Bezpieczny port

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

W drodze do Torunia debatowałyśmy z Gigą nad sposobem powiadomienia Mirki o moim nieoczekiwanym i dziwnym zetknięciu się z Arturem. Zdecydowanie powinna wiedzieć, że on spotyka się za jej plecami z inną kobietą, a z drugiej strony miała przed sobą długo wyczekiwany wspólny wyjazd.

Moja kuzynka optowała za wersją z opóźnionym zapłonem.

– Możesz jej powiedzieć po powrocie z Dolomitów. Przynajmniej kobieta na spokojnie zobaczy kawałek świata i poszusuje sobie na oślej łączce.

– A potem zimny prysznic i upadek z wysokiego konia – odparowałam. – Można przewidzieć, że Mirka wróci jeszcze bardziej zakochana w uroczym panu adwokacie.

– Moim zdaniem w tym wypadku złe wiadomości lepiej odłożyć. Bo może to tylko koleżanka z pracy? Atrakcyjna pani adwokat, szczęśliwa małżonka jeszcze bardziej atrakcyjnego męża? Oni sobie wszystko wyjaśnią, a ty wyjdziesz na donosicielkę. Podaruj Mirce ten tydzień życia w nieświadomości. No, chyba że gość odwoła wyjazd i sprawa się rypnie.

Każde rozwiązanie było niedobre, a decyzję o ewentualnej rozmowie z przyjaciółką i tak musiałam podjąć sama. Zostawiłam Gizelę w Toruniu i skierowałam się w stronę Chełmna. Przejeżdżając obok domu Mirki, omal nie uległam pokusie, żeby się zatrzymać. Do odebrania Poli z przedszkola pozostawała jeszcze godzina, nic zatem nie stało na przeszkodzie, by porozmawiać o Arturze. Zwolniłam, szukając miejsca do zaparkowania, ale ostatecznie rozmyśliłam się i mocniej przycisnęłam pedał gazu, decydując się szybciej odebrać wnuczkę.

– Mamusia! – powitała mnie radośnie. I natychmiast zapytała o Łukasza i Karolinę.

– Przecież wiesz, że pracują w Toruniu i nie mogą cię codziennie odbierać – wyjaśniłam. – Odwiedzimy dzisiaj ciocię Mirkę, dobrze? – zapytałam wbrew woli, bo tak naprawdę wcale nie zamierzałam tego uczynić.

– I Kostka?

– Kostek wyjechał ze swoją babcią na dwa tygodnie. Ale zostawił akwarium i grę w łapanie rybek, którą tak lubisz. Zagramy?

W drodze powrotnej pożałowałam pochopnej decyzji, ale słowa danego dziecku się nie cofa.

Po odgrzaniu wczorajszego obiadu zaczęłyśmy zbierać się do wyjścia, mimo że o tej porze roku po szesnastej zapadał już zmrok, a mnie opanowało zmęczenie. Ale o poobiedniej drzemce mogłam sobie jedynie pomarzyć. Pola zregenerowała siły na przedszkolnym leżaku, lecz ja miałam perspektywę łóżka dopiero wieczorem.

Łukasz z Karoliną zabawami na śniegu z małą zrobili krecią robotę. Pola nie dała się grzecznie prowadzić. Lepiła śnieżki i angażowała mnie do uczestnictwa w zabawie.

Kiedy już obie przypominałyśmy bałwany, a ona wcale nie zamierzała wyjść z ogrodu, wpadłam na pomysł, żeby odkurzyć sanki. Do tej pory bezśnieżna zima kazała mi zapomnieć o ich istnieniu. Minęła chwila, zanim wydobyłam je z piwnicy i doprowadziłam do stanu używalności. Były czarne od węgla, ale po reanimacji dowiozłam Polę do Mirki.

Przed domem przyjaciółki stał samochód Artura. A on sam pakował bagaże.

– Cześć. Widzę, że nie w porę? – zagadnęłam. – Pewnie zaraz wyjeżdżacie?

Miałam ochotę zrobić w tył zwrot. W obecności pana adwokata nie mogłam przecież dzielić się moimi wątpliwościami.

Artur z uroczym uśmiechem zaprosił mnie do środka. Nie okazywał jakiegokolwiek zażenowania. Anonsując nasze przybycie, zachowywał się tak, jakbyśmy nie widzieli się dzisiaj w Bydgoszczy, choć przecież wymieniliśmy pozdrowienie.

Nie mogłam pojąć, w co on gra.

W salonie Mirka nadzorowała pakowanie.

– Cześć! Wchodźcie, zaraz przygotuję herbatę! – zawołała.

I poprosiła, by Artur nie zapomniał o czerwonej walizce.

