Wiosna zaginionychTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dam radę, pomyślałam, wymacując drogę przed sobą i przeklinając, gdy trafiałam na nierówność terenu. Las żył, szeleszcząc zeszłorocznymi liśćmi, pod stopami przemknęło mi coś małego: zając albo wiewiórka. Mój oddech wydawał się zbyt głośny, jak sapanie wystraszonego zwierzęcia. Przez moment znajdowałam się w innym świecie, a potem pomiędzy drzewami dostrzegłam prześwit i mogłam przyspieszyć, oddychając z ulgą. Lubię wypielęgnowane ogrody, ale jestem raczej mieszczuchem i zawsze lepiej czułam się wśród betonu niż na łonie natury.

Gdy wyszłam na biegnącą wzdłuż Boliny ulicę, w twarz uderzyła mnie fala duchoty – to asfalt oddawał resztki upalnego majowego dnia. Latarnie rzucały na chodnik kręgi ciepłego blasku, matki zganiały z huśtawek ostatnie dzieciaki. Usiadłam na ławce, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak dużo kosztowało mnie przejście tych kilkuset metrów. Nogi mi się trzęsły, biodro i kostka znowu protestowały bólem.

A Jacek nie żył, Jezu Chryste.

Wkrótce plac zabaw opustoszał i na Bolinie została już tylko grupka młodych ludzi, którzy przy bocznej alejce pili piwo – słyszałam odgłos zgniatanych puszek i pijackie śmiechy. Zapaliłam, ryzykując, że któryś z nich poprosi o papierosa, ale na szczęście nikt nie zwracał na mnie uwagi. A jeśliby zwrócił, to co z tego? Byłam bezpieczna, nawet gdyby teraz ktoś mnie rozpoznał, nie miałoby to większego znaczenia.

Moje myśli nieuchronnie wracały do leżącego w kałuży krwi Jacka. Właściwie mogłam się tego spodziewać: przez te wszystkie lata dawny kolega Romka pewnie zdążył się narazić kilku osobom. Poza tym miał kłopoty: to dziwne zniknięcie na prawie trzy dni, ożywiona dyskusja – może nawet kłótnia – z wnuczką, a wcześniej nagłe pojawienie się dużego psa...

On się bał, pomyślałam.

Tylko czemu wobec tego zostawił otwarte drzwi i furtkę?

Och, do diabła, mruknęłam sama do siebie. Co cię to obchodzi? To nie twoje śledztwo.

Teraz, kiedy nie widziałam już tamtego skulonego ciała, mogłam pozwolić sobie na gniew.

– Ty draniu – powiedziałam cicho w ciemność. – Musiałeś dać się zabić właśnie teraz, kiedy wreszcie cię znalazłam?

Cały Jacek, pomyślałam, dopalając papierosa. On nie szedł przez życie, tylko się przez nie prześlizgiwał dzięki pieniądzom i urokowi osobistemu, unikając konsekwencji, niezależnie od tego, czy chodziło o porzucenie dziewczyny w ciąży, ściąganie na egzaminach czy tamto, znacznie poważniejsze, co stało się w Tatrach. I nawet teraz udało mu się wymknąć, choć była to ucieczka ostateczna, bo w śmierć.

Przynajmniej go bolało, pomyślałam, ale nie znalazłam w tym pocieszenia.

Wstałam i wyrzuciłam niedopałek do kosza na śmieci. Gdy przechodziłam obok grupy pijanej młodzieży, jeden z chłopców sikał właśnie pod drzewem, a drugi przycupnął na oparciu ławki i kołysząc się, wydawał z siebie dziwaczne małpie odgłosy. Dziewczyny nie zwracały na niego uwagi. Siedziały pochylone nad iPhone’em, a padający z ekranu blask podświetlał ich ostro umalowane, podobne do masek twarze.

Kiedy je mijałam, nawet nie podniosły głów.

3

Następnego dnia wypadała niedziela handlowa, poszłam więc rano do sklepu i długo marudziłam przy kasie, spodziewając się, że ktoś powie coś o zwłokach na końcu Zamkowej. Niczego ciekawego jednak nie usłyszałam. Albo wieści nie rozeszły się jeszcze po Janowie, albo, co bardziej prawdopodobne, Jacek wciąż nie został odnaleziony.

