Chorwacka przystańTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chorwacka przystań
Chorwacka przystań
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,95  49,56 
Chorwacka przystań
Chorwacka przystań
Audiobook
Czyta Gabriela Jaskuła
29,95  22,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Plaskacz, 2012, 2020

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© fokke baarssen/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8234-565-0

wydanie II poprawione

Warszawa 2020

Wydawca

Pró­szyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Sławkowi – z miłością

Dziękuję całej swojej najbliższej Rodzinie,

z którą wychodzi się zawsze dobrze,

nie tylko na zdjęciu.

To dzięki Waszemu wsparciu i mobilizacji

powstała ta historia.

Szczególnie jednak jestem wdzięczna

moim nieocenionym, zawsze gotowym,

by wysłuchiwać wątpliwości i popędzać

do tworzenia kolejnych rozdziałów –

córce Martusi i synom:

Maciusiowi i Jędrusiowi. Dziękuję Wam.

Anna: Jestem matką.

Weronika: Jestem córką.

Anna: Nie zrobisz tego.

Weronika: Zrobię.

Anna: Ja tego nie zrobiłam i jestem szczęśliwa.

Weronika: Nie jestem tego pewna.

Anna: Ważne, że ja jestem.

Weronika: Fałsz. Nie jesteś.

Anna: A skąd ty możesz o tym wiedzieć?

Weronika: Bo mam oczy.

Anna: Córuś, to błąd. Chcę cię przed nim uchronić.

Weronika: Ja też chciałabym cię uchronić przed twoim błędem, ale nie było mnie jeszcze na świecie.

Anna: Mam doświadczenie. Sprawdziło się to, co założyłam.

Weronika: Nie mam doświadczenia, jestem świeża i odważna. Jestem pewna, że sprawdzi się to, co zakładam.

Anna: Kochałam go, ale już od dawna nie kocham.

Weronika: Kocham go i będę kochać.

Anna: Mam udane życie.

Weronika: Będę miała udane życie.

Anna: No nie wiem…

Weronika: A ja wiem.

POWRÓT

Samolot z Zagrzebia wylądował na Okęciu około wpół do szóstej po południu.

Marcowe muldy zdobiły krawężniki niczym niestaranne szlaczki pierwszoklasistów. Słońcu nie udawało się przebić przez chmury, przedwiosenna szarość ogarniała brunatne, dawno nieremontowane ulice, kładąc na oskubanych kamienicach i zasłanych psimi odchodami skwerach cień pozimowego brudu.

Poczułam lekkie wstrząsy. Może się zwali?, obojętnie przemknęło mi przez myśl. Do świadomości powróciło marzenie, kojąc nerwy przed spotkaniem z Jerzym.

Obiema nogami wciąż tkwię na drugim pięterku zadarskiego domu z zielonymi okiennicami; lewa nie do końca się otwiera, wpuszczając rankiem nieproszone po nieprzespanej nocy promienie słońca. Za oknem Blaż czeka w terenówce, ospały, jakby nie pamiętał, że ma mi pomóc wynieść bagaże. Wychodzę z torbiszczem rzeczy, ciągnąc je do samochodu, Blaż powoli wysiada z auta, otwiera bagażnik i porywa moje bambetle, jakby właśnie przypomniał sobie o zasadach savoir-vivre’u. Wrzuca walizy, nieobecny, wskazując mi miejsce z przodu auta. Jedziemy szybko, cicho, w skupieniu. Skromne chorwackie lotnisko oferuje niewielki parking, na którym ledwie znajdujemy miejsce. Szukam słów pożegnania.

Nie będę go żegnać!, dopada mnie bunt. Przecież zobaczymy się niebawem. Już ja się o to postaram. Przyjadę, nie przeżyję, jeśli stanie się inaczej!

Przed oczami przemyka mi obraz Jerzego na warszawskim lotnisku. Matko, on o niczym nie wie! Czeka na mnie, wymalował mieszkanie…

Blaż spogląda z miną zbitego psa. Cudnie prezentuje się w cywilnej wersji munduru moro, spod którego wystaje kołnierzyk czarnej koszuli. Nic nie jest w stanie pozbawić go męskości i wyglądu macho. Czekam na jakikolwiek jego gest z nadzieją, że mnie szybko pożegna, odepchnie, zostawi w poczekalni lotniska, odejdzie, nie odwracając się za siebie. A ja odprowadzę wzrokiem oddalające się plecy, dźwignę torbę i powoli, patrząc przez ramię, pójdę w kierunku autobusu podwożącego pasażerów do samolotu.

