Chorwackie powrotyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 7

WERONIKA

Zoran wrócił z Zagrzebia uskrzydlony perspektywami pracy w „Vjesniku”. Mimo że główna chorwacka gazeta oferowała na początek bardzo niewiele, i tak był zachwycony możliwością przesyłania tekstów.

– Nie liczę, że od razu zostanę korespondentem, ale dołożę wszelkich starań, by mnie zatrudnili – piał z zachwytu, nie szczędząc mi pocałunków.

Zanim zdążyłam podzielić się wrażeniami z rozmowy z dziekanem, mój ukochany wybiegł z domu na seminarium magisterskie.

– Kochanie, porozmawiamy wieczorem, dobrze? – obiecał kolację. – Już i tak jestem spóźniony. – Pomachał mi na pożegnanie.

Śniadanie zostało niemal nietknięte.

Pozbierałam ze stołu. Nie pozostawało mi nic innego, jak zaplanować dzień bez Zorana.

Szczęśliwie udało mi się umówić z opiekunem roku Marko Vukoticiem, który zgodził się spotkać w przerwie między zajęciami. Pełna nadziei złapałam autobus na wydział.

Na pierwszy rzut oka mężczyzna sprawiał wrażenie gotowego do pomocy, ale przede wszystkim znał stanowisko dziekana w mojej sprawie. A nawet był przygotowany do rozmowy.

Zaczęłam po angielsku, ale z miejsca przeszedł na chorwacki. Nie wszystko rozumiałam. Cel był jasny – z powodu niedoskonałej znajomości języka bałkanistyka nie wchodziła w rachubę.

Nie musiałam długo czekać na konkrety.

– Pani Weroniko, podtrzymuję propozycję dziekana – usłyszałam. – Postaramy się o stypendium z polskiej ambasady lub zaproponujemy studia zaoczne. Czy interesuje panią taka opcja?

– O jakie przedmioty chodzi? – zapytałam, niespecjalnie zadowolona, że stracę rok, ale wciąż pełna nadziei.

Sięgnął po kartkę.

– Warsztaty radio i sprawozdawczość, public relations, komunikaty polityczne, podstawy dziennikarstwa – wyrecytował litanię. – Oczywiście wszystkie ćwiczenia są prowadzone w języku chorwackim. – Tego nie musiał mi mówić. – Jeżeli się pani zdecyduje, oto plan zajęć. Proszę mnie zawiadomić o swojej decyzji – zakończył, wręczając mi kartkę z harmonogramem. – Pierwsze zajęcia w najbliższy poniedziałek.

– Uzupełnię przedmioty – odparłam pewnym głosem. – Jakie formalności załatwić?

Miałam złożyć wizytę w dziekanacie i podpisać kilka dokumentów. Nie czekając, aż Vukotić zmieni zdanie, pobiegłam.

Uff, od przyszłego tygodnia ponownie miałam bywać codziennie na wydziale na Carica Cira!

W pierwszej kolejności wiadomością podzieliłam się z przyjaciółką.

„Nina, zaczynam zajęcia. Co prawda nie na bałkanistyce, ale co tam. Ważne, że wracam do ludzi. Spotkałam Nicolę, umówiłyśmy się na pogaduszki. Jak tam Twoja trudna współlokatorka? Dajesz radę?”.

Odpisała bezzwłocznie.

„U nas zimno, ale w sercu maj. Młodą spacyfikuję, nie ma o czym gadać. Ale słuchaj dobrze! Hit! Do roku dołączył prześliczny chłopiec. Ma na imię Filip i chyba jestem w nim zakochana (sic!). Wiesz, jak to ja. Umówiliśmy się na randkę. W końcu muszę mu pokazać Toruń wieczorową porą. No nie? Może nasza starówka nie jest tak ładna jak ta dubrownicka, ale jak się nie ma, co się lubi…”.

Niepoprawna Ninka! Już wyhaczyła nowy towar, pomyślałam z uśmiechem. Pewnie wpadną do Zeza albo zahaczą o Czarnego Kota, wspomniałam jedne z naszych ulubionych knajpek. Powróciły obrazki sobotnich imprez w piwnicach zatłoczonych studenc­ką bracią, jak również niedzielne poranki na kacu, który wprawdzie wymagał specjalnej troski, ale pozwalał o sobie szybko zapomnieć. Kolejnego weekendu zabawa zaczynała się od nowa.

