Zabawki diabłaTekst

Z serii: Domenic Jordan #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabawki diabła
Zabawki diabła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Zabawki diabła
E-book
29 
Szczegóły
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jordan zatrzymał się, palcami przeczesał włosy potargane podczas szybkiego marszu. Stał obok kłującego krzewu jałowca, przed wąskim tunelem. Widział już kawałek dziedzińca. Dzieliło go od niego tylko dwadzieścia kroków w półmroku przez bramę, w której czekał Strażnik Nocy.

Jestem bratem pana na Mandracourt, pomyślał. Powinienem przejść bez trudu. Lecz wcale nie było to takie oczywiste. Od czasu, gdy opuścił rodzinny dom, sporo się tu zmieniło.

Raz jeszcze poprawił zsuwający się z ramienia pasek torby, nabrał w płuca powietrza i zanurkował w półmrok.

Był tam, dokładnie taki, jakim go pamiętał. Ustawiony w niszy po lewej stronie posąg, niewyraźny zarys postaci, którą dawno temu ktoś wyrzeźbił z piaskowca. Nikt już nie pamiętał, czy święty miał jakieś imię. Wszyscy nazywali go po prostu Strażnikiem Nocy, bo kiedyś wierzono, że dawane przez niego zdolności służą stróżom prawa, tym, którzy pilnują, by noc była spokojna. Przydomek pozostał, choć niewiele miał sensu. Strażnika nic nie łączyło z prawem i porządkiem. Ani z Bogiem.

Jordan liczył kroki. Przeszedł już osiem lub dziewięć. Może nawet dziesięć. Tak, z pewnością dziesięć. Dlaczego więc wyjście nie przybliżyło się ani odrobinę? Spojrzał w tył i zobaczył krzak jałowca. Wystarczająco daleko, by mógł uwierzyć, że przez ostatnie sekundy nie stał w miejscu. Odetchnął z ulgą, odwrócił głowę.

Wyjścia nie było. Zamiast niego widział kamienny mur, dokładnie taki sam, jak po prawej i lewej stronie. Obejrzał się. Z tyłu też miał ścianę. Mrok wewnątrz tunelu zgęstniał, kontury posągu zatarły się. Każdy oddech zabierał resztki drogocennego powietrza.

Nie wyjdę stąd. Dlaczego liczyłem, że mi się uda? Nigdy tu nie pasowałem, wciąż powtarzano mi, że podobny jestem nie do ojca, lecz do matki, obcej na tej ziemi…

„Widziałem w twoich oczach diabła. Dzisiaj wyjrzał już trzy razy. Pierwszy raz rano w pracowni, dokładnie o wpół do ósmej. Drugi, gdy mijałeś mnie w korytarzu, kwadrans po dziesiątej. I trzeci przed chwilą”.

Zasłonił twarz dłońmi.

Nazywam się Domenic Jordan i mam prawo tędy przejść, nawet jeśli odziedziczyłem urodę matki, a z moich oczu wygląda diabeł.

Opuścił ręce i ruszył w stronę wyjścia.

Na zewnątrz oślepiło go słońce. Zamrugał, powoli przyzwyczajając się do światła. Zrobił jeden krok, potem następny.

I cofnął nogę.

Czubek buta miał ubrudzony krwią.

Na dziedzińcu rozlewały się wielkie, nieregularne kałuże, różowe, jasnoczerwone i purpurowe. Krew zmieszana w nierównych proporcjach z wodą. Pośrodku stała kobieta w białej sukni, wokół leżały rozrzucone ciała. Nie ludzkie. Psie. Kilkanaście czarnych jak smoła brytanów zastrzelonych albo zarąbanych siekierą. Budząca postrach w całej okolicy sfora Strażnika Nocy. Martwa.

Kobieta dostrzegła Jordana. Powoli odstawiła trzymane w rękach wiadro, wytarła ręce w suknię. Na materiale pozostał czerwony ślad.

Woda, krew, biel sukni. Zupełnie jak nad rzeką w owym dziwnym śnie na jawie.

— Witaj, Alais — powiedział miękko.

Alais, jego kuzynka, a teraz także żona jego brata, nie odpowiedziała. Jej błękitne oczy były szeroko otwarte, jasne włosy naturalnymi lokami opadały na blade czoło i szyję. Przekroczyła trzydziestkę, skórę miała mniej jędrną, rysy ostrzejsze, a w kącikach oczu rysowały się kurze łapki. Świeżość młodzieńczej urody przeminęła, ale ona wciąż była piękna jak dzika róża zerwana z łąki i zasuszona.

Zamrugała. Poznała go, choć nie widzieli się od piętnastu lat. Pomyślał przelotnie, jak dziwnym musi jej się wydawać w swoim modnym i eleganckim, lecz całkowicie czarnym stroju, który przypominał ubiór księdza albo diabła z jasełek.

