Wiosna zaginionychTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

A przecież to, co planowałam, mogło sprawić, że wszystko stracę. Zdawałam sobie sprawę, czym ryzykuję, jednak nie zamierzałam zrezygnować. Podeszły wiek ma niewiele zalet – nie wierzcie, jeśli wmawiają wam co innego – niemniej jedną z nich jest znajomość siebie. Wiedziałam, że jeśli teraz się wycofam, niewykorzystana szansa zatruje lata, które mi zostały. Dręczyłabym się świadomością, że Jacek mieszka tak blisko i w każdej chwili mogę go spotkać, aż wreszcie o niczym innym nie potrafiłabym myśleć.

Poza tym oczywiście wierzyłam, że akurat mnie się uda, bo jestem wystarczająco sprytna, by nie dać się złapać. Zorientowałam się, że myślę już jak przestępca, i nawet nieszczególnie mnie to zdziwiło. My, stróże prawa, mamy więcej wspólnego z ludźmi, których ścigamy, niż chcieliby wierzyć praworządni obywatele.

Potrafimy działać szybko i zdecydowanie, potrafimy też, kiedy trzeba, być bezwzględni. I błyskawicznie uczymy się, że w naszej pracy ważniejsze jest trzymanie się ducha prawa niż jego litery. Nie wiem, czy istnieje gliniarz, który nigdy nie sprowokował podejrzanego, nie wymusił zeznań ani nie podłożył dowodów – albo przynajmniej o tym nie myślał.

Sama swego czasu robiłam takie rzeczy, jeśli tylko wierzyłam, że dzięki temu dorwę drania, który powinien siedzieć w więzieniu, a nie cieszyć się wolnością.

Tak właśnie tamtego wieczoru postrzegałam to, co zamierzałam zrobić: jako sprawiedliwość, może dość pokrętną, ale jednak sprawiedliwość.

*

Następnego dnia była sobota, upalna jak większość kwietnia tego roku. Na trawnikach stały miski z wodą dla bezdomnych kotów, a w zbudowanym pod lasem karmniku skakały ptaki, jakby spodziewały się, że znajdą tam jeszcze zapomniane po zimie ziarna. Pogoda zachęcała do spacerów, zrobiłam więc moją tradycyjną rundkę na Bolinę, oczywiście po drodze mijając willę Jacka. Widziałam, jak pracuje w ogródku, wyrywając chwasty. Obok na ścieżce leżał czarno-srebrny pies w typie husky. Nie powiem, mocno mnie to zmartwiło. Osiemdziesięciolatek mieszkający samotnie stanowił łatwy cel, nawet dla starszej osoby. Osiemdziesięciolatek mieszkający z dużym psem to zupełnie inna kwestia.

Gdy przechodziłam obok, wyprostował się, by otrzeć pot z czoła, a pies poderwał się, wyraźnie licząc, że przerwa w pracy oznacza czas na zabawę. Jacek odgonił go, ale nie wyglądał przy tym na zniecierpliwionego. Zatrzymałam się na ułamek sekundy, a potem ruszyłam dalej w obawie, że jeśli będę stała i gapiła się na ogród, w końcu zwróci na mnie uwagę. Dopiero po kilku krokach pojęłam, co widziałam.

Jacek nie był zniecierpliwiony. Był... spięty? Nerwowy? Nieszczęśliwy? Nie potrafiłam dokładnie określić, jednak nie miałam wątpliwości, że to nie ten sam człowiek, który radośnie witał jasnowłosą wnuczkę. Coś musiało popsuć mu humor. Może się pokłócili, pomyślałam nie bez pewnej satysfakcji, i młoda nie chce już odwiedzać dziadka.

Nie zastanawiałam się nad tym długo. Bardziej zaprzątało mnie pytanie, jak pozbyć się psa. Przez chwilę rozważałam użycie trucizny, szybko jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. Zakładając nawet, że potrafiłabym skrzywdzić niewinne zwierzę, po czymś takim nie mogłabym spojrzeć Zuzie w oczy.

Co mi pozostawało? Środki nasenne? Nie miałam pojęcia, ile ich podać, nie mówiąc już o pewności, czy pies w ogóle przyjmie cokolwiek z moich rąk. Nie wyglądał na szczególnie groźną bestię, ale pozory mogły mylić.

Postanowiłam więc czekać i obserwować dom. Przecież do niczego mi się nie spieszyło. Teraz, gdy patrzę z perspektywy czasu, myślę, że cieszyło mnie towarzyszące oczekiwaniu napięcie. Świat nabrał kolorów, a dźwięki ostrości. Od wielu lat już nie czułam tak wyraźnie, że naprawdę żyję. Delektowałam się spodziewaną zemstą, jak siedzący w restauracji smakosz delektuje się świadomością, że za chwilę kelner przyniesie mu pyszny obiad.

