Wiosna zaginionychTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Potem odruchowo sprawdził informacje o morderstwie Jacka Hermanna. Znalazł krótką notkę na portalu NaszeMiasto i drugą na infokatowice.pl. Lokalna „Wyborcza” napisała, że w dzielnicy Janów znaleziono zwłoki starszego mężczyzny, i zamieściła wypowiedź prokuratora, który sugerował motyw rabunkowy. Artykuł ilustrowało zdjęcie przysłoniętej drzewami willi – Gryga nie miał nawet pewności, czy to naprawdę dom Hermanna, czy może jego sąsiada. Brak szczegółów nie dziwił: zabójstwa starszych panów nie przyciągały uwagi tak jak zabójstwa seksownych dziewcząt albo niewinnych dzieci. Zwłaszcza jeśli motywem miałby być banalny rabunek.

Pod artykułem na stronie „Wyborczej” widniało kilka wypowiedzi. Użytkownik imogena69 pisał, że widział Hermanna w sklepie, Cefalik domagał się kary śmierci dla „młodzierzy, co nie ma szacunku dla starszych”, a KrystianO2 wygłosił tyradę na temat rządów PiS-u, długą, mętną i pełną nieortograficznie zapisanych przekleństw, na co użytkownik tye1234 odpowiedział „chuj ci w dupe, żydzie”.

Trzy ostatnie wypowiedzi poruszały ten sam temat:

„On kradł psy i je mordował, dlatego spotkała go sprawiedliwa kara” – pisała Innabajka.

Tytus1970: „Gowno prawda, że chodzilo o rabunek, zabili go za te zwierzęta, które dręczyl i moim zdaniem slusznie, jak ktoś potrafi zabic psa, to zabije też człowieka, on byl mordercą, a nie porzadnym człowiekiem!!!!”.

CzłowiekzDziczy: „Czy nikogo nie obchodzi, że giną zwierzenta???? Z domu tego dziada słychać było wycie i skomlenie i wszyscy o tym wiedzieli a teraz psy szukają złodziei, paranoja normalnie kurwa co się w tym kraju dzieje...”.

Gryga zanotował w pamięci, że trzeba będzie sprawdzić, kto napisał te wiadomości, i wrócił do Facebooka. Gdy wpisał „Agnieszka Jankowska”, wyskoczyło kilkadziesiąt wyników, wśród których nie bez trudu znalazł wnuczkę zamordowanego profesora.

W drugim oknie przeglądarki otworzył kolejną kartę, po czym odszukał Marcelego Fodygę, a w następnym oknie – Ksawerego Romaniuka. Żadne z nich nie miało ustawionej opcji „tylko dla znajomych”. Cóż, dla Grygi tym lepiej. Sporo przestępców wpadło dlatego, że nie uważali, co wrzucają do internetu.

Romaniuk okazał się dużym umięśnionym chłopakiem z gęstymi czarnymi włosami porastającymi klatkę piersiową, którą nader chętnie prezentował na zdjęciach. Typ sportowca: fotka w spodenkach kąpielowych, z deską do surfingu, na nartach, rowerze górskim i na skałkach. Aspirant szybko znudził się przeglądaniem podobnych do siebie zdjęć. Nieszczególnie wierzył, by Romaniuk zabił Hermanna: chłopak był zdecydowanie wyższy niż denat i prawdopodobnie dwa razy od niego cięższy. Sprawiał wrażenie kogoś, kto prędzej złamałby starszego pana na pół, niż zadał mu dwanaście słabych ciosów nożem.

Marceli wyglądał znacznie bardziej obiecująco: drobny chłopaczek z rozwichrzonymi włosami i podejrzanie niewinnym wyrazem twarzy. Na konto wrzucał głównie zdjęcia z imprez: studenckich popijaw, koncertów i ognisk, nawet rozmazane fotografie z nocnych klubów. Gryga musiał przyznać, że chłopak przynajmniej niczego nie udawał, bez żenady prezentując do aparatu skacowaną albo pijaną gębę. A pomiędzy tym wszystkim znalazła się informacja o przyznaniu Fodydze nagrody w konkursie plastycznym oraz zdumiewająco poważne wyznania, jak ważna w życiu jest sztuka i jak bardzo Marceli chciałby poświęcić jej życie.

Imprezowicz, a przy okazji obiecujący młody artysta, pomyślał Gryga. Czy Marceli Fodyga był także mordercą? Aspirant chętnie by w to uwierzył, ale przecież chłopak miał alibi.