Odruchowo wybrałam miejscowy numer.

– Nikola?

Ninka była daleko, a mnie dopadła przemożna ochota na pogadanie z kimś bliskim.

W trakcie pobytu na Erasmusie zaprzyjaźniłyśmy się z naszą studencką opiekunką, dziewczyną pełną radości, która zawsze wprawiała mnie w dobry nastrój.

Nie odebrała połączenia, ale odpowiedziała esemesem.

„Jestem na mieście z przyjaciółmi. Wpadniesz? Knajpa na rogu od Puča i Dinka Ranjine”.

Trzy przystanki autobusem i byłam pod studnią Onufrego. Przejście Placy zajęło mi kilka minut, dotarcie do celu kolejne dwie.

Knajpka mieściła się w wąskiej uliczce. Drewniane stoły wraz z dostawionymi do nich ławami przycupnęły przy pobliskim murze. Towarzystwo obsiadło je niczym stadko ptaków, racząc się miejscowym domaće i dojadając resztki pizzy.

Na mój widok Nikola gestem wskazała miejsce obok siebie.

– Chodź, załapiesz się na ostatni kawałek! – Dała po łapach gościowi, który doń sięgał. – Uciekaj, Davor. To dla Weroniki. I jeszcze nalej jej wina – poleciła tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Prezentacja trwała krótko, integracja również nie sprawiła kłopotu. Białe domaće szybko spełniło swoje zadanie i po chwili poczułam ulgę po niezbyt udanych dwóch dniach na uczelni.

– Będziesz studiować media? – dopytywał łakomczuch Davor. – Witaj w drużynie.

– Nigdy cię nie widziałam, chociaż jestem tu od pół roku – odparłam.

– Przeniosłem się z Zagrzebia. Wiedziałem, co robię – dodał, przyglądając mi się z zainteresowaniem i dolewając mi wina do kieliszka.

Przez moment pomyślałam o Zoranie i równie szybko o nim zapomniałam.

Rozmowa przy stole płynęła wartko, a ja oswajałam nieoczekiwaną samotność. Godziny mijały niepostrzeżenie. Dopiero pikający ekranik komórki zasygnalizował nadejście połączenia.

Odeszłam od stolika, by spokojnie porozmawiać.

– Jestem wolny. Przepraszam, że tak późno, musiałem jeszcze przesłać tekst do „Vjesnika”. Zaraz będę w domu. Zrobić zakupy? – usłyszałam.

– Jak uważasz. Jestem na Starim Gradzie ze znajomymi. Pewnie wrócę niebawem – odparłam.

Lekko szumiało mi w głowie.

Ku swojemu zdumieniu pozwoliłam się odprowadzić Davorowi, który miał czas, żeby mi towarzyszyć.

Zorana zastałam przy kuchni. Od drzwi poczułam zapach smażonej ryby i usłyszałam jego głos.

– Kupiłem suma, warzywa i robię leczo. Lubisz dużo czosnku czy tylko do smaku? – Wychylił się zza ściany, obdarzając mnie rozbrajającym uśmiechem.

Rzuciłam torbę na stół, by pozbawiona bagażu zająć miejsce na tapczanie.

– Zmęczona spotkaniem? – Zoran nie tracił humoru.

– Owszem. Pójdę się wykąpać.

Stałam pod prysznicem, zmywając z siebie kurz dnia. Aromat ryby w warzywach miło drażnił nozdrza.

– Gotowe! – usłyszałam, sięgając po ręcznik.

Kiedy stanęłam w progu pokoju w podomce i ze zmierzwionymi włosami, mój ukochany stracił ochotę na kolację.

– Może najpierw deser? – Pochwycił mnie w talii, ale się wywinęłam.

– Jestem głodna – mruknęłam. – A poza tym czekam na relację z Zagrzebia.

– Jesteś zła?

– No skąd! Mów, co załatwiłeś.

– A więc jednak jesteś.

– A spodziewałeś się, że sprawia mi przyjemność siedzenie w samotności? – wypaliłam. – Mam nadzieję, że twoja praca nie będzie wymagała ciągłych wyjazdów do Zagrzebia.