Wymyślałam w tym czasie mnóstwo sposobów na pozbycie się problemu psa. Zaprzyjaźnić się z nim. Strzelić do zwierzęcia ampułką ze środkiem usypiającym (o strzelbę i środek mogłabym poprosić dawnych kolegów, ale ci z pewnością zaczęliby pytać, po co mi to, a mnie nie przychodziło do głowy żadne wyjaśnienie). Wywabić Jacka gdzieś na zewnątrz i tam załatwić sprawę.

Każdy z tych pomysłów miał swoje mocne i słabe strony, jednak żadnego nie zrealizowałam, bo w maju Jacek zniknął.

2

Pierwszego ani drugiego dnia widok samotnego psa za płotem ogrodu jeszcze mnie nie zaniepokoił. Trzeciego przystanęłam, by przyjrzeć się zwierzęciu. Pies miał zmierzwione futro i biegał nerwowo wzdłuż ogrodzenia, jakby na kogoś czekał. Sprawiał wrażenie zdezorientowanego i odrobinę chudszego, niż kiedy widziałam go ostatnim razem.

Wróciłam tam, gdy tylko zapadł zmrok. W willi nie paliło się światło, a pies wciąż tkwił za płotem i obserwował mnie w napięciu połyskującymi w ciemności oczami. Jedno z nich było niebieskie, drugie ciemne, prawie czarne. Kiedy podeszłam bliżej, warknął, ale jakoś tak bez przekonania. Zdawało mi się nawet, że w tym warknięciu brzmi coś jakby nadzieja.

Cofnęłam się, niepewna, co właściwie powinnam zrobić. Wokół panowała cisza, którą mąciły jedynie miękkie pacnięcia uderzających o szkło latarni owadów. Zamkowa jest główną i najbardziej ruchliwą ulicą Janowa, ale tylko do parkingu przed osiedlem. Potem kończy się asfalt, a wyboista droga wchodzi w las, biegnąc pomiędzy ciemną ścianą drzew z jednej strony a ukrytymi w gąszczu zieleni willami z drugiej. W dzień zawsze można tu spotkać spacerowiczów albo rodziny zmierzające z dziećmi w stronę Boliny. Nocą to zupełnie inne miejsce, opustoszałe i zastygłe w sennym bezruchu. Pomyślałam, że popełniłam błąd, przychodząc tu o tej porze.

Chciałam już odejść, gdy w ciszy rozległ się dźwięk szurających kroków. Ktokolwiek nadchodził, musiał być, podobnie jak ja, dość wiekową osobą. Jacek? – pomyślałam z błyskiem nadziei.

Na wszelki wypadek schowałam się między drzewami i czekałam. Na drogę wypełzł wydłużony cień, u sąsiadów skrzypnęło otwierane okno i w jasnym prostokącie pojawiła się kanciasta sylwetka. Mężczyzna wyjrzał na zewnątrz, a potem odwrócił się i powiedział coś, czego nie usłyszałam.

Szur, szur, cień cienkiego tułowia przeszedł w cień jeszcze cieńszych nóg, po czym z mroku wynurzyła się absurdalnie do cienia niepasująca pękata kobieta, w której bez trudu rozpoznałam właścicielkę kudłatego Ramzesa. W jednej ręce trzymała butelkę, w drugiej coś, co wyglądało na płaski plastikowy pojemnik do przechowywania żywności. Kieszenie brudnej kurtki były podejrzanie wypchane i pamiętam, że przez chwilę zastanawiałam się, czy kobieta nie grzebała przed chwilą w śmietniku.

– Naści – powiedziała, podchodząc do ogrodzenia. Pies węszył w powietrzu, wpychając pysk pomiędzy sztachety. Kobieta wcisnęła do ogrodu pojemnik, nalała do niego wody, a potem sięgnęła do kieszeni i wyjęła to, co psa interesowało najbardziej, czyli pęto kiełbasy. Zwierzę kilkoma kłapnięciami pożarło poczęstunek, po czym entuzjastycznie skacząc wzdłuż płotu, przewróciło plastikową miskę. Kobieta cierpliwie ustawiła ją z powrotem i nalała świeżej wody.

Obserwowałam to wszystko z mieszaniną rozbawienia i ulgi. Wyglądało na to, że Jacek Kotulak – teraz Hermann – gdzieś zniknął, a nieznajoma samowolnie podjęła się opieki nad jego psem. Jeśli tak, nie musiałam się już przejmować. Przynajmniej na razie. Zwierzę miało dostęp do jedzenia i wody, a kilka nocy spędzonych poza domem mu nie zaszkodzi. Przeżył sam trzy dni, to przeżyje i do rana, pomyślałam. Jeśli Jacek jutro nie wróci, będę się martwiła, co dalej.

