Bezpieczny port

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Akurat zapinałam torbę, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Serce mi skoczyło, myśli pofrunęły ku Wiktorowi. Z nadzieją, że zmienił zdanie i zaraz ujrzę go w progu, pobiegłam do przedpokoju.

Za drzwiami zobaczyłam obcego mężczyznę z bukietem czerwonych róż.

– Pani Wanda Zarębska? – zapytał, odczytując z kartki moje nazwisko.

– Tak, to ja.

– Mam dla pani przesyłkę. Proszę pokwitować.

Drżącą ręką złożyłam podpis, zamknęłam drzwi.

– „Dziękuję Ci za wspólny rok i życzę wszystkiego dobrego. Żegnam. Wiktor” – odczytałam półgłosem dedykację. – Ja tobie też – wyszeptałam z ciężkim sercem.

Oto życie wymierzyło mi kolejnego kopniaka.

Rozdział 12

Umieściłam kwiaty w największym wazonie, jaki miałam, a bilecik w szufladzie. Nie chciałam, żeby wylądował w koszu. Na lepsze czasy! – pomyślałam.

Następnego dnia nie miałam siły wstać z pościeli, ale jak każdy, kto ma pod opieką dziecko, zwlokłam się z łóżka zmobilizowana codziennymi obowiązkami.

Pola wstała z pytaniem, kiedy wreszcie zorganizuję jej urodzinowe przyjęcie. I nic dziwnego – dziecięca cierpliwość, naciągnięta przez ostatnie wydarzenia jak struna, była na wyczerpaniu. Na szczęście obiecana sobota pełna wrażeń zbliżała się wielkimi krokami.

– Kochanie, jeszcze tydzień pochodzisz do przedszkola, a później już twoje święto. Przyjadą ciocie, wujkowie, Kajtek i Gucio, Kostek. Przywiozą ci prezenty – roztoczyłam nadzwyczaj przyjemną wizję.

– A kupisz baloniki?

– Baloniki, girlandy, papierowe lampiony. Wszystko, co zechcesz – obiecałam. – Będzie smaczny tort, zdmuchiwanie świeczek. Przygotujemy zabawy dla dzieci.

– A będę mogła zaprosić Hanię, Krzysia i Dawida? – dopytywała moja wnuczka.

– Oczywiście, kochanie. W sobotę spotkamy się z rodziną i ciocią Mirką, a w niedzielę z twoimi koleżankami i kolegami. Jesteś zadowolona?

Podniecona Pola drogę do przedszkola pokonała niemal biegiem, nie mogąc się doczekać, kiedy obwieści dzieciakom wspaniałą nowinę. Ja zadbałam, by przekazać ją również rodzicom. Spodziewali się, że zorganizuję kinderbal w Fabryczce, niestety musiałam ich rozczarować.

– Chwilowo jest nieczynna – poinformowałam ze ściśniętym sercem. – Ale może następnym razem…

Restauracja spędzała mi sen z powiek.

Analizowałam każdą chwilę po pamiętnym ostatnim dniu z Wiktorem. Nie byliśmy już wspólnikami, ale postanowiliśmy wręczyć Paulinie wypowiedzenie oboje.

Siedziała i popłakiwała, przypatrując się nam z niedowierzaniem.

– Może to jednak tylko na jakiś czas? – próbowała wyprosić zmianę decyzji.

– Teraz wszystko zależy od pani Wandy – odparł Wiktor, umywając ręce. – Dalsze kwestie omawiajcie beze mnie.

Nie chciałam dawać dziewczynie złudnej nadziei.

– Szukaj pracy, kochanie, i nie czekaj na mój telefon – powiedziałam. – Ale jeżeli jednak postanowię wznowić działalność, a ty będziesz wolna, na pewno cię zatrudnię.

Złożyłam tę obietnicę z pełnym przekonaniem. W minionym roku nasza pracownica dużo się nauczyła i nabrała ogłady. Szkoda mi było tego łabędzia, w którego przeobraziła się z brzydkiego kaczątka.

Opuściliśmy z Wiktorem Fabryczkę po obgadaniu spraw formalnych. Omówiliśmy kwestię jego udziałów, przekazał mi kontakt do człowieka zainteresowanego zakupem pieca do pizzy i innych urządzeń kuchennych. Podał mi numer konta, ale powstrzymał się od ujawnienia adresu w Montepulciano.

Zrozumiałam, że nie życzy sobie jakichkolwiek prywatnych kontaktów.

– Zamknij, proszę. – Uśmiechnął się, ważąc w dłoni pokaźny pęk wyciągniętych z kieszeni kluczy.

