WiaraTekst

Z serii: Ze Strachem
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiara
Wiara
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Wiara
Wiara
Wiara
E-book
26,90 
Szczegóły
Wiara
Wiara
Wiara
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

wtorek, 15 lipca

Dochodziła druga w nocy. Hanka, umyta już i przebrana w piżamę, powinna spać, ale zamiast tego siedziała na łóżku w swoim pojedynczym pokoju w hotelu – najtańszym, jaki udało im się znaleźć – i gapiła się na zdjęcie Marty Jaczyk. Dziwnie było spoglądać w twarz dziewczyny, którą zapamiętała jako leżące w kostnicy martwe ciało. Żywa Marta okazała się jeśli nie ładna, to przynajmniej dość atrakcyjna. Sfotografowano ją w aptece, kiedy kucając, układała na dolnej półce opakowania leków, skupiona na swoim zajęciu. Włosy, dłuższe i bez trwałej, opadały jej na policzki, spod białego fartucha wysunęło się krągłe kolano, a w rozchyleniu dekoltu widać było zarys piersi. Skupiona i jednocześnie nieświadoma, że ktoś właśnie schwytał ją w obiektyw. Było w tej fotografii coś lekko perwersyjnego, jakby Hanka spoglądała przez dziurkę podglądacza. Porucznik miał rację – ktokolwiek nacisnął spust aparatu, prawdopodobnie był trochę świrem. Albo nawet więcej niż trochę.

Odłożyła zdjęcie i wyszła na balkon. Powietrze tutaj było zupełnie inne niż na wsi, ciężkie i duszne nawet w nocy. Hanka ostrożnie odetchnęła zapachem spalin i rozgrzanego asfaltu. Niebo nad Olsztynem było ciemne, bez śladu gwiazd, jak narzucona na miasto kołdra. Niżej dziewczyna widziała połyskujące w mroku światła: latarnie, może nocne sklepy. Przez moment opanował ją strach. Chciała wracać: do mamy, która powiedziałaby, że cały ten pomysł z milicją od początku był głupi, choć w gruncie rzeczy czułaby się rozczarowana, i do ojca, który swoim zwyczajem wymruczałby „Szkoda”, choć pewnie by się ucieszył. Do koleżanek, które miały normalne prace w sklepach, szkołach czy urzędach i popychały już po uliczkach Żywca wózki z pierwszymi pociechami. Do kolegów, z którymi chodziła do technikum, a którym, kiedy spotykała ich po latach, nawet się nie przyznawała, że była w szkole milicyjnej, bo to zawsze kończyło się tak samo: zaczynali sobie z niej żartować i chcieli sprawdzać, czy naprawdę jest taka twarda. A ona twarda nie była.

Jeszcze nie.

Opanowała lęk, jak robiła to wiele razy wcześniej, i rozejrzała się. Dopiero teraz zauważyła, że na sąsiednim balkonie ktoś stoi – zarysowana w mroku sylwetka, ognik papierosa wędrujący przez noc w drodze do ust. Kapitan Witczak. Hanka już miała coś powiedzieć – w końcu głupio było tak stać w ciemności obok siebie – ale wtedy mężczyzna strzepnął popiół i odwrócił się. Jego gesty były niezborne, zbyt zamaszyste, poruszał się, jakby był chory. Albo pijany – Hanka dopiero po chwili zrozumiała, na co właściwie patrzy. Gdy Witczak otworzył drzwi do pokoju, światło padło na jego twarz, a dziewczyna cofnęła się odruchowo. Miała wrażenie, że widzi właśnie coś, czego nie powinna widzieć, coś zbyt intymnego i osobistego. Kapitan wyglądał na zmęczonego, ale Hanka zobaczyła więcej: jakiś cień w jego twarzy, który na krótką jak uderzenie serca chwilę uczynił go bliźniaczo podobnym do opuszczonego przez żonę porucznika Dudka.

Jak najciszej wróciła do swojego pokoju, zgasiła światło i schowała się pod kołdrą. Myślała, że tej nocy nie zmruży oka, ale zasnęła, ledwo przyłożyła głowę do poduszki.

* * *

ZŁO NADESZŁO OD WSCHODU

JUŻ TU JEST

POKUTUJCIE ŻEBY NIE STAŁO SIĘ WIĘKSZE

ŻAŁUJCIE ZA GRZECHY A ZOSTANIECIE OCALENI

Niżej ktoś dopisał, też kredą, ale innym charakterem pisma: MOŻE.

Ksiądz Jerzy przyglądał się przez chwilę równym białym literom znaczącym drzwi kościoła, potem poszedł do zakrystii, przyniósł miskę z wodą oraz szmatkę i starannie wszystko wytarł. Kreda miała niewątpliwie tę zaletę, że schodziła łatwo – Marczewski szczerze się cieszył, że nikt z miejscowych nie wpadł jeszcze na to, żeby użyć farby – ale i tak te powtarzające się napisy zaczynały go coraz bardziej irytować.

Zaniósł miskę z powrotem do zakrystii, otworzył kościół i usiadł w konfesjonale, czekając na wiernych, którzy przyjdą wyspowiadać się przed mszą. Minęła dopiero siódma, miał więc trochę czasu. Pięć minut później drzwi skrzypnęły cicho i w nawie rozległ się zwielokrotniony echem odgłos niepewnych kroków. Po chwili ktoś ukląkł w konfesjonale i powiedział cicho:

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

– Na wieki wieków. Amen – odparł ksiądz.

Mężczyzna milczał przez dobre pół minuty, a kiedy wreszcie się odezwał, mówił powoli, jakby zastanawiał się nad każdym słowem:

– Czy wierzy ksiądz, że istnieją grzechy, które można zmyć tylko krwią?

– Nie rozumiem – powiedział proboszcz ostrożnie, czując, jak mocniej bije mu serce. – Bóg jest miłosierny i nigdy nie żąda od nas takich ofiar.

Mężczyzna znowu ucichł na kilkanaście sekund. Ksiądz Jerzy czekał cierpliwie, z pocącymi się dłońmi i pulsem łomoczącym w skroniach. Jak powiedział ten milicjant? Gdyby to był film, morderca przyszedłby do kapłana wyznać swoje winy. Ale to nie był film, a proboszcz nie usłyszał wyznania. Jeszcze nie.

– Wierzy ksiądz, że to, co jedni uważają za grzech, dla innych może być… świętością?

– Nie sądzę, nie… – Czuł, że sam zaczyna się plątać. – Musiałbym znać więcej szczegółów. Jeśli…

Nie dokończył, bo mężczyzna zerwał się nagle i w kościele ponownie rozległ się odgłos kroków – tym razem znacznie szybszych, zdecydowanie zmierzających w stronę wyjścia. Ksiądz Jerzy wychylił się z konfesjonału w samą porę