*

Przed snem zazwyczaj czytam, oglądam seriale albo przesiaduję przy komputerze. Internet to znakomita rozrywka dla starszej samotnej kobiety, która zawsze była głodna wiedzy. Trzeba tylko przełamać odruchową niechęć do nowinek. Mnie pomógł syn – kiedy przeszłam na emeryturę i niespodziewanie odkryłam w sobie pasję do ogrodnictwa, pokazał mi, jak poruszać się w sieci. Początkowo wchodziłam tylko na strony poświęcone uprawie roślin, teraz śledzę doniesienia z całego świata, przeglądam ulubione blogi i kłócę się z ludźmi na Facebooku.

Tego wieczoru wygrał jednak serial. Lubię produkcje historyczne i kryminały, nie te skandynawskie, ponure – takich klimatów dość miałam w życiu – tylko lżejsze, amerykańskie albo brytyjskie. W ciągu czterdziestu pięciu minut przystojni mężczyźni i piękne kobiety rozwiązują w nich najbardziej skomplikowane zagadki, z przerwą na drinka przy basenie czy flirt na tle oceanu liżącego plażę spienionymi falami.

Próbowałam więc skupić się na kolejnym odcinku Śmierci pod palmami, ale ciągle wracałam myślami do Jacka.

Dlaczego zniknął tak nagle? Czemu nie zadbał o to, by zapewnić psu opiekę? Wystarczyłoby przecież zostawić klucze któremuś z sąsiadów... Jacek zawsze lubił zwierzęta i świetnie się z nimi dogadywał. Bez problemu wierzyłam, że zamordował człowieka, jednak nie byłam pewna, czy mógłby skrzywdzić psa.

Tyle że ludzie się zmieniają, prawda? A ja nawet pięćdziesiąt pięć lat temu nie znałam go zbyt dobrze – był przecież kolegą mojego brata, nie moim.

Zorientowałam się, że z oglądania nici, wyłączyłam więc serial i sięgnęłam do szuflady, by po raz kolejny spojrzeć na zdjęcie.

Kiedy podniosłam aparat i krzyknęłam „A teraz proszę o uśmiech!”, Romek znajdował się już w pociągu i wysunął tylko głowę, szczerząc zęby. Najwyżej na schodkach stała Żanetka, która odchyliła się do tyłu, by jak najlepiej zmieścić się w kadrze, za nią Bartek ściśnięty między wielkim plecakiem koleżanki a pchającą się w górę Kazią. Jacek stał na końcu, z tym swoim uśmiechem, którego wciąż nie rozumiałam.

Żanetka chodziła z Romkiem, Bartek i Kazia również tworzyli parę. Tylko Jacek od początku był w tej grupie sam. W dodatku nawet nie należał do bliskich kolegów Romka i Bartka, którzy przyjaźnili się od czasów podstawówki. Pamiętam, jak zapytałam brata, czemu go zabierają, a on roześmiał się i odpowiedział, że Jacek ma kasę.

 

– To znaczy nie on, tylko jego starzy. – Poprawił się na szerokim parapecie, wydmuchując dym z papierosa. – Siedzą w Ameryce i przesyłają mu pieniądze.

Ameryka jawiła się nam wtedy jako bajkowy świat możliwości tak wielkich, że na samą myśl zakręciło mi się w głowie.

– I on... był w Ameryce? – szepnęłam z nabożnym podziwem.

Romek roześmiał się.

– Nie. Dawno mu proponowali, żeby do nich przyjechał, ale on powiedział, że woli zostać w Polsce.

To już brzmiało zupełnie niewiarygodnie, jednak nie dopytywałam dalej. Wszystko, co robił wtedy mój brat, wydawało mi się mądre i właściwe. Jeśli zamierzali zabrać ze sobą Jacka, to znaczyło, że tak właśnie powinno być.

– Dzięki niemu będzie nas stać na porządny sprzęt – powiedział, zeskakując z parapetu. – Och, nie martw się – dodał, choć wcale się nie martwiłam. – Będziemy dla niego mili. Naprawdę.

Może dlatego właśnie wszystko skończyło się tak, jak się skończyło. Ponieważ Jacek był obcy, ponieważ nigdy nie powinien był jechać na tę wycieczkę.

Pochowałam dwóch mężów – w tym jednego, którego naprawdę kochałam – przepracowałam najpierw w milicji, potem w policji trzydzieści lat, urodziłam dwójkę dzieci i patrzyłam, jak dojrzewają moje wnuki. A jednak jakaś część mnie została tam na peronie i nigdy nie dorosła.