— Domenic… Nie powinieneś tu wracać…

— Mnie także miło cię widzieć, kuzynko.

Nie uśmiechnęła się. Alais, którą pamiętał z dzieciństwa, nie miała poczucia humoru. A także wielu innych ludzkich cech. Była błogosławiona, rozmawiała z aniołami i czyniła cuda, bo przepełniała ją moc boża.

Potem tamta Alais umarła, a na jej miejsce zjawiła się ta kobieta. Jordan niewiele o niej wiedział.

Wyciągnęła ręce. Gdy podszedł, by ją przywitać, cofnęła się spłoszona.

— Jestem brudna od krwi — wymruczała.

— Co tu się stało?

— Linus zabił o świcie wszystkie psy. Wyprowadzał je jednego po drugim z psiarni, wiązał przy studni i zabijał. Gdy zabrakło mu kul, wziął siekierę. Czuły zapach śmierci, a mimo to żaden nie odważył się zaatakować.

— Dlaczego to zrobił?

Pokręciła głową znużona, postarzała. A także krucha, niewinna i piękna. Alais, która nic nie wiedziała i nie chciała wiedzieć o życiu i śmierci.

— Nie wiem. Próbowałam go powstrzymać, naprawdę próbowałam, ale nie potrafiłam…

— Nikt inny nie zaprotestował?

Patrzyła na niego bez słowa, jakby zdziwiona tym pytaniem.

— Zostaliśmy tu tylko my — odparła po chwili. — Ja, ty i Linus. Zamek jest pusty. Linus, nim pozabijał psy, kazał wszystkim odjechać.

— Podał jakieś powody?

— Nie. Po prostu powiedział, że natychmiast wszyscy mają się wynieść. Pozwolił im zabrać część rzeczy, tyle, ile mogły udźwignąć ich konie. Nawet nie podniósł głosu, ale i tak go posłuchali. Jak zawsze — w jej głosie słychać było zmęczenie. — Odjechali, gdy niebo zaczęło szarzeć. Każdy w swoją stronę.

— A Linus? Gdzie jest teraz?

— Położył się spać.

Odpowiedź zabrzmiała na tyle absurdalnie, że Jordan zastanawiał się przez chwilę, czy aby się nie przesłyszał.

— Chcesz powiedzieć, że mój brat rozpędził swoich kompanów na cztery wiatry, pozabijał wierne psy, po czym zasnął? O świcie? I śpi aż do teraz, choć jest późne popołudnie?

Alais skinęła głową.

— Pytałaś, dlaczego to zrobił?

— Próbowałam. Odepchnął mnie i zamknął się u siebie. Powiedział tylko, żebym pozwoliła mu spać. To… nic aż tak niezwykłego. On nie przepada za słońcem. Zasypia więc rano, a budzi się wieczorem.

Od kiedy to jego brat nie lubił dziennego światła? I dlaczego? Kolejna zagadka, której rozwiązanie bardzo chciał poznać.

— Próbowałaś go budzić?

— Tak. Chciałam, żeby pomógł mi uporządkować dziedziniec.

— I nic z tego?

Pokręciła głową.

— Ostatni raz dobijałam się do jego drzwi przed kwadransem. Nie otworzył. Postanowiłam więc zabrać się do tego sama. — Wymownym gestem wskazała wiadro z wodą i trupy psów.

Do jednego z nich dobierał się kruk tak obżarty, że miał trudności z oderwaniem się od ziemi. Mimo to wciąż szarpał zawzięcie zwłoki, biciem skrzydeł odpędzając inne ptaki. Alais wzdrygnęła się i pobladła.

— Pomóż mi, Domenicu. Proszę.

— Dobrze. Ale najpierw musimy pozbyć się ciał. Krew z dziedzińca zmyjemy potem.

A jeszcze później, pomyślał, powiem mojemu bratu, co o tym wszystkim sądzę.

— Potrzebujemy też czegoś, na czym będzie można je przenieść — dodał na głos. — Nie mam ochoty tulić ich do piersi.

Alais wzięła z bieliźniarki płócienne prześcieradło, a Jordan zdjął płaszcz i kaftan. Wychodząc z powrotem na dziedziniec, podwinął rękawy koszuli.

Mężczyzna przeciągał ciała na prześcieradło; później nieśli je na zaimprowizowanych noszach po wąziutkich schodkach na mury obronne i zrzucali w dół od północnej strony, tam gdzie otwierała się głęboka na kilkadziesiąt stóp przepaść.

Dokładnie w tym właśnie miejscu piętnaście lat temu Domenic Jordan zabił swego ojca.

Gdy skończyli, z niesmakiem spojrzał na ubrudzone krwią ręce.