Przestraszyłam się własnego tonu i odwagi, z jaką wygłosiłam komentarz. Nie miałam do Zorana żadnych praw. Poza prawem miłości.

Spojrzał i odsunął na bok opadający na czoło kosmyk. Chyba przesadziłam.

– Usiądźmy i zjedzmy rybę – powiedział, stawiając półmisek na stół.

Przez chwilę bez słowa pochłanialiśmy kolejne cząsteczki suma, dokładając sobie na talerze kawałki duszonej papryki w pomidorach.

– Nie będę musiał jeździć do Zagrzebia – odezwał się po chwili. – Chociaż moja praca będzie wymagać również penetrowania prowincji. Weroniko, nie mogę ci obiecać, że przez cały czas będę przy tobie. Nie powinienem przyjmować tej propozycji?

Okazałam się małostkowa i egoistyczna. A przecież mam matkę dziennikarkę i wiem, ile wyrzeczeń wymaga ten zawód. Nieraz wyjeżdżała w teren, wracała późno, a my byliśmy zdani na tatę czy babcię.

– Przepraszam. – Spuściłam głowę. – Powiedz, kiedy zaczynasz?

Przyklęknął przede mną i położył głowę na moich kolanach.

– Wiedziałem, że zrozumiesz – wyszeptał. I przypomniał sobie o mojej dzisiejszej wizycie w dziekanacie. – Jak poszło?

Zrelacjonowałam bez entuzjazmu, przytaczając propozycję dziekana.

– Od października mam studiować media na drugim roku, o ile uzupełnię kilka przedmiotów. Może dam radę.

– Oczywiście, że dasz! – podchwycił ochoczo. – Pomogę ci. Kochanie, potrzebuję kilku tygodni na obronę pracy magisterskiej i masz korepetytora na własność. Zaliczysz śpiewająco. A od przyszłego roku będziesz prawowitą studentką naszego uniwersytetu. Cieszę się.

Może i ma rację?, rozpogodziłam się trochę.

– A teraz, kochanie… Tak ponętnie wyglądasz w tych mokrych włosach. Pozwól mi ich dotknąć…

Było wspaniale. Miałam go przy sobie na wyciągnięcie ręki. Przyglądałam mu się, gdy zasnął, podziwiałam czarne, rozrzucone na poduszce włosy, wsłuchiwałam się w równy oddech. Ogarnęła mnie niezwykła czułość.

Jednocześnie jednak moja ręka zmierzała w kierunku komórki. Żeby napisać mamie, jak bardzo tęsknię.

Nie napisałam.

To minie, pomyślałam, znajdując w ramieniu Zorana miejsce na swoją głowę.

ROZDZIAŁ 8

ANNA

Od wyjazdu Weroniki minął ponad tydzień, w którym musiały mnie zadowolić zdawkowe, niezbyt często spływające informacje. Również rozmowy telefoniczne nie trwały zbyt długo. Czułam niedosyt kontaktu z córką i bliżej nieokreślony niepokój.

Obawami podzieliłam się z Lucyną. Ta jednak była dobrej myśli.

– Co chcesz, dziewczyna żyje miłością. I przestań się zamartwiać. Ma gdzie mieszkać, chodzi na zajęcia, wolne chwile spędza z Zoranem. Nie ma czasu wiecznie konwersować z mamą. Jak w piosence: „niech żyją młode żądze, dopóki są pieniądze”.

– Łatwo ci mówić, skoro Wiktora masz przy sobie – odburknęłam. – A może ty byś ją podpytała? – Wpadłam na wspaniały pomysł. – Zawsze miałyście dobry kontakt.

 

– Mogę do niej napisać, choć nie przypuszczam, że zacznie mi się zwierzać. A tak właściwie to co cię niepokoi?

Pytanie miało sens. Weronika wydawała się radosna i przekazywała mi same dobre wiadomości. Zoran niebawem kończył studia i już zdążył załatwić sobie pracę, ona studiowała, kwota, którą przeznaczyliśmy na pobyt, wystarczała jej na życie, i nie wątpiłam, że Blaż wciąż utrzymuje syna.

