Zabawki diabłaTekst

Z serii: Domenic Jordan #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabawki diabła
Zabawki diabła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Zabawki diabła
E-book
29 
Szczegóły
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miał odwagę. Przyciągnął dziewczynę do siebie, objął, po czym wsunął dłoń w jasne włosy. Były miękkie, chłodne i pachniały rumiankiem. Szlochała z twarzą ukrytą na jego ramieniu, a jej ciało drżało tak, że wyczuwał drobne kości poruszające się pod ciepłą i gładką skórą. Przyszło mu do głowy, że jest chyba jedynym mieszkańcem Mandracourt, który ośmielił się tak poufale potraktować Alais. Nawet Berengera, która niegdyś pełniła rolę niańki, odnosiła się do niej z szacunkiem i odrobiną lęku. Alais znała tylko światło, nie cień. Tego, co mroczne i grzeszne, nie rozumiała, nie potrafiła i nie chciała zrozumieć. Była opętana przez Boga, tak jak bywają ludzie opętani przez demony. Inny, fascynujący gatunek człowieka: Dei potitia. Groźny i budzący współczucie.

Tuliła się do niego przez chwilę, potem uniosła głowę. Po raz pierwszy zobaczył w jej oczach zakłopotanie, a także odrobinę lęku, jakby kuzynka wystraszyła się własnych uczuć.

— Wuj prosi, żebyś pomógł mu w rachunkach.

— Zaraz przyjdę.

Gdy Alais zamknęła za sobą drzwi, odwrócił się, by sprzątnąć ze stołu szczurze truchło.

Szczurek stał słupka, a na widok chłopca pisnął i smyrgnął wzdłuż stołu. Domenic rzucił się szczupakiem i chwycił go, nim zwierzak zdążył zeskoczyć na ziemię. Stworzenie znów tkwiło w uwięzi dłoni, maleńkie serce biło szybko, pazurki drapały skórę. Było żywe i zdrowe jak przed półgodziną.

Usiadł, czując, że nogi robią mu się miękkie niczym topione masło.

— „I Pan zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wstań i wyjdź na zewnątrz” — mruknął.

Podniósł szczura na wysokość oczu i spojrzał w jego paciorkowate ślepka. Zwierzę wciąż się szarpało, próbując odzyskać wolność.

— Boisz się mnie, Łazarzu, prawda? — szepnął. — I masz rację. Ale nie martw się. Co prawda Alais nie ma zbyt wysokiego mniemania o mojej dobroci, ale nawet ja nie jestem tak okrutny, by mordować jednego szczura dwa razy.

* * *

Następnego dnia o świcie Domenic wymknął się do pracowni ojca. Tam zapalił świecę, naostrzył pióro i wyjął z biurka kartkę papieru, po czym zaczął w punktach opisywać swoją wiedzę na temat Ptasznika.

Spieszył się. Albert Jordan, który pojawiał się w pracowni tuż przed śniadaniem, nie cierpiał, gdy ktoś brał bez pozwolenia przybory do pisania.

Punkt pierwszy: Ojciec przywiózł Ptasznika z jednej ze swoich podróży na Południe, na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo skąd. Czy Ptasznik jest cudzoziemcem? Wątpliweco prawda odzywa się tak rzadko, że na podstawie jego słów trudno cokolwiek wnioskować, ale okcytański z pewnością doskonale rozumie.

Punkt drugi: Ojciec nigdy nam nie powiedział, jak naprawdę nazywa się Ptasznik i kim jest. Sam nie wie, czy specjalnie ukrywa to przed nami? Jeśli tak, to dlaczego?

Punkt trzeci: Ptasznik jest ulubioną maskotką ojca. Czas spędza albo spacerując po zamku i dokarmiając ptaki, albo właśnie w komnatach ojca. Śpi na podłodze obok jego łóżka, jada resztki ze stołu, które przynosi mu służba. Ojciec wyjąwszy godziny posiłków i czas, który spędza wraz ze mną w pracowni, niemal wciąż przebywa w jego towarzystwie. Dlaczego? Co takiego jest w tym karle, że tak go sobie ceni? Ze względu na jego małomówność trudno przecież uznać go za błazna.