Romek wychylający się z okna pociągu, uśmiech na jego piegowatej twarzy i czerwone od słońca uszy. „Spotkamy się za dwa tygodnie!”, krzyknął. A może: „Widzimy się dwa tygodnie?”. Powinnam pamiętać, w końcu to ostatnie słowa mojego brata. Z biegiem lat mnóstwo drobiazgów wyciekło mi z pamięci, choć myślałam, że nigdy ich nie zapomnę. Niedawno na przykład usiłowałam sobie przypomnieć, jakie meble stały w pokoju moim i Romka. Na pewno jego biurko i szafa na ubrania, a reszta?

Powinnam wiedzieć takie rzeczy, mówi się przecież, że starzy ludzie lepiej pamiętają odległe czasy niż to, co wydarzyło się wczoraj. Ja staram się zatrzymać przeszłość, ale ona i tak z każdym dniem blednie coraz bardziej, a dziewczyna, którą kiedyś byłam, czasem tak realna, jakby stała tuż obok, wymyka mi się z palców.

Tracę i ją, i brata, i nic nie mogę na to poradzić.

Schowałam zdjęcie do szuflady, umyłam się i położyłam do łóżka. Myślałam, że jak zwykle będę przewracać się w pościeli aż do pierwszej, ale zasnęłam, ledwo przyłożyłam głowę do poduszki.

*

Obudził mnie pomruk grzmotu, za którym nieuchronnie nadciągnęło bębnienie deszczu. Słuchałam tych odgłosów, rozleniwiona pod kołdrą, stopniowo jednak zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak.

Burza, pomyślałam.

Ten cholerny pies.

Usiadłam na łóżku, wciąż nie do końca przytomna. Znowu zagrzmiało, blask błyskawicy na ułamek sekundy wypłoszył z kątów półmrok i oblał meble neonowym światłem. Przysunęłam stojący na nocnym stoliku budzik i sprawdziłam godzinę.

Było dziesięć minut po ósmej, ranek, a nie świt, jak wcześniej sądziłam.

Psy boją się burzy, przypomniałam sobie. Nie wszystkie, oczywiście, ale nawet jeśli pies Jacka należał do mniejszości, moknięcie w ulewie raczej mu nie posłuży.

Przez dłuższą chwilę leżałam jeszcze, walcząc z wyrzutami sumienia, aż wreszcie wstałam i zapaliłam światło, które przegnało szarość deszczowego dnia. Zaczęłam się ubierać, powoli, czekając, aż zesztywniałe po nocy mięśnie rozgrzeją się i zaczną działać. Spodnie dresowe, wyjściowa bluzka, adidasy – pierwsze, co wpadło mi w ręce. Na to narzuciłam płaszcz przeciwdeszczowy. Nie żadną kurtkę z goretexu czy innego wymyślnego materiału, tylko zwyczajny płaszcz z grubej folii. Ma on tę wadę, że człowiek paskudnie się pod nim poci, i tę zaletę, że naprawdę nie przemaka. Nie był to może najlepszy strój, ale na przejście do końca Zamkowej powinien wystarczyć.

Gdy wyszłam na zewnątrz, deszcz uderzył mnie w twarz. Naciągnęłam mocniej kaptur i pochylona, walcząc z wiatrem ciskającym kolejnymi falami ulewy, ruszyłam naprzód.

Nie robiłam tego ze względu na psa. Robiłam to, ponieważ chciałam być babcią, którą widziała we mnie Zuza. Nawet gdyby moja wnuczka nigdy się o tym nie dowiedziała.

Nim dotarłam do lasu, nogawki spodni miałam całkiem przemoczone, a w butach mi chlupotało. Powinnam pewnie opracować jakiś plan, ale przez całą drogą myślałam tylko o tym, by nie dać się przewrócić gwałtownym podmuchom. Ostatecznie doszłam do wniosku, że sprawdzę, czy zwierzę jest bezpieczne, a jeśli nie, będę się zastanawiać, co dalej. Na tyle mnie było w tamtym momencie stać.

Widziałam już dom Jacka, gdy usłyszałam z tyłu warkot nadjeżdżającego samochodu. Zeszłam z drogi, czy może raczej niezgrabnie uskoczyłam, choć i tak oczywiście struga zimnej błotnistej wody zdążyła chlapnąć na moje przemoczone spodnie. Zaklęłam pod nosem, przytrzymując się drzewa. Byłam zdecydowanie za stara na takie wyczyny.

Patrzyłam, jak żółty mini cooper zwalnia, a potem zatrzymuje się na końcu ulicy. Wysiadła z niego znajoma blondynka, która trzymając nad głową gazetę, pobiegła otworzyć bramę. Samochód wjechał do ogrodu i chwilę później dziewczyna pomagała już wysiąść Jackowi. Rozmawiali, gwałtownie gestykulując, jakby się kłócili, ale deszcz zagłuszał słowa. Zaczekałam, aż wpuszczą do willi przemokniętego psa, i odeszłam, zadowolona, a jednocześnie trochę na siebie zła.