– Jeszcze jedna? – zdziwił się. – Nawet tak pakowny bagażnik jak mój niedługo pęknie w szwach! Dziewczyno, zabierasz ze sobą cały dom? – mamrotał z udawanym zniecierpliwieniem. – Widzisz, co ja z nią mam? – zwrócił się do mnie, bezradnie rozkładając ręce.

Zdezorientowana zrobiłam dobrą minę do złej gry. I nawet odetchnęłam, bo o przełożeniu rozmowy z Mirką na temat Artura zdecydowały okoliczności, ja nie musiałam. Moja przyjaciółka tkwiła w oku cyklonu szczęścia, kręcąc się po pokoju jak tanecznica. Kazała nam się rozgościć i brylowała pomiędzy czajnikiem a Arturem, z którym wymieniała kradzione pocałunki.

Kiedy lawina pakowania już zeszła, Mirka przysiadła obok mnie, zagarniając Artura drugim ramieniem.

– To kiedy wyjazd? – zapytałam, siląc się na swobodny ton.

– Jutro świtem-rankiem, koleżanko. Nawet nie wiesz, jaka jestem podniecona! Jedziemy przez Niemcy i Austrię, do Bolzano. Dobrze zapamiętałam, kochanie? – Poszukała potwierdzenia w oczach swojego mężczyzny.

– Dokładnie to do miejscowości Rocca Pietore, niedaleko Bolzano – doprecyzował Artur. – Ładne trasy narciarskie, przepiękne widoki. Jutro około północy powinniśmy dotrzeć na miejsce.

Mirka wyraźnie się zasępiła.

– Artur chce jechać bez przerwy – powiedziała. – A to ponad tysiąc trzysta kilometrów. Wytłumacz mu, że to zły pomysł – zwróciła się do mnie. – Kochanie, powinniśmy zrobić postój na nocleg…

– Mamy tylko tydzień, szkoda czasu na spanie. Mówię Mireczce, że jeśli mnie zastąpi na autostradzie, prześpię się i jakoś dojedziemy wspólnymi siłami.

– Ale ja nigdy nie prowadziłam po autostradzie…

– To bardzo proste. I kiedyś trzeba zacząć – podsumował Artur i zaproponował mi kolejną filiżankę herbaty. Po czym oddalił się w kierunku Poli zajętej układaniem puzzli z rybami.

Niby co innego mogły przedstawiać, skoro należą do Kostka? – pomyślałam.

Zostałyśmy z Mirką same.

Nie bardzo wiedziałam, jak się odezwać, na szczęście mojej przyjaciółce nie zamykała się buzia. Wszystko było piękne i wspaniałe: Kostek z babcią wdychali jod, ona wróciła od fryzjera i manikiurzystki, więc teraz chwaliła się świeżymi pasemkami i hybrydowymi paznokciami. We Włoszech zapowiadała się piękna pogoda, a Mirka ruszała na podbój świata. I w dodatku Artur jest taki kochany!

– Tylko dlaczego ty jesteś taka smutna, Wandziu?

Widać nie potrafiłam z siebie wykrzesać dość entuzjazmu, żeby cieszyć się razem z nią.

– Wszystko okej – bąknęłam. – Po prostu jestem trochę zmęczona. Wcześnie wstajemy, od kiedy Pola chodzi do przedszkola – wymyśliłam wiarygodne tłumaczenie.

– Nie musisz mi mówić. Brakuje ci restauracji?

Nie przyszłam tutaj, żeby rozdrapywać własne rany. Starannie ominęłam temat i powróciłam do planów Mirki i Artura.

– Przepraszam za najście, ale Pola chciała wyjść na spacer, a ja uściskać cię na pożegnanie. Będziemy już iść – powiedziałam. – A ty baw się dobrze. I może nawet naucz się jeździć na nartach.

Chciałam dodać coś o szczęśliwych chwilach w ramionach ukochanego, ale słowa uwięzły mi w gardle.

– Kiedy pogrzeb teściowej Wiktora? – zapytałam jeszcze, wychodząc.

– Pojutrze o jedenastej. Zapal jej świeczkę ode mnie. I od mojej mamy. Znały się dobrze – poprosiła, a ja skinęłam głową.

Zastanawiałam się, czy zadzwonić do Wiktora z kondolencjami, ale ostatecznie zrezygnowałam. Teściowa nigdy nie była mu bliska, a ostatnio choroba Ilony tak go zajmowała, że oddalili się jeszcze bardziej. No i miał na głowie pogrzeb.

W dzień pochówku ostro przymroziło. Pożałowałam, że w zestawie ubrań, które przywiozłam z Bydgoszczy, nie zagościła ciepła puchowa kurtka, na którą szkoda mi było pieniędzy. Westchnęłam ciężko i sięgnęłam po zabunkrowane głęboko w piwnicznej szafie futerko z norek. Niestety nie tak ładne i lekkie jak kożuszek Karoliny, ale przynajmniej czarne. Może i niezbyt efektowne i nadwąt­lone nieco zębem czasu, ale czy ja zamierzam robić na kimkolwiek wrażenie? – pomyślałam. Chcę tylko w ostatnim rzędzie żałobników złożyć kwiaty na grobie.