Zagadka Ptasznika – choć na pozór dość błaha – intrygowała Domenica. Chciał znać jej rozwiązanie i nie brał nawet pod uwagę, że może go ono rozczarować. A ponadto podobne spekulacje pozwalały mu odciągnąć uwagę od tego, o czym zdecydowanie nie chciał myśleć.

Od zabójstwa, które planował Linus.

Punkt czwarty: Czy jest możliwe, że ojciec bez mojej wiedzy eksperymentuje na Ptaszniku za pomocą zaklęć albo magicznych mikstur?

Zawahał się, po czym dodał jeszcze punkt piąty.

Przy tej właśnie czynności zastał go Linus.

— Tak myślałem, że cię tu znajdę — powiedział z niechęcią. — Co robisz?

Nie czekając na odpowiedź, podniósł kartkę i przeczytał:

Punkt piąty: Być może on się zmienia.

— Co to, u diabła, znaczy?

— Jego niekształtna sylwetka — szybko wyjaśnił Domenic. Pośpiechem chciał ułagodzić brata, choć w gruncie rzeczy wiedział, że to, co zamierza powiedzieć, i tak mu się nie spodoba. — Może on naprawdę jest karłem, a może…

— Co? — w głosie Linusa wzbierała złość. Szukał brata z bardzo ważnego powodu, a on zajmował się takimi głupstwami.

— Może po prostu… zmienia formę. Na przykład w olbrzymiego ptaka.

Brzmiało to tak dziwacznie, że starszy chłopiec, zamiast się rozgniewać, parsknął śmiechem. Niespodziewanie przypomniał sobie pewne słowa. „Nasz Domenic obdarzony jest inteligencją i żywą wyobraźnią, tylko ta wyobraźnia nie służy snuciu barwnych historyjek, lecz dociekaniu prawdy. Ten chłopak nie opowiada baśni – on po prostu stawia hipotezy, czasem nazbyt śmiałe i fantastyczne”. Kto to powiedział?

Ach tak, sędzia Bertran Grech. Głupiec, bo pomysły Domenica były po prostu dziecinne i tyle.

— Żartujesz, prawda? — Linus odłożył kartkę na biurko. — Zresztą mniejsza z tym. Chodź ze mną.

* * *

— Stąd go zrzucę. — Starszy brat stanął na murze i spojrzał w przepaść. — Będzie wyglądało na wypadek. Ty tylko musisz go namówić, żeby przyszedł tu w nocy. Powiedz mu, że to jest potrzebne do jakiegoś magicznego rytuału czy coś w tym rodzaju.

— Coś wymyślę. — Domenic rozejrzał się. Miejsce zostało wybrane idealnie, bo za plecami mieli część zamku, w której znajdowała się wozownia. Nocą nikt tu nie bywał.

— Najlepiej zrobić to jak najszybciej. Nawet jutro. — Linus na pozór był opanowany, lecz poruszał się odrobinę zbyt szybko, zbyt energicznie, z trudem hamując nerwowe gesty. Spokój, który zamienił jego rysy w nieruchomą maskę, mógł w każdej chwili prysnąć.

Domenic skinął głową, po czym spróbował wzrokiem dodać mu odwagi. Na wieży, gdy rzucili monetą, poczuł ulgę i teraz męczyło go z tego powodu poczucie winy. Nadal jednak sądził, że los okazał się sprawiedliwy, gdy wybrał starszego brata. Linus był wystarczająco silny, by wziąć na siebie taki ciężar.

* * *

Ze wszystkich mieszkańców zamku to Linus najczęściej bywał w miasteczku, on też był tam najbardziej lubiany. Albert Jordan budził w ludziach lęk i niechęć, Alais podziw i miłość, a Domenic ze względu na swoją schludność oraz zamiłowanie do nauki – ciekawość i odrobinę rozbawienia. Tylko Linus otoczony był po prostu sympatią. Uwodził młode służące i wraz z grupą przyjaciół wszczynał po pijanemu burdy w karczmach, lecz wybaczano mu wszystko, bo gdy chciał, potrafił być uroczy. W pojęciu mieszkańców Mandracourt młody dziedzic powinien być swawolny i tryskać młodzieńczą energią. Starsi mieszkańcy spoglądali na jego wybryki przez palce i z niecierpliwością czekali, aż Albert Jordan umrze, a jego miejsce na zamku zajmie ten wesoły chłopiec, który z pewnością – gdy już się wyszumi – będzie dobrym panem. Jedynie ojciec nie miał pobłażania dla synowskich eskapad i jeśli tylko przyłapał na nich chłopca, zawsze surowo go karał.