Wspomnienie Blaża wywołało wyrzuty sumienia. Do tej pory nie odpowiedziałam na jego list. Postanowiłam uczynić to w najbliższym czasie. Weronika i Zoran mieszkali razem, a zatem i nasza relacja powinny być klarowna.

– Boję się, że Ika nie mówi mi wszystkiego – odpowiedziałam po zastanowieniu.

Przyjaciółka pokręciła głową z dezaprobatą.

– Powtórzę jeszcze raz: przestań się zamartwiać. Trzymajmy za nich kciuki, a jeżeli coś pójdzie nie tak, to wróci. Jej pokój stoi wolny.

Łatwo mówić, gdy sprawa dotyczy cudzej córki, pomyślałam. Gdyby to jej Edytka wyemigrowała do faceta, inaczej by gadała.

– Pod koniec maja wezmę urlop i do nich pojadę! – Jedna fantastyczna myśl goniła drugą.

– Zaczekaj do czerwca, to zabiorę się z tobą na wakacje – podchwyciła Lucyna. – Wiesz, że jeszcze nie widziałam tej waszej perły Adriatyku?

Plan wyjazdu do Dubrownika nieco mnie uspokoił i skierował myśli na inne tory. Musiałam zmierzyć się z tematem budowy w Stępie.

Rodzice poparli zamiary Jerzego w całej rozciągłości. Nie omieszkali nas o tym poinformować w trakcie niedzielnego obiadu, który mama przygotowała z okazji pierwszego dnia wiosny (miał nadejść dopiero we wtorek, ale każdy pretekst dobry, żeby zgromadzić bliskich przy stole). Z poinformowaniem nas o dofinansowaniu pięćdziesięcioma tysiącami złotych odczekali do deseru. Nasyceni domowym rosołem, zrazami z kaszą gryczaną i licznymi surówkami zasiedliśmy do pucharków wypełnionych różnobarwną zawartością.

– A cóż to za delicje? – Jerzy z zachwytem podziwiał małe dzieła sztuki.

– Pokruszona beza własnej roboty, bita śmietana z serkiem mascarpone, kawałki galaretki i owoce. – Mama pokraśniała z dumy i zaserwowała zięciowi największą porcję.

Tato sięgnął do barku po domową nalewkę, jak zwykle z głogu, i wzniósł toast za nowy dom.

– Co prawda opija się moment zawieszenia wiechy, ale kapka dla zdrowia nie zaszkodzi. – Zadowolony z siebie położył przed nami kopertę. – To taki drobiazg na wykończenie waszego gniazdka, bo na to zazwyczaj brakuje.

Jerzy przyjął darowiznę bez mrugnięcia okiem. Ja nie potrafiłam wykrztusić słowa. Kiedy już odzyskałam głos, zwróciłam się do męża.

– Jurek, przecież nie podjęliśmy jeszcze decyzji. Nie możemy wziąć od was tych pieniędzy. – Popatrzyłam na rodziców.

Wszyscy troje spojrzeli zdziwieni.

– Aniu, sądziłem, że to ustalone. – Głos Jerzego nabrał metalicznego brzmienia.

– Kochanie, wrócimy do tematu w domu – odparowałam, oblewając się rumieńcem wstydu, że swoje sprawy załatwiamy w obecności rodziców.

– Nasza córka ma rację, Karolu – zareagowała mama. – Niech się najpierw dogadają. W każdym razie my uważamy budowę za dobry pomysł i pieniądze na was czekają. Może po kawałku szarlotki?

Wracaliśmy do domu w milczeniu.

Jeśli mi się wydawało, że temat rozejdzie się po kościach, byłam w błędzie. Jerzy zaatakował, gdy tylko przekroczyliśmy próg mieszkania.

– Co ty wyprawiasz? Haruję latami po godzinach, biorę zajęcia w weekendy, odkładam każdą złotówkę, by zapewnić nam lepsze lokum na wsi, a ty uprawiasz dywersję? Chodzi ci o zwiedzanie świata? A może o wyjazdy do Chorwacji? Tam będziesz mogła wyjeżdżać do woli! Sama musiałaś wrócić, ale córkę udało ci się wyprawić! Na stałe! Chyba że przejrzy na oczy i zakończy ten nieszczęsny związek! – wrzeszczał.