Przyszłam z wiązanką róż i stanęłam za filarem lewej nawy, uprzejmie odpowiadając skinieniami głowy na powitania zgromadzonych. Zważywszy na wiek zmarłej, nie było ich wielu. Cóż, starzy ludzie nie prowadzą bujnego życia towarzyskiego, ich znajomych można policzyć na palcach, co najwyżej, obu rąk, dumałam. Zastanawiałam się też, czy Ilona będzie w stanie uczestniczyć w ceremonii.

Do chwili, gdy zobaczyłam jej sylwetkę wspartą na ramieniu Wiktora.

Omal jej nie poznałam. Wydawało się, że Ilona zmalała i przygasła. Ginęła w obfitych fałdach zbyt obszernego płaszcza.

Nie patrzyła w moją stronę, ale na wszelki wypadek schowałam się głębiej w cień filara. Zrobiło mi się jej żal, nie pierwszy zresztą raz.

Wiktor szedł wyprostowany wzdłuż rzędów ławek. A kiedy oboje dotarli w okolice ołtarza, zadbał, by jego żona usiadła wygodnie.

Nie widziałam go od kilku tygodni. Wydał mi się zmęczony. Beze mnie musi nieźle harować w restauracji, poczułam wyrzuty sumienia. A teraz jeszcze to!

Może nie powinnam była iść na cmentarz, ale poszłam. Zwłaszcza że od świąt nie byłam u Ludwika, w torebce miałam dla niego znicz, a w duszy chęć porozmawiania z mężem. Nie wiedział jeszcze o porwaniu Poli i jej przedszkolnej karierze ani o Łukaszu i Karolinie, o kłopotach Asi z Danielem, ciąży Kasi.

Zaniedbałam wizyty u niego, ale pogrzeb pani Janiny skłaniał do refleksji.

W pobliżu miejsca pochówku zauważyłam tuję, za którą ukryłam się skwapliwie. Oczywiście Wiktor mnie dostrzegł, wymieniliśmy ukłony, ale przynajmniej nie rzucałam się w oczy Ilonie, choć moje zabiegi w tej materii okazały się zbędne. Stała niewzruszona przy mężu i tępo patrzyła, jak trumna opada w dół.

Kiedy ksiądz dał znak, że pora wrzucić do grobu grudkę ziemi, zapanowało milczenie. Ilona nie była w stanie wykonać żadnego ruchu, poddała się. Wiktor szeptał jej coś do ucha; z gestów odczytałam, że chce ją zabrać do domu. Ale ona zacisnęła dłonie i rozejrzała wokół. Nasze oczy się spotkały. Spodziewałam się piorunów, a dostrzegłam znajomy wzrok nieszczęśliwej kobiety, którą nagle zapragnęłam przytulić, choć całkiem niedawno przysporzyła mi mnóstwa cierpień.

 

Powodowana odruchem zrobiłam krok w jej kierunku, ale Wiktor powstrzymał mnie gestem.

Odeszli.

Położyłam wiązankę róż na grobie pani Janiny, odwiedziłam Ludwika, ale rozmowa z nim nie bardzo się kleiła. Czułam dziwny niepokój, jak się miało niebawem okazać – uzasadniony.

Kilka dni później zadzwoniła Paulina z wiadomością, że Ilona targnęła się na życie.

Rozdział 10

Telefon dzwonił bez końca. Utknął gdzieś pod stertą ubrań, które wyrzuciłam na kanapę z obrzydliwej meblościanki na wysoki połysk, pamiętającej jeszcze lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia. Od chwili, kiedy podjęłam decyzję o remoncie dużego pokoju, nie mogłam patrzeć na grata i postanowiłam nie czekać do wiosny, a usunąć go z pola widzenia natychmiast.

Od kilku godzin walczyłam z zawartością półek i szuflad, co nie było, jak zakładałam, łatwym zadaniem. Nagromadzone przez lata przedmioty przedstawiały wartość sentymentalną. Należało dokonać selekcji, dlatego każda rzecz musiała przejść przez moje ręce. Nie przypuszczałam, że zwykła peerelowska meblościanka, okupiona staniem w kilkumiesięcznej kolejce, potrafi pomieścić tyle drobiazgów.

Przerzucałam od dawna nieużywane sprane obrusy, pamiątki z nielicznych wyjazdów na wczasy pracownicze, wśród których dominowały drewniane kasetki i piórniki z nazwami odwiedzanych miejscowości, tandetne plastikowe stateczki z termometrami. Znalazłam woreczek z nadmorskim piaskiem i kilka muszelek, busolę, zżarte przez mole futrzane kołnierze i całą masę innych skarbów. Większość z nich trafiła do kosza, ale sterta starych łachów wciąż czekała na przejrzenie.