Domenic nie zdziwił się więc, gdy wieczorem Linus wrócił pijany, w podartej i zakrwawionej koszuli. Nietypowy był jedynie ponury wyraz jego twarzy, lecz młodszy brat bez trudu domyślił się, że tym razem Linus poszedł do miasteczka z nieco innych powodów niż zazwyczaj.

Tego wieczoru chłopak pił, aby zapomnieć o jutrzejszym dniu, i w końcu udałoby mu się, gdyby nie jasnowłosa dziewczyna, którą spotkał na dolnym dziedzińcu.

— Patrzyła na mnie… — bełkotał, podczas gdy brat przemywał mu paskudnie rozharatany łuk brwiowy. — Pa… trzyła…

Domenic w pierwszej chwili pomyślał, że Linus mówi o jakiejś służącej, jednym ze swoich miłosnych podbojów, którymi tak się lubił chwalić. Potem dopiero w ucho wpadło mu imię kuzynki i zaczął słuchać uważniej.

— Alais… patrzyła, jakby wiedziała… Właśnie tak. Ona ma nie po kolei w głowie, wiesz? — syknął i chwycił dłoń brata, który oczyszczał właśnie brzeg rany zamoczoną w alkoholu szmatką. Domenic wolną ręką ujął jego łokieć i odsunął delikatnie. — Nie tknąłbym jej, nawet gdyby mi zapłacili. Czasem, jak ją widzę, to ciarki mnie przechodzą. To wariatka. Ładna, ale wariatka… — parsknął pogardliwie. — Udaje, że rozmawia z aniołami…

Stracił wątek. Przez chwilę siedział, kiwając się lekko i patrząc pustym wzrokiem przed siebie.

— Gapiła się dziś na mnie — podjął. — Ze smutkiem. Jakbym potrzebował jej współczucia!

Domenic pomógł mu zdjąć podartą koszulę.

— Ona chyba się domyśla… — wymamrotał Linus spod materiału.

— Gdyby się domyślała, ostrzegłaby go — odparł rozsądnie. Jednocześnie wewnętrzny głos poprawił: „Ostrzegłaby naszego ojca. Powiedz to. Przecież potrafisz”.

Domenic zadrżał, bo nagle uświadomił sobie coś bardzo ważnego. Chwycił brata za ramię i ścisnął tak, że ten krzyknął cicho z bólu i spojrzał zdziwiony, ale zaskakująco przytomny.

— Gdy już będzie po wszystkim… — zaczął młodszy chłopiec, a sarkastyczny głos znów go poprawił: „Gdy już zabijemy naszego ojca”. Przełknął ślinę. — Gdy… zabijemy naszego ojca, Alais nie może się zbliżyć do ciała.

— Czemu?

— Z powodu Łazarza. Co prawda nasz Łazarz jest tylko szczurem, ale osobiście wolę nie ryzykować.

* * *

Po wielu latach Domenic Jordan próbował przypomnieć sobie ten dzień. Próbował i nie potrafił. Minuty zmieniały się w kwadranse, a kwadranse w godziny wypełnione bezcelowymi czynnościami, którymi starał się zabić wolno płynący czas. Pamiętał tylko, że w jego głowie wciąż wirowały hipotezy, wszystkie zaczynające się tak samo: co stałoby się, gdyby…

 

Gdyby don Albert nie sprzedał Wysokich Łąk.

Gdyby on, Domenic, wyjechał z Mandracourt już zeszłej jesieni.

Gdyby ostrzegł ojca…

Rozważał te myśli, a potem wyrzucał je z głowy. Wszystkie, nawet tę ostatnią.

Wieczorem kładł się do łóżka przekonany, że nie zaśnie. Lecz zeszłej nocy niewiele wypoczął. Był zmęczony, teraz więc zapadł w płytki, niespokojny sen.