— Przydałaby mi się kąpiel — mruknął. — Myślę, że poradzę sobie z zagrzaniem wody w łaźni.

— Ja zmyję krew z dziedzińca. Przyjdź potem do kuchni. Zaczekam tam na ciebie.

* * *

Gorąca woda przyniosła ulgę zmęczonym mięśniom, rozleniwiła ciało. Jordan, ułożony wygodnie w drewnianej balii, przymknął oczy. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo jest znużony. Od kilku dni był w drodze, wyruszał często jeszcze przed świtem, a zatrzymywał się na nocleg późnym wieczorem, bo żałował czasu na dłuższe postoje. Ponadto źle sypiał, a gdy dziś zasnął w siodle, śnił o Veronice d’Amat stojącej po kolana…

Gorącą wodę, w której leżał, barwiła lekko krew.

Na korytarzu rozległ się odgłos pospiesznych i ostrożnych kroków. Ktoś mijał drzwi łaźni. Kto? Jeden ze służących? Pewnie tak…

Jordan poruszył się niespokojnie, otworzył oczy. Złudzenie znikło i woda nie wyglądała już na zmieszaną z krwią. Zamek był opustoszały, korytarzem mogła iść tylko Alais bądź Linus.

Nasłuchiwał przez chwilę, ale wokół panowała cisza.

Zamek Mandracourt, pora zmierzchu

— Schodziłaś do łaźni? — zapytał.

Alais siedziała skulona przy piecu, w którym płonął ogień. Padający zza drzwiczek blask ledwo oświetlał jej twarz. Reszta kuchni: kredensy, stoły, a także wielkie palenisko, w którym można było upiec na rożnie całego wołu, tonęła w mroku.

— Nie. To jedyne miejsce, gdzie udało mi się podtrzymać ogień. Siedziałam tu przez cały czas.

— Jeśli chcesz, możesz się wykąpać. Zostało jeszcze sporo gorącej wody.

Alais wstała, zapaliła świecę. Jordan zatrzymał ją w drzwiach.

— W której komnacie śpi Linus?

— Tam gdzie kiedyś była pracownia… — Zawahała się, ale nie musiała kończyć.

Pracownia ojca, pomyślał.

* * *

Wejście do komnaty zamykały okute żelazem drzwi, a ponadto nie było tu żadnych okien, przez które można by zajrzeć. Ta ciemna nawet w dzień cela wydawała się osobliwym miejscem na sypialnię.

Dla wszystkich z wyjątkiem Linusa, który nie lubił słonecznego światła.

Jordan uderzył pięściami w drzwi, nawołując brata. Pochylił się do dziurki od klucza. W nozdrza uderzyła go delikatna woń, tak ulotna, że ledwo zdołał ją rozpoznać. Wyjął z mankietu koszuli spinkę, wsunął ją w zamek i wypchnął klucz. Woń stała się odrobinę wyraźniejsza i przynajmniej jedna zagadka została wyjaśniona.

 

Linus Jordan był pijany, dlatego spał pomimo walenia w drzwi.

Zamek Mandracourt, godzina szósta wieczorem

Jasne włosy Alais schły powoli przy piecu. Skuliła się na krześle, objęła kolana ramionami. Obok usiadł Jordan.

— Chciałbym zapytać o dwie rzeczy — powiedział cicho. — Po pierwsze: wczoraj ktoś przyszedł do świętego. Wiesz, kto to był i czego chciał od Strażnika?

Wolno pokręciła głową.

— Linus nie życzył sobie, bym mieszała się w takie sprawy. Wiem, że ktoś tu był, bo w nocy obudziło mnie szczekanie i widziałam przez okno, jak Linus i jego towarzysze dosiadają koni i w ślad za psami wyjeżdżają przez wschodnią bramę. Ale nie mam pojęcia, czy puścili tego kogoś wolno czy nie. — Zapatrzyła się w płonący w piecu ogień.

— A Linus? Dlaczego nie lubi słonecznego światła? Choruje na coś?

Odpowiedziała dopiero po chwili.

— To nie choroba. Przynajmniej… niezupełnie. Towarzysze Linusa też unikają słońca, choć w ich przypadku to coś jest znacznie słabsze.

— Co to jest?

— Nie mogę ci powiedzieć. Nie proś o to. Lepiej, aby Linus sam ci wszystko wyjaśnił.

Wiedział, że nie ma sensu nalegać. Alais, gdy raz podjęła jakąś decyzję, nigdy jej nie zmieniała.

Wtem kobieta zasłoniła oczy dłońmi.

Jordan spodziewał się, że usłyszy szloch, ale ona zaczęła szeptać, szybko wyrzucając słowa, jakby parzyły jej wargi.