Stłumiłam ochotę przespacerowania się do lasu i zamiast tego pojechałam na działkę. Wczorajszy żar nieco zelżał, ale wciąż panował upał, jak w środku lata. Owady krążyły wokół róż, nadal jędrnych, choć ich brzegi zaczynały się już leciutko marszczyć pod wpływem ciepła, w powietrzu rozchodził się zapach świeżo skoszonej trawy, kwiatów i ziół. W tym wybujałym pięknie było coś niepokojącego, uroda zbyt szybko rozkwitła, niosąc w sobie zapowiedź śmierci i rozkładu. Pomyślałam, że czeka nas kolejne suche lato, a potem ciepła zima. Nie muszę czytać o zmianach klimatycznych, by wiedzieć, że coś złego dzieje się ze światem. Ludzie z mojego pokolenia pamiętają śnieg leżący na ulicach od grudnia do marca, deszczowe lipce, wiosnę z przyrodą powoli budzącą się do życia, a nie wystrzelającą fajerwerkami barw i zapachów już w kwietniu. Wszystko schodzi na psy, pomyślałam, nachylając się nad grządką.

A może po prostu byłam dziś zbyt rozkojarzona i zmęczona, by docenić otaczające mnie piękno. Nie wiem.

Wróciłam do domu, umyłam się i przebrałam, po czym powędrowałam na niedzielny obiad do Justyny. Zuza wyszła gdzieś z przyjaciółmi, ale poza nią zjawiła się cała moja rodzina. Adam przyszedł ze swoją nową partnerką, jasnowłosą Wiolettą, która ewidentnie czuła się wśród nas obco i równie ewidentnie próbowała to ukryć, paplając nerwowo o tegorocznych wakacjach (zastanawiamy się, czy zabrać też Kubę, ma już jedenaście lat, więc może by na tym skorzystał, wiecie, tak kulturalnie, powinien pooglądać trochę zabytków, ale on upiera się, żeby jechać na obóz...). Mój syn patrzył na Wiolettę z pobłażaniem i rozbawieniem, jakby była nie jego dziewczyną, tylko ulubionym zwierzątkiem, i kwitował wszystkie jej „Zobaczymy Akropol, prawda? Nie można być w Grecji i nie widzieć Akropolu” niezobowiązującym „Się zobaczy, do czerwca kupa czasu”. Zięć Antoni drętwym tonem opowiadał wędkarskie żarciki, które nie bawiły nikogo oprócz niego. Wnuk Jeremi z ponurą miną demonstrował nad roladą z modrą kapustą cały dramat swojego czternastoletniego życia, a Justyna z zaaferowaną miną donosiła kolejne tłuste potrawy, których gotowania nauczyła ją matka mojego drugiego męża, Ślązaczka z dziada pradziada. Sądziłam, że podczas tego obiadu będę się męczyć, ale wszystko było tak typowe, że paradoksalnie zaczęłam się uspokajać, choć pod koniec atmosfera zrobiła się cięższa. Jeremi zniknął w swoim pokoju, Justyna z coraz większym trudem zmuszała się do uśmiechu, gdy Antoni opowiadał swoje anegdoty, a Adam nie wydawał się już uroczy, tylko irytujący. Coś wisiało w powietrzu, być może zapowiedź rodzinnej awantury, nie miałam czasu jednak o tym myśleć. Zastanawiałam się, które z nich odwróciłoby się ode mnie, gdyby wyszło na jaw, że poszłam z nożem w plecaku do kogoś, kto leżał teraz martwy.

Justyna? Być może. Moja córka była nieco drobnomieszczańska, choć jednocześnie cechowała ją silna lojalność wobec rodziny. Nie porzuciłaby własnej matki, ale też całą sobą dawałaby mi znać, jak bardzo ją rozczarowałam.

Antoni? Z pewnością. Ja i mój zięć nigdy się nie lubiliśmy.