Obudził go wilgotny dotyk na policzku, który w jego nękanym koszmarami umyśle zlał się w jedno z jakąś przerażającą wizją. Przez moment miał to mdlące, ściskające w dołku uczucie, jakiego doznają ludzie wyrwani przemocą ze snu – uczucie, że jest się gwałtownie wyciąganym z jakiejś bezdennej otchłani, zupełnie jak uwiązane do sznurka wiaderko ze studni. Ledwo otworzył oczy, uderzyło w niego przerażenie. Tak mocno, że przez chwilę nie mógł złapać oddechu. Wiedział, że stało się coś strasznego i powinien się bać. Lecz nie wiedział jeszcze czego. Potem zorientował się, że postać klęcząca przy łóżku to Linus, że Linus coś szepce chrapliwie, a jego palce, których dotyk czuł na twarzy, są śliskie i lepkie.

— Domenico. Obudź się, Domenico.

— Co się stało? — wykrztusił i wystraszył się własnego głosu, który brzmiał niczym skrzek. Nogi i ręce miał jak odlane z ołowiu. Najmniejszy ruch wydawał się ponad jego siły. Pragnął, żeby brat sobie poszedł, żeby zostawił go samego i pozwolił mu z powrotem zapaść w sen, choćby i najkoszmarniejszy.

— Nie mogłem tego zrobić, nie mogłem tego zrobić… — powtarzał Linus.

Domenic uświadomił sobie, że palce są wilgotne nie od potu czy łez, lecz od krwi.

— Uspokój się — powiedział. Zrobił to całkowicie bezmyślnie i odruchowo, ale podziałało. Nie na Linusa. Na niego, bo Domenic, raz przezwyciężywszy bezwład, zaczął jasno myśleć. I działać.

Nie trudził się zapalaniem świecy. Wystarczył mu wpadający przez okno blask księżyca w pełni. Odnalazł buty, założył je i wypchnął brata z pokoju.

Zamkowy korytarz oświetlały rozmieszczone w równych odstępach kaganki. Szli szybko, w milczeniu. Linus oddychał ciężko, a jego ramionami od czasu do czasu wstrząsał dreszcz. Ciemne oczy Domenica błyszczały gorączkowo w bladej twarzy, ale chłopiec poruszał się cicho i pewnie.

Nie zauważyli otwierających się za ich plecami drzwi i drobnej dziewczęcej sylwetki, która zza nich wychynęła.

* * *

Albert Jordan stał przy schodkach prowadzących na północny mur. Zgięty wpół opierał się dłońmi o stopnie. Gdy usłyszał nadchodzących synów, wyprostował się i uniósł głowę.

Wyglądał jak wywiedziony z grobu upiór. Po jego brodzie spływała struga krwi, w świetle księżyca czarnej niczym diabelska smoła. Koszulę miał rozdartą i poznaczoną ciemnymi plamami, a twarz wykrzywiał mu grymas nienawiści silniejszej niż ból. Lewą dłoń przyciskał do brzucha, prawą zwinął w pięść.

Bracia zatrzymali się. Pomiędzy nimi a rannym mężczyzną leżał nóż. Jego ostrze lśniło srebrzyście.

Linus, ty idioto, pomyślał Domenic. Jakim cudem człowiek z ranami od noża może być uznany za ofiarę nieszczęśliwego wypadku?

Zdumiała go trzeźwość własnych myśli. Tej nocy nie poznawał samego siebie.

Także Linus zdołał wziąć się w garść.

— Boże, Domenico, trzeba z tym skończyć — wymruczał już spokojniejszym głosem. — On nam tego nie daruje. Zabije nas.

Lecz nie ruszył się z miejsca.

Don Albert wolno zmierzał w kierunku noża. Zatoczył się lekko, potem pochylił, z trudem utrzymując równowagę.

Młodszy chłopiec postąpił parę kroków w przód i przydepnął ostrze.

Albert Jordan wyprostował się, spojrzał synowi w oczy.

— No dalej — wychrypiał. — Zrób to, na co nie starczyło odwagi twojemu bratu. Masz w sobie diabła, zawsze o tym wiedziałem.

Splunął mu w twarz śliną zmieszaną z krwią i roześmiał się nieoczekiwanie. Wraz z ostatnim spazmem śmiechu z jego ust znów polała się struga smolistoczarnej cieczy, spłynęła na podbródek, a później na pierś.