W domu połknęłam zestaw porannych leków, dorzuciłam do tego dwie aspiryny i resztę dnia spędziłam pod kocem, oglądając przygody detektywów na karaibskiej wyspie. Bolały mnie biodro i kostka, którą musiałam nadwyrężyć, gdy uskoczyłam przed samochodem, i po raz pierwszy, odkąd zobaczyłam Jacka, poczułam się nie tylko stara, ale też śmieszna. Co ja właściwie próbowałam osiągnąć? Może powinnam dać sobie spokój, pomyślałam, jednak nawet wtedy, w myślach, znowu się oszukiwałam, bo w głębi ducha wiedziałam, że tego nie zrobię. Śmieszna czy nie, zamierzałam dokończyć to, co zaczęłam.

Następnego dnia po deszczu zostały tylko głębokie mętne kałuże, przyklejone do asfaltu mokre liście wyglądały jak poległe w boju zielone ćmy. Szłam moją stałą trasą, licząc się z tym, że Jacka znowu nie będzie w domu. Był jednak, w ogrodzie, tak jak widywałam go wielokrotnie wcześniej. Rąbał na kawałki oberwany przez burzę konar, stękając przy tym i sapiąc. Zrobiło mi się go prawie żal. Czemu u licha nie poprosił o pomoc kogoś młodszego, choćby jasnowłosej wnuczki?

Dopiero później uświadomiłam sobie, że nie widziałam psa, a przecież zwierzę zwykle kręciło się po ogrodzie. Oczywiście to jeszcze nie musiało o niczym świadczyć, może akurat tego dnia z jakiegoś powodu Jacek uznał, że zamknie zwierzaka w domu, ale nie zobaczyłam psa także 18 i 19 maja.

Pewnie go oddał, uznałam. Miałoby to sens, bo zwierzę było duże, a jego właściciel stary i słaby. Może nawet tamtego ranka wystraszony burzą, głodny i zirytowany pies zaatakował wracającego Jacka albo jego wnuczkę?

Nieważne. Tworzyłam w głowie piętrowe teorie, gdy tymczasem liczyło się tylko jedno: zniknęła najważniejsza przeszkoda powstrzymująca mnie przed zrealizowaniem planu.

Dotarłam na Bolinę i usiadłam na ławce naprzeciwko placu zabaw. O tak wczesnej porze przebywało tu tylko kilka matek. Plotkowały, podczas gdy ich pociechy kręciły się na małej karuzeli. Dwie starsze dziewczynki przepychały się, walcząc o miejsce na przyczepionym do liny gumowym talerzu. Wygrała wyższa, ciemnowłosa, po czym zjechała triumfalnie, powiewając falbankami różowej sukienki. Jej koleżanka została na podeście, wywrzaskując pod adresem rywalki niecenzuralne słowa.

Ja nie miałam szczęśliwego dzieciństwa, ale też mało kto z mojego pokolenia miał. Żyliśmy w ciężkich, bo tużpowojennych czasach, zmęczone matki nie głaskały nas po główkach, tylko goniły do roboty, a ojcowie pili i chętnie łapali za pas. Ale ja miałam Romka, starszego brata, który opiekował się mną, bronił, gdy chłopcy w szkole popychali mnie i ciągnęli za warkocze, który pokazał mi, jak gołymi rękami łapać raki i jak łagodnym głosem zwabiać wychudzone koty, by dały się pogłaskać. Odkąd pamiętam, zawsze był przy mnie, nawet wtedy, gdy dorósł już na tyle, by palić papierosy, a kumple śmiali się z łażącej za nim pulchnej, niezgrabnej dziewczynki. Z czasem pojawił się Bartek, nieco później do naszej paczki dołączyła Kazia. I Żanetka – ta zjawiła się, gdy Romek kończył liceum. Pamiętam, że z początku byłam nawet o nią trochę zazdrosna, bo zabierała mi brata. Jednak na Żanetkę nie można się było gniewać. Przypominała promień słońca – wiem, że to banalne określenie, ale do niej naprawdę pasowało. Jasnowłosa, uśmiechnięta, wiecznie optymistyczna. Chodziła lekko, jakby tańczyła, nosiła sukienki w kwiatki, które samodzielnie szyła na podstawie wykrojów z zagranicznych pism, i lubiła nucić francuskie piosenki. Miała na imię Janina, jednak zawsze przedstawiała się jako Żanetka. Teraz, po latach, myślę, że była w tym wszystkim po młodzieńczemu pretensjonalna, choć wtedy nikt tego tak nie postrzegał. Urocza, mówili ludzie, a niektórzy mężczyźni dodawali z błyskiem w oku: niczego sobie kobietka.