Adam? Możliwe. Mój syn miewał zmienne nastroje, czasem przybierał pozę wiecznego luzaka, traktującego życie jak jeden wielki żart, a czasem przesadnie dramatyzował.

Jeremi? Kiedyś dobrze się dogadywaliśmy, jednak odkąd chłopak zaczął dorastać, niewiele o nim wiedziałam. Cóż, taki wiek, kiedy nastolatki odpowiadają półsłówkami.

Zuza stanęłaby za mną murem. Nie miałam co do tego wątpliwości.

*

Wracając, wdałam się w niezobowiązującą pogawędkę z sąsiadem, który palił papierosa przed blokiem. Nadal nic.

A przecież gdyby Jacka znaleźli, ktoś musiałby już o tym usłyszeć.

Wiedziałam oczywiście, że nie może to trwać wiecznie. Willa Jacka nie stała na odludziu, on sam nie sprawiał wrażenia pozbawionego bliskich samotnika, którego ciało mogłoby tygodniami leżeć w pustym domu. Prędzej czy później ktoś na niego trafi – najprawdopodobniej jasnowłosa wnuczka. O ile oczywiście sama go nie zamordowała. A jednak z trudem znosiłam myśl o zwłokach rozkładających się w tamtym pokoju. Czy byłoby łatwiej, gdybym to ja go zabiła? Nie chciałam tego rozważać. Wystarczyło mi, że siedziałam jak na szpilkach i tym razem oczekiwanie nie miało w sobie nic przyjemnego.

Tak minął niedzielny wieczór, a potem większość poniedziałku. Po czwartej wybrałam się do biblioteki i tam właśnie, przy półce z nowościami, spotkana przypadkiem Buchtowa poinformowała mnie, że na końcu Zamkowej znaleźli trupa.

*

Poszłyśmy razem. To była propozycja Buchtowej, uzasadniona słowami „Bo pani to przeca dla milicji robiła”, jakby bycie eks-gliniarzem usprawiedliwiało gapienie się na miejsce zbrodni. Zgodziłam się. Wielu morderców odczuwa nieodpartą potrzebę, żeby w taki czy inny sposób brać udział w śledztwie. Zgłaszają się jako świadkowie, czasem nawet udają, że znaleźli zwłoki osoby, którą sami zamordowali. Ja nie byłam zabójcą, ale czułam się podobnie. Chciałam wiedzieć, nawet gdybym miała tylko przyglądać się z daleka.

W tłumie gapiów kłębiącym się na skraju lasu rozpoznałam kilka znajomych twarzy. Stanęłam z tyłu, starając się nie rzucać w oczy. Członkowie ekipy technicznej kursowali między willą a zaparkowanym przed domem samochodem. Na ganku prokurator Jurek Krzak rozmawiał z Wojtkiem Chodurą: pracowałam z jednym i drugim, nim przeszłam na emeryturę. Od tego czasu obaj mocno się postarzeli. Jurek posiwiał i schudł, luźna skóra zwisała mu z policzków, cera miała niezdrowy odcień. Wojtkowi przybyło w pasie dobre dwadzieścia kilo, łysinę na czubku głowy nieporadnie próbował zakryć włosami, na mięsistym nosie pojawiła się sieć czerwonych żyłek. Znałam ich jako młodych ludzi: Jurek podrywał kiedyś wszystkie dziewczyny, a Wojtek był typem sportowca wyciskającego z siebie siódme poty na siłowni.

Poczułam nieprzyjemne ukłucie lęku. Czas nikogo nie oszczędza, szliśmy tą samą drogą, tyle że ja zaszłam już znacznie dalej niż oni.

A przecież i tak im zazdrościłam. Postarzeli się, owszem, jednak wciąż mieli swoją pracę, znajdowali się w centrum wydarzeń. Tęskniłam za tamtymi dniami. Kiedyś bardziej, potem się przyzwyczaiłam – przynajmniej tak mi się wydawało, bo teraz tęsknota nagle wróciła. Dlatego nie reagowałam na znaczące pochrząkiwania Buchtowej, która najwyraźniej miała dość i chciała wracać do domu, do zwyczajnego spokojnego świata, w którym zbrodnie ogląda się w serialach takich jak Ojciec Mateusz czy Komisarz Alex, a nie tkwiąc w upale pod lasem.