I wreszcie ostatnie konto. Z tej trójki Jankowska niewątpliwie robiła najlepsze wrażenie. Gryga znalazł kilka fotek z ostatniego Pyrkonu, na którym dziewczyna wystąpiła w cosplayu Daenerys i trochę zdjęć z imprez – zazwyczaj tych, na których bywał też Marceli, choć większość przedstawiała Agnieszkę w zdecydowanie innym otoczeniu: w muzeum, na spotkaniu z popularnym pisarzem albo w kawiarni zatopioną w lekturze grubego tomiszcza. Jej wpisy dotyczyły ostatnio przeczytanych książek, czasem rozrywkowych, ale częściej ambitnych, i niszowych filmów.

Młoda, poważna intelektualistka. Aspirant nie miał pojęcia, czy Agnieszka Jankowska naprawdę taka jest czy tylko pozuje. Ostatecznie na Facebooku mało kto był do końca sobą.

Uderzyło go jeszcze, że większość zdjęć zrobiona została w Polsce, tylko kilkanaście z września zeszłego roku przedstawiało Jankowską na wycieczce do Egiptu. Dziewczyna nie kryła zachwytu:

Widziałam dziś piramidy, są absolutnie boskie! Dokładnie takie, jak sobie wyobrażałam: potężne i tajemnicze!

Nil to naprawdę rzeka bogów, dopiero siedząc nad brzegiem, człowiek to czuje.

Nieco naiwnym wpisom towarzyszyły urocze selfiki: Agnieszka uśmiechnięta na tle świątyni w Karnaku i w Dolinie Królów. Nawet jeśli w Egipcie panowały w tym czasie upały, po dziewczynie nie było tego widać, bo na każdym zdjęciu prezentowała nienaganny makijaż i szeroki, szczęśliwy uśmiech. Cieszyła się swoją pierwszą egzotyczną wycieczką i pieniędzmi dziadka. Co w tym złego? To jeszcze nie czyniło jej morderczynią. W tej radości obdarowanego niespodziewanym prezentem dziecka było coś, co sprawiało, że Gryga czuł do Agnieszki coraz większą sympatię.

Zamknął laptopa, powędrował do sypialni i położył się obok Marleny. Gdy wstawał pięć godzin później, dziewczyna wciąż spała albo, co bardziej prawdopodobne, obrażona udawała, że śpi.

5

Cześć, jestem Kuba.

To nie jest moje prawdziwe imię. Prawdziwego wam nie podam, bo nie chcę. Możecie mówić mi Kuba.

Chociaż i tak pewnie nikt tutaj nie zajrzy.

Wszystko jedno, mam to w dupie. Piszę dla siebie, a nie dla was.

Wiem, że dziś już nikt nie pisze blogów, ale to też mam w dupie.

Może zresztą zaraz wszystko skasuję, jak mi się będzie chciało.

Albo będę pisał dalej.

Zależy, na co będę miał ochotę.

No więc jestem Kuba i mieszkam w jednym takim dużym mieście. Nie napiszę wam, w którym, może kiedyś się domyślicie. A może nie.

W każdym razie miasto jest brzydkie, prawie całe, z wyjątkiem dzielnicy, w której mieszkam.

Ona jest w porządku. Gdybym miał wybór, wolałbym mieszkać w jakimś lepszym miejscu, na przykład w Nowym Jorku albo na barce w Amsterdamie. Skoro jednak już muszę żyć w Polsce, to może być tu, nie narzekam.

Czasem też chciałbym mieć inną rodzinę. Brata, z którym mógłbym się kumplować, i rodziców, którzy się nie kłócą.

To znaczy moi rodzice też w sumie się nie kłócą. Żeby się kłócić, trzeba ze sobą rozmawiać, a oni od dawna tego nie potrafią. Mówią „kup mleko” albo „trzeba coś zrobić z tym piecykiem”, i tyle.

Nieważne, to też mam w dupie. Muszę tylko wytrzymać, aż skończę osiemnaście lat, a potem znajdę sobie pracę i wyprowadzę się z domu. Nie tak jak moja siostra, która jest dorosła, ale ciągle z nami mieszka. Jest artystką. Tak zawsze mówiła mama. Jest artystką, jakby to był jakiś komplement. Tak było do czasu, kiedy moja siostra (jej imienia też wam nie podam) poszła na ASP. Wtedy moja mama zrobiła się nieprzyjemna i ciągle pytała: „Z czego ty będziesz żyć po tych studiach? Jak sobie wyobrażasz swoją przyszłość?”.

Zrozumiałem z tego, że bycie artystą jest OK, jeśli nie próbujesz robić tego na poważnie. W porządku. Ja nie jestem artystą. Nie wiem jeszcze, na jakie studia pójdę, ale mam czas, żeby się zastanowić.