Komórka zabrzęczała w chwili, gdy obracałam w dłoniach świadectwa dzieci ze szkoły podstawowej.

Te Asi i Łukasza wyróżniały się paskami, te Kaśki… niczym.

Powinnam wówczas była wziąć się za nią, westchnęłam ciężko. Ale cóż, jej ojciec wciąż wynajdywał usprawiedliwienia na brak szkolnych sukcesów najmłodszej latorośli, a ja macałam ręką.

Wyrzuty sumienia z tego powodu nie opuściły mnie do tej pory. Nie byłam bez winy.

– I co tak dzwonisz? – zagadałam.

Zarzuciłam refleksję na temat Kasinych świadectw, starając się odkopać namolną komórkę.

– Słucham?

– To ja, pani Wandziu, Paulina. Mam ważną informację… – Dziewczyna się zawahała. – Pani Ilona nie żyje – wypaliła wreszcie.

– Co takiego…? Co się stało?

– Nie wiem. Szef dostał telefon ze szpitala. Zawołał: „Targnęła się na życie!”, powiedział, że wyjeżdża i nie wróci. Zostałam sama z obiadem dla czternastu osób. Postanowiłam pani powiedzieć…

– Zaraz będę! – zdecydowałam.

Rzuciłam wszystko i pognałam do Fabryczki, modląc się w duchu, żeby Ilonę odratowano. Wiktor wspominał mi kiedyś o próbach samobójczych żony, które jednak nie doprowadziły do ostateczności.

– Nic więcej nie wiesz? – spytałam Paulinę, wpadając do restauracji. – Nie żyje?! – Przeraziłam się na widok łez.

– To tylko cebula. Chyba musimy odwołać obiad. Nie dam rady sama…

Zakasałam rękawy i poprosiłam o dyspozycje.

– Pomogę – powiedziałam krótko. – Jakie dziś menu, polskie czy włoskie? – Zajrzałam do garnka, w którym parowała zupa rybna. – Widzę, że włoskie. Ile rodzajów pasty?

– Trzy. Z owocami morza i wędzonymi pomidorami, z grzybami i sosem z zielonych szparagów. I zwykła, z sosem bolońskim.

– O której obiad?

– Za półtorej godziny.

– Damy radę. Idź przygotować stoły, ja zrobię sosy i mięso. Rozmroziłaś krewetki?

Po kilkudziesięciu minutach i podgonieniu roboty mogłyśmy wreszcie porozmawiać. Stoły zostały nakryte świeżymi obrusami, sztućce rozłożone. W kuchni pachniało bazylią i oregano.

Obie byłyśmy roztrzęsione, ale perspektywa przyjęcia grupy gości trzymała nas w ryzach. Paulina dużo gorzej ode mnie znosiła presję. Co chwila pochlipywała, mimo że cebulę pokroiła już dawno.

– Przestań się mazać i powiedz, co wiesz. – Usadziłam ją na stołku przy barze i zaleciłam spokój.

– Już mówiłam… – Rozkleiła się jeszcze bardziej. – Szef odebrał telefon i krzyknął…

– To jeszcze nie oznacza, że Ilona nie żyje! – zirytowałam się. – Skup się, dziewczyno! Może o czymś zapomniałaś?

– Nie. To wszystko. Wybiegł. Zdążył tylko powiedzieć: „Dzisiaj już mnie nie będzie, dokończ obiad”.

Musiał się na mnie bardzo zawieść, skoro nie zadzwonił ani nie kazał pracownicy prosić o pomoc. Spojrzałam na wyświetlacz komórki w nadziei, że zobaczę nieodebrane połączenie, ale nic z tego. Wiktor nie dzwonił. Również skrzynka z wiadomościami była pusta, jeżeli nie liczyć kilku ofert firm sprzedających wszystko i wszystkim.

Przesuwałam palcem po ekranie, bijąc się z myślami, czy nie wybrać numeru wspólnika, lecz ostatecznie zrezygnowałam.

Grupa zjawiła się o wyznaczonej porze. Przywitałam gości z uśmiechem. Wcześniej nakazałam Paulinie, by przemyła oczy i przypudrowała twarz.

– Weź się w garść i nie popłakuj przy ludziach. Po obiedzie zamykamy restaurację, wytrzymaj. Dasz radę? – Zdobyłam się na uśmiech, próbując opanować czające się pod powiekami łzy. – Jeszcze nic nie wiadomo – dodałam Paulinie otuchy. – W końcu w szpitalu psychiatrycznym pacjenci są pilnowani szczególnie… Wszystko będzie dobrze – zaklinałam rzeczywistość.

Niestety, nie było.