— Boję się, Domenicu. Tak bardzo się boję. Moc Strażnika rośnie z każdym dniem. Wiem, że w zamku dzieją się złe rzeczy, wiem, że powinnam coś zrobić. Ale nie potrafię. Kiedyś, gdy Bóg był ze mną, nie wahałam się ani nie wątpiłam. Miałam w sobie odwagę i pewność. Wszystko wydawało się wtedy takie proste i… czyste. A potem… potem tamtej strasznej nocy wszystko się zmieniło… Bóg odszedł, a ja chciałam tylko, żeby znów było dobrze… Nic więcej… Ale nie wiem, co robić. Boję się własnego męża i boję się, że nie zdołam go ocalić. Boję się Strażnika Nocy, którego nazywają świętym…

— Strażnik umarł, a tylko żywi potrafią rozmawiać z Bogiem — powiedział łagodnie. — Tak jak ty umiałaś. Pamiętasz? Umarli tracą kontakt z Bogiem, a śmierć to największa próba dla ludzkiej duszy. Jeśli nie odrodzi się wkrótce w nowym ciele, pozostaje samotna w świecie duchów i demonów. Bez Boga, który mógłby jej pomóc. Nie wierz więc świętym. Czasami to szalone istoty, które dawno już zapomniały o boskich przykazaniach…

Spojrzała na niego niepewnie.

— Nie powtarzaj nikomu tego, co ci teraz powiedziałem, proszę.

Skinęła głową. Kiedyś rozmawiała z Bogiem i aniołami. Ale to było dawno temu i niemal zapomniała, jakie to uczucie.

W zamku panowała cisza przerywana tylko huczeniem ognia w piecu i tykaniem staroświeckiego zegara. Powieki Jordana zaczęły powoli opadać.

Wąska, chłodna dłoń wśliznęła się pod jego włosy, na kark. Dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, poczuł się tak, jakby w upalny dzień zanurkował w chłodnej wodzie albo ukoił wyschnięte gardło ożywczym łykiem wina. Zmęczenie minęło, w głowie mu się przejaśniło, krew zaczęła żwawiej krążyć w żyłach.

Wzdrygnął się lekko. Ona wciąż ma moc, pomyślał. Bóg ją opuścił, lecz pozostawił część swojej mocy.

— Nie — zaprotestował, a gdy Alais nie zareagowała, odciągnął jej rękę. — Wystarczy.

Patrzyła na niego przez chwilę, potem uśmiechnęła się lekko.

— Mam przeczucia, Domenicu — powiedziała. — I sny. Dzieje się tutaj coś dziwnego… To miejsce jest złe.

— Oczywiście — odparł swobodnie. Dotyk kuzynki sprawił, że odzyskał odrobinę dobrego humoru. — Zawsze tak było. Ja osobiście obudziłbym się z krzykiem, gdyby którejś nocy przyśniło mi się, że Mandracourt jest miejscem przyjaznym i miłym.

Zamek Mandracourt, godzina ósma wieczorem

Jordan przyrządził sobie kolację, która składała się z resztek pieczonej kury, chleba, koziego sera z dzikim cząbrem i wina. Jadł przy stole, na najlepszym talerzu, jaki udało mu się znaleźć, pił z kieliszka, a nie z glinianego kubka, usta ocierał serwetką.

Być może sytuacja, w jakiej się znalazł, była dziwaczna, ale nie zamierzał przez to rezygnować z codziennych przyzwyczajeń.

Alais nie była głodna, napiła się tylko mocno rozcieńczonego wina. Grzała się przy piecu wpatrzona w ogień. Drżała wyraźnie mimo ciepła.

— A więc skończyłeś medycynę? — zapytała, nawiązując do ich wcześniejszej rozmowy.

— Owszem, ale nie jestem praktykującym lekarzem — wyjaśnił. — Interesuje mnie magia i demonologia. Tylko teoretycznie — zapewnił szybko, bo kobieta z niepokojem poderwała głowę. — Jestem naukowcem, nie czarownikiem.

Skuliła się jeszcze bardziej, opierając podbródek o podciągnięte kolana.

— Dziwnie się czuję… — powiedziała po chwili. — Trochę tak, jak to bywa tuż przed burzą, gdy powietrze jest ciężkie i nieruchome, a człowiek modli się o pierwszy grzmot, który rozerwie ciszę. Coś nadchodzi, Domenicu. Coś wielkiego i strasznego. A my możemy tylko czekać. Wszyscy troje: ty, ja i Linus…

Przełknął ostatni kęs sera, otarł usta. Światło stojącej na stole świecy padało na jego szczupłą twarz, wyostrzając rysy, a cienie malujące się na bladej skórze nadawały mu niepokojący wygląd.

— Czworo — poprawił.