Może wybiorę matematykę albo historię. Z obu tych przedmiotów mam dobre oceny. Będę studiował i jednocześnie pracował, żeby zarobić na mieszkanie. Wiem, że to nie jest proste. Nie jestem idiotą, chociaż niektórzy chyba za takiego mnie uważają. Na przykład moi rodzice. Myślą, że jestem dziwny, bo głównie czytam książki albo gram w gry komputerowe i prawie nie mam kolegów. Pół roku temu nawet zabrali mnie do psychologa, żeby sprawdzić, czy mam autyzm. Oczywiście okazało się, że nie mam, ale moja mama i tak była niezadowolona: chyba wolałaby, żebym ten autyzm jednak miał, wtedy mogłaby włożyć mnie w odpowiednią szufladkę i jeździć ze mną na terapię, pokazując przy okazji, jaką jest świetną matką. Ale ja nie mam autyzmu ani żadnej innej choroby. Czytam zwyczajne książki: głównie sensacyjne albo fantastyczne i gram w zwyczajne przygodowe gry, żadne tam mordercze nawalanki – mama sprawdza od czasu do czasu i wiem, że gdybym na ekranie zaczął mordować ludzi, znowu zabrałaby mnie do psychologa i tym razem robiliby mi testy, czy nie jestem psychopatą.

Nawiasem mówiąc, psychopatą też nie jestem, jeśli chcielibyście wiedzieć. W dzieciństwie nie dręczyłem zwierząt, nie sikałem w łóżko ani niczego nie podpalałem. Nawet nie lubię widoku krwi.

Ale mam tajemnicę. Taką prawdziwą tajemnicę, której nikomu jeszcze nie zdradziłem. Gdybym to zrobił, ktoś mógłby pójść do więzienia.

Ta tajemnica też związana jest z krwią. Całym mnóstwem krwi.

Może kiedyś wam ją zdradzę, a może nie.

Zależy, jak będzie mi się chciało.

6

– Chciałam zgłosić, że mój sąsiad dziwnie się zachowuje...

Grzegorz Cichoń stłumił ziewnięcie. W kubku z napisem „Kawka po irlandzku” została już tylko odrobina czarnego płynu, a on wciąż czuł się senny. Dzisiejszej nocy dręczył go koszmar, choć nie pamiętał już, co mu się śniło. Czteroletni chłopczyk z krwią spływającą po twarzy pozbawionej konkretnych rysów, jak stopione w ogniu oblicze plastikowej lalki? Nie, tym razem to było coś innego.

– Czyli jak?

– Po prostu dziwnie.

To mogło oznaczać cokolwiek: może sąsiad robił się agresywny pod wpływem alkoholu, może zapadł na chorobę psychiczną (odwaliło mu – Grzegorzowi przyszło na myśl zupełnie niewłaściwe określenie), a może zwyczajnie zaszedł za skórę dzwoniącej kobiecie, bo nie segregował śmieci albo zajął jej miejsce na parkingu.

 

– Pani nazwisko i adres?

– Katarzyna Zielniak. Mieszkam przy ulicy Strumiennej dwanaście w Katowicach.

– A sąsiad?

– Igor Przybyluk, mieszka pod czternastką.

– I co się dzieje?

– Jest po dziewiątej rano. On zawsze otwiera o tej porze okno.

– I co?

– Dzisiaj nie otworzył.

– Sądzi pani, że coś mu się stało?

– Nie. Jest w środku, bo widziałam poruszający się cień. Ale to dziwne.

– Dzwoni pani, bo sąsiad nie otworzył okna?

– Zawsze otwierał... Nawet w zimie albo kiedy pada. Ja o tej porze wychodzę do ogrodu i mówimy sobie „dzień dobry”.

Grzegorz Cichoń westchnął, po czym wyjaśnił, że do Centrum Powiadamiania Ratunkowego dzwoni się w sytuacjach nagłego zagrożenia życia, zdrowia, mienia bądź bezpieczeństwa publicznego. Mówił, jakby tłumaczył coś dziecku: powoli i spokojnie. Może nawet nieco zbyt spokojnie. Wiedział, że ludzie dzwoniący na numer 112 z głupstwami powinni go irytować. W większości przypadków zresztą naprawdę irytowali. Ale gdzieś w głębi duszy, nie przyznając się do tego ani przed sobą, ani tym bardziej przed kolegami z pracy, miał dla osób takich jak ta kobieta odrobinę sympatii. Czasem odnosił wrażenie, że tylko dzięki nim jeszcze nie rzucił tej pracy w cholerę ani nie wylądował u psychiatry.