Zawahałam się przez moment. Bez słowa zerknęłam na ozdobny zamek przy pomalowanych przez Gigę na turkusowo drzwiach.

Klimatem miały nawiązywać do Toskanii.

– Ty zamknij – poprosiłam.

Przekręcił klucz, przekazując mi w ten sposób symbolicznie berło władzy nad lokalem.

Szliśmy jeszcze przez chwilę razem. Pożegnaliśmy się dopiero na rogu Rybackiej i Rynku.

– Życzę ci powodzenia, Wanda. Do widzenia – Wiktor pierwszy przerwał milczenie.

– Ja tobie również. Może odwiedzę cię kiedyś w Toskanii. – Zdobyłam się na uśmiech.

– Zapraszam – odparł.

Pochylił się i pocałował mnie w rękę, po czym odszedł szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.

Pewnie róże, które mi przysłał, są na otarcie łez, pokiwałam smutno głową. Wciąż stoją w wazonie, przypominając mi chwile, o których powinnam zapomnieć.

Gdy wróciłam z przedszkola, wyrzuciłam bukiet do kosza.

– Dobrze wam tak! – gadałam pod nosem, wściekła, że kwiaty wyglądają jak świeżo ścięte, choć przecież powinny zwiesić główki już dawno temu. – Nie chcę was już dłużej oglądać! – Upychałam łodygi ręką. – Auć! Cholera! Jeszcze jeden kolec! – Poczułam dotkliwy ból w palcu. – I tego twojego bileciku również nie mam zamiaru trzymać! – Krwawiącą dłonią zamaszyście otwierałam kolejne szuflady w poszukiwaniu bileciku z dedykacją, ale zniknął, jakby go diabeł przykrył ogonem.

Musiałam przerwać przetrząsanie komody, by odnaleźć pęsetę. Kolec tkwił głęboko. W miejscu, w które się wbił, czułam nieprzyjemne pulsowanie.

Po domowym zabiegu chirurgicznym odpaliłam auto i udałam się do Torunia, bo obiecałam Asi, że zajmę się dziećmi. Moja córka musiała zastąpić na egzaminie koleżankę i przypilnować studentów.

– Jestem! – Wpadłam w ostatniej chwili. – Przepraszam, ale miałam drobny wypadek z kolcem od róży. A poza tym droga dość śliska…

Joasia, już ubrana, czekała na mnie w przedpokoju, nerwowo zerkając na zegarek. Machnęła ręką na moje tłumaczenia.

– Przed spacerem daj im po butelce kaszy, a potem zupę warzywną, która stoi w seledynowym garnku w lodówce. Będę po pierwszej! – zawołała już ze schodów, posłała synom buziaka i tyle ją widziałam.

– Mogłabyś się nie spóźniać – usłyszałam niezadowolony głos mamy.

Na kolejną próbę tłumaczenia tylko pokiwała głową.

Odetchnęłam, dopiero kiedy znaleźliśmy się z Kajtkiem i Guciem na dworze. Na szczęście chłopców mało obchodziły utarczki dorosłych – grzecznie pozwolili usadzić się w bliźniaczym wózku i teraz kontemplowali otoczenie. Najpierw na każdego przebiegającego kota i przejeżdżający samochód reagowali aktywnie, potem coraz słabiej, by w końcu pod aulą uniwersytecką odpłynąć w objęcia Morfeusza.

Wjechałam do lasku, zaklinając wrony, by nie krzyczały zbyt głośno i nie obudziły moich wnuków. Od czasu do czasu mijał mnie jakiś wyjątkowo namiętny amator cyklista, który powoził swoim pojazdem, nie zważając na grymaśną lutową pogodę. Spotkałam grupkę rozgadanych studentek, a także inną babcię, podobnie jak ja realizującą właśnie codzienny spacer z dzieckiem, i skrzywiłam się na właściciela psa, który zachęcał swojego pupila do aportowania i pokazywał mu wiewiórki. Gdyby zwierzak zareagował szczekaniem, miałabym kłopot. Kiedy jeden z bliźniaków otwierał oczy, natychmiast robił to drugi i obaj zaczynali domagać się wolności i biegania po lesie. A że dopilnowanie takiego podwójnego żywiołu było nie lada wyzwaniem, spacer zazwyczaj kończył się przed czasem, w domu.

Najwyraźniej jednak miałam szczęśliwy dzień, bo „przespałam” chłopców całe dwie godziny i dowiozłam z powrotem w dobrej formie. Asia jeszcze nie wróciła, za to mama czekała z podgrzaną zupą.