Domenic schylił się i to był błąd. Ojciec z całą siłą, jaką jeszcze w sobie miał, kopnął go w twarz, a potem runął na ziemię, bo wysiłek zachwiał jego równowagę. Tuż obok upadł oszołomiony bólem chłopiec. To on poderwał się pierwszy, chwytając nóż. Oparł kolano o klatkę piersiową mężczyzny, który gramolił się niczym niezdarny żuk, i sięgnął ostrzem gardła. Ciął mocno, pewnie, z lewej strony do prawej. Ciepła krew trysnęła mu w twarz. Z cichym okrzykiem zasłonił się przedramieniem i czekał, aż podrygujące pod jego ciężarem ciało wreszcie znieruchomieje.

Albert Jordan umierał długo. Miał w sobie mnóstwo krwi i jeszcze więcej słów, które zmieniały się w niezrozumiały bulgot. A może tak się tylko zabójcy zdawało. Może pan na Mandracourt umarł szybko, nic nie próbując powiedzieć. Tylko krwi było naprawdę bardzo dużo.

Gdy ojciec skonał, Domenic odszukał wzrokiem brata.

Ten spoglądał na Alais, która stała niedaleko. W mroku nie było widać jego twarzy, ale zamarła w pół ruchu sylwetka świadczyła, że chłopak właśnie przed chwilą dostrzegł kuzynkę i wciąż jest zbyt oszołomiony, by zrobić cokolwiek.

Bezruch trwał ledwie przez jedno uderzenie serca. Potem Linus w kilku skokach przebył odległość, która dzieliła go od dziewczyny, i uderzył ją pięścią w twarz. Upadła z cichym okrzykiem, a on chwycił ją za włosy i wyrżnął jej głową w bruk. Jeden raz. Drugi już nie zdążył. Domenic chwycił go za nadgarstek z siłą, jakiej nikt nigdy się po nim nie spodziewał.

— Ona nas widziała — powiedział Linus tępo. Nie patrzył na brata, a cała jego energia wyparowała pod wpływem ucisku palców, które wciąż czuł na skórze. — Widziała nas i teraz wszystko wygada. Musi umrzeć.

— Nie — głos młodszego chłopca nie dopuszczał sprzeciwu. Nie zabiłby Alais i nie pozwoliłby tego zrobić bratu. Nawet za cenę życia, nawet gdyby miano go powiesić za morderstwo. Wiedział, że tej granicy nie wolno mu przekroczyć.

Linus chciał zaprotestować, ale zrezygnował, skulił się w sobie i zwiesił głowę. Tej nocy bał się brata.

* * *

Ciało zostawili tam, gdzie upadło. Mogliby je zrzucić z murów, jak planowali na początku, ale krwi i tak nie zdołaliby w ciemnościach zmyć z bruku – było jej po prostu zbyt dużo. Poza tym Domenic chciał jak najszybciej opatrzyć Alais i wierzył, że jeśli tylko dziewczyna będzie milczeć, nikt nie oskarży ich o morderstwo. Słowa szlachcica nie podaje się w wątpliwość bez ważnych dowodów.

Zakrwawione koszule spalili w kuchennym piecu, gdzie przez całą noc tlił się ogień, a młodszy z braci zadbał nawet o to, by umyć podeszwy butów. Siniak na jego twarzy nie powinien budzić podejrzeń. Zawsze mógł wytłumaczyć go sprzeczką z Linusem.

Alais miała rozbitą głowę i straciła sporo krwi, ale wyglądało na to, że będzie żyła. Przed świtem odzyskała na chwilę przytomność, była jednak zbyt słaba, by cokolwiek powiedzieć. Potem znów zemdlała.

Domenic czuwał przy niej do rana, nasłuchując, czy z sąsiedniej komnaty nie dobiegają jakieś odgłosy. Daremnie – w sypialni Linusa panowała cisza.

* * *

On wie, pomyślał Domenic, o, tak, on już wie.

Petrus rankiem znalazł ciało don Alberta i wezwał Bertrana Grecha. Sędzia przybył na zamek przed godziną. Był to mężczyzna dość jeszcze młody, ale bardzo otyły. Pocił się obficie przy każdym ruchu i bezustannie ocierał chusteczką czoło, obwisłe policzki oraz szyję, która ledwo mieściła się w ozdobionym żabotem kołnierzu. Na początek udał się do kaplicy, rzucił okiem na ciało, a później usiadł w sali jadalnej. Jak wyjaśnił, dla ochłody – choć przecież w zamku panował ziąb – wypił pół flaszki wina. Nie odmówił także, gdy Petrus zaproponował mu śniadanie.