Dzwonię, bo sąsiad nie otworzył dziś okna. To było lepsze niż chłopczyk, który nie potrafił odrobić zadania z matematyki, lepsze niż wszyscy ci ludzie, którzy każdego dnia wydzwaniali, żeby sprawdzić, „czy ten numer naprawdę działa”, dowiedzieć się, kiedy z przystanku odjeżdża najbliższy autobus, albo zapytać, gdzie u licha podział się człowiek roznoszący pizzę.

Prawie tak dobre jak „Dzwonię, bo sowa na gałęzi dziwnie na mnie patrzy” – Grzegorz pamiętał, że kiedy opowiedział to kolegom przy piwie, chichotali przez dobre dziesięć minut.

O dwunastej trzydzieści koordynator puścił go na przerwę, poszedł więc do pokoju socjalnego po kawę. Gdy stał przy ekspresie, wciąż ziewając rozpaczliwie, przypomniał mu się niespodziewanie sen z dzisiejszej nocy.

To nie był umierający na poboczu autostrady chłopiec bez twarzy ani kobieta porażona prądem, ani nawet zagubiona w lesie staruszka, która krzyczała do telefonu, że drzewa zastawiają na nią pułapki.

To był starszy mężczyzna, który skarżył się, że ktoś zamierza ukraść mu życie.

Wchodzi do mojego domu, kiedy chce. Tak właśnie powiedział. Grzegorzowi te słowa szczególnie zapadły w pamięć. Może dlatego, że tamta rozmowa obudziła demony z czasów dzieciństwa, gdy leżał w nocy, nasłuchując, czy ktoś nie włamuje się do ich mieszkania. Mały Grześ nie bał się potworów z szafy ani spod łóżka, tylko zamaskowanych bandytów, którzy sforsują każdy zamek. Szelest cichych, skradających się kroków, lśnienie oczu połyskujących bielą w wycięciach maski. Czy jest coś gorszego niż moment, gdy przestrzeń twojego własnego domu nagle przestaje być bezpieczna? Gdy wiesz, że nie masz dokąd uciec ani gdzie się schować?

Ekspres skończył wypluwać z siebie kawę, Grzegorz zabrał kubek i poszedł na swoje stanowisko. Miał jeszcze pięć minut, zanim będzie musiał wrócić do pracy.

Pił kawę, jednocześnie scrollując kciukiem posty na Facebooku, kiedy przyszła wiadomość od Krzyśka:

Dzisiaj o 20.00 w Drzwiach Zwanych Koniem?

Zawahał się. Trzymał z kolegami ze szkoły, jednak ich drogi ostatnio coraz bardziej się rozchodziły. Wszyscy byli jeszcze przed trzydziestką, ale tamci wspinali się już po szczeblach korporacyjnych karier i myśleli poważnie o małżeństwie czy dzieciach. On w wieku dwudziestu sześciu lat nadal nie związał się na stałe z żadną dziewczyną, a praca prawdopodobnie wkrótce doprowadzi go do załamania nerwowego. Poza tym nie bardzo mieli o czym rozmawiać – kiedy jego koledzy dzielili się anegdotkami z pracy, Grzegorz milczał, bo o czym miałby mówić? O czterolatku umierającym pod lasem czy o staruszce, na którą drzewa zastawiały pułapki?

Dziś jednak było inaczej. Dziś, dzięki nieznajomej kobiecie, miał co opowiedzieć.

„Jasne”, odpisał, a potem w odrobinę lepszym humorze wrócił do pracy.

7

Na stacji Orlen aspirant Gryga napił się kawy i zatankował, doskonale świadom, że wydaje pieniądze z własnej kieszeni, bo nikt mu za ten wyjazd nie zwróci. Był niewyspany, a mimo to w całkiem niezłym humorze. Dochodziła dziesiąta, poranne godziny szczytu minęły i mógł wdepnąć mocniej pedał gazu.

Przed Częstochową odbił w prawo, zostawiając za sobą główną drogę. Jechał teraz przez malownicze wioski, ciesząc się zielenią oblanych słońcem pól. Otworzył nawet okno, by wpuścić powietrze pachnące trawą i świeżym nawozem. Zapach przywołujący wspomnienia z wakacji spędzanych u babci na wsi – tradycyjnych, z kurami i wieprzkami – jakich nie miały już współczesne dzieciaki. Lato dziewięćdziesiątego ósmego roku. Pamiętał, jak biegał po lesie z miejscowymi chłopakami, jeździł rowerem nad staw, ze spodenkami kąpielowymi powiewającymi na kierownicy niczym miniaturowa flaga i wspinał się na drzewa, by zrywać jabłka, gruszki i śliwki. I pamiętał też napiętą twarz babki, jej długie wieczorne rozmowy z matką Grygi, która została w Katowicach. Rozmowy, które cichły, gdy mały Szymek wchodził do pokoju, ale on i tak wiedział, o kogo chodzi.