– O, jakie dzieciątka wymrożone i wyspane! Jakie mają czerwone buzie! – zapiała na widok prawnuków. – Nie za długo z nimi byłaś? – usłyszałam nutę wyrzutu.

Zignorowałam ten ton i przystąpiłam do wysupływania maluchów z kombinezonów. Pozostało usadzić ich na wysokich krzesełkach i nakarmić.

– Ja nakarmię zupką Kajtusia, a babcia Halinka Gucia. Dobrze? – zapytałam pro forma, stawiając przed wnukami po miseczce pomidorówki.

Zdziwiłam się, kiedy Gucio zaprotestował.

– Nie. Baba! – Podał mi łyżeczkę.

Zarządziłam zmianę, wskazując mamie miejsce przy Kajtku.

– W takim razie ja nakarmię Gucia, a babcia Halinka Kajtusia. Jemy! – zakomenderowałam.

Zanim jednak Gucio zdążył przełknąć pierwszą łyżkę zupy, Kajtek uderzył w płacz.

– Baba! Ja baba! – zawołał.

Miska z pomidorówką wylądowała na podłodze.

Podziękowałam Bogu, że siedzimy w kuchni i ucierpiało jedynie pospolite PCV.

Trzeba było zabawić się w mediatora i załagodzić sytuację. Babcię Halinkę chłopcy mieli na co dzień, ja byłam atrakcją. Nic dziwnego, że obaj chcieli być obsłużeni przez gościa.

Dostrzegłam niewyraźną minę mamy, więc poprosiłam o wyrozumiałość.

– Mamuś, posprzątam tę kałużę i poradzę sobie z nimi – obiecałam. – A ty może zrobisz nam kawy?

Wstała bez słowa, wyraźnie niezadowolona z obrotu sytuacji. A kiedy po nakarmieniu chłopaków puściłam ich na podłogę i podarowałam im zestaw klocków Duplo, zwyczajnie na mnie napadła.

– Cieszysz się, że wybrali ciebie?

– Mamo, o czym ty mówisz? Przyjechałam zająć się nimi i właśnie to robię. Przecież ci ich nie zabieram. Zresztą zaraz będziesz miała maluchy dla siebie. Wracam, gdy tylko Asia skończy. A może ja w ogóle powinnam przestać tu bywać, bo chyba cię denerwuję? – Z trudem powstrzymywałam emocje.

Jeszcze tylko tego brakuje, żeby dokładała mi własna matka!

Musiała się zorientować, że przegięła, więc postanowiła poruszyć inny temat. Który, nawiasem mówiąc, wcale nie doprowadził do załagodzenia sytuacji.

– Kasia do mnie dzwoniła – oznajmiła. – Jesteś ciekawa?

Byłam, bo ze mną nie kontaktowała się od świąt, kiedy poinformowała o ciąży. Minęły dwa miesiące, a ta – ostatnio nie potrafiłam o niej myśleć inaczej – nie zdobyła się na choćby jeden telefon. Na jakiekolwiek pytanie o Polę.

 

– Co u niej? – zapytałam, sznurując usta.

– Nie pracuje, bo sklep jednak upadł. I chyba rozstanie się z Klausem.

– Jak to? Przecież będą mieć dziecko?!

Mama wzruszyła ramionami.

– Nie wiadomo, czy to on jest ojcem.

Stałam jak porażona.

– Kolejne maleństwo bez ojca… – wyartykułowałam wreszcie. Drżały mi ręce. – Boże mój, co się z nią dzieje…?

Babcia mojej córki wykazała się spokojem i ogromną wyrozumiałością. Na mój koszt.

– Trzeba jej pomóc – stwierdziła. – Pewnie potrzebuje pieniędzy, a ty będziesz niebawem sprzedawać restaurację.

Mało, że chciało mi się płakać. Miałam ochotę ryczeć. Straciłam Fabryczkę, wciąż nie odżałowałam Wiktora, mam Polę, o której zapomniała jej własna matka, a teraz jeszcze i to!

Z mamą nie warto było dyskutować.

Gdy nieco otrząsnęłam się z szoku, wzięłam kawę i poszłam do chłopców. Wspólnie wybudowaliśmy piękny dworzec i puściliśmy po torach pociągi. Z przyjemnością stwierdziłam, że dzieciaki mnie znają i lubią. I chociaż nie miałam dla nich zbyt wiele czasu, nie straciłam z nimi kontaktu.

– Chodźcie do babci! – zaprosiłam obu na kolana.

Posłuchali, ukochali i ukoili mój podły nastrój.