Marzę o takiej scenie, marzę, by Blaż wyzwolił mnie od odpowiedzialności decydowania o naszym losie. Marzę, by się na mnie wściekł, wzgardził mną – za upór, sentymenty, poczucie odpowiedzialności za małżeństwo z Jerzym, za moją decyzję o powrocie do Warszawy.

– Powiedz coś – nie wytrzymuję milczenia.

– Coś – mimo woli wymyka mu się żart. Rozładowuje atmosferę.

– Teraz lepiej. – Łapię oddech. – Nie dołuj mnie, ledwie się trzymam. Napiszę zaraz po przyjeździe. Pisz do mnie na redakcję. I uważaj na siebie. Pamiętaj, że cię kocham.

– Ana. – Przytula mnie mocno. – Ana. Wracaj.

– Witamy na pokładzie samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT – informuje stewardesa o parametrach lotu.

Ludzie zapinają pasy, wiercąc się na fotelach, poprawiają bagaż, łykają tabletki, uspokajają dzieci. Patrzę w przestrzeń, nie znajdując siły na jakikolwiek ruch.

– Proszę zapiąć pasy.

– Tak. – Zdobywam się na wysiłek.

– Czy dobrze się pani czuje? – Stewardesa nachyla się nade mną.

– Oczywiście. – Dajcie mi wszyscy święty spokój!, przelatuje mi przez głowę, ale usta grzecznie odpowiadają: – Dziękuję, wszystko w porządku.

W jak najlepszym, kurwa! Właśnie zostawiam miłość mojego życia, mojego Blaża, jadę do domu, do mojego męża Jerzego, i nie rozumiem dlaczego, ale czuję, że popełniam błąd. I nie mogę mu zapobiec. Co ja robię? Matko, muszę wytrzeć oczy, bo Jerzy zobaczy, że ryczałam! Po mnie zawsze widać. Dlaczego wlazłam do tego głupiego samolotu? Dlaczego wracam do starego i wiadomo jakiego. Dlaczego będę jeść z Jerzym kolację, a później pójdziemy do łóżka? Dlaczego w sobotnie popołudnie przyrządzę kolacyjkę i zaprosimy naszych rodziców, którym opowiem, co się działo w Chorwacji? Nie chcę lądować. Mam nadzieję, że będę latać w przestworzach w nieskończoność, nie pozwalając, by rzeczywistość zagarnęła mnie w objęcia.

Niestety, to niemożliwe. Kobieta w ciąży musi w końcu urodzić, samolot musi osiąść na lotnisku.

Płyta w zasięgu ręki, lusterko też. Wklepuję w policzki krem, próbuję przypudrować twarz, wywracam oczami, by odzyskać świeżość spojrzenia, przeczesuję włosy dłońmi. Wystarczy jeszcze obciągnąć bluzkę, by ułożyła się wzdłuż linii spodni, zarzucić torbę na ramię i z podciągniętym krawatem wyjść z samolotu.

Widzę go z daleka. Stoi z wiechciem tulipanów. Żółte, moje ulubione. A niech to, pamiętał! Nie chciałam, żeby pamiętał. Mógł przynieść mi różowe goździki.

– Nareszcie, Anuś. – Jego słowa sprowadzają mnie na ziemię.

– Cześć, Jurek. – Próbuję udawać radość. – Długo czekałeś?

– Dobrze, że jesteś. Daj torbę, poniosę. Dobrze, że jesteś.

Nie wiem, Jerzy, czy dobrze, że jestem.

Czuję kamień w sercu. Moje ciało lata w przestworzach, nogi kroczą po Okęciu, plecy podparte przez Blaża lekko opadają na miękkie poduszki. Zapadamy w nasz wspólny sen.

ANNA

WRZESIEŃ 1991

Aniu, możesz do mnie podejść? – Szef wetknął głowę we wpółotwarte drzwi. – Jest sprawa.

Był lekko po czterdziestce, miał szpakowate rzednące włosy, a gdy się postarał, całkiem miły uśmiech. Tym razem jednak chyba nie było mu do śmiechu, bo kąciki ust opadały w kierunku brody. Oczy wydawały się zmęczone.