Z utęsknieniem czekałam, aż z talerzy gości znikną resztki makaronu, a z filiżanek poobiednia kawa, i będzie można posprzątać. Ale lunch dłużył się niemiłosiernie, jak gdyby nikt nie zamierzał powrócić do pracy.

Kiedy nareszcie usłyszałam szuranie krzeseł odsuwanych od stołów i kroki gości zmierzających do wyjścia, wyszłam, by uprzejmie się pożegnać.

– Było bardzo smacznie i miło – usłyszałam od kobiety, która podpisywała fakturę. – Jesteśmy zdecydowani, by zjeść u państwa również jutro i pojutrze. Jutro pizza, okej? Jeżeli okaże się tak dobra jak pasty, chapeau bas! Będziemy jak dzisiaj, o trzynastej trzydzieści.

Milczałam przerażona, niezdolna do protestu. Tym samym zgodziłam się na warunki, choć wizja wykonania pizzy przyprawiała o zawrót głowy. Prawdę powiedziawszy, w ogóle sobie tego nie wyobrażałam. Nowy piec stał dumnie w kuchni, ale brakowało pizzaiolo.

Pomodliłam się po raz kolejny, by Ilona przeżyła, a Wiktor wrócił do pracy. Pragnęłam tego bardziej niż czegokolwiek na świecie.

Wrócił, kiedy dawno już skończyłyśmy z Pauliną sprzątanie, ja odebrałam Polę, oddałam ją w ręce pani Danki i z powrotem znalazłam się w restauracji. Nie mog­łam przecież siedzieć w domu i przerzucać starych rupieci. Teraz najważniejsi byli Ilona i Wiktor, na którego byłam w stanie czekać wyłącznie w Fabryczce.

Zatelefonowanie do niego nie wchodziło w rachubę.

Pojawił się około siódmej wieczorem. Nie zwróciwszy uwagi ani na mnie, ani na Paulinę, która postanowiła mi towarzyszyć, opadł ciężko na stołek.

– Nalej mi pięćdziesiątkę wódki. – Wyciągnął dłoń w kierunku dziewczyny, która natychmiast stanęła za barem.

Wychylił i poprosił o poprawkę.

– Jeszcze raz to samo. Albo właściwie nie. Daj dwie pięćdziesiątki.

Paulina skwapliwie wykonywała polecenia szefa. Przetarła dwie literatki i nalała do nich wody ognistej.

Siedziałam nieruchomo, zagapiona w plecy Wiktora. Nie śmiałam nic powiedzieć, o nic zapytać. Odruchowo podskoczyłam, kiedy zachwiał się na wysokim krześle, aby zaasekurować go przed upadkiem z wysokości.

– Zostaw mnie! – krzyknął.

Odepchnięta powróciłam na miejsce przy stoliku. Wstrzymałam oddech. Paulina stała bez ruchu, jak mumia. Czekałyśmy.

Po czwartej pięćdziesiątce Wiktor zaczął mówić. Spodziewałam się bełkotliwych dźwięków, tymczasem klarowność wypowiedzi szła w parze z bystrością umysłu.

– Ilona nie żyje – usłyszałyśmy proste zdanie. – Zmarła w szpitalu po zażyciu pudełka środków uspokajających. No co tak patrzycie? Może powiecie, że nareszcie? Choć może i miałybyście rację… Skończyło się jej cierpienie. Zobaczyła dół, do którego złożono trumnę matki, i przypomniała sobie, jak grzebaliśmy naszego synka. Nie mog­łem jej pomóc…! – Wiktor zakrył dłońmi usta. – Może i dobrze, że tak się stało – podjął po chwili. – Mordowała się od śmierci Wojtusia. Nalej jeszcze jeden! – polecił.

Paulina spojrzała na mnie, a ja przytaknęłam skinieniem głowy.

Tkwiliśmy tak we trójkę w pustej restauracji. Bez słowa. Wiktor zaczynał już kiwać się na stołku, ale nie zamierzałam się wtrącać. Ten wieczór należał do niego i jego przeżyć. Mogłam pomóc wyłącznie milczeniem.

– Zostawiła list, w którym wyjaśniła wszystko. Nie potrafiła dłużej żyć z tym nieszczęściem. Jakie życie, taka śmierć – podsumował filozoficznie. I jakby oprzytomniał. – Obsłużyłaś grupę? – zainteresował się.

– Tak, szefie.

– No! Zapowiedzieli się na jutro?

– Oczywiście.

– Czego chcą?

– Zamówili pizzę.

– Będę o jedenastej – odparł.

Wstał z barowego stołka i się zatoczył.

Podtrzymałam go, żeby nie upadł.

– Nie trzeba, Wanda, dam radę – odparł.

Szeroko rozstawił nogi, żeby utrzymać się w pionie, i sięgnął po komórkę, żeby zamówić taksówkę.

Patrzyłam przez okno, jak wsiada do samochodu.