 

W ogrodzie stał młody policjant, zielony na twarzy. Wiedziałam, co się teraz stanie, jeszcze zanim pochylił się i zwymiotował gwałtownie w krzaki bzu. Buchtowa cofnęła się z niesmakiem i pociągnęła mnie za rękaw. Niechętnie, bo niechętnie, ale poszłam za nią. Po kilku krokach przystanęłam jednak, by odwrócić się i po raz ostatni spojrzeć na willę.

Ten moment Wojtek wybrał na to, żeby zejść do ogrodu i rozejrzeć się po zebranym tłumku. Nasze spojrzenia się spotkały i zobaczyłam na jego twarzy błysk rozpoznania.

– Kryśka – powiedział, podchodząc do furtki. – To naprawdę ty?

Ludzie rozstępowali się, kiedy szedł w moją stronę.

– Co tu robisz? – zapytał.

– Mieszkam niedaleko. Sąsiadka – ruchem głowy wskazałam koleżankę – powiedziała mi, że kogoś tu zabili.

Buchtowa wzdrygnęła się nerwowo, jakbym ujawniła nieprzyzwoity szczegół z jej życia. Wojtek raz jeszcze spojrzał na gapiów i chyba dopiero teraz dotarło do niego, ile nas jest.

Skinął na młodego mundurowego, który dochodził do siebie w ogródku.

– Spisz ich – polecił.

Dwie czy trzy osoby cofnęły się, zamierzając najwyraźniej dyskretnie zniknąć, ale reszta twardo tkwiła na swoich miejscach.

– A ty – odwrócił się do mnie – jeśli chcesz, możesz wejść do środka.

Nie powinien tego robić, jednak Wojtek Chodura zawsze dość lekko traktował przepisy i z biegiem lat najwyraźniej nic się w tej kwestii nie zmieniło. Po chwili wahania skinęłam głową. Jeśli potem znajdą w środku moje ślady, będę mogła to wytłumaczyć, uznałam, ale myślę, że tak naprawdę kierowała mną zwyczajna ciekawość. Chciałam wiedzieć, co już udało im się ustalić i w jakim kierunku będzie zmierzać śledztwo.

Szłam za Wojtkiem, czując na plecach ciężar spojrzeń gapiów. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że patrzą na mnie z mieszaniną zdziwienia, zazdrości i lęku, jakbym nagle stała się kimś obcym.

*

– Tylko niczego nie dotykaj – ostrzegł niby żartem, choć oczywiście mówił serio. – Zresztą prawie już skończyliśmy.

– A ciało? – zapytałam, wchodząc do przedpokoju. Dopiero teraz, w dziennym świetle, mogłam mu się przyjrzeć. Kremowe ściany, wieszak na ubrania i szafka na buty: wszystko eleganckie i w dobrym stanie. Żadnych niepotrzebnych gratów, które tak często znaleźć można w domach starych ludzi, żadnego kurzu i plam na tapetach.

– Zabraliśmy je od razu na początku – poinformował Wojtek. – Cuchnęło tak, że nie dało się pracować. Zresztą nadal trochę cuchnie.

Skinęłam odruchowo głową. Duszący smród krwi był teraz jeszcze cięższy i bardziej gęsty, z wyraźną słodkawą nutą zgnilizny. W salonie pracowało kilku techników. Na mój widok stojący na środku młody rudowłosy mężczyzna zmarszczył brwi, jednak nic nie powiedział.

– Kto go znalazł? – zapytałam.

– Wnuczka. Jest teraz na górze i wypłakuje sobie oczy, bo była na jakiejś wycieczce i miała wrócić wczoraj, tylko coś tam się przeciągnęło i przyjechała dopiero teraz. Wydaje jej się, że gdyby wróciła tak, jak planowała, to dziadek wciąż by żył. Moim zdaniem bzdura – stary jest trupem od soboty, może nawet od piątku.