Od tamtej pory ciepła pogoda wywoływała w nim sprzeczne uczucia szczęścia wymieszanego z niepokojem. Jakby wciąż, nawet jako dorosły, spodziewał się, że w drgającym od gorąca powietrzu rozbrzmi odgłos strzału, a spomiędzy wysuszonego na słońcu siana poderwą się czarne ptaki i pofruną w niebo, ciągnąc za sobą po żółtym polu czarne cienie.

Minął tabliczkę z napisem „Olsztyn” i po dobrych kilkunastu minutach poszukiwań zaparkował przed murowaną willą, niewiele mniejszą niż ta na Janowie. Otworzył furtkę kluczem, który dostał od Jankowskiej, i rozejrzał się po ogrodzie. Na środku rozlewało się zarośnięte rzęsą oczko wodne, pod płotem rosło kilka zdziczałych krzaków agrestu, a trawa mocno już domagała się skoszenia. Żadnych kwiatów i klombów – widać zmarły profesor był rozsądnym człowiekiem i wiedział, że nie da rady zajmować się dwoma ogrodami naraz.

Dlaczego w takim razie nie zatrudnił kogoś do pomocy? Przecież mógł sobie na to pozwolić.

Może nie lubił, kiedy obcy kręcili się po jego terenie, Gryga odpowiedział sam sobie, może nie chciał zwracać uwagi na swój majątek albo po prostu odpowiadało mu, że jeden z jego ogrodów jest dziki, a drugi uporządkowany.

Za domem wokół wypalonego w trawie kręgu rozłożono drewniane bale, które służyły za ławki. Aspirant widział już to miejsce na zdjęciach Marcelego Fodygi. Przyjaciele Jankowskiej mogli nie znać katowickiego adresu Hermanna, ale w jego letnim domku bywali często.

O czym to świadczyło?

Ktoś mógł znaleźć korespondencję z katowickim adresem dziadka, a potem... Co właściwie?

Zorientował się, że starszy pan jest bogaty, i postanowił go zabić? Aspirantowi nieszczególnie podobała się ta teoria, jednak innej nie miał.

Wszedł na ganek i wsunął klucz do dziurki. Zgrzytnęło, drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Wewnątrz pachniało płynem do czyszczenia mebli i ogrzanym przez słońce drewnem.

Ten dom w jakiś sposób wydawał się należeć do Hermanna bardziej niż zadbana willa przy ulicy Zamkowej. Wewnątrz panował nieład sprawiający wrażenie przyjemnej swojskości, na krześle wisiała robocza koszula, na stole leżała książka otwarta na zdjęciu resztek olsztyńskiego zamku. Czy Hermann wybrał tę właśnie wieś ze względu na wznoszące się na wzgórzu ruiny? To miało sens, w końcu stary był profesorem historii.

Nie spiesząc się, metodycznie zaczął przetrząsać szafki. Nie miał pojęcia, czego właściwie szuka. Dowodu, że Hermann przyjechał tutaj, żeby pić? Że przyjechał w innym celu albo wcale tu nie dotarł?

W kuchni nic. Wyszorowany zlew, pusta lodówka, jeśli nie liczyć dwóch rybnych konserw, w szafkach wyłącznie ryż, makaron, kasza czy cukier. Rzeczy, które można bez obaw zostawić na długo. Nic, co świadczyło o tym, by ktokolwiek przyrządzał tu posiłek w ciągu ostatnich dwóch tygodni, choć równie dobrze Hermann, wyjeżdżając, mógł zabrać ze sobą łatwo psujące się produkty albo wyrzucić je do śmieci.

Zajrzał pod zlew, tam gdzie w każdym polskim domu znajdował się kosz, znalazł w nim jednak tylko plastikowe opakowanie po twarożku i pustą papierową torebkę na pieczywo z logo miejscowej piekarni.

Żadnych butelek po alkoholu.

W gabinecie na półkach stały książki, w większości powieści historyczne albo tania sensacja, na stoliku przy fotelu leżała „Wyborcza” sprzed miesiąca. Albo Hermann ostatnim razem był tu jeszcze w kwietniu, albo nie przy każdej wizycie kupował bieżącą prasę.

W pokoju było trochę ubrań, miejscami poprzecieranych, choć wyglądających na wygodne. Gryga bez trudu mógł wyobrazić sobie starszego pana, który w Katowicach stara się trzymać fason, ale na wsi, w domku ukrytym za drzewami, wkłada stare spodnie, siada w ulubionym fotelu i ma wszystko gdzieś.

W następnym pomieszczeniu stał duży telewizor, odtwarzacz DVD i regał z filmami, w większości klasyką światowego kina. Obok kolejna półka z książkami: biografie znanych aktorów, kilka kolorowych drogich albumów.