– Paulina, idziemy do domu! – zakomenderowałam, ocierając łzy.

– Niech się pani nie martwi, szef jest w szoku. To straszne, co mu się przydarzyło.

– Masz rację. Do jutra. Będę z samego rana – powiedziałam.

Liczyłam, że wieczorny spacer do domu uspokoi mnie nieco.

Rozdział 11

Ilona nie żyje – wyrzuciłam z siebie na progu smutną wiadomość.

W domu panowała cisza. Pani Danka musiała już położyć Polę spać, bo siedziała samotnie przy kameralnym świetle nocnej lampki.

– To straszne! Co sobie zrobiła? – zapytała.

– Połknęła dużą porcję środków uspokajających. Wiktor zachował szczegóły dla siebie, a ja nie pytałam.

– Jak on się czuje?

– Źle. Mam nadzieję, że bezpiecznie dotrze do domu – odparłam z troską, zagarniając porozrzucane ubrania z powrotem do szafy. – Zachciało mi się remanentu! – parsknęłam ze złością.

Pani Danka przytuliła mnie ostrożnie. Ten serdeczny gest wywołał tłumione łzy.

– Przepraszam, że znów panią przetrzymałam, ale chciałam pobyć przy Wiktorze. Proszę wracać do siebie. – Wysupłałam się z jej objęć, by sięgnąć po portfel.

– Nie trzeba, pani Wandziu – powstrzymała mnie. – To wyjątkowa sytuacja.

– Nie ma mowy. I tak nie wiem, jak mam się odwdzięczyć za pani dyspozycyjność i życzliwość. Mała ładnie zasnęła?

Na szczęście Pola była grzeczna i nie sprawiała problemów.

Tego wieczoru zdobyłam się jedynie na ogarnięcie pokoju, wypiłam podwójną melisę i padłam do łóżka. Ale sen długo nie nadchodził. Myślałam, w jaki sposób pomóc Wiktorowi, choć on nie życzył sobie mojej pomocy.

Następnego dnia stanął w kuchni, przygotował pizzę dla grupy gości. I wyszedł załatwić sprawę pogrzebu.

– Może jednak mogę być przydatna? – zapytałam na do widzenia.

Odmówił, twierdząc, że musi poradzić sobie we włas­nym zakresie. Nie nalegałam, chociaż było mi przykro. Rozumiałam, że to skutek naszego oddalenia się po porwaniu Poli i mojej zapiekłości w kwestii wspólnego prowadzenia restauracji.

Pogrzeb wypadł w najbliższą sobotę.

– Przełożymy trzecie urodziny Poli na kolejny tydzień – poinformowałam bliskich, mimo że zaprosiłam wszystkich już dwa tygodnie wcześniej.

Nie sposób było świętować w takich okolicznościach.

Polę upchnęłam u Gabrysi, która ze zrozumieniem przygarnęła małą, dając mi czas do wieczora.

– Nie ma problemu, Wandziu – zgodziła się natychmiast, gdy poprosiłam ją o przysługę. – Pobawią się z Lenką i z dzieciakami mojej siostry, która przyjeżdża w odwiedziny. Niczym się nie stresuj.

Kupiłam zatem kolejny w tym miesiącu żałobny bukiet. Stosowne czarne futerko z norek ciągle wisiało w przedpokoju. Nie podejrzewałam, że przyda się tak szybko.

Do kościoła ściągnęło dużo ludzi.

Tym razem usiadłam bliżej ołtarza, nie zamierzając chować się za filarem. Na katafalku, zamiast trumny, stała urna z prochami Ilony, obok zdjęcie. Ponieważ kremacja to w Polsce wciąż raczej wyjątek niż reguła, ludzie, zajmując miejsca w ławkach, szeptem wymieniali uwagi. Przypatrywałam się zamyślonej Ilonie na fotografii. Wspominałam miesiące, kiedy zajmowała się Polką. Wydawała mi się wtedy zupełnie normalną, zrównoważoną osobą.

 

Znienacka ogarnęły mnie wątpliwości.

A może nie doszłoby do tej tragedii, gdybym nadal pozwoliła jej przebywać z małą? A jeżeli to ja, odbierając jej Polę, przerwałam proces naturalnej terapii, która być może doprowadziłaby do wyleczenia?

Giga, której kilka dni wcześniej przedstawiłam swój punkt widzenia, zareagowała gwałtownie.

– Czy ty naprawdę za śmierć tej psychicznie chorej kobiety winisz siebie? Chyba sama powinnaś iść do psychiatry! To cud, że nie zrobiła małej żadnej krzywdy, i z tego należy się cieszyć! I wybij sobie z głowy, że miałaś w tym akcie desperacji jakikolwiek udział! – grzmiała. – Czara goryczy napełniała się powolutku od dawna, aż wreszcie się przelała. Przykra rzecz, ale żadna w tym twoja wina.