– Widzę, że dobrze się bawicie. – Do pokoju weszła Asia. Na widok naszej gromadki uśmiechnęła się serdecznie. – Jak fajnie cię widzieć, mamuś, w tak dobrej formie – powiedziała.

Udałam, że łzy, które ocieram, są łzami szczęścia.

Rozdział 13

Z każdym dniem coraz dalsza byłam od myśli o zamknięciu restauracji, lecz także od decyzji, jak nią pokierować. Asi, zbyt zajętej nową pracą na uczelni i opieką nad dziećmi, nie angażowałam w mój problem, Łukasz ostatnio dużo jeździł po Polsce i trudno mu było wygospodarować czas na odwiedziny w Chełmnie. Mirka, jak twierdziła, nie znała się na sprawach biznesowych.

Nieoczekiwaną pomoc okazała mi Giga. Mimo że zawalona robotą w szkole językowej, znalazła wolny dzień i zapowiedziała się z wizytą. Zastała mnie przy obmyślaniu menu na urodziny Poli.

– A jednak meblościanka wciąż stoi – zauważyła na przywitanie, obrzucając znienawidzony przeze mnie mebel zdegustowanym spojrzeniem.

– Jak widzisz. Ostatnio tyle zwaliło mi się na głowę, że musiałam przystopować z remontem. Fajnie, że jesteś. – Pomogłam zdjąć jej płaszcz z wielbłądziej wełny. – Zrobić kawy?

– Myślałam, że pójdziemy do Fabryczki. Skoro mamy o niej rozmawiać, warto pooddychać tamtejszą atmosferą.

– Ale tam jest zimno.

Giga zbagatelizowała ten mało znaczący argument i sięgnęła po płaszcz.

– Chodźmy. Tylko zabierz ze sobą kawę.

Weszłyśmy do opustoszałego wnętrza, w którym temperatura niewiele odbiegała od tej na dworze. Włączyłam kaloryfer olejowy, ustawiłam przy stoliku pod oknem i nie zdejmując okrycia, uruchomiłam ekspres.

– Jak zwykle latte? – zapytałam, sięgając do torby po kartonik z mlekiem.

– Ale tu zimno! – Giga roztarła skostniałe dłonie. – Dziękuję bardzo. – Ujęła w nie gorącą filiżankę z kawą. – I ta przygnębiająca pustka… Siadaj i mów, co zamierzasz.

Pierwszą część polecenia spełniłam niezwłocznie, z drugą miałam problem.

– Nie mam pojęcia, Giga. Jestem kompletnie zagubiona i zdezorientowana. A co ty byś zrobiła na moim miejscu? – Spojrzałam z nadzieją, że moja kuzynka celnym pomysłem i dobrą radą wyratuje mnie z psychicznej niemocy.

Nie przywiozła gotowej recepty. Siedziała w milczeniu, rozglądając się wokół, jakby szukała inspiracji w malowanych przez siebie ścianach.

– Pamiętasz, jak urządzałyśmy to miejsce? – zapytała nostalgicznie. – To były miłe i optymistyczne chwile, a efekt przeszedł wszelkie oczekiwania. Tu jest pięknie!

– Ale nie ma ludzi – zdobyłam się na celną uwagę.

– Wiktor nieźle cię urządził. Po prostu zostawił na lodzie.

– To ja pierwsza spasowałam. – Musiałam wreszcie ujawnić kulisy sytuacji.

Opowiedziałam, jak po porwaniu Poli nie potrafiłam się przełamać i jak po śmierci Ilony on postanowił wyjechać. Wyjaśniłam, że nie rzucił restauracji z dnia na dzień, a ciężko pracował, by wypełnić zobowiązania wobec klientów. A wobec mnie zachował się jak dżentelmen i rozłożył spłatę udziałów na raty.

Giga pozostała nieprzejednana.

– Łaskawca! – zakpiła. – Mógł chociaż znaleźć kucharza na swoje miejsce, a nie zamknąć budę na cztery spusty i wyjechać. Oni wszyscy są jednakowi: nogi za pas i martw się, człowieku! – dodała.

Zamilkła. Błądziła myślami daleko. Domyśliłam się, że wspomina Vittoria.

– Przepraszam, Wanda, nie powinnam cię dołować – odezwała się po chwili. – Sytuacja jest rzeczywiście nietypowa. Miał prawo zrezygnować, szkoda, że twoim kosztem. Wróć, gadam głupoty! Nie przyjechałam tu, żeby zrzędzić, tylko żeby ci pomóc. Pogadajmy o konkretach. Może powinnaś poszukać kucharza? No, chyba że sama zaczniesz gotować?