Sędzia Grech zajadał ze smakiem, a jego wzrok wędrował po zgromadzonych w sali osobach. Najpierw spoczął na Petrusie, który zachowywał spokój i powagę, jak przystało na pogrążonego w żałobie sługę, potem przeniósł się na apatycznego i bladego Linusa. Najdłużej zatrzymał się na młodszym bracie. Wtedy właśnie w oczach sędziego pojawił się osobliwy błysk, a kąciki wydatnych ust wygięły się w drapieżnym, kocim uśmiechu.

On wie, powtórzył w myślach Domenic i zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że poczuł wbijające się w skórę paznokcie. Zastanawiał się, jak długo uda mu się jeszcze trzymać nerwy na wodzy.

— Alais. — Bertran Grech przełknął ostatni kęs chleba, popił ostatnim łykiem zupy serowej. — Nasza Alais, niechaj Bóg szybko przywróci jej zdrowie. Mówisz, Domenico, że w nocy usłyszałeś jej krzyk i znalazłeś ją ranną tuż obok jej komnaty?

Znał obu braci od lat i zwrócił się do młodszego pieszczotliwym imieniem, jakim nazywano go w dzieciństwie, ale łagodność w głosie sędziego była w oczywisty sposób fałszywa, obliczona właśnie na to, by wywołać niepokój.

Chłopiec przytaknął. Nie mógł powiedzieć, że znalazł ją przy północnych murach, gdyż z tej odległości, śpiąc grzecznie we własnym łóżku, z pewnością nie usłyszałby jej krzyku. Na szczęście sypialnie jego, Linusa i Alais położone były blisko siebie, a i ślady krwi w korytarzu, która kapała, gdy niósł kuzynkę, zdawały się potwierdzać jego wersję. Według niej dziewczyna została zraniona przez tego samego napastnika, który zabił Alberta Jordana, po czym oszołomiona próbowała o własnych siłach wrócić do sypialni.

Tłusty, wygodnie rozparty na krześle sędzia przypominał kota, który czeka tylko, by wysunąć pazury.

— Powiedz mi więc — przeciągał słowa, jakby pieścił każde z nich w ustach, zanim wypuści je w świat — dlaczego nikogo nie zbudziłeś?

— Bałem się zostawić ją samą. Znam się trochę na opatrywaniu ran, więc przede wszystkim chciałem jej pomóc — odparł może odrobinę za szybko, ale z dużą pewnością siebie i patrząc rozmówcy prosto w oczy.

Nie należał do dobrych kłamców, potrafił jednak zachować spokój i to właśnie było jego atutem. Co z tego, że on wie? – pomyślał. Nie zdoła niczego udowodnić. Wszystko będzie dobrze, jeśli tylko się nie załamię.

Powoli wypuścił powietrze z płuc, uważając, by nie zdradzić się westchnieniem ulgi. Odprężył się, jego blade policzki okrył lekki rumieniec. Dopiero kilka lat później chłopiec przyznał sam przed sobą, że ta rozmowa sprawiała mu przyjemność. Walczył o życie, i to nie na pięści czy szpady, lecz na inteligencję. Jego spryt przeciwko sprytowi sędziego. Wciąż się bał, ale jednocześnie z trudem udawało mu się ukryć podniecenie.

Bertran Grech wstał, niezgrabnym krokiem grubasa podszedł do Domenica i pochylił się nad jego uchem. Chłopiec poczuł na karku ciepło oddechu, potem usłyszał szept:

— Znam ciebie i Linusa od lat i wiem, że tylko ty masz dość charakteru, by zrobić coś takiego. Tylko ty. Ciekawe, czy masz w sobie także odwagę, by się przyznać?

Domenic zawahał się. Wiedział, że powinien milczeć, ale pokusa okazała się zbyt silna.

— Zakładając, że naprawdę go zabiłem, to czy sądzisz, panie, że dałbym się nabrać na takie tanie sztuczki? — odparł cicho, patrząc w podłogę, by ukryć błysk w oczach.

Bertran Grech zachichotał i pochylił się jeszcze niżej.

— Twój ojciec bał się ciebie — tchnął mu w ucho. — Teraz już wiem dlaczego.