– Siadaj, Anka.

Gdy po chwili zjawiłam się w jego gabinecie, wskazał mi krzesło przed biurkiem. Sam zajął miejsce na blacie.

– Siadaj. Słuchaj i się nie odzywaj. A już na pewno nie podejmuj żadnych decyzji.

Wstrzymałam oddech. Czułam przez skórę, że ze szpitala nici. A może, Matko Boska, coś gorszego? Chce mnie zwolnić? Pracowałam w gazecie od zawsze, sam mnie zatrudnił. Ta dupa Miśka na mnie nagadała? Myśli gnały jak opętane, nie znajdując mety. Tylko kłopoty mi teraz potrzebne!

W ciągu trzech lat dwa poronienia, badań, że ho, ho! Ostatnia szansa w profesorze Douglasie, endokrynologicznej sławie, na którą dostałam namiar od ginekologa prowadzącego mnie od ośmiu lat.

– Proszę pani – powiedział w trakcie kolejnej wizyty. – Nic już w pani przypadku nie mogę zrobić, to poza moimi kompetencjami. Polecę pani mojego starszego kolegę. To Amerykanin, będzie w Warszawie przez miesiąc. Dam pani kontakt do doktora Wziętego, proszę się do niego udać i za jego pośrednictwem załatwić wizytę u profesora Douglasa. Niech się pani nie martwi. Jest pani młoda, w końcu się uda.

Wzięłam do ręki kartkę z telefonem. Wstałam z krzesła, starannie wsunęłam je pod biurko i wyszłam z gabinetu.

– Dziękuję panu, doktorze – powiedziałam do siebie już na korytarzu, biegnąc do wyjścia, by żadna z pacjentek nie zauważyła moich łez.

Jestem młoda. No nie wiem, trzydzieści jeden lat, osiem lat starań o dziecko… Amerykanin. I co z tego? W Ameryce też są bezpłodne kobiety, którym nie można pomóc. Profesor, doświadczony. A może po prostu stary?

Wyszłam na jesienną deszczową ulicę. Spadające liście przylepiały się do butów, popędzana wiatrem mżawka ścierała łzy z policzków. Zapomniałam, gdzie zaparkowałam samochód. Nie chciałam, by Jerzy jechał ze mną. Instynktownie czułam, że potrzebuję czasu w wieczornych korkach, by uporać się z kolejną złą wiadomością.

Douglas, myślałam. Nadzieja. Kolejna?, pokonywał ją rozsądek. Tak, kolejna, odpowiadała. Tylko się trzymaj! Jesteś młoda, powiedział doktor. Nie poddawaj się!

 

Wzięty przyjął mnie miło, zainkasował, umówił na spotkanie. Jerzego przepełniał optymizm. Wspierał mnie, jak mógł, ale czułam, że jego działań nie determinuje chęć posiadania dziecka.

– Kochanie, będzie dobrze. Pójdziesz do tego Amerykanina…

– Douglasa – przypomniałam.

– Tak, Douglasa, i on ci coś poradzi.

– Chyba nam? – uniosłam się, zniecierpliwiona.

– Oczywiście, że nam, kochanie.

– Anka, jesteś tutaj? – Stary stuknął nogą w stół. – Co się tak zamyśliłaś? Puk, puk, wracaj do żywych.

– Co miałeś mi do powiedzenia? – Wysiliłam się na inteligentne zagajenie, przywołując się do porządku.

– Powtórzę. Nic nie mów, słuchaj i nie odmawiaj, zanim się nie zastanowisz.

Zamknęłam się, nadstawiłam uszu i przestałam myśleć. Wyduś to z siebie!, ponagliłam się w myśli.

– Ha! Ale cię nabrałem! Już myślałem, że będę musiał wzywać karetkę. Jest robota! – Naczelny z zadowoleniem rozwarł ramiona. – Mam dla ciebie wspaniałą propozycję. Pojedziesz do Chorwacji jako korespondent wojenny.

– Kiedy?

– Za kilka dni. Gdy tylko zdążysz spakować walizkę. – Uśmiechnął się szeroko.

– Ale ja nie mogę… – wyszeptałam.