Wziął do ręki Gwiazdy Drugiej Rzeczypospolitej i przekartkował.

Ze środka wypadła widokówka.

Gryga podniósł ją i już zamierzał włożyć z powrotem do książki, kiedy coś zwróciło jego uwagę.

Widokówka miała datę sprzed trzynastu lat.

Uświadomił sobie nagle, że ten mały prostokącik, który trzymał w dłoni, był prawdopodobnie najstarszym przedmiotem w całym domu.

Wrócił do półki z beletrystyką i przejrzał daty wydań. Wszystkie książki zostały opublikowane w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Podobnie filmy, biografie i albumy. Na nowe albo przynajmniej w miarę nowe wyglądały też naczynia w kuchni i inne sprzęty.

Dobra, to już jest trochę dziwne, pomyślał. Żeby nie zatrzymać żadnej pamiątki z całego długiego życia? Starego zegarka, książki podpisanej przez najlepszego przyjaciela ze szkolnej ławy, przedwojennego serwisu do kawy jeszcze z wyprawy ślubnej mamy?

Postanowił, że wróci później do willi przy Zamkowej i przejrzy raz jeszcze rzeczy zmarłego, ale właściwie miał już pewność: z wyjątkiem kilku cennych antyków tam również nie było niczego, co zostało wyprodukowane przed rokiem 2005. Gdyby teraz zamknął oczy, potrafiłby wymienić większość przedmiotów znajdujących się na parterze, w salonie, gdzie leżały zwłoki, i sporo tych, które znaleźli na piętrze.

Aspirant Gryga miał świetną pamięć.

Wsunął widokówkę do kieszeni i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Na zewnątrz ciepło przedpołudnia przechodziło powoli w duszący skwar środka dnia, w krzakach agrestu buszowały ptaki, a od strony oczka wodnego rozchodził się błotnisty zapaszek stojącej wody.

Gryga wyszedł przed ogród i podniósł klapę śmietnika. Był pusty, na dole leżało tylko kilka zeschniętych obierków od ziemniaków. Wyjął komórkę i wyguglał „odbiór odpadów w gminie Olsztyn”.

– Nie ma – rozległ się głos za jego plecami.

Gryga odwrócił się. Na rozgrzanym asfalcie stał ośmio-, może dziewięcioletni chłopiec w krótkich spodenkach i koszulce ze Spidermanem. Jego cień drgał lekko w słońcu.

– Śmieci zabierają co drugi wtorek – wyjaśniło dziecko.

Gryga kliknął w link i przesunął wzrokiem w dół tabelki. Zgadzało się.

– Jestem Szymek – powiedział, przywołując cały wdzięk człowieka, który w towarzystwie psa Sznupka przez dwa lata chodził po szkołach podstawowych z pogadankami o bezpieczeństwie na drodze. – Pracuję w policji. Mieszkasz gdzieś niedaleko?

Chłopak wzruszył ramionami, jednak na jego twarzy aspirant dostrzegł lekkie zainteresowanie.

– Tam. – Pokazał palcem sąsiedni dom.

– I nie wagarujesz dzisiaj, co?

– Nie, chory jestem.

Dziecko wyglądało raczej zdrowo, ale Gryga na wszelki wypadek nie zamierzał dopytywać.

– Byłeś tu może w zeszłym tygodniu? Tak od niedzieli do wtorku?

– No przecież mieszkam tutaj, nie?

– W porządku, głupio z mojej strony – przyznał Gryga, myśląc jednocześnie „co za wkurzający dzieciak”. – W takim razie może pamiętasz, czy wasz sąsiad przyjechał tu w zeszłym tygodniu w niedzielę?

– Nie przyjechał.

– Jesteś pewien?

Chłopczyk skinął głową.

 

– Pilnuję, jak przyjeżdża, i zawsze przychodzę wtedy popatrzeć.

– Czemu?

– Czekam, aż umrze w ogródku.

– Co takiego? – Gryga miał wrażenie, że się przesłyszał.

– Jest stary, a starzy ludzie ciągle umierają – wyjaśnił chłopiec. – Chcę zobaczyć, jak to się stanie. Czy będzie kopał ziemię i krzyczał jak bandyci w grach.

Gryga czuł, jak przyjacielski uśmiech tężeje mu na twarzy.

– A jeśli umrze w domu? – spytał z głupia frant.

Dziecko wyszczerzyło zęby, demonstrując brak górnej jedynki.

– Na wszelki wypadek czasami zaglądam przez okna.

Aspirant odetchnął i uznał, że najwyższy czas zmienić temat.

– Czyli profesor Hermann ostatni raz był tutaj jeszcze w kwietniu, tak?