Petrus poruszył się niespokojnie gotów zaprotestować. Jego zdaniem sędzia dręczył niewinnego, nieszczęśliwego chłopca. Młodość Domenica, jego dziecięco zaokrąglone policzki, długie rzęsy, które rzucały cienie na jasną skórę, i grzecznie spuszczony wzrok – wszystko to budziło w starym słudze współczucie.

Bertran Grech otworzył usta, by zadać kolejne pytanie. Przerwał mu odgłos otwieranych drzwi.

— Panienka Alais — powiedział służący grzecznie — pragnie widzieć się z panem sędzią. Najlepiej natychmiast.

— Dobrze się czujesz, Domenicu? — spytał z niepokojem Petrus.

Chłopiec miał na tyle siły, by skinąć głową, na nic więcej nie było go stać. Liczył, że Alais będzie nieprzytomna jeszcze przez kilka najbliższych dni, a gdy dojdzie do siebie, uda mu się jej wmówić, że to, co widziała, było pomyłką, złudzeniem, że to przecież nie mogło się zdarzyć. Teraz wszystko przepadło. Ona nas zabije, pomyślał. Zabije nas, bo nie zna litości. Nikt, kto nigdy nie popełnił żadnego grzechu, nie może jej naprawdę znać.

* * *

— Niech się panienka nie męczy… — bąknął sędzia zażenowany i przejęty współczuciem.

— Muszę to powiedzieć… — Alais zaciskała palce na brzegu kołdry, a jej czoło pod płóciennym opatrunkiem pokrywały kropelki potu. — Widziałam tego mężczyznę. Miałam przeczucie, że dzieje się coś złego i dlatego wyszłam na zewnątrz. On… ten bandyta, właśnie atakował mego wuja. Dostrzegł mnie i uderzył, a potem uciekł, bo pewnie sądził, że nie żyję. Nie wiem, kto to był. Nigdy wcześniej go nie widziałam…

 

— Czy panienka mogłaby go opisać?

— Było ciemno, a ja się bardzo bałam… — szepnęła, pochylając się tak, że rozpuszczone włosy zasłoniły jej rysy.

Domenicowi z poczucia ulgi zakręciło się w głowie i przez moment miał wrażenie, że zemdleje. Opanował się, wytrzymał spojrzenie sędziego. Ten spoglądał na niego przez chwilę z uwagą, a potem przeniósł wzrok na Alais. Na jego twarzy malowała się niepewność, która szybko przeszła w złość, że sprzątnięto mu sprzed nosa tak smakowity kąsek.

Alais nigdy nie kłamała. Wszyscy o tym wiedzieli.

— Proszę mnie powiadomić, jeśli tylko panienka sobie coś przypomni — powiedział już opanowany sędzia, po czym schylił się i z szacunkiem ucałował rękę dziewczyny. — Zrobimy wszystko, żeby złapać tego człowieka. To cud, że panienka przeżyła. Bóg musi panienkę naprawdę bardzo mocno kochać…

Domenic spojrzał na brata porozumiewawczo. Widzisz, jest dobrze, mówił jego wzrok. Jest dobrze.

Linus, który od rana nie odezwał się ani słowem, uniósł głowę. W jego oczach płonęła nienawiść tak silna, że młodszy chłopiec cofnął się odruchowo. Dopiero znacznie później zrozumiał, co było przyczyną tej nienawiści.

Linus nie mógł wybaczyć bratu, że poradził sobie tam, gdzie on zawiódł. Ten czternastoletni dzieciak, który większość czasu spędzał z nosem w książkach i który zawsze nosił przy sobie czystą chusteczkę. Traktowany z sympatią, ale i wyrozumiałą kpiną młodszy brat zrobił coś, na co jemu nie starczyło odwagi.

* * *

Ptasznik zniknął.

Po wyjeździe sędziego, gdy życie w zamku jako tako wróciło do równowagi, okazało się, że karła nigdzie nie ma. Powszechnie sądzono, że uciekł, bo bał się Linusa, nowego pana na Mandracourt.

Domenic nie był tego taki pewien.

Stanął w komnacie ojca obok pustego posłania Ptasznika. Patrzył w szeroko otwarte okno, przez które wpadały świeże podmuchy wiosennego wiatru.

Może karzeł rzeczywiście wymknął się, korzystając z zamieszania, a może po prostu… odfrunął?