Alais odwróciła się w jego stronę. Nie mógł dostrzec jej oczu, skrytych teraz w mroku, wiedział jednak, że są szeroko otwarte i pełne lęku.

— Jest nas tu czworo — powtórzył. — Ty, ja i Linus. A ponadto panna Veronica d’Amat, jak sądzę.

— Nie pojmuję…

— Jak myślisz, dlaczego Linus zabił psy? Wszystkie bez wyjątku, całą wierną, świetnie wytresowaną sforę?

— Nie mam pojęcia.

— Właśnie dlatego, że psy zostały tak znakomicie wyszkolone. Wczorajszej nocy ścigały Veronicę d’Amat, zapamiętały jej zapach i z pewnością nie pozwoliłyby dziewczynie kręcić się po zamku. A Linus chce pozwolić jej na swobodę ruchu. Nie wiem po co, ale jakikolwiek jest ten powód, musi być wart śmierci kilkunastu wiernych psów.

— Jesteś tego pewien?

— Niczego nie jestem pewien. Ale takie wyjaśnienie ma przynajmniej odrobinę sensu. A ponadto, gdy byłem w łaźni, słyszałem na korytarzu odgłos kroków.

Zamek Mandracourt, godzina dziewiąta wieczorem

Domenic Jordan załomotał w drzwi komnaty brata. Obok stała wystraszona Alais, trzymając w dłoni świecę.

Tym razem wewnątrz rozległo się ciche sieknięcie, potem kaszel.

— Co jest?! Mówiłem, żeby mi nie przeszkadzać! — głos Linusa był chrapliwy i nieprzyjemny.

— To ja, Domenic. Otwórz. Chcemy tylko wiedzieć, czy nic ci nie jest. Za drzwiami przez chwilę panowała cisza.

— Domenic? Co tu, do diabła, robisz?

— Wpuść mnie, to porozmawiamy.

Linus roześmiał się.

— Kusisz, braciszku, co? Ale ja w przeciwieństwie do ciebie nigdy nie grzeszyłem nadmierną ciekawością. Wynoś się stąd. I możesz zabrać ze sobą Alais. Niech jedzie z tobą do Alestry. Nie chcę jej tu. W Mandracourt zostanę tylko ja, bo tylko ja kocham to miejsce!

Przy słowach „Niech jedzie z tobą do Alestry” kobieta zaczęła drżeć. Gorąca kropla wosku spadła jej na dłoń i Jordan wziął świecę.

— Nie wyjadę ani nawet nie odejdę od drzwi, dopóki nie otworzysz.

W komnacie znów zapadła cisza. Domenic i Alais również milczeli.

— Jesteś tam jeszcze? — zawołał Linus.

— Tak. Wciąż czekam.

— A niech cię diabli!

Klucz zgrzytnął w zamku, drzwi uchyliły się odrobinę. Z komnaty buchnął smród alkoholu, niemytego ciała, moczu i czegoś jeszcze, co Jordan bezbłędnie rozpoznał jako odór strachu.

— Żyję i jestem zdrowy, braciszku — powiedział Linus. — Wystarczy? Dasz mi spokój?

— Wyjdź na korytarz.

Wezwany zawahał się, potem szerzej otworzył drzwi i postąpił krok w przód.

Domenic uniósł świecę. Światło omijało postać jego brata, zupełnie jakby ten zebrał czyhające w kątach cienie i owinął się nimi od stóp do głów.

— Co tu się dzieje? Twoja żona jest bliska paniki, ty zamykasz się na klucz i upijasz do nieprzytomności, a po zamku spaceruje sobie panna Veronica d’Amat, martwa w opinii większości mieszkańców miasteczka.

Słysząc ostatnie słowa, mężczyzna cofnął się, a cień płynnym ruchem podążył za nim.

Jordan odruchowo wyciągnął rękę i zacisnął na czymś, co okazało się łokciem.

— Zaczekaj.

Druga ręka Linusa, ta wolna, spadła na jego ramię. Była to otulona w mrok dłoń, ciężka jak z żelaza, o długich, zbyt długich i zbyt giętkich palcach. Cień przysunął się, jakby chciał zajrzeć bratu w twarz.

— Wynoś się stąd — szepnął głosem nabrzmiałym od gniewu i przerażenia. — Im szybciej, tym lepiej. Możesz zabrać ze sobą Alais albo i nie, wasza wola. Ale mnie dajcie spokój. Mam jeszcze w pokoju kilka butelek anyżówki. Zamierzam ją wypić i spać aż do jutra, pojmujecie?

Pchnął tak mocno, że Jordan puścił łokieć brata, a także świecę i uderzył plecami w ścianę. Nim oszołomiony zdołał się podnieść, ciężkie drzwi znów były zamknięte na klucz.