Od soboty, pomyślałam, bo wtedy nie czułam jeszcze woni rozkładu, a w taki upał ciało gniło szybko. Ale to już powie im lekarz.

Rudy podszedł do nas z ostrożnym uśmiechem.

– Aspirant Gryga – przedstawił go Wojtek. – Nadzieja naszej komendy. – Zabrzmiało to niczym żart, choć podobnie jak ostrzeżenie o niedotykaniu niczego, prawdopodobnie wcale nim nie było. – A to Krystyna Lesińska, pracowała kiedyś u nas. Pomyślałem, że pozwolę jej się rozejrzeć.

Gdy wyciągnęłam do młodego rękę, uścisnął ją mocno. Spodobało mi się to, bo większość osób traktuje starsze panie, jakby zrobiono je z porcelany. Był brzydki, z szerokimi ustami i wielkim nochalem, choć nie brakowało mu swoistego wdzięku – pomyślałam, że dziewczyny prawdopodobnie go lubią.

– Niech pani nie wierzy w tę nadzieję: ściągnęli mnie tutaj tylko dlatego, że jestem prawie miejscowy. Wychowałem się na Janowie, a teraz mieszkam w Szopienicach – powiedział, szczerząc do mnie zęby, i zaraz zmienił temat: – Znała go pani?

Zawahałam się, wiedząc, że teraz będę musiała uważać na każde słowo. Na szczęście moje wahanie można było wziąć za zwyczajną próbę przywołania wspomnień.

– Przechodziłam tędy często w drodze na Bolinę i pamiętam, że widywałam w ogrodzie starszego pana, ale nie mam pojęcia, jak się nazywał. – Uznałam, że to będzie najbezpieczniejsza wersja. Wsypać mogła mnie tylko właścicielka Ramzesa, jednak ona na szczęście nie wyglądała na kogoś, kto chętnie zwierzałby się policji. Zresztą w razie czego mogłabym twierdzić, że zapomniałam o tamtej rozmowie. Starszym ludziom ciągle się to zdarza.

– Ofiara to Jacek Hermann, emerytowany profesor historii. – Rudy pospieszył z wyjaśnieniami. – W teczce na stoliku znaleźliśmy dokumenty, a poza tym rozpoznała go wnuczka. Mieszkał tu od dwóch lat.

I dbał o dom, pomyślałam, rozglądając się wokół. Salon, podobnie jak przedpokój, urządzono w minimalistycznym stylu. Ściany miały ciepły żółtopomarańczowy odcień – producent pewnie nazywał go pocałunkiem zachodzącego słońca albo czymś w tym stylu, nad kominkiem wisiał obraz przedstawiający Nikiszowiec z charakterystycznymi balonikami unoszącymi się na tle czerwonych kamienic. Zuza na święta podarowała mi kalendarz z reprodukcjami Grzegorza Chudego, bez trudu więc poznałam styl tego artysty. Do tego wielki na pół ściany telewizor, stół i zabytkowa kanapa, pod którą wciąż rozlewała się kałuża krwi.

– Wszystko tu jest warte sporo kasy. – Wojtek musiał zgadnąć, o czym myślę. – Gość był bogaty. I elegancki. Ja po domu chodzę w spodniach od dresu wypchanych na kolanach, a on miał na sobie zaprasowane w kant dżinsy. Kto u licha prasuje dżinsy?

Miał rację. Pamiętałam Jacka pracującego w ogródku: zawsze wyglądał wtedy zaskakująco schludnie, nawet jeśli nosił zwyczajną kraciastą koszulę.

Zrobiło mi się dziwnie nieprzyjemnie. Nie chciałam myśleć o Jacku prasującym spodnie. Nie chciałam myśleć o nim jak o zwyczajnym człowieku zajmującym się zwyczajnymi codziennymi rzeczami. Pranie, sprzątanie, ciepła kolacja dla wnuczki. Gotował dla niej, a może to ona wpadała do dziadka i zajmowała się jego dietą, tak jak Justyna próbowała zajmować się moją?

– Macie już jakieś podejrzenia?