Aż do teraz nie podniósł na mnie głosu. Przestraszyłam się, ale zdobyłam na spokojną odpowiedź.

– Porozmawiamy później. Kiedy ochłoniesz.

Musiało mu bardzo zależeć, bo szybko opanował emocje.

– Przepraszam. Po prostu to dla mnie bardzo ważne. Planowałem ten krok od dłuższego czasu, wybierałem projekty… Aniu, zobacz, ten dom jest ładny i funkcjonalny. Oczywiście, będziesz mogła wyjeżdżać, gdziekolwiek zechcesz. Ale w Stępie będzie czekać dobrze wyposażony azyl dla nas i rodziny. Zobaczysz, jeszcze kiedyś to docenisz.

Dałam się namówić do dokładnego obejrzenia planów. Jednopoziomowy domek z trzema sypialniami i pokaźnym zadaszonym gankiem wydawał się zgrabnym rozwiązaniem. Spojrzałam na niego łaskawiej i wypowiedziałam słowa, które brzmiały jak aprobata:

– Jak długo potrwa budowa?

Od tej chwili dyskusja przebiegała na innej płaszczyźnie.

A potem nastąpił etap realizacji. Inwestycja, wykonawcy, materiały, terminy. Koperta od rodziców niebawem trafiła do nas, a ekipa budowlańców wykopała doły pod fundamenty. Za kilka tygodni mieli przybyć fachowcy od stawiania drewnianego szkieletu. Klamka zapadła.

Niebawem poznałam pana Kowalskiego, z nadzoru budowlanego, i pana Kwaśniewskiego, odpowiedzialnego za docieplenie. I mimo że nie zamierzałam się angażować, musiałam czasem zastępować Jerzego i pędzić do Stępy w niecierpiących zwłoki sprawach – a to przyjąć transport kolejnych materiałów, a to zapłacić elektrykowi. Technologia szkieletowa zapewniała szybki cykl inwestycyjny. Na lipiec Jerzy zaplanował prace wykończeniowe i liczył na moją pomoc przy wyborze kafelków, podłóg, białego montażu i mebli.

Wkręciłam się mimo woli, odsuwając na bok inne problemy. Weroniki nie było już od miesiąca, ale liczyłam, że przyjedzie na Wielkanoc. Chłopcy dawali radę w szkole, a przynajmniej tak chciałam myśleć. Na szczęście matura dopiero za rok, mam trochę czasu na wzięcie ich w karby po wakacjach, stwierdziłam.

Łapałam się na tym, że projekt zaczyna mnie wciągać. Ogranicza czas na myślenie. Żyłam jak w transie. Nawet Lucyna robiła mi wymówki, kiedy po raz kolejny odmówiłam spotkania.

W pracy również przyśpieszyło. Poczułam dawno niespotykaną werwę i apetyt na życie. Człowiek nigdy nie wie, jaki impuls pogna go do przodu, pokiwałam głową.

– Wiesz, Lucyna, teraz to nawet się cieszę – zwierzyłam się przyjaciółce. – Pourządzam go, bo na szczęście Jerzy do tych spraw się nie wtrąca. Spójrz. – Wyciągnęłam stertę wnętrzarskich czasopism. – Podoba mi się to. – Wskazałam na dizajnerskie zdjęcia rodem ze Skandynawii. – Biała przecierka na suficie, bladoniebieskie ściany, rustykalne kufry, ręcznie wypalana ceramika. Dużo kwiatów. I żadnej marchewki na grządce.

– Tym to się pewnie zajmie Jerzy – wtrąciła.

– Niech mu będzie. A mnie zajmą bukiety w wazonach.

Widziałam, że moja nowa fascynacja nieco dziwi Lucynę, ale nie przestawałam planować.

„Ika, musisz koniecznie przyjechać na święta, będziemy wieszać wiechę”, napisałam do córki. Na enigmatyczną odpowiedź nie zwróciłam uwagi. „Jeśli się uda. Zaprasza nas mama Zorana. Zobaczymy”.

Krótko przed świętami budowlańcy zakończyli stawiać szkielet. Dostali pieniądze i swoje pół litra i odjechali, zostawiając nas samych.

– I co, żono? Jesteś zadowolona? – Jerzy, wsparty na drewnianym koziołku do rąbania drewna, wskazywał ręką na nasze przyszłe salony.