Jacek pojawił się najpóźniej. Po raz pierwszy spotkaliśmy się na prywatce w czyimś domu. Może u Bartka? Nie pamiętam już, ale tylko jego rodzice mieli wystarczająco duże mieszkanie, by urządzać takie imprezy. Zwinęliśmy dywan i tańczyliśmy przy dźwiękach muzyki płynących ze starego gramofonu. Jacek nalał nam wódki, a potem poprosił mnie do tańca. Chyba imponowało mi wtedy, że interesuje się mną starszy elegancki chłopak.

Gdy piosenka dobiegła końca, Kazia zaciągnęła mnie do kuchni i poczęstowała papierosem – wtedy palili wszyscy, ledwo dorośli na tyle, by nie bać się ojcowskiego pasa. Nikt nie myślał o zdrowym stylu życia.

– Uważaj na niego – powiedziała. – To niezłe ziółko.

Kazia stanowiła przeciwieństwo giętkiej Żanetki: duża, silna dziewczyna w typie przodowniczek pracy, które na plakatach jedną ręką przerzucały snopek siana, drugą kołysząc przyszłość narodu w postaci pulchnego niemowlęcia. Na swój sposób ładna, choć dopiero Bartek odważył się ją poderwać.

– Jak to? – zapytałam naiwnie, a ona wzruszyła ramionami.

– No wiesz, krążą różne plotki.

Próbowałam ją wypytywać, ale nie chciała powiedzieć nic więcej. Uważała mnie pewnie za dzieciaka, któremu nie wypada opowiadać o skrobankach i porzuconych dziewczynach – tego dowiedziałam się później, słuchając, jak starsi szepczą między sobą.

Potrząsnęłam głową, odganiając wspomnienia. Nie chcę być jedną z tych starszych pań, które ciągle patrzą wstecz, jednak czasem nic nie da się na to poradzić.

Dwie dziewczynki znów zaczęły się przepychać przy gumowym talerzu. I tym razem brunetka wygrała, a jej koleżanka uderzyła w płacz.

Kiedyś będziesz musiała nauczyć się walczyć o swoje, pomyślałam. Ja się nauczyłam. Zajęło mi to trochę, ale wreszcie się nauczyłam.

Potem pomyślałam: powinnam zrobić to dzisiaj.

Myśl, kiedy już przyszła mi do głowy, wydawała się całkiem oczywista. Nie było sensu czekać. Im dłużej będę kręciła się przed domem Jacka, tym większa szansa, że ktoś wreszcie zwróci na mnie uwagę. Poza tym Jacek w każdej chwili mógł znowu wyjechać albo wziąć sobie nowego psa.

Wstałam z ławki. O dziwo, teraz gdy podjęłam decyzję, nagle czekanie przestało sprawiać mi przyjemność. Czułam się jak nastolatka odliczająca minuty do pierwszej randki. Pojechałam na działkę, jednak było zbyt gorąco, żeby pracować, wróciłam więc do domu i próbowałam czytać, a potem oglądać serial – tym razem Koronę – w nadziei, że wciągną mnie komplikacje na brytyjskim dworze. Problem w tym, że na niczym nie potrafiłam się skupić. Bezustannie wracałam myślami do mojego planu, szukając w nim słabych punktów. Było ich trochę i musiałam się z tym pogodzić. Praca w policji dawno temu nauczyła mnie, że nie istnieją przestępstwa doskonałe. Dużo zależy od przygotowania, owszem, ale sporo też od zwykłego szczęścia.

Po zachodzie słońca wyszłam z domu, ubrana w szary dres, z kijkami do nordic walkingu i małym plecaczkiem, w jakim sportowcy noszą zapas wody albo batoniki energetyczne. Ja w swoim schowałam dobrze naostrzony nóż. Porę wybrałam idealną: w półmroku nadciągającego wieczoru rozmywały się już sylwetki przechodniów, a jednocześnie godzina wciąż była na tyle wczesna, że spacerujący ludzie nie zwracali na siebie specjalnej uwagi.

Plan miałam prosty. Zadzwonić do willi Jacka, powiedzieć mu, że od szybkiego chodzenia z kijkami zrobiło mi się słabo, i poprosić o szklankę wody. Nie sądziłam, żeby zatrzasnął drzwi przed potrzebującą pomocy starszą panią. Jeśli pies będzie w domu, udam wystraszoną i zapytam, czy nie mógłby zamknąć zwierzaka w jednym z pokoi. Co prawda uwięzione zwierzę mogło narobić rabanu na całą okolicę, ale w razie czego zostawało mi przynajmniej kilka minut, żeby zorientować się, co dalej i czy w ogóle warto ryzykować.