– Nie.

– Nie?

– Przyjechał w czwartek rano. Ale tylko na chwilę.

– To znaczy na ile?

– Bo ja wiem? Wszedł, trochę posiedział w domu i wyszedł.

To by się zgadzało ze znalezionym w koszu opakowaniem twarożku i torebką z piekarni. Profesor przyjechał, zjadł śniadanie i wyjechał.

Pytanie, po co miałby wpadać tu tylko na chwilę?

– On coś wyrzucił – dodał dzieciak.

– Do kosza na śmieci?

– Nie, do tego stawu. – Palcem pokazał oczko wodne.

– Widziałeś, co to było?

Chłopiec pokręcił głową.

– Małe i srebrne. Błysnęło w słońcu. To ważne? – Oczy dziecka rozjaśniło podniecenie.

– Nie wiem.

– Mogę pomóc panu szukać.

– Za chwilę. Najpierw chciałbym porozmawiać z twoimi rodzicami.

Jeśli mały wagaruje, teraz odwróci się i ucieknie, pomyślał Gryga, ale chłopiec bez słowa poprowadził go do sąsiedniego domu. Otworzyła im kobieta w średnim wieku, o zmęczonej twarzy.

– To pan z policji – powiedział mały. – Obiecał, że da mi do potrzymania swój pistolet i pozwoli strzelić.

– Niczego takiego nie mówiłem – zapewnił pospiesznie aspirant, bo kobieta wyglądała, jakby chciała wciągnąć synka do środka i zatrzasnąć Grydze drzwi przed nosem.

– Niech pan pokaże legitymację.

– Proszę. – Sięgnął do kieszeni. – Chciałem zapytać o pani sąsiada, profesora Hermanna. Zauważyła pani może, kiedy ostatnio tu był?

Zmarszczyła brwi.

– Parę dni temu, ale nie pamiętam dokładnie.

– W czwartek – podpowiedział chłopiec, a matka skarciła go spojrzeniem.

– Nie wtrącaj się, kiedy dorośli rozmawiają.

– Przecież wiem lepiej od ciebie. Ty nigdy nie zwracasz uwagi.

– A czy mogłaby pani powiedzieć, jakim Hermann był sąsiadem?

Patrzyła na niego z niepokojem w oczach.

– Był? Czy to znaczy... On nie żyje? I interesuje się nim policja?

O w mordę, pomyślał Gryga. Miał nadzieję, że Hermann i ta kobieta nie byli zżytymi sąsiadami.

Dwadzieścia minut później, gdy już wytłumaczył, na tyle łagodnie, na ile potrafił, co stało się z profesorem, wypił ofiarowaną mu szklankę wody i wysłuchał pełnych źle maskowanej fascynacji westchnień „Co za historia” i „Biedny człowiek, kto by pomyślał?”, kobieta wreszcie odpowiedziała na jego pytanie:

– Spokojnym. To był zwyczajny starszy pan. Przyjeżdżał tutaj i przez większość czasu siedział albo w domu, albo w ogrodzie. Ostatnio jednak zjawiał się rzadziej. Mówił, że do autobusów i pociągów brakuje mu cierpliwości, a wnuczka nie zawsze mogła przywieźć go samochodem. On miał prawo jazdy, ale rzadko już prowadził, bo wzrok coraz bardziej mu szwankował.

– Wtedy, w czwartek, przyjechał sam czy z wnuczką?

– Nie wiem...

– Sam – odparł chłopak, po czym zrobił niewinną minę. Odkąd Gryga wspomniał o morderstwie, mały miał oczy jak spodki.

– A wnuczka często przyjeżdżała?

– Ostatni raz na majówkę, z przyjaciółmi. To też spokojna młodzież jest. Może zachowywali się trochę zbyt głośno, ale poza tym niczego złego nie robili. Kiedyś, jeszcze za poprzedniego właściciela, zjechało tam towarzystwo, które piło przez tydzień...

– Hermann nie pił? – Aspirant skorzystał z okazji, by popchnąć rozmowę we właściwym kierunku.

Spojrzała ze zdumieniem.

– Co pan? Przecież to był starszy człowiek!

– Starsi ludzie też lubią zaglądać do kieliszka.

Pokręciła głową.

– Nigdy nie widziałam go pijanego.

Gryga zerknął na chłopca.

– Ja też nie. – W głosie małego zabrzmiała odrobina żalu. – On nic nie robił, tylko siedział i czytał w ogrodzie książki. Był naprawdę strasznie stary.

– Stary czy nie, profesor z pewnością nie pił – oznajmiła stanowczo jego matka.

