mnie porwało przedświąteczne tsunami.

Do głównego śniadania, które przygotowywała mama, postanowiłam jednak dorzucić od siebie dwie sałatki, zgodnie z rodzinną zasadą, że z tak zwaną pus­tą ręką nie wypada przychodzić w gości. Wieczorem kroiłam, mieszałam i doprawiałam. Wyprasowałam również koszule chłopakom i udekorowałam koszyczek z pisankami. Nie zapomniałam o drobnych prezentach.

Jerzy wrócił ze Stępy zmęczony i dopominał się kolacji. Zapiekanka z boczkiem i brokułami była gotowa.

– Widziałaś? – Dopiero po zaspokojeniu pierwszego głodu pokazał mi kartkę od Weroniki.

„Kochani rodzice, pragniemy złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia z okazji świąt – przeczytałam. Banalne to, ale od dziecka, uśmiechnęłam się. Miód na moje serce! – Smacznego jajeczka z targu i równie miłej i smakowitej rodzinnej atmosfery. Ucałujcie od nas dziadków i chłopaków. Weronika i Zoran”.

– Dziękujemy bardzo. – Mama rękami upaćkanymi ciastem na tartę poprawiła okulary i zerknęła na treść kartki, którą pokazałam jej następnego dnia przed śniadaniem. – To mówisz, że jest teraz u matki Zorana?

– Tak zdecydowali.

– A jego ojciec gdzie spędza święta? – zapytała, wkładając ciasto do piekarnika.

Nie bardzo miałam ochotę o tym rozmawiać. Na ostatni list do Blaża nie otrzymałam odpowiedzi. Nadeszły jedynie krótkie i lakoniczne świąteczne życzenia, których sensu nie zrozumiałam.

„Wesołych świąt Ana. Malowane pisanki z gołębiem i sercem będę musiał zjeść na śniadanie samotnie. Na razie tyle, ale obiecuję, że napiszę więcej. B.”.

– Nie wiem, mamo – odparłam. – Mogę zanieść na stół sałatki?

Biała kiełbasa na smażonej kapuście, podpieczona, jak zwykle u mamy, w piekarniku powalała na kolana. Wiejskie faszerowane jajka z chrzanem smakowicie drażniły podniebienie, sałatek, żurku, tarty i innych pyszności, pod którymi uginał się stół, nie sposób było nie spróbować. Nowalijki wabiły kolorami i zapachem wiosny. Chłopcy przechodzili samych siebie w pochwałach dla babcinej kuchni, podobnie jak Jerzy.

Patrzyłam na moją rodzinę przez łzy wzruszenia, szczęśliwa, że mam ich przy sobie. Z przyjemnością słuchałam rozmów. I tylko miejsce Weroniki było pus­te. O dziwo, nikt go nie zajął.

Wypełniło się dopiero wówczas, kiedy zadzwonił mój telefon. Uciszyłam wszystkich gestem i oddałam się najbardziej oczekiwanej rozmowie tego dnia. Obecni doskonale wiedzieli, kto dzwoni. Włączyłam głośnik, żeby i oni mogli uczestniczyć w tej chwili.

– To ja, mamuś! – dobiegł do mnie głos córki. – Wszystkiego najlepszego z Zagrzebia! Już po śniadaniu?

Składałam jej życzenia łamiącym się głosem, wierzchem dłoni ocierając łzy. Ogarnęłam się dopiero przy pytaniu o drugi dzień świąt. Opowiedziałam o planowanej imprezie w Stępie.

– A jak u mamy Zorana? – zapytałam.

– Nadzwyczajnie! – Ika przerwała na chwilę. – Chciałabym zobaczyć ten nowy dom. Prześlesz mi zdjęcia?

– Oczywiście, kochanie. Choć to na razie tylko szkielet. Na zakończenie budowy trzeba jeszcze trochę poczekać.

Nie dodałam, że najchętniej byłabym teraz przy niej w Chorwacji. I pogadałabym przy filiżance kawy. Może nawet opowiedziała, że Jerzy zamierza osiąść w Stępie i chować wnuki. I zapytała, jak się Ice układa z Zoranem, którego słychać było w tle.

– Kończę, mamuś. I pozdrawiamy was wszystkich! U mnie naprawdę dobrze, jak słyszę, u was też. Przyjeżdżaj w czerwcu z ciocią Lucyną! Wszyscy przyjeżdżajcie! Pa.

Rozłączyła się.

To telefoniczne spotkanie tyleż mnie ucieszyło, ile zmęczyło.

Wróciliśmy z Jerzym do domu. Chłopcy rozeszli się po pokojach i zostawili nas samych.

– I co o tym sądzisz? – zapytał mój mąż, nalewając mi wino.

– O czym? – odparłam pytaniem, udając, że nie rozumiem, o co chodzi.

– Czy Ice jest z nim dobrze?

– Chyba tak. Nie skarży się przecież.

– A tobie też było?

Spojrzałam zdziwiona. Doskonale wiedziałam, że pije do Blaża, ale takie pytanie po ponad dwudziestu latach? Postanowiłam iść w zaparte.

– O co ci chodzi?

Posłał mi niezbyt miłe spojrzenie i podszedł bliżej.

– Mam ci przypomnieć wojnę bałkańską i twój dziennikarski wyjazd do Zagrzebia? I dalej? Zapomniałaś już, jaka byłaś po powrocie? Myślisz, że mężczyźni to głupcy, którzy nic nie rozumieją?

Siedziałam oniemiała.

– Czułem, wiedziałem, że kogoś tam miałaś – ciągnął Jerzy. – Ale w najczarniejszych snach nie przewidziałem aktualnego scenariusza. Że popchniesz Weronikę w ramiona jego syna.

– Co ty mówisz?!

– Przestań udawać! Odbierałem listy z chorwac­kimi znaczkami. Potrafię czytać adresy i dodawać dwa do dwóch. Pisał do ciebie Blaż Batelić. Zoran nosi to samo nazwisko. Może wreszcie powiesz mi prawdę?

Miły i piękny dzień miał trudne zakończenie.

Przez moment próbowałam posklejać myśli. Wybrałam rozwiązanie pośrednie.

– Jerzy, poznałam Blaża w Chorwacji. I byłam nim zauroczona. Ale to przeszłość. Urodziła się Weronika, potem chłopcy. Nie ma do czego wracać. Nie moja wina, że nasza córka poznała na Erasmusie akurat jego syna.

– Jaka matka, taka córka – wybełkotał. Wypite w nadmiarze wino dało o sobie znać. – Nie wiem, dlaczego z tobą zostałem – zakończył.

Za chwilę z kanapy dobiegło mnie chrapanie.

Ja również się nad tym zastanawiam, pomyślałam, zbierając kieliszki.