Zamek Mandracourt, godzina wpół do dziesiątej wieczorem

Jordan i Alais przetrząsnęli zamek w poszukiwaniu Veroniki d’Amat. Nie miało to wiele sensu; mężczyzna zdecydował się na to jedynie dlatego, by mieć poczucie, że robi cokolwiek. Mandracourt rozbudowywano przez wieki i było tu teraz tyle sal, komnat i ganków, połączonych ze sobą w skomplikowany sposób, że znalezienie w tym labiryncie kogokolwiek graniczyło z cudem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie mogli się rozdzielać, bo Alais i tak była już bliska histerii.

Jordan zatrzymał się dłużej przy schodach prowadzących na południową wieżę. Pamiętał to miejsce. Jeszcze nim je ujrzał, mógłby przywołać pod powiekami dokładny obraz nierównego bruku, kamiennych stopni i poręczy z brązu zakończonej lwią głową, wytartą przez wieki tak, że teraz przypominała co najwyżej zaciśniętą pięść. A przede wszystkim obraz Ptasznika, który tutaj właśnie lubił karmić ptaki. Ptasznik.

Wychynął z zakamarków pamięci, jakby tylko czekał na zaproszenie. Niska, niekształtna postać ukryta pod płaszczem oraz tajemnica, o, tak, niewątpliwa tajemnica, której Jordan nie zdołał rozwiązać.

Z całą pewnością to niepowodzenie nie było najgorszym wspomnieniem z jego dzieciństwa, a jednak tylko ta rana nie zdołała się zasklepić. Na myśl o Ptaszniku wciąż czuł smak porażki, gorzki i świeży mimo upływu lat. Tak wiele oddałby, by dowiedzieć się, kim karzeł naprawdę był, i tak jasno zdawał sobie sprawę, że najprawdopodobniej nigdy mu się to nie uda.

— Domenic?

Pełen niepokoju głos Alais wyrwał go z zamyślenia. Piętnaście lat temu zaprzepaścił swoją szansę, bo zabrakło mu dostatecznej dozy dociekliwości, a także uporu. Nie chciał, by coś takiego znów się powtórzyło.

Kim jesteś, Veronico? – zapytał w myślach. I kim jest Montserrat, o którą tak dbasz?

Zamek Mandracourt, godzina dziesiąta wieczorem

Zaprowadził Alais do jej komnaty, rozpalił w kominku i namówił kuzynkę, by spróbowała się zdrzemnąć.

Poluźniła sznurówki gorsetu, zdjęła buty i skuliła się na łóżku. Nie chciała się przebrać do snu. Wyglądała, jakby w każdej chwili gotowa była się zerwać i wybiec na zewnątrz.

Jordan siedział w głębokim fotelu z książką na kolanach. Czytał po raz kolejny tę samą stronę, a żółty blask świecy rysował mu pod oczami głębokie cienie.

Na co czekali? Aż Linus umrze z przepicia w swoim pokoju i trzeba będzie przy pomocy miejscowego kowala wyłamać zamek żelaznych drzwi?

Pokręcił głową. Nie wierzył, by to wszystko tak właśnie miało się skończyć. W Mandracourt narastało coś znacznie mroczniejszego i potężniejszego niż szaleństwo Linusa.

Przymusowa bezczynność drażniła go i doprowadzała do rozpaczy. Potrafił się zdobyć na cierpliwość, jeśli tylko miało to sens, ale nie przywykł do bierności. A teraz mógł tylko czekać. Po raz pierwszy w dorosłym życiu był tak bezradny.

Nienawidził tego uczucia.

Znów pomyślał o Veronice d’Amat. Twarz, którą widział ledwo dwa razy – we śnie i na portrecie – pojawiła się przed jego oczami, jakby tylko na to czekała.

Kim była naprawdę? Pustogłową trzpiotką, za jaką uważała ją większość mieszkańców Mandracourt? Bystrą i obdarzoną złośliwym poczuciem humoru panną, która ośmielała się kpić z burmistrza i jego bratowej? A może kimś jeszcze innym, kto pojawiał się w snach…

 

Gdybym teraz zasnął, być może Veronica znów by do mnie przemówiła, pomyślał, lecz dotyk kuzynki wypędził z jego ciała znużenie i wiedział, że nie zdoła teraz zapaść w sen.

Spojrzał na leżącą na łóżku Alais. Miała otwarte oczy.

— Nigdy nie myślałaś, żeby stąd wyjechać? — zapytał.

— Linus nie zechce wyjechać. Mandracourt to całe jego życie.

— Bez Linusa — zaznaczył z powagą, a także ze śladem napięcia w głosie.

— Masz na myśli, że miałabym go opuścić? Nie, nigdy nie przyszło mi to do głowy — odparła z prostotą. — On mnie potrzebuje, Domenicu, niezależnie od tego, co mówi.