Chodura zawsze pierwszy wyrywał się do wyciągania wniosków. Takiego go pamiętałam: duży, szczery facet, który szybciej mówił, niż myślał. Swego czasu próbowałam go tego oduczyć, teraz było mi to na rękę.

– Ktoś przyszedł go okraść – oznajmił. – Stary wpuścił zabójcę, bo na drzwiach nie ma śladów włamania. To mógł być ktoś znajomy. Może zresztą profesor zapomniał zamknąć drzwi i morderca wszedł do środka, myśląc, że dom jest pusty. Albo uznał, że staruszek jest głuchy i go nie usłyszy. Hermann jednak usłyszał i postanowił bronić swojej własności. Wtedy facet chwycił za nóż, a potem wystraszył się tego, co zrobił, i uciekł.

Pomyślałam o nożu, który w sobotę ukryłam w plecaku. Czy Jacek zginął od czegoś podobnego?

– Skąd wziął nóż? – zapytałam.

– Może przyniósł ze sobą. Albo znalazł tutaj, w kuchni.

– Kuchnia nie jest po drodze do salonu – zauważył młody.

Wojtek wzruszył ramionami. Jego teoria miała dziury, choć nie była nieprawdopodobna.

– Nie podejrzewacie, że to celowe zabójstwo?

– Ciosy były bardzo chaotyczne. Jakby ktoś złapał to, co miał pod ręką, i walił na oślep. Gdyby to zaplanował, przygotowałby się chyba lepiej, zwłaszcza że z osiemdziesięciolatkiem raczej nietrudno sobie poradzić. Ale owszem, taką możliwość też rozważamy.

Przeniosłam wzrok na rudego aspiranta.

– A pan co o tym myśli?

– Szymek jestem – poprawił mnie, z uśmiechem prezentującym równe białe zęby.

Pomyślałam, że ten chłopak musi doskonale wypadać przed kamerą: swobodny, opanowany. Tylko czujne oczy kontrastowały z chłopięcym wdziękiem.

– Nic na razie nie myślę. Zastanawiają mnie tylko ta szklanka i butelka. – Gestem wskazał na stół.

Pamiętałam butelkę z sobotniego wieczoru, a teraz mogłam przeczytać napis na etykiecie. Octomore – z tego, co kojarzyłam, bardzo droga whisky. Na dnie zostało parę milimetrów płynu. Obok stała szklanka ze śladami proszku daktyloskopijnego. W protokole oględzin zostaną opisane jako dowód numer ileś tam i ileś tam, obfotografowane i naniesione na szkic miejsca zbrodni, choć jeszcze do niedawna były to zwyczajne przedmioty, szklanka stała w szafce, butelka w barku. A Jacek żył, ciesząc się smakiem ulubionego alkoholu.

Odsunęłam od siebie tę myśl.

– Co z nimi? – zapytał Wojtek.

– Jest tylko jedna szklanka, ale raczej nie wypił sam całej butelki.

– Może miał już napoczętą – zwróciłam mu uwagę.

Młody zaczerwienił się lekko – rumieniec zawsze widać przy rudych włosach – nie zamierzał jednak ustąpić.

– Poza tym to nie jest szklanka do whisky, tylko zwyczajna, do soku.

– Co z tego? – Wojtek, lekko już zirytowany, zmarszczył brwi.

– Dziwne, że wielbiciel drogiej whisky nie ma w domu odpowiedniego szkła.

Mogłabym mu powiedzieć, że sama piłam kiedyś ardbega z dziecięcego kubka, na którym tańczyły trzy małe świnki, ale ugryzłam się w język. Podobał mi się ten młody, nawet jeśli trochę za bardzo kombinował. Pamiętam, jak sama lubiłam pierwsze minuty śledztwa, badanie miejsca zbrodni, wczesne hipotezy, kiedy mnożyły się pytania i wszystko jeszcze było możliwe. Potem odpowiedzi okazywały się banalne, a mordercę dopadaliśmy albo szybko, albo wcale – w tym drugim przypadku śledztwo ślimaczyło się, aż wreszcie zajmowaliśmy się nim tylko z obowiązku, od czasu do czasu wracając do starych śladów. Gryga musiał już wiedzieć, że tak wygląda praca w policji, jednak udało mu się zachować entuzjazm. Szczerze życzyłam chłopakowi, żeby dostał kiedyś jakąś naprawdę skomplikowaną sprawę i mógł się wykazać. Miałam tylko nadzieję, że to nie będzie ta sprawa.