 

Poszłam na Zamkową od strony Boliny, przez las. Między drzewami mrok zgęstniał już tak bardzo, że musiałam iść ostrożnie, uważając na każdy krok. Serce biło mi szybko, w krzakach buszowały jakieś stworzenia, słyszałam trzaski łamanych gałązek i naprawdę miałam nadzieję, że to ptaki albo zające, a nie dziki. Kiedyś natknęłam się tu na jednego: wielkie czarne bydlę wyszło z lasu i zaczęło szukać czegoś w trawie na skraju osiedla, zupełnie nie zwracając uwagi na mijających je ludzi.

Potknęłam się nagle i przewróciłam. Szlag, pomyślałam, czując piekący ból zdartej z dłoni skóry. Szlag, szlag, szlag. Podniosłam się, pozbierałam kijki i stałam przez chwilę, starając się odzyskać równowagę. W moim wieku można połamać sobie kości, spadając z łóżka – wyglądało jednak na to, że tym razem przynajmniej nic się nie stało. Trochę tylko kręciło mi się w głowie.

Zaklęłam jeszcze raz, żeby dodać sobie animuszu. Pomyślałam nawet, że poobijana mogę być dla Jacka bardziej wiarygodna: biedna starsza pani, która przewróciła się, spacerując po zmroku w lesie. Jednak wypełniające mnie podniecenie zniknęło i zamiast niego pojawił się lęk. Do tej pory cały mój plan opierał się na założeniu, że jestem od Jacka silniejsza i sprawniejsza fizycznie: on był starszy, a kiedy widywałam go w sklepie czy w ogrodzie, wyglądał na bardziej schorowanego. Pozory jednak mogły mylić. Co, jeśli sobie z nim nie poradzę?

Odsunęłam te myśli i wyszłam z lasu wprost na dom Jacka. W resztkach dziennego światła obejrzałam jeszcze powstałe po upadku szkody – zdarta skóra, plama błota na kolanie spodni – po czym pchnęłam uchyloną furtkę i weszłam do ogrodu. Zadzwoniłam do drzwi. Myślałam nad tym, co powiem, kiedy wreszcie znajdziemy się sam na sam.

„Dzień dobry, nie poznajesz mnie?” – brzmiało to trochę tandetnie, jak z seriali, które oglądałam wieczorami, ale niech tam, w takich chwilach człowiek ma prawo do braku oryginalności. Poza tym chciałam, żeby Jacek przypomniał mnie sobie, chciałam widzieć strach w jego oczach.

Nikt nie odpowiadał, zadzwoniłam więc drugi raz, a potem trzeci.

Żadnej reakcji.

Przyszło mi do głowy, że może jakimś cudem mnie rozpoznał i ukrywa się teraz w willi, dygocząc z przerażenia za firanką, choć pewnie wyszedł zwyczajnie do Żabki, na spotkanie z wnuczką albo gdziekolwiek.

Cofnęłam się rozczarowana. Mogłam oczywiście wrócić jutro, licząc, że dziś nikt mnie nie zauważył, ale to wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem, musiałabym raz jeszcze wszystko przemyśleć...

Już miałam odejść, kiedy coś mnie tknęło.

Otwarta furtka. Zawsze, kiedy przechodziłam obok domu Jacka, była zamknięta. Wcześniej nie zwróciłam na nią uwagi, zajęta własnymi myślami, jednak to naprawdę wyglądało dziwnie.

Niepewnie nacisnęłam klamkę drzwi wejściowych, które uchyliły się lekko, z cichym skrzypnięciem.

– Halo? – zawołałam półgłosem, na wszelki wypadek wczuwając się w rolę poszkodowanej starszej pani. – Jest tu ktoś? Potrzebuję pomocy!

Odpowiedziała mi cisza, nie zwyczajna, jaka panuje w domu, z którego ktoś wyszedł tylko na chwilę, ale inna, głębsza i bardziej nieruchoma. Pracując w milicji, a potem w policji, często wchodziłam do opuszczonych budynków i nauczyłam się odróżniać różne rodzaje ciszy. Tę zwyczajną, pachnącą ostatnim posiłkiem i świeżo wyczyszczonym dywanem, i tę drugą. Druga cuchnie krwią i to ją teraz wyczuwałam w powietrzu.

Wiedziałam, że powinnam zrobić w tył zwrot i wyjść z tego domu jak najszybciej, a potem wrócić do swojego mieszkania i w miarę możliwości nie pojawiać się na tym odcinku Zamkowej przez następne pół roku. Jednak ludzie rzadko postępują tak, jak podpowiada im rozsądek. Robimy jeden krok, drugi i następny, aż jest za późno i orientujemy się, że znaleźliśmy się w miejscu, w którym nie powinno nas być.