Zagadka Ptasznika, tak drobna, tak nieistotna, zwłaszcza na tle ostatnich wydarzeń, tkwiła w chłopcu jak zadra. Wcześniej nie zależało mu jakoś szczególnie na jej rozwiązaniu – ot, traktował to jak rodzaj ćwiczenia intelektualnego i sposób, by zająć czymś myśli, gdy bardzo tego potrzebował, lecz gdy tylko stracił szansę, że kiedykolwiek pozna prawdę, natychmiast zapragnął wiedzieć, kim Ptasznik naprawdę był. Zapragnął tego o wiele mocniej niż dotychczas, i to wcale nie dlatego, że próbował rozwiązać zagadkę i porażka uraziła jego ambicję. Po prostu chciał wiedzieć.

* * *

Dwa dni później Albert Jordan leżał w kaplicy umyty już i ubrany w pogrzebowy strój, a do Mandracourt wreszcie zawitała wiosna w pełnej krasie. Słońce wypłoszyło z zamku zimowe cienie. Jego blask kładł się złocistociepłymi plamami na bladej twarzy Alais. Obok jej łóżka kulił się na krześle Domenic. Trudno było rozpoznać w nim chłopca, który tak śmiało odpowiadał sędziemu. Zgarbiony, wyglądał jak nieszczęśliwe dziecko.

— Linus prawie się do mnie nie odzywa. — Spróbował nonszalancko wzruszyć ramionami, ale wypadło to żałośnie. — Powtarza tylko, że lepiej dla wszystkich będzie, jeśli jak najszybciej wyjadę z Mandracourt. I tyle. Wygląda na to — skrzywił usta i spojrzał wyzywająco na kuzynkę — że straciłem brata. Taką właśnie cenę zapłaciłem za to, co zrobiłem…

— Linus jest… prosty — odparła wolno. Ubieranie w słowa tego, co rozumiała instynktownie, przychodziło jej z trudem. — Odważny i silny, ale bardzo prostoduszny. Ma jasno określone zasady i granicę pomiędzy tym, co jest dobre, a co złe. Skrytobójstwo nie leży w jego naturze, choć mogło mu się zdawać, że to będzie słuszne. Otwartemu niebezpieczeństwu dzielnie stawiłby czoła i z pewnością by się nie załamał, ale zabójstwo…

— Wiem, nie leży w jego naturze — rzucił, wciąż patrząc jej w oczy, gotów odeprzeć słowa, które nie padły. — Ale leży w mojej, prawda?

Nie odpowiedziała.

Alais dokładnie w momencie, gdy skłamała po raz pierwszy w życiu, straciła łaskę bożą. Zgasł ogień, który płonął w jej duszy, zamilkł głos Boga, a aniołowie odeszli. Mimo to w oczach dziewczyny było tyle łagodności, że Domenic nie potrafił tego znieść. Z jej ust nie padło ani jedno słowo wyrzutu, nie mówiąc już o oskarżeniu. Po prostu była smutna i zdumiona niczym skrzywdzone dziecko, a on czuł, że wzbiera w nim wrzask rozpaczy.

— Ty jesteś inny. Bardziej… giętki, a to, co giętkie, trudniej jest złamać.

— Ta giętkość ma niby dotyczyć moich zasad moralnych? Wcale nie jestem pewien, czy to komplement — powiedział cicho.

— To nie miał być komplement.

Odwrócił głowę. Słońce świeciło tak mocno, że oboje oślepieni jego blaskiem mrużyli oczy.

Jeszcze niedawno śmiało obejmował kuzynkę, choć wypełniała ją moc boża i towarzyszyli jej aniołowie. Teraz nie miał odwagi dotknąć jej pachnących rumiankiem włosów ani nawet zapytać, czemu uratowała go tym kłamstwem. I była to jego wina, nie Alais.

Nigdy nie czuł się we własnym domu tak obcy jak tego wiosennego poranka. Zupełnie jak gość, który przyszedł z wizytą i na chwilę przysiadł w fotelu. Myślami uciekł daleko, do Alestry. Jutro opuści zamek i jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za kilka tygodni dotrze do stolicy.

Ból zelżał i w sercu czuł już tylko pustkę, lecz był na tyle młody, żeby żałować tego, iż nie potrafi żałować. Opłakiwał więc utracone dzieciństwo, udając, że wiosenne słońce razi go w oczy.