– I jest jeszcze coś – dodał. – Pokażę wam.

Poprowadził nas przez cały parter aż do kuchni. Przyznaję, że po drodze zaglądałam z ciekawości do pokoi. Na dole oprócz salonu znajdowały się jeszcze dwa: coś, co wyglądało na nieużywaną sypialnię, być może gościnną, i biblioteczka z biurkiem. Uderzyło mnie, że nigdzie nie widziałam zdjęć krewnych, żyjących czy zmarłych. Może wisiały na piętrze, ale z jakiegoś powodu w to wątpiłam. Pomyślałam, że Jacek należał do naprawdę nietypowych osiemdziesięciolatków.

Kuchnia okazała się nieco mniej minimalistyczna, a bardziej staroświecka. Biały kredens, przykryty haftowanym obrusem stół i szafki – wszystko to albo naprawdę było antykami, albo doskonale antyki udawało. Wśród mebli ukryto dyskretnie nowoczesne sprzęty: kuchenkę elektryczną z piekarnikiem, w którym dałoby się upiec niewielkiego wieprzka, lodówkę i zmywarkę.

Rudego nie interesował jednak wystrój kuchni. Podszedł do drzwi po prawej i otworzył je szeroko, prezentując nam komórkę o wymiarach mniej więcej półtora metra na półtora. Zgadywałam, że kiedyś musiała się tu znajdować spiżarnia – miejsca wystarczało w sam raz, by zawiesić półkę z przetworami. Teraz pomieszczenie stało zupełnie puste: tylko białe, świeżo odmalowane ściany i panele na podłodze. I maleńkie okienko, jak w celi.

Ta komórka nadawała się idealnie do tego, aby kogoś w niej uwięzić.

Wojtek zmarszczył brwi, najwyraźniej nie bardzo rozumiejąc, dlaczego go tu przyprowadzono. Rudowłosy aspirant przeniósł wzrok na mnie, spodziewając się chyba, że ja będę wiedziała.

Weszłam do środka. W komórce unosił się lekki, ale przecież wyczuwalny zapaszek moczu, a kiedy kucnęłam, na drzwiach od wewnątrz dostrzegłam świeże rysy, jakby ktoś rozpaczliwie drapał w drewno. Znajdowały się nisko, na wysokości mniej więcej pół metra.

– Mój dziadek zamykał tutaj psa – rozległ się głos za naszymi plecami. Odwróciliśmy się. Jasnowłosa wnuczka stała w kuchni, ściskając w ręku zmiętą papierową chusteczkę. Oczy miała czerwone i zapuchnięte od płaczu. – Jego przyjaciółka się go bała, dlatego zamykał Sandora w tej komórce, jak przychodziła.

Wojtek spojrzał na aspiranta i parsknął śmiechem. Rudy zacisnął usta, koniuszki uszu poczerwieniały mu lekko. Zrobiło mi się go żal. Wyobrażał sobie pewnie Bóg wie co, a tymczasem wyjaśnienie okazało się jak zwykle banalne.

– I gdzie jest teraz ten pies? – zapytałam z głupia frant. Najwyżej Wojtek zmyje mi za to później głowę.

 

Wzruszyła ramionami. Była dość zwyczajną dziewczyną, z okrągłymi policzkami, ładną raczej urodą młodości niż dzięki jakiejś szczególnej szlachetności rysów. Kiedy się uśmiechała, nie dostrzegałam w niej nic specjalnego, ale rozpacz nieoczekiwanie dodała jej piękna. Większość osób wygląda paskudnie, gdy płacze, wnuczka Jacka wyglądała pociągająco.

– Dziadek oddał go z powrotem do schroniska – wyjaśniła. – To był duży pies i nie chciał się słuchać.