– Rajcują mnie nowe przedsięwzięcia, ale…

Przerwał mi.

– Co tam u Weroniki? Przyjedzie na święta?

– Jeśli nie pojadą do mamy Zorana – odparłam.

– Sądziłem, że szybciej jej przejdzie. Ale jeżeli już muszą być razem, to może sprowadzą nam tutaj wnuki? – Podjął starą śpiewkę.

– A nie uważasz, że nam się też jeszcze coś od życia należy?

– Właśnie o tym mówię.

Szkoda, że nie o tym, jak pięknie wyglądam w kraciastej koszuli i dżinsach, które leżały na moim tyłku jak ulał, pomyślałam. I poszłam pozbierać pałętające się na terenie budowy deski.

– Wracamy do domu – zakomenderowałam, wycierając ręce wyszorowane po całodziennej krzątaninie.

Kątem oka obserwowałam, jak Jerzy obrzuca całość spojrzeniem gospodarza.

Do Warszawy dotarliśmy o zmroku. W kuchni panował bałagan, ale machnęłam nań ręką i przygotowałam sobie kanapkę. Potem była tylko łazienka i komputer, który kusił, by wreszcie odpisać Blażowi.

Poczułam, że jestem w odpowiednim nastroju.

„Blaż, przepraszam, że nie odpisałam wcześniej, ale chyba zdążyłeś mnie już poznać od tej strony – zaczęłam. – Właśnie wróciłam z budowy nowego letniskowego domu. Taki szalony pomysł właśnie realizujemy z Jerzym. On mówi, że to dla naszych wnuków, a zatem i może naszych wspólnych? Weronice i Zoranowi chyba dobrze się układa. Twoje wyznania sprawiły mi ogromną przyjemność i bardzo mnie dowartościowały, ale proszę – nie obdarowuj mnie nimi nigdy więcej. Jerzy ma rację, że teraz powinniśmy się raczej skupić na dzieciach, a nasze miłe doznania sprzed lat pozostawić w łaskawej pamięci.

Nie gniewaj się. W czerwcu zamierzam przyjechać do Dubrownika ze swoją przyjaciółką Lucyną. Chętnie się z Tobą zobaczę.

PS. Bywasz czasami u dzieciaków? Weronika jest dość oszczędna w relacjach. Jak im się powodzi? Napisz, jeśli coś wiesz. Ana”.

Klik i poszło. Ale w głębi duszy zaczęły się rozpychać niedawne słowa Jerzego. „Chodzi ci o zwiedzanie świata? Sama musiałaś wrócić, ale córkę udało ci się wyprawić!”.

Mocne. Czyżby wiedział, czyżby się domyślał, co przytrafiło mi się przed laty? Może. Ale nie ma prawa oskarżać mnie o wypchnięcie Weroniki z domu!

Dobrze, że list już pofrunął, pomyślałam, bo teraz chyba nie zdecydowałabym się na tak kategoryczne słowa.

ROZDZIAŁ 9

WERONIKA

Mama zasypywała mnie telefonami i słała mejla za mejlem. Ja również tęskniłam, ale potrzebowałam trochę czasu na aklimatyzację. Jej monologi i wysłuchiwanie litanii jej obaw, którymi mnie karmiła na przemian z dobrymi radami, ciążyły. O dziwo, mój pobyt na Erasmusie znosiła o wiele lepiej. Teraz doszła do głosu natura matki kwoki. Może gdybyśmy, jak dawniej w Polsce, spotkały się na babskich pogaduszkach w kawiarni, byłabym bardziej skłonna do zwierzeń. Ale odległość sprawiała, że musiałam sobie poradzić z okolicznościami samodzielnie.

A te dawały do myślenia. Zoran wpadł w rytm pisania pracy magisterskiej na przemian z artykułami do „Vjesnika”. Ja, zgodnie z podjętym zobowiązaniem, rozpoczęłam wskazane przez dziekana zajęcia, nie mając pewności ani czy otrzymam stypendium na kolejny rok studiów, ani czy będzie mnie stać na płatne studia zaoczne.