Ilona spoczęła obok matki. Wystarczyło przesunąć lekko przywiędłe po niedawnym pogrzebie kwiaty i odsunąć płytę.

Wiktor trzymał się wyjątkowo dobrze. Nie należał do mężczyzn, którzy przy obcych okazują uczucia. Tak było i tym razem. Po ceremonii podszedł do mnie i zaprosił na stypę.

– Mam nadzieję, że przyjmiesz zaproszenie? – zapytał. – Przygotowałem skromny poczęstunek.

Garstka gości z przyjemnością próbowała czerwonego barszczu i tradycyjnego polskiego schabowego z zasmażaną kapustą. Przemoczeni żałobnicy, potraktowani marznącą mżawką, rozmawiali cicho, wymieniając uwagi o pogrzebie i zmarłej. Nie znałam w tym gronie prawie nikogo, z wyjątkiem Pauliny, która pomagała podawać do stołu. Mój wspólnik zaprosił dalszą rodzinę żony i kilkoro najbliższych sąsiadów.

Usiadł, dopiero gdy poszli ostatni goście. Milczał, jak podczas całej tej smutnej fety.

– Czy możemy chwilę porozmawiać? – zapytałam po uprzątnięciu naczyń i odesłaniu Pauliny do domu.

– Ja również chciałem cię o to poprosić. Podjąłem pewne decyzje.

Zabrzmiało groźnie.

Spodziewałam się prośby o urlop, być może o pomoc w restauracji. Niestety, postanowienie Wiktora zwaliło mnie z nóg. W głębi duszy liczyłam na ustabilizowanie naszych stosunków i powrocie do stanu sprzed porwania Poli. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo brakowało mi restauracji, i tęskniłam za obecnością wspólnika. Tyle że refleksja przyszła za późno.

– Jakie? – zapytałam z duszą na ramieniu.

– Odchodzę, Wanda. Zobowiązania Fabryczki wynikające z umów z klientami zakończą się w przyszłym tygodniu. Możemy już spokojnie rozwiązać spółkę i oboje będziemy wolni. Rozliczymy aktywa, sprzedamy urządzenia, które kupiliśmy razem, jak choćby piec do pizzy, i tyle. Spłacisz mnie, kiedy będziesz mogła. Nie nalegam na pośpiech. Teraz musisz podjąć decyzję, co dalej z lokalem. Ale to już twoja sprawa.

Pobrzmiewająca w tych słowach nieuchronność sprawiła, że grunt usunął mi się spod nóg.

– A nie mógłbyś się zastanowić nad zmianą zdania? – Próbowałam powstrzymać łzy. – Ja cię bardzo przepraszam…

Gotowa byłam błagać, ale nie wskórałam niczego.

– To nie twoja wina, Wanda. Po prostu muszę wyjechać z Chełmna – powiedział Wiktor z determinacją. – Chociaż miałem inne plany…

– Rozumiem. To miejsce kojarzy ci się z nieszczęściami, to naturalne, że chcesz zapomnieć. Ale może kiedy wyjedziesz, wypoczniesz, zaleczysz rany…

Nie pozwolił mi dokończyć:

– To nie ma wiele wspólnego z Iloną. Przeżyłem jej śmierć, owszem, w końcu była częścią i mojego życia. Swoje niezbyt szczęśliwe postanowiła zakończyć. Ale ja wciąż żyję i pragnę normalnie funkcjonować. Nie widzę tu dla siebie przyszłości. Jestem sam, i w domu, i restauracji… – Zamyślił się.

– Mówiłam, że przepraszam i że chcę wrócić – spróbowałam raz jeszcze.

– Tak będzie lepiej, Wanda.

– Dla kogo…?! – wypaliłam.

– Dla mnie, dla ciebie. Jak się okazało, każde z nas ma swojego mola, który je gryzie, i inne spojrzenie na życie. Ja teraz jadę do Włoch, gdzie mam nadzieję trafić na stare śmieci, ty musisz zostać tutaj. Nie da się tego pogodzić.

– Opowiesz mi o swojej włoskiej przeszłości? – zapytałam.

Robiłam sobie wyrzuty, że przez rok znajomości nie zdążyłam zainteresować się życiem mojego – wciąż jeszcze – wspólnika. Nie próbowałam dowiedzieć się, gdzie szlifował swój kunszt. Tak, obawiałam się, że mnie zbędzie, ale Wiktor połknął haczyk.

– Przez cztery lata mieszkaliśmy z Iloną w Toskanii, w Montepulciano. Wynajmowaliśmy dwa pokoje u przyjaciela Włocha, w którego restauracji pracowałem. Piękne, nieduże, kilkunastotysięczne miasteczko na wzgórzu porośniętym winnicami i gajami oliwnymi… Prowadzi do niego kręta droga, malownicza i stroma. Z wysokości można podziwiać cyprysowe aleje i złociste pola słoneczników. W miasteczku średniowieczna architektura, domy z kamienia, które latem biorą we władanie turyści. O rzut beretem cudowna Siena. Wspaniałe jedzenie, wina, gelaterie… I ta pozytywna energia mieszkańców, która nie ma sobie równych. Ja chcę tam wrócić.