– Co to znaczy „nie mogę”? – nachmurzył się. – No dobrze, rozumiem, wojna, niebezpieczeństwo jakieś jest, ale sądziłem, że to temat dla ciebie! Anka, jesteś najlepsza. Kogo mam tam posłać? Miśkę?

Wiedział, stary skurczybyk, jak mnie podejść!

Miśkę? No, na pewno!, pomyślałam. Głupią siusiumajtkę! Niech sobie zdobywa ostrogi w gazecie ile wlezie! I tak nic z tego nie będzie.

Myśli galopowały jak tabun koni, skoczyła adrenalina. Przez głowę przemknął dom, Jerzy, Douglas, wszystkie smutki i niedawne zniechęcenie. Poczułam, że krew krąży szybciej, zwietrzyłam przygodę.

Wziął mnie pod włos.

– Na jak długo, Harry? – zapytałam spokojnie.

– Czy ja jestem Duchem Świętym, żeby ci powiedzieć, jak długo potrwa ta wojna? – Zauważył w moich oczach pytanie, zreflektował się. – No, na razie na trzy miesiące – dodał. – Pasuje? Nic nie mów. Powiesz mi jutro.

Z redakcji wybiegłam jak na skrzydłach. Jadę! Do licha ze wszystkim, jadę! Matko, przecież ja jeszcze nigdzie nie byłam! Pamiętam przekraczanie z rodzicami czechosłowackiej granicy w Libercu. Co to było za przeżycie! Zagranica, inny język, nobilitacja. Za rok wypuściliśmy się na wczasy do Warnemünde w ramach dobrych stosunków ze wschodnimi Niemcami. Mamie, jako nauczycielce, udało się załapać na związkowe wczasy. Z kolei w osiemdziesiątym pierwszym odwilż. Niemcy wpuścili Polaków na saksy, a potem halt!, delegalizacja „Solidarności” i znowu siedzimy, drodzy panowie i panie, na własnych śmieciach. Kto wyjechał, to jego, cała reszta utkwiła bez prawa wyboru. A tu taka okazja!

Gdy dotarłam do domu, decyzję miałam już za sobą.

– Jurek! Jadę do Chorwacji! – zawołałam od progu.

– Gdzie?! – Nie dosłyszał. Telewizor zagłuszał mój głos.

– Stary zaproponował mi wyjazd do Chorwacji! Potrzebują korespondenta!

– Chyba żartujesz! Nie pozwalam! – oburzył się mój mąż. – Ty nie wiesz, co tam się dzieje! Mowy nie ma!

– Nie mów tak. Może do końca nie wiem, ale się dowiem. Jureczku, dam sobie radę. I ty też, prawda? – Zalotnie spojrzałam mu w oczy.

– Porozmawiajmy. – Jerzy poważnie podszedł do tematu. – Nawet się nie orientujesz, jakie to niebezpieczne. – Gdy zauważył, że decyzja została podjęta, postanowił wytoczyć najcięższe armaty. – A profesor Douglas?

– Misiu, nie przepadnie. On tu będzie jeszcze nie raz. A poza wszystkim jesteśmy młodzi, nie ma się o co martwić.

Złożył broń.

Długo rozmawialiśmy tej nocy. Skończyło się na tym, że trzeba mi przygotować odpowiedni ekwipunek i nie rezygnować z okazji. Aha, i mam na siebie uważać.

ANNA

WRZESIEŃ 1991

Następnego dnia, tuż po kolegium redakcyjnym pomknęłam do szefa obwieścić swoją decyzję. Harry nie wydawał się zaskoczony. Szczwanemu lisowi wystarczył rzut oka, by zyskać pewność, że zasiane ziarno nadziei na przygodę padło na podatny grunt. Milczał, pozwalając mi wygłosić przygotowaną kwestię.

– Zdecydowałam się, szefie. Pogadaliśmy z Jurkiem, jadę.