Mama nie musiała o wszystkim wiedzieć. Podobnie jak o niedoskonałej znajomości języka, która tak namieszała, czy o wielu pustych godzinach spędzanych bez Zorana. Słałam do niej wyłącznie dobre wiadomości, licząc na to, że niebawem z przekonaniem napiszę, że mi tu dobrze. Gdy wreszcie wykrzeszę z siebie odrobinę radości z decyzji o pozostaniu w Dubrowniku.

Na szczęście miałam wentyl bezpieczeństwa w osobie Niny, z którą namiętnie korespondowałam. Ona jedyna znała moje dylematy, jak piorunochron łapała wyładowania i przywracała mnie do pionu. Wkrótce jednak i jej przeszła ochota na ciągłe podtrzymywanie mnie na duchu.

„Laska, nie musisz tam siedzieć – błyskawicznie znalazła rozwiązanie. – Przecież możecie przenieść się do Polski”.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ale moja prostolinijna Ninka zasiała nadzieję i wskazała drogę, której do tej pory nie brałam pod uwagę.

„Zoran się nie zgodzi. Nie zna języka i ma pracę w «Vjesniku»”, odpisałam.

„A pytałaś go? Skoro macie być razem, musicie o tym rozmawiać. Twoje zdanie również powinno się liczyć. Działaj”.

Czułam, że czeka mnie niezła przeprawa, do której musiałam się odpowiednio przygotować. Wzorem mamy – najlepiej przy czymś smacznym. Kuchnia nie była moją mocną stroną, ale czego się nie robi przy odpowiedniej motywacji? Czekałam na Zorana z kolacją.

– O! Czemu zawdzięczam takie przyjęcie?

Zaskoczona mina świadczyła o udanej niespodziance. Gorący pocałunek był preludium do równie gorącej zapiekanki z owocami morza, którą niebawem wyjęłam z piekarnika, stawiając obok sałatkę szopską. Świerzbiło mnie, by od razu przystąpić do rzeczy, jednak szósty zmysł podpowiadał, by pozwolić Zoranowi zaspokoić pierwszy głód po całym kolejnym dniu poza domem. Odczekałam zatem, ledwie grzebiąc w talerzu.

– Nie jesz? Spróbuj chociaż, jakie to dobre, zanim spałaszuję całość – zachęcił, posyłając mi rozanielone spojrzenie. – Stało się coś? – Uśmiech ustąpił miejsca grymasowi niepokoju.

 

Nie było na co czekać. Przystąpiłam do akcji.

– Zoran, jest mi ciężko. Myślę o powrocie do Polski.

Z trudem przełknął kęs i starannie oparł sztućce o talerz. Nie spuszczałam z niego wzroku. Wstał, podszedł do mnie i przyklęknął.

– Nie mówisz poważnie, prawda? – zapytał cicho. – Kocham cię.

– Ja ciebie też. – Z braku chusteczki otarłam łzy rękawem. – Pomyślałam, że może wyjedziemy razem…

– Usiądźmy – zaproponował przeniesienie się na tapczan.

Nie miałam zamiaru rozwiązywać sprawy w łóżku, więc odmówiłam.

– Weroniko, chcę tylko porozmawiać.

Pozostałam przy stole.

– Okej – powiedział. – Co się stało?

– A musiało się stać?! – wybuchnęłam. – Ciągle siedzę sama, na zajęciach mi nie idzie, moje dalsze studia stoją pod znakiem zapytania! Oczywiście, Dubrownik jest piękny, a za miesiąc, dwa będzie jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie znam. Ale ja nie potrafię się tu odnaleźć. Tęsknię za Polską, za rodziną. I za tobą, bo wpadasz do domu dopiero wieczorem. Dlaczego nie mielibyśmy zamieszkać w moim kraju? Jesteś zdolny, nauczysz się języka…

Przerwałam, kiedy wstał i stanął przy oknie, odwróciwszy się do mnie plecami. W powietrzu zawis­ła ciężka cisza, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami.

Moment, zanim się odezwał, trwał wieki, a ja w myślach już pakowałam walizki. Jednak to, co usłyszałam, odegnało złe myśli.

– Kochanie, pozwól mi skończyć studia. Wtedy wrócimy do tematu, obiecuję. A teraz powiedz, z czym masz problemy. Spróbujemy temu zaradzić.