Skinął głową. Dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

— Wybaczyłaś mu?

— Oczywiście.

— Dlaczego?

Uniosła się na łokciu i spojrzała zdziwiona.

— Bo tak trzeba. Miłość i przebaczenie mają moc naprawiania krzywd.

— A ty chciałaś naprawić w ten sposób to, co stało się tamtej nocy, gdy zamordowałem ojca, a Linus o mało nie zabił ciebie?

Pytanie zabrzmiało zbyt ostro, zbyt wiele było w nim goryczy. Byłby przeprosił, gdyby nie to, że Alais wcale nie wyglądała na urażoną.

— Zbawiciel wybaczył swoim katom — odparła spokojnie.

— Tak, ale nawet on miał na tyle rozsądku, by nie wychodzić za nich za mąż i nie rodzić im dzieci.

Nawet teraz się nie rozgniewała, choć przecież powinna. Alais wciąż niezdolna była do takich uczuć jak złość czy nienawiść. Okaleczono ją w jakimś sensie, pozbawiając możliwości zrozumienia innych ludzi.

— Nie pojmuję, o co ci chodzi, Domenicu.

— Dałaś Linusowi wybaczenie, którego on nie potrafił przyjąć i na które nie był gotowy. To nie najlepszy pomysł.

Zapadło milczenie. Jordan patrzył na jasne włosy rozrzucone wokół głowy Alais. Płonący na kominku ogień nadawał im delikatną barwę zachodzącego słońca. Gdy kobieta poruszyła się, światło padło na jej twarz, miękką i niewinną.

— Mam prośbę — powiedziała. — Nie chciałam, by moja córka wychowywała się w Mandracourt, wysłałam ją więc do Basteny. Dalecy krewni mojego ojca mają tam majątek ziemski. Zgodzili się za niewielką opłatą zaopiekować Lauretą. To dobrzy ludzie i dobra okolica. Pola, łąki, lasy… Ona jest tam szczęśliwa.

Alais wcale się nie usprawiedliwiała. Mając wybór pomiędzy życiem dla córki a życiem dla męża, wybrała męża, być może z bólem w sercu, ale bez wahania. Wierzyła, że to właśnie Linus najbardziej potrzebuje jej miłości i oddania. A przede wszystkim wybaczenia. Wybaczała mu dzień po dniu każde złe słowo, każdy obraźliwy gest, mając pewność, że tak trzeba, że kiedyś znów wszystko będzie dobrze. Wierzyła, że jej dobroć zdoła zaleczyć rany, może nawet wskrzesi przeszłość. Tę przeszłość, gdy Alais słyszała głos Boga, a Domenic i Linus byli kochającymi się braćmi.

Jordan skinął głową na znak, że rozumie. Nie pozostało mu nic innego.

— Chciałabym, abyś tam pojechał, poznał Lauretę i dał jej opiekunom swój adres w Alestrze. Obiecaj im, że gdyby małej stało się coś złego, będą mogli cię wezwać. Potrzebuję tej pewności, Domenicu. Chcę wiedzieć, że jest ktoś rozsądny i mądry, kto w razie czego pomoże mojej córce. Ja nie mogłabym do niej przyjechać, zresztą prawdopodobnie na nic bym się nie przydała. Niewiele mam doświadczenia. Zrobisz to dla mnie?

Zamek Mandracourt, tuż przed trzecią w nocy

Alais obudziła się z płytkiej drzemki. Usiadła na łóżku i wybuchnęła płaczem.

— Śniłam o czekaniu — szlochała. — Dziwne, prawda? Czekam na jawie i czekam we śnie. Czuję, jak coś potwornego nadciąga nad ten dom…

Jordan przyniósł jej nalewki miodowej. Na nieprzyzwyczajony do alkoholu organizm podziałała jak mocny środek uspokajający. Po chwili Alais spała już niczym dziecko.

Postanowił, że gdy tylko wstanie dzień, wyniosą się stąd. Nawet gdyby miał wywlec kuzynkę siłą. Nawet gdyby w ten sposób stracił szansę dowiedzenia się, co właściwie dzieje się w Mandracourt. Do diabła z Linusem i tajemnicą panny d’Amat. Niech sobie radzą sami.

Decyzja ta przyniosła mu ulgę. Miał wrażenie, że po raz pierwszy od wielu godzin zrobił coś rozsądnego.

Zamek Mandracourt, świt

Młody sługa przeszedł przez otwartą furtkę, po czym stanął na środku głównego dziedzińca. Rozejrzał się i wzdrygnął lekko. Maszkarony na ozdobnym portyku szczerzyły do niego zęby w błazeńskich uśmiechach.

— Jest tu ktoś?! — wrzasnął lekko drżącym głosem. — Hop, hop!