W takim razie po co twój dziadek w ogóle go brał? – zapytałam w myślach. Mógł wziąć sobie kota albo po prostu mniejszego, łagodniejszego psa. Nie odezwałam się jednak, wiedząc, że cierpliwość Wojtka ma swoje granice. Zresztą dziewczyna znowu wybuchnęła szlochem, przytykając do ust kompletnie przemoczoną chusteczkę. Zlitowałam się, znalazłam na kuchennym blacie rolkę papierowych ręczników i podałam jej jeden. Podziękowała skinieniem głowy. Nie gapiła się na mnie, jakby obecność starszej pani w towarzystwie dwóch policjantów była czymś zwyczajnym. Wynikało to prawdopodobnie nie tyle z uprzejmości, co z tego, że koncentrowała się teraz na własnym nieszczęściu, jednak i tak gotowa byłam ją polubić.

– Czy... Czy już wiecie, kto to zrobił? – zapytała.

– Obawiam się, że to trochę potrwa – wyjaśnił aspirant cierpliwie. – Musimy zebrać dowody, a potem...

– Ale przecież... – Błękitne oczy rozszerzyły się, nadając dziewczynie wygląd sierotki z bajki. – O Boże, nie powiedziałam wam, prawda? Jestem głupia, zupełnie wypadło mi to z głowy.

– O czym pani nie powiedziała? – W głosie Wojtka brzmiało zdecydowanie mniej cierpliwości. Zgadywałam, że gdy pracowali razem, mój dawny kolega grał rolę złego gliny, a młody dobrego.

– O kamerach. Dziadek kupił kilka kamer. Sama pomagałam mu je instalować w piątek, tuż przed wyjazdem. Jedna jest nad drzwiami wejściowymi.

Musiałam wyglądać w tamtej chwili jak duch. Powoli wycofałam się z powrotem do komórki, kucnęłam i udałam, że przyglądam się jeszcze rysom na drzwiach. Jeśli teraz zemdleję, przynajmniej będę miała blisko do podłogi, uznałam z odrobiną humoru. Na tyle było mnie stać. Kucać, ukrywając twarz, żeby tamci nie widzieli malującego się na niej przerażenia.

Jak mogłam przegapić taki szczegół? W kwietniu sprawdziłam, czy Jacek nie zamontował kamer, ale nie przyszło mi do głowy, że mógł to zrobić później, a teraz ze złości gotowa byłam walić czołem w drzwi.

Przymknęłam oczy, starając się uspokoić. Najwyżej się przyznam, doszłam do wniosku, bo w końcu jakie miałam wyjście? Ostatecznie już wcześniej brałam taką możliwość pod uwagę.

Uznają mnie za morderczynię albo za stukniętą starszą panią. Powinnam martwić się tym pierwszym, jednak martwiłam się drugim. Widziałam już te długie przesłuchania i porozumiewawcze uśmieszki. Tak, weszła tam ubrana w ciemny dres, z nożem w plecaku. Pewnie jej się wydawało, że jest niewidzialnym złoczyńcą, ale nie zauważyła kamery. Siedemdziesiąt trzy lata. I, rozumiecie, pech w tym, że ktoś babcię uprzedził...

Jezu.

Odetchnęłam głęboko, zbierając siły. Trudno, co ma być, to będzie. Przeżywałam gorsze rzeczy.

Dam sobie radę.

Wyprostowałam się. Wojtek i rudowłosy aspirant (Szymek, przypomniałam sobie imię) rozmawiali z wnuczką Jacka, ale lada moment któryś z nich mógł zwrócić na mnie uwagę i zapytać, co właściwie robię w tej komórce.

Wtedy to poczułam. Nie wcześniej, dopiero teraz. Może to była kwestia rozbudzonej wyobraźni albo naprawdę zaczynałam wariować. Nie wiem. Nagle jednak zrozumiałam, o co naprawdę chodziło młodemu.

W tej komórce wyczuwało się zło. Pod wonią moczu i płynu do czyszczenia podłóg unosił się jeszcze jeden zapaszek. Smród potu i parującego wszystkimi porami skóry strachu. To nie była woń niespokojnego psa, tylko istoty skrajnie przerażonej, na granicy paniki.