– Nie dorównam Wiktorowi. I nie mam czasu, Giga. Sama wiesz, że restauracja to dla kucharza drugi dom, w którym przesiaduje od rana do wieczora. Odpada. I chyba nie chcę zatrudniać nikogo ani tym bardziej wchodzić z nim w spółkę. Najlepiej sprzedać to wszystko i mieć święty spokój!

Rozważałyśmy różne opcje, w tym również tę ostatnią.

– A czy ta knajpa należy tylko do ciebie? – usłyszałam znienacka.

– No a do kogo? Przecież odziedziczyłam ją po Ludwiku.

– Do ciebie i dzieci. – Moja kuzynka uzmysłowiła mi oczywisty fakt, o którym zdążyłam zapomnieć. – Zastanów się, czy naprawdę chcesz pozbyć się lokalu, czy znaleźć dla niego lepsze zastosowanie. Sprzedać i wydać pieniądze łatwo, a jeśli jest, wciąż może popracować na ciebie.

Przypomniała mi się rozmowa z Łukaszem po śmierci Ludwika. Kiedy mój syn twierdził, że nie zarobię dobrze na wynajmie.

Wątpliwościami podzieliłam się z Gigą.

– Nawet gdybyś po odliczeniu podatków miała z półtora tysiąca, to zawsze coś. A jeżeli znajdziesz porządnego najemcę, zero problemów. I zachowasz budę na trudniejsze czasy. Sprzedać za bezcen możecie ją w każdej chwili.

Zawróciłam zatem do punktu wyjścia. Może to właś­nie najlepsze rozwiązanie? – pomyślałam. Może i powinnam omówić je z dziećmi, czyli współwłaścicielami, ale zdecydowałam się tego nie robić. Niech dzielą się schedą po mnie i Ludwiku po mojej śmierci, ale teraz pozwolą mi dorobić do emerytury i dołożyć do utrzymania Poli.

– Masz rację, Giga. Potrzebuję pieniędzy na co dzień. A i dom się sypie.

– A Kaśka nie płaci – dopowiedziała.

– Nie płaci.

– A co z ojcem małej? Masz z nim kontakt?

Dotknęła czułej struny, ale było już światełko w tunelu. Kolega Grzegorza, inżynier Kornacki, obiecał przekazać mu mój numer telefonu.

– Może zrewanżuje się tym samym? A może nawet zadzwoni albo napisze – podzieliłam się nadzieją.

Konstruktywna rozmowa z kuzynką postawiła mnie na nogi. Obiecałam sobie, że po urodzinach Poli dam ogłoszenie o najmie lokalu przy rynku. Był w bardzo dobrym stanie, miał świetną lokalizację, ja nie chciałam drogo. Za namową Gigi zrobiłam kilka zdjęć i wybrałam pośrednika w transakcji. Gdy wychodziłyśmy z Fabryczki, umieściłam za szybą pośpiesznie nagryzmolone na kartce zdanie: „Wynajmę lokal”, z numerem telefonu do mnie, i zapomniałam o sprawie.

Ważniejszy był kinderbal.

W sobotę zjechała do Chełmna rodzina. Odstałam dniówkę przy garach, ale zrealizowałam menu od początku do końca. Poleczka dzielnie towarzyszyła mi najpierw w zakupach, potem przy stolnicy, a kiedy się zmęczyła, pozwoliłam odpocząć jej przed telewizorem. A co tam, przecież zbliża się jej święto!

Jako pierwsi zjawili się Giga z Michałem, więc miałam małą z głowy. Z chłopakiem mojej kuzynki zabunkrowała się u siebie; nie wyszli, dopóki do drzwi nie zapukali kolejni goście. Z Gigą zdążyłyśmy w tym czasie rozstawić stół i udekorować salon, w którym teraz wrzało od rozmów. Bo Michał zajął się również chłopcami.

Jak zwykle mama z ciocią Teresą i panią Aldoną, mamą Mirki, zajęły miejsce w kąciku, by „nikomu nie przeszkadzać”. Aśka, uwolniona od synów, gawędziła z Łukaszem i Karoliną, wuj Bruno brylował, nie wchodząc w koterie. A my z Gigą i Mirką dostarczałyśmy na stół kolejne potrawy.

– Widzisz, jak wesoło? Lepiej ci? – szepnęła moja kuzynka z uśmiechem. – Zobaczysz, wszystko się ułoży. A teraz nie rycz, bo trzeba wnieść tort! – Zdyscyplinowała mnie groźną miną.

Zarządziłyśmy zgaszenie światła i wniosłam do salonu tort udekorowany trzema świeczkami. Michał podtrzymywał stojącą na krześle Polę.