Plastyczny opis Toskanii, którą zawsze chciałam odwiedzić, pobudził moją wyobraźnię. Uśmiechnęłam się do marzeń, ale szybko powróciłam do rzeczywistości.

– Na długo?

– Nie wiem. Najważniejsze, że Luigi trzyma dla mnie miejsce i czeka. Il cuoco Victor znowu będzie robić toskańską pizzę.

– Co to znaczy?

– Szef kuchni Wiktor. – Mój wspólnik zamyślił się, a później spojrzał mi prosto w oczy. – Tym razem to ja przepraszam, że cię zostawiam. Widocznie jest to nam pisane – zakończył.

Zebrał nasze puste filiżanki po kawie i zniknął w kuchni.

Niebawem zniknął również z mojego życia. Ponieważ nie domagał się wiele, stwierdziłam, że po wyprzedaniu urządzeń spokojnie go spłacę. Ale z ostateczną decyzją postanowiłam się wstrzymać i zasięgnąć porady dzieci.

Załatwiliśmy formalności związane z rozwiązaniem spółki i nastały dni, w których nie spotkałam Wiktora. Popołudniami krążyłam z Polą w pobliżu jego domu, licząc na „przypadkowe” spotkanie, ale okna były ciemne. Za którymś razem zastałam na płocie posesji baner z informacją „Na sprzedaż” i numerem pośrednika.

Po rozmowie z sąsiadką Wiktora przepłakałam cały wieczór.

Tamtego dnia wyjątkowo wybrałam się na Chabrową przed południem. Dostrzegłam firanki w oknach, ale na podjeździe nie było samochodu.

– Szuka pani pana Piotrowskiego? – dobiegł mnie głos pani Walusiakowej. Zmieszałam się. – On wyjechał. Pożeg­nał się i wyjechał. Pewnie nie potrafił znieść życia bez żony. Nie ma się co dziwić. Ale szkoda go. To taki dobry człowiek i czasami przynosił coś z restauracji. A do tego postawny, przystojny mężczyzna. Może się podobać.

– Z pewnością – przytaknęłam.

– Znajdzie sobie jeszcze fajną kobietę, do życia i do kochania. Przecież nie jest stary. A restauracja będzie działać?

– Jeszcze nie wiem, pani Walusiakowa – odparłam, przełykając kluchę w gardle. – A kiedy pan Piotrowski wyjechał? – spytałam niby obojętnie.

– A dziś, o wpół do dwunastej – poinformowała mnie skwapliwie. No tak, jak zwykle skrupulatna obserwatorka życia, o czym świadczyła poduszka w oknie, miejsce jej stałego stacjonowania, westchnęłam. – Za dużo nie dostanie za ten dom – dodała z miną znawcy. – Nie remontowali go, chyba nie mieli zamiaru tu pozostać na stałe. Bo i kiedy matka pani Ilony umarła, nie mieli po co zostawać. A już szczególnie teraz. Pan Wiktor obiecał, że wyśle mi pocztówkę, bo chyba za granicę pojechał. Będę mieć dla wnuka.

Pożegnałam się pośpiesznie i ruszyłam do przedszkola. Nie miałam ochoty siedzieć sama w domu, więc postanowiłam, że pojedziemy do Torunia. Ostatnio jakoś nie miałam czasu na odwiedziny u wnuków, Asi i mamy. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu z zabawkami i wybrałam dla chłopców dwa fajne resoraki. Zboczyłam w kierunku cukierni po pachnący cynamonem jabłecznik.

– Tylko do przodu, nie rozklejaj się! – powtarzałam sobie szeptem pod nosem, uśmiechając się na siłę do wszystkich znajomych przechodniów. Ale świadomość, że Wiktor wyjechał na zawsze, ciążyła niczym kamień u szyi topielca.

Na dworze było paskudnie. Nadeszło ocieplenie, puszysty śnieg zniknął, pozostawiając po sobie ślady w postaci zmieszanych z ziemią brudnych muld. W domu było nie lepiej: peerelowska meblościanka wciąż tkwiła na swoim miejscu, a stare, odchodzące w niektórych miejscach od ścian wzorzyste tapety porażały tandetą. Pomyślałam o kawie, ale machnęłam ręką – mimo że wizyta w Toruniu miała potrwać tylko do wieczora, musiałam przygotować dla Poli kilka drobiazgów. Nie mogło zabraknąć jej ulubionego pluszaka, wody w butelce, a dla moich bliskich dwóch słoików marynowanych grzybów od Wiktora.