– Dobrze. – Gryga doszedł do wniosku, że chyba jej wierzy. Osiemdziesięciolatek wpadający w kilkudniowe alkoholowe ciągi raczej nie zdołałby ukryć tego przed rodziną i sąsiadami. – Czy mógłbym w takim razie pożyczyć na piętnaście minut pani syna? Chciałbym, żeby pomógł mi czegoś poszukać.

*

Aspirant klęknął w trawie, podwinął rękawy koszuli i ostrożnie przebił dłonią warstwę zielonej rzęsy. Obok Maurycy – Gryga dowiedział się wreszcie, jak mały ma na imię – zdjął sandałki i z rozpędu wskoczył do oczka, chlapiąc wokół wodą o zapachu bajorka.

– Uważaj! – zmitygował go aspirant. Jego palce trafiły właśnie na śliskie, porośnięte mchem kamienie.

– Czy pan Hermann miał poderżnięte gardło?

– Nie.

– Ale było dużo krwi, prawda?

– Nie.

– Kłamie pan.

– To bardzo niegrzecznie tak mówić, wiesz o tym?

– Chyba że ktoś go udusił. Bo wie pan, ofiary w grach zawsze...

Słońce paliło Grygę w odsłonięty kark, oczko cuchnęło, a Maurycy paplał i paplał, aż aspirant poczuł ochotę, żeby złapać tego upiornego dzieciaka i wepchnąć mu głowę pod wodę.

– ...albo zastrzelił z pistoletu, jaki noszą gangsterzy... O! – Chłopczyk schylił się, gmerał przez chwilę pod rzęsą, a kiedy się wyprostował, w dłoni trzymał srebrny kluczyk z przypiętą do niego zawieszką.

Gryga odetchnął, uspokajając się. Złość zastąpiło niejasne poczucie winy. Naprawdę wyobrażał sobie, że mógłby skrzywdzić dziecko? To było zupełnie do niego niepodobne.

Wyciągnął rękę, ale Maurycy cofnął się o krok.

– Co dostanę, jak go panu oddam?

– Nie przeginaj.

Za ostro. Gryga odetchnął jeszcze raz i kiedy znowu się odezwał, jego głos brzmiał już jak zwykle łagodnie.

– Proszę, daj mi ten klucz.

– Pozwoli mi pan strzelić z pistoletu?

– Nie.

– A chociaż go potrzymać?

– Też nie.

– A w ogóle ma pan przy sobie pistolet?

– Oddaj to i zmykaj do domu. – Z uśmiechem, wesoło. Tak, żeby złagodzić coś, co było w istocie stanowczym nakazem. Tak, jak powinno się mówić do dzieci.

Maurycy upuścił kluczyk na dłoń aspiranta i wyszedł z wody. Oczy błyszczały mu w słońcu, włosy rozwiewał delikatny wietrzyk. Chłopczyk podniósł sandałki.

– Wie pan, co mówi mój tata?

– Nie mam pojęcia.

– Że do policji idą same ofermy! – wrzasnął i odbiegł, chichocząc jak małe diablę.

Wal się, głupi gówniarzu, pomyślał Gryga, wycierając dłonie w chusteczkę. Dopiero potem obejrzał niewielki kluczyk. Wyglądał zwyczajnie, jak klucz do małej kłódki. Albo do sejfu, przyszło mu do głowy. Konopnym sznurkiem przywiązano do niego wizytówkę: resztki namokniętego, zabarwionego na niebiesko papieru w foliowym protektorze.

*

Gdy wracał, niebo od południa pociemniało, wiatr szarpał gałęziami drzew, jakby próbował oberwać wiosenne liście, a przez otwarte okna samochodu wpadał zapach nadciągającej burzy. Pierwsze krople deszczu rozprysnęły się o szybę na wysokości Sosnowca, a nim wjechał do Katowic, padało już tak bardzo, że wycieraczki ledwo nadążały ze zbieraniem wody. Mimo to Gryga nie zatrzymał się w Szopienicach, tylko pojechał dalej, na Dąbrówkę.

Zaparkował przed ukrytym wśród zieleni budynkiem i kuląc się pod naporem ulewy, wbiegł do środka.

Wolontariuszka, która go powitała, mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat, nosiła związane w kucyk włosy i sukienkę w czerwone grochy.

– W czym mogę pomóc? – zapytała, patrząc na ociekającego wodą aspiranta z czymś pomiędzy wątpliwością a ostrożną nadzieją.

– Szukam psa.

– Dużego czy małego? – Dziewczyna ożywiła się lekko.

– Nie jakiegokolwiek psa, tylko konkretnego. – Gryga pokazał jej legitymację. – Jacek Hermann oddał go tutaj w środę, szesnastego maja.

– I tym psem interesuje się teraz policja?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?