– Kochanie, dziś obchodzimy twoje urodziny i zaraz zdmuchniesz świeczki. Pamiętaj, pomyśl życzenie, a na pewno ci się spełni. Pomyślałaś? – upewniłam się, podsuwając bliżej małe arcydzieło sztuki cukierniczej, zamówione w zaprzyjaźnionej kawiarni.

– Taaak! – wykrzyknęła Pola. – Chcę, żeby Michał został moim tatusiem! Fffff…! – dmuchnęła i uśmiechnęła się promiennie.

Po chwili konsternacji rozległy się oklaski. A ja przejęłam wnuczkę z ramion Michała.

– Żebyś nam rosła zdrowa, duża, mądra i szczęśliwa – złożyłam jej życzenia w imieniu wszystkich i zaintonowałam Sto lat.

Kiedy po dniu pełnym wrażeń kładłam Polę do łóżka, usłyszałam pytania, na które nie byłam przygotowana.

– Gdzie jest mój tatuś? I kiedy przyjdzie po mnie do przedszkola?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Rozdział 14

Jeżeli sądziłam, że Polka prześpi się z tematem, grubo się myliłam. Żeby chociaż dała mi kilka dni na zastanowienie się, jak mam wyjaśnić brak ojca w jej życiu, przemyślałabym sprawę. Niestety, musiałam stawić czoło trudnej rozmowie już następnego dnia.

Zagadnęła zaraz po śniadaniu, które pozwoliłam jej zjeść przy oglądaniu bajek.

– Mamusiu, Krzyś przyjdzie dzisiaj z tatą. A gdzie jest mój tatuś? – drążyła.

Wbrew zasadom dydaktyki, które nakazują wyjaśniać dzieciom trudne sprawy, tę spróbowałam zamieść pod dywan. Lub przynajmniej odłożyć na później.

– Kochanie, mam dużo pracy z zorganizowaniem przyjęcia dla ciebie i kolegów, porozmawiamy kiedy indziej, dobrze? Nie dokończyłaś śniadania. – Wskazałam na zalegające na talerzu resztki jajecznicy z pomidorami. – Zjedz szybko, to mi pomożesz. Musimy wypełnić babeczki kremem i malinami i ozdobić czekoladową posypką. Zmieć z talerza, umyj rączki i biegiem do kuchni!

Kuchenne zajęcia pochłonęły Polę całkowicie, pozwalając odepchnąć problem w bliżej nieokreśloną przyszłość. Angażowałam moją wnuczkę w przygotowania do dziecięcej imprezy, jak mogłam, jednocześnie myśląc intensywnie nad wyjawieniem jej prawdy bez skutków dla delikatnej psychiki. Mimo moich dotychczasowych usilnych starań, by wytłumaczyć jej, że mama Kasia mieszka daleko, ale bardzo ją kocha, mimo pokazywania zdjęć i nawiązywania do ich wspólnej przyszłości, Pola pozostawała wobec rodzicielki obojętna. Czasami odnosiłam wrażenie, że jej nie pamięta. Kaśka pozostawała dla swojej córki abstrakcją, podobnie jak ojciec, którego jednak z jakichś względów Pola bardzo chciała poznać.

Zrozumiałam jej oczekiwania i tęsknotę po przyjęciu urodzinowym, które spędziłyśmy w towarzystwie przedszkolnych koleżanek i kolegów oraz ich mam i tatusiów.

Krzyś przyszedł z ojcem, Dawid z obojgiem rodziców. Hanię i kilka innych koleżanek przyprowadziły mamy.

Po wczorajszej imprezie dla rodziny byłam trochę zmęczona, ale wobec małoletnich gości musiałam trzymać fason znacznie bardziej niż przed dorosłymi. Obie z Polą, przystrojone w kolorowe papierowe czapeczki z tęczowym jednorożcem, witałyśmy przybywających.

– To ty, Kinga? – zdziwiłam się na widok mojej byłej uczennicy, która przyprowadziła Olę.

– Jestem w zastępstwie siostry – wyjaśniła. – I bardzo się cieszę, że mogę panią zobaczyć.

– Ja również! Co u ciebie?

Mieszkała i pracowała w Warszawie, latem planowała ślub.

– Z Bartkiem – dodała. – A u pani kolejne dziecko…

Zapamiętałam jej narzeczonego jako niezłego urwisa.

– Tak się złożyło – odparłam.

– A co u Kasi?

Nie udało się uniknąć spodziewanego pytania.

– W porządku. Mieszka w Monachium, pracuje – skłamałam, nie mając ochoty kontynuować dyskusji o młodszej córce.