– Nie wątpiłem, że tak się stanie. – Starał się ukryć uśmiech. – Słuchaj, od lipca siedzi tam Julek. Wysłaliśmy go po pierwszych starciach w okolicach Vukovaru, miesiąc po tym, jak Chorwacja i Słowenia proklamowały niepodległość. On obskakuje Kraj­inę i okolice Zagrzebia, jednym słowem, północny wschód kraju. Ciebie chcę posłać na wybrzeże. Porty są bardzo ważne. Spodziewamy się, że z czasem może nastąpić ich blokada. Jeżeli nasza prognoza się nie sprawdzi, wesprzesz Julka. Polecisz do Zagrzebia, jeszcze nie wiemy, jaką trasą, a potem do Zadaru. – Przeszedł do konkretów. – Tam się ulokujesz. Skontaktowaliśmy się z kolegami z „Zadarskiego Listu”, pomoże ci też Julek. Ale prawda jest taka, że musisz sobie radzić. Na wojnie nikt nikogo nie niańczy. Zrozumiano?

– Tak jest. Co mam robić?

– Codzienne depesze, jeśli będzie się coś dziać, i reportaże na ważne tematy. Dam ci kontakty do ludzi. Na miejscu znajdziesz sobie własne.

– Dobra, Harry. Ale muszę ci się do czegoś przyznać…

– Wiem. – Nie pozwolił mi dokończyć. – Dlatego postanowiłem, że teraz nie będziesz pisać, a zamienisz się w pilną studentkę. Leć do archiwum i dowiedz się o sytuacji na Bałkanach. Poczytaj nasze artykuły, popatrz na publicystykę konkurencji. I bez kompleksów. Po przyjeździe załapiesz klimaty.

– Dzięki za zaufanie. Postaram się.

– Gdybym wątpił, nigdy bym cię nie wysłał. – Mój szef wreszcie się uśmiechnął. – Tylko mi tam nie zostań! – Pogroził palcem na pożegnanie.

Jak bumerang powróciły studenckie czasy – wizyty w bibliotece, książki, gazety, notatki, fiszki, czytanie, notowanie, przyswajanie. Dawniej nie potrzebowałam dużo czasu, by ogarnąć wiedzę do egzaminu. Tydzień wystarczał na wykucie kilku podręczników i otrzymanie niezłej oceny. Grunt to motywacja i krótki termin. Harry przekazał mi prosty komunikat: w każdej chwili możesz się spodziewać biletu do Zagrzebia, nie zmarnuj czasu. Nie marnowałam zatem. Zabrałam się do czytania gazet, relacji z Jugosławii, reportaży. Nie było ich zbyt wiele i dotyczyły na ogół pojedynczych zdarzeń. Brakowało opracowań ogólniejszej natury. Julek, jedyny człowiek w temacie, siedział na miejscu, poza moim zasięgiem. Grzebałam w artykułach o Jugosławii za rządów Tity, które kojarzyłam z opowiadań znajomych rodziców spędzających tam wczasy. Przypomniałam sobie relacje kolegów wyjeżdżających na saksy do RFN w osiemdziesiątym pierwszym, o Jugosłowianach tam pracujących, a nawet prowadzących firmy, i za zarobione pieniądze budujących w ojczyźnie pokaźne domy. Dlaczego nagle na Półwyspie Bałkańskim miała wybuchnąć wojna?

Lata osiemdziesiąte mogłam sobie odpuścić – w prasie dominowały jedyne słuszne poglądy rządzącej partii. Choć miało to i dobre strony, bo zawęziło obszar poszukiwań do lat dziewięćdziesiątych. Po godzinach wertowania miałam już pewne pojęcie. Rozpad systemu socjalistycznego dotknął też tamte tereny, ale przecież Jugosławia zawsze kroczyła własną drogą i jej zależność od Moskwy była znacznie mniejsza niż innych krajów. Jej otwarcie się na mechanizmy rynkowe sprawiło, że ludzie żyli coraz lepiej, a państwo się bogaciło. Jugosłowianie nie mieli kłopotów z uzyskaniem wizy, na przykład do Niemiec, z czego skrzętnie korzystali, jeżdżąc tam po marki. Rządy Broz – Tity budowały w nich poczucie odrębności i od Wschodu, i od Zachodu.

Problemy zaczęły się po śmierci charyzmatycznego prezydenta, gdy wprowadzono system kolektywnego kierownictwa, zgodnie z którym co rok miał się zmieniać człowiek na najwyższym stanowisku w państwie. Jak się można domyślać, rozwiązanie okazało się nieefektywne i doprowadziło do pogłębienia się różnic pomiędzy sześcioma republikami. W Słowenii poziom życia zbliżał się do austriackiego czy włoskiego, w Kosowie panowały bieda i bezrobocie. Nie po drodze było także prawosławnym Serbom, katolickim Chorwatom i muzułmańskim Bośniakom. Gdy na czele federacji stanął Slobodan Milošević, Serb preferujący własny naród, wystarczyło już tylko podpalić lont. Chorwaci w majowym referendum opowiedzieli się za niepodległością swojej republiki, a kiedy dołączyli do nich Słoweńcy, rozpoczęła się regularna wojna.