Tego wieczoru korepetycje się nie odbyły. Mieliśmy ciekawsze zajęcia. Przepadłam w ramionach Zorana, uszczęśliwiona nadzieją powrotu do rozmowy. A kiedy już zasnął, wyszłam na taras i zaczerpnęłam łyk wyjątkowo jak na marzec ciepłego powietrza ciągnącego znad Adriatyku i zapatrzyłam się na miejskie mury. Trwały statecznie od setek lat, stawiając opór falom i zachwycając turystów. Morze było łagodne, fale delikatnie uderzały o brzeg. Przeniosłam wzrok na Lokrum. Podziwiałam krajobraz, który nie znudzi mi się chyba nigdy, i karciłam się w myślach za szukanie dziury w całym. Trafiłam do raju, a marudziłam.

Postanowiłam wziąć się w garść i z zaciśniętymi zębami pokonać przeszkody. Zoran ma rację, zbyt łat­wo poddałam się tęsknocie za dawnym życiem.

– Jak dobrze jest mieć u boku mądrego faceta! I w dodatku tak przystojnego jak ty – wyszeptałam śpiącemu do ucha i wtuliłam się w jego ramię.

Świat odzyskał kolory.

„Mamo, u mnie wszystko w porządku – przesłałam rano wiadomość. – Wyobraź sobie, że wczoraj przygotowałam dla Zorana zapiekankę z owocami morza. Wyczyścił półmisek. Kocham Was i jestem szczęśliwa. W.”.

Zoran dotrzymał słowa – każdego dnia znajdował czas, by pomagać mi w przygotowaniu się do zajęć. Zaliczałam kolejne kolokwia i coraz lepiej radziłam sobie z chorwackim. Marzec dobiegał końca, mama zapraszała na święta do Polski, a nawet przesłała na lot kilka złotych.

Chciałam dogadać szczegóły z moim chłopakiem. On miał jednak inny pomysł.

– Przepraszam, kochanie, zapomniałem ci powiedzieć, ale moja mama również nas zaprasza. Do Zagrzebia. Chce cię poznać. Bardzo mi zależy…

Nie ciągnęliśmy losów. Z bólem serca odpisałam rodzicom, że mamy inne plany. Skoro jestem z Zoranem, poznanie jego matki to rzecz niezbędna. Z moją spotkam się w czerwcu, kiedy przyjedzie do nas z ciotką Lucyną.

Mama była zawiedziona, ale odmowę zniosła z pokorą. Zapewne absorbowała ją rozpoczęta budowa domu i nie pozwalała na rozpamiętywanie niewygodnych decyzji córki.

Nabrałam wiatru w żagle. Mogłam już porozmawiać z Niną bez wylewania żalów.

„Zoran ostatnio jest super – donosiłam. – Pomaga mi w studiach, kończy magisterkę, pracuje dla gazety. Każdą wolną chwilę spędzamy razem, ostatnio nawet byliśmy na plaży! Słońce daje równo i chyba się trochę opaliłam. Wrodzona skromność nie pozwala mi opisywać, co robimy w łóżku”.

„Chyba pruderyjność, przyjaciółko? My z Filipem (chyba pamiętasz, że mowa o nowym nabytku na roku) też nie próżnujemy. Nie mamy wprawdzie dalmatyńskiego wybrzeża, ale dajemy radę na toruńskim bulwarze. Marzec jest ciepły i zawsze można posiedzieć z butelką piwa za pazuchą, żeby miejscy nie zauważyli. Czasem mi za tobą tęskno, babo. Ale przynajmniej jest do kogo pojechać na wakacje. Na kiedy mnie zapraszasz?”.

Zaczęłam snuć plany. Święta w Zagrzebiu, potem w czerwcu wizyta mamy i ciotki Lucyny, a pod koniec lipca zaproszenie na inaugurację letniska w Stępie. Ninę zabukowałam na sierpień. A gdzie bracia i dziadkowie?, spłoszyłam się. No i tata Zorana, który co miesiąc wspomaga nas okrągłą sumką, choć do tej pory nas nie odwiedził? Byłam ciekawa, czy wie, że ja wiem o romansie z czasów wojny bałkańskiej.

Zoran chyba nie był go świadom. A przynajmniej nie dawał tego po sobie poznać.