Na szczęście konieczność ogarnięcia kilkorga rozbrykanych dzieciaków całkowicie pochłonęła dorosłych i wybawiła mnie z niezręcznej sytuacji.

Po trzech godzinach zabawy i ceremonii zdmuchiwania świeczek na torcie pożegnałam gości i starając się nie patrzeć na pobojowisko, zaległam w fotelu, żeby rozprostować nogi. Pola rozsiadła się na dywanie w otoczeniu prezentów.

 

Opatrzność mi sprzyjała. Moja wnuczka całkowicie wsiąkła w świat klocków Duplo, zajęta budową domku dla lalek i rozstawianiem mebelków.

A mnie ogarnęła przyjemna błogość.

Krótkotrwałą drzemkę, w którą musiałam zapaść, przerwał mi dobiegający z poziomu podłogi głosik:

– Zobacz, tu jest pokój dziewczynki, a tu mamy i taty. Mamusiu, gdzie jest mój tatuś?

– Zaczekaj, zrobię sobie kawy i zaraz do ciebie wrócę – odparłam, z trudem podnosząc się z fotela.

Po drodze do kuchni zebrałam na tacę talerzyki i kilka szklanek, ze zgrozą konstatując, że czeka mnie spore sprzątanie. Celowo działałam powoli, licząc, że Pola zarzuci temat pełnej rodziny.

– Może przejrzysz książeczki, które dostałaś? – zawołałam z kuchni, żeby odciągnąć ją od klocków.

Próżna nadzieja. Sięgnęła wprawdzie po inne prezenty, ale nie zdążyłam jeszcze przełknąć pierwszego łyku kawy, a zaczęła pytać od nowa.

Wobec takiej determinacji nie mogłam pozostać obojętna. Westchnęłam.

– Poleczko, są różne rodziny – zagaiłam. – Takie, w których jest mama i tata albo tylko mama. Ciebie wychowuje babcia, bo przecież wiesz, że twoja mamusia mieszka daleko. Mówisz do mnie „mamo”, ale ja tak naprawdę jestem twoją babcią, czyli mamą twojej mamusi. Wiesz o tym, prawda?

– Nie! – odburknęła. – Ty jesteś moją mamą!

– Tak, kochanie. Teraz jestem twoją mamą. – Poddałam się w tej kwestii. – A kiedy wróci twoja prawdziwa mama, może znajdzie się i tata – zaryzykowałam, bo wcale nie byłam pewna, że podążam w dobrym kierunku. – Teraz go nie ma, bo również musiał wyjechać. Ale nam jest przecież dobrze we dwie, prawda? – Przytuliłam mocno moją dziewczynkę.

Spojrzała mi w oczy zupełnie jak dorosły i chwyciła za rękę.

– Chodź. Pobawimy się w dom. – Pociągnęła mnie za sobą na podłogę.

Liczyłam na to, że na jakiś czas udało mi się zaspokoić jej ciekawość, choć sprawa pozostała otwarta.

Wieczorem, kiedy Pola już spała, sięgnęłam po komórkę.

– Tu Wanda Zarębska – przedstawiłam się. – Przepraszam, że niepokoję w niedzielny wieczór, ale chciałam zapytać, kiedy będzie się pan kontaktował z Grzegorzem. Proszę wybaczyć, że naciskam, ale sprawa robi się coraz bardziej paląca.

Odpowiedź bardzo mnie ucieszyła. Inżynier Kornacki wysłał już list do Australii i czekał na odpowiedź.

– W przyszłym tygodniu Grzegorz ma do mnie zadzwonić – dodał. – Jeśli ma pani do niego sprawę niecierpiącą zwłoki, proszę mi powiedzieć, o co chodzi, to przekażę. Może to zmobilizuje go do kontaktu?

Nie uważałam informowania obcego człowieka o rodzinnych sprawach za stosowne, dlatego podziękowałam za grzeczność i poleciłam się jego pamięci.

– Zaczekam – oświadczyłam. – I raz jeszcze przepraszam za zakłócenie niedzielnego wieczoru. Do usłyszenia.

Miły pan inżynier pamiętał. Efektem jego rozmowy z Australią był adres Grzegorza i jego numer telefonu.

Jak na skrzydłach pobiegłam do Mirki, z którą, jeśli nie liczyć naszego spotkania na urodzinach Poli, widziałam się po raz ostatni, gdy wyjeżdżała do Włoch.

– Wchodź, wchodź! – zaprosiła. – Jestem sama, więc nikt nie będzie nam przeszkadzać. – Niemal siłą wciągnęła mnie do domu. – Kostek w szkole, a ja wolna po trzech godzinach lekcji! Mam zdjęcia z Dolomitów, zobaczysz, jak tam pięknie.