Czasem trudno jest się zatrzymać, bo to, co pcha nas do przodu, jest silniejsze od rozsądku.

Wymacując sobie drogę, przeszłam przez ciemny przedpokój. Kijki do nordic walkingu przeszkadzały mi tylko, oparłam je więc o ścianę i weszłam do dużego salonu. Tu było zdecydowanie jaśniej, bo przez okno wpadało wystarczająco dużo światła, bym zobaczyła kominek i stół otoczony sześcioma krzesłami. A także kanapę, tak ciężką i niezgrabną, że musiała być chyba zabytkiem.

I oczywiście ciało leżące w kałuży krwi na dywanie.

*

Jacek skulony na boku, z głową niemal wciśniętą pod kanapę, jakby w ostatniej chwili życia usiłował się pod nią schronić. Miał na sobie dżinsy i kraciastą koszulę – strój, w którym wielokrotnie widywałam go w ogrodzie. Z nogawek wystawały stopy w czarnych skarpetkach, niedaleko na dywanie leżały kapcie: nowe, nie rozdeptane. Pamiętam, że z jakiegoś powodu zwróciłam na to uwagę. Widziałam przerzedzające się włosy na potylicy i odrzuconą na bok dłoń, pomarszczoną i pokrytą plamami. Dłoń starego człowieka, taką samą jak moje.

Nie musiałam podchodzić bliżej, by sprawdzić, czy oddycha. Nikt nie zdołałby przeżyć czegoś takiego. Cały dywan był przesiąknięty krwią, która w szarości zapadającego wieczoru wydawała się nienaturalnie ciemna, krew zakrzepła na podłodze i pokryła szerokimi rozbryzgami ścianę. W powietrzu unosił się duszący odór, jak w rzeźni.

Nagle poczułam absurdalny żal. Nikt nie powinien umierać w taki sposób, nawet Jacek.

Rozejrzałam się odruchowo, rejestrując stojącą na stole butelkę – napisu na etykiecie już nie potrafiłam odczytać, bo mrok gęstniał z każdą chwilą – i szklankę. Potem wreszcie dałam się przekonać rozsądkowi, który wrzeszczał na mnie od dobrych kilku minut.

Wyjść stąd. Natychmiast.

Zabrałam kijki, zastanawiając się, czego po drodze dotykałam. Chyba niczego, z wyjątkiem klamki przy drzwiach wyjściowych. Na podeszwach butów naniosłam prawdopodobnie trochę brudu z ogródka, ale na szczęście po ostatniej burzy ziemia zdążyła wyschnąć, nie zostaną więc odciski z błota, a tę odrobinę pyłu mógł równie dobrze przynieść sam Jacek.

Wycofałam się, pamiętając o wytarciu klamki.

Teraz najważniejsze pytanie brzmiało: wracać przez las czy Zamkową? W lesie było już prawie zupełnie ciemno, na Zamkowej mogłam spotkać kogoś, kto zwróciłby na mnie uwagę. Zawahałam się. Schodziłam właśnie po schodkach do ogródka, gdy usłyszałam odbijające się od drzew ludzkie głosy.

Schowałam się za rogiem willi, po cichu licząc, że nikomu nie przyjdzie do głowy patrzeć w tę stronę. Zaniepokojeni rodzice ostrzegali córkę, by zwolniła, turkotały koła hulajnogi, a w pachnącym trawą wieczornym powietrzu unosił się lekki jak mydlana bańka dziecięcy śmiech. Gdzieś obok rozszczekał się pies, a ja czekałam, licząc upływające minuty, świadoma, że z każdą chwilą zapada coraz głębszy mrok.

Gdy głosy ucichły w oddali, odważyłam się wyjść. Furtkę zostawiłam uchyloną, tak jak ją zastałam, i skręciłam w las. W plecaku miałam latarkę, ale dopóki widziałam cokolwiek, nie zamierzałam jej wyjmować. Bez latarki byłam tylko zwyczajnym spacerowiczem, który zagapił się i nie zauważył nadciągającego zmierzchu, z latarką stałabym się kimś podejrzanym, na kogo zwraca się uwagę.

Pierwszych kilkadziesiąt metrów poszło łatwo, drzewa z prawej strony były tu rzadsze, a między nimi połyskiwała odbijająca resztki dziennego światła tafla niewielkiego stawu. Potem jednak musiałam skręcić w lewo. Światło za moimi plecami bladło, w miarę jak zanurzałam się głębiej w las. Czułam się, jakbym wchodziła w tunel, wilgotny i pachnący chłodem. Wokół krążyły komary, wielkie bzyczące muchy wyczuwały zapach potu i próbowały siadać mi na twarzy. Znowu pomyślałam o latarce, chociaż miałam do pokonania tylko kilkanaście metrów.