Zaczekał chwilę, potem krzyknął jeszcze raz. Dygotał tyleż z zimna, co ze strachu.

— Możesz już przestać — powiedział Jordan, wychodząc z cienia portyku. — Usłyszałem.

Na widok mężczyzny Leon od razu odzyskał animusz. Jego policzki i czubek zadartego nosa, już i tak zaróżowione od mrozu, poczerwieniały z emocji, błękitne oczy rozbłysły.

— Przyniosłem, co wielmożny pan chciał — powiedział, sięgając do kieszeni cienkiego płaszcza. Podał Jordanowi różowy pamiętnik z wymalowanym na okładce obrazkiem purpurowej róży.

— Mam go od wczoraj wieczór, ale z góry żem mówił, że po ciemku do zamku nie pójdę — tłumaczył. — Ta kobieta, co ją ciotką Vianne zwą, przyszła do nas po kolacji i kręciła tak, coby samej zostać. Tak, jak żeś pan mówił. No to ja w ślad za nią i żem ją zdybał, jak książeczkę wyciągała z takiego schowka w zabawce, co niby fortepian dla lalek udaje. Ciotka wrzask podniosła, no to zawołałem służącego i kazałem biec po naszego pana. A on powiedział, że książeczkę trza mi oddać. — Chłopak uśmiechnął się z dumą. — Wszystko poszło zupełnie tak, jak pan mówiłeś.

Jordan wsunął mu w dłoń dwie złote monety.

— A druga sprawa? — zapytał.

Leon zmarkotniał.

— Pytałem na poczcie i w ratuszu, ale nikt nie pamięta, żeby w Mandracourt była jakaś Montserrat.

— Mimo to dziękuję. — Jordan dorzucił jeszcze jedną monetę, tym razem srebrną. Szkoda. Liczył, że któremuś z urzędników wpadło w oczy tak oryginalne imię wypisane na liście czy jakimś dokumencie.

— Jeszcze jedno… — Wyjął z kieszeni kaftana notes, wyrwał kartkę i kawałkiem ołowiu nakreślił parę zdań. — Idź do gospody „U Ciotki Vianne” i przekaż to właścicielce.

* * *

Jordan zapalił nową świecę, bo w szarówce świtu niewiele było widać, po czym otworzył pamiętnik.

Nie czytał wszystkiego, przebiegał tylko wzrokiem tekst ostatnich stron, próbując wyłowić najważniejsze informacje. Szukał wzmianek o świętym i Montserrat, a gdy przewracał kartki, towarzyszył mu trzask płonącego na kominku ognia i cichy oddech śpiącej Alais.

Spieszył się, bo nie wiedział, ile mają czasu.

Gdy Montserrat czegoś chce, wiem, że muszę jej to dać. Inaczej nie zaznam spokoju. Ona jest silniejsza ode mnie, a raczej czasem się taka staje. Potrafię ją powstrzymać na jakiś czas, ale nie na zawsze. Dlatego jutrzejszego wieczoru pójdę do zamku.

W tym miejscu pamiętnik urywał się. Jordan przysunął świecę bliżej i przewrócił strony wstecz.

Śniłam dziś o ogrodzie, gdzie dusze zmarłych kwiatów pachną słodką zgnilizną. Rosną tam lilie zwane także Trupimi Palcami, bo ich płatki są smukłe, blade i chłodne, a także storczyki nakrapiane jak trujące grzyby. Pod ziemią pochowane są ciała. Ich klatki piersiowe i powieki poruszają się delikatnie, stwarzając pozory życia. Ale to tylko białe robaki, które kłębią się pod skórą cienką i przejrzystą jak natłuszczony papier.

W miejscach, gdzie leżą ciała, kwiaty rosną najbujniej, a rosa na ich liściach ma smak ludzkiego potu.

Sny takie oznaczają, że Montserrat znów jest blisko.

Nad zamkiem gromadziły się chmury ciemne i gęste niczym skłębione wilcze futro.

Nie pamiętam, kiedy zjawiła się po raz pierwszy. Być może gdy byłam dzieckiem i przyśniło mi się, że księżyc to olbrzymie zamknięte oko. Bałam się wtedy, że powieka podniesie się i oko spojrzy na mnie z nieba.

Nikt nie wiedział, skąd przybyły: z północy, południa, wschodu czy zachodu. Na tle bezwietrznego, na wpół jesiennego, na wpół zimowego krajobrazu burzowe chmury wyglądały jak domalowane obcą ręką.

Próbowałam kiedyś napisać imię Montserrat tak, jak ona mogłaby to zrobić. Próbowałam wyobrazić sobie jej chód, jej gesty, uśmiech. Nie potrafiłam. Wiem o niej tylko jedno.