Od jej powrotu minęły ponad dwa tygodnie, a nadal była opalona i emanowała radością. Postawiła przede mną cappuccino z ekspresu, który podarował jej Artur, wysypała na paterę słodkości.

– To są biscotti, podwójnie wypiekane ciastka z migdałami, pistacjami i suszonymi owocami. Całkiem dobre, przywiozłam na posmakowanie. A to prezent dla ciebie. – Wyjęła z barku butelkę pinot bianco. – Nie znam się na winach, ale Artur mówi, że te z winorośli z alpejskich wzgórz w dolinie Adygi mają dobry smak. Proszę.

– Może kiedyś wypijemy je razem?

– Na wspólne przyjęcie przygotowaliśmy grappę i likier amaretto. Niebawem, kiedy tylko Artur będzie wolniejszy, zaprosimy cię na kolację. Trzymam włoską szynkę i sery. A to wino jest dla ciebie na chandrę, której oczywiście ci nie życzę, podobnie jak sobie. Bo ja dopiero teraz wiem, że żyję! – Mirka zrobiła wstęp do opowieści.

Słuchałam jak urzeczona, oczami wyobraźni dostrzegając ośnieżone pasma trzytysięczników, niekończące się trasy narciarskie, opalone twarze, schroniska górskie. Oglądałam zdjęcia.

– Nawet już trochę jeżdżę – pochwaliła się Mirka postępami. – Ale co ja ci tu o górach! Przeżyłam miodowy tydzień z moim kochaniem. Artur jest cudowny!

Oby jak najdłużej, pomyślałam z troską.

Moja niepewna mina została wzięta za refleksję nad życiem.

– Ty też jeszcze kiedyś wyjedziesz, Wandziu – powiedziała moja przyjaciółka. – Znajdziesz swojego Artura i będziesz szczęśliwa. Ale co u ciebie? Co z restauracją? Przepraszam, że mówię tylko o sobie.

Cóż ja jej mogłam ciekawego powiedzieć? Dom, wnuczka, Fabryczka czekająca na najemcę, praca Asi, Pola dopytująca o ojca. Przypomniałam sobie, że przyszłam, aby poinformować Mirkę o kontakcie do Grzegorza, ale wobec dobrego nastroju mojej przyjaciółki zrezygnowałam z trudnego tematu.

– O mnie pogadamy później. Teraz cieszmy się twoim szczęściem – odparłam z przepraszającym uśmiechem i sięgnęłam do torebki po telefon, który dzwonił już od pewnego czasu.

Mirka wycofała się dyskretnie do kuchni, obiecawszy na migi jeszcze jedną filiżankę cappuccino.

Ekranik telefonu pokazywał numer Gigi.

– Nie bardzo mogę rozmawiać – powiedziałam. – Stało się coś, że tak rabanisz? – zapytałam. A kiedy usłyszałam odpowiedź, odebrało mi mowę. – Niemożliwe!

– A jednak – zaklinała się Giga. – Naprawdę, widziałam go! Był z tą kobietą w naleśnikarni! Miałam przerwę w pracy, więc poszliśmy z Michałem na obiad. A po chwili kilka stolików dalej usiadł Artur z elegancką kobietą, dokładnie taką, jak mi kiedyś opisywałaś. Jedli, śmiali się. A potem ona pocałowała go na pożegnanie.

– Jesteś pewna, że to on?

– Oczywiście. Odkłonił mi się. I w ogóle nie był skrępowany.

– Czy wy się znacie? – Próbowałam sobie przypomnieć.

– Jasne. Przedstawiłaś nas sobie kiedyś w Chełmnie. Byli z Mirką na zakupach.

Zakończyłam rozmowę i natknęłam się na zatroskane spojrzenie mojej przyjaciółki.

– Wszystko w porządku?

– Tak. Dzwonił pośrednik i prosił o zdjęcia restauracji do ogłoszenia o najmie. Chyba zrezygnuję z kolejnej kawy, Mireczko. Trochę mi się śpieszy – skłamałam, nie wiedząc, gdzie podziać oczy.

– Zbladłaś…

– Ja jestem blada. Nie to co ty, urlopowiczko! – Wysiliłam się na swobodny ton. – Zadzwoń, kiedy znajdziesz chwilę.

Odetchnęłam dopiero na ulicy. A kiedy wróciłam do domu, nabrałam chęci na solidną fizyczną pracę. Żeby odreagować emocje.

Padło na likwidację meblościanki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?