Wiedziałam już, o co się biją. Reszty powinnam się dowiedzieć na miejscu.

– Widzę, że połknęłaś przynętę. – Jurek nie miał już siły do mojej gorliwości. – Miałem jeszcze nadzieję, że się zniechęcisz, ale widzę, że płonną.

– Wiesz co? Jugosłowiańska marynarka wojenna zbliża się do chorwackich portów. Chyba wyjadę w najbliższych dniach. Harry załatwia bilet na samolot. Jurek, jestem już spakowana.

– Będę się bał o ciebie każdego dnia. Obiecaj, że zachowasz ostrożność. – Przytulił mnie mocno.

– Wiesz, ilu tam jest dziennikarzy? Słyszałeś, żeby któremuś się coś stało? – odparłam pewnym głosem, chociaż nie była to prawda. Ale co tam! Mnie nic się nie stanie. Po co Jurek ma się zamartwiać? Jeszcze nie zgodzi się na wyjazd.

Na kolację zadowoliłam się kanapką i powróciłam do gazet. Jurek szedł spać. Skinęłam mu ręką na pożegnanie.

Z politowaniem pokręcił głową.

ANNA

WRZESIEŃ 1991

Jugosłowiańska marynarka wojenna zablokowała wszystkie chorwackie porty. Julek nadał newsa. Jutro wrzucamy go na jedynkę – poinformował mnie Harry bez zbędnych wstępów przez telefon, gdy zamierzałam położyć się spać. – Federalni blokują wjazd do Zadaru. Anka, szykuj się.

– Jestem gotowa.

Jugosłowiańska Armia Federalna, broniąca tak naprawdę serbskich interesów, ostrzeliwała dwa chorwackie miasta: Vukovar i Osijek. Julek na bieżąco relacjonował przebieg walk. Czytając jego doniesienia, próbowałam wyobrazić sobie realia, w jakich przyjdzie mi żyć.

– Poczekamy na kolejny rozejm między Chorwatami i Serbami. Wtedy pojedziesz – kontynuował Harry – żeby wślizgnąć się do Zadaru bez ryzyka. To może nastąpić w każdej chwili.

– Dobra, jestem gotowa – powtórzyłam. – Co z biletem na samolot?

– Jeśli nie polecisz LOT-em, znajdziemy inne rozwiązanie. Tym się nie martw. Do jutra, wyśpij się dobrze.

Nawet o tym nie myślałam. Na podłodze leżały sterty nieprzeczytanych jeszcze gazet i czasopism. Wzięłam się do roboty. Poczułam przedegzaminacyjne emocje i konieczność maksymalnej koncentracji.

– Nie za dużo tej pracy? Nie wybierasz się do łóżka? – Jerzy skierował się do łazienki.

– Idź, idź, ja jeszcze posiedzę. Jestem kompletnie zielona. Nie czekaj na mnie.

– Jak chcesz. Tylko nie siedź zbyt długo.

Nie patrzyłam, czy wzruszył ramionami, czy się do mnie uśmiechnął. Porwałam notatnik, by na własny użytek spisać informacje o ostatnich wydarzeniach na półwyspie. Gdy w sypialni zgasło światło, zrobiłam sobie kawę i zaczęłam zapełniać treścią stosik kartek w kratkę.

Warszawa powoli budziła się do życia.

Wyszłam na balkon, by zapalić ostatniego tej nocy papierosa. Trzeba się położyć i oddalić od siebie na kilka godzin nie do końca realne obrazy bałkańskiej wojny, które niebawem będę oglądać z bliska, pomyślałam, kontemplując chłodny wrześniowy poranek. Wróciłam do łazienki, ale usunęłam jedynie cień z powiek i wyszorowałam zęby. Wsunęłam się pod kołdrę obok śpiącego spokojnie Jerzego.

Sen nie kazał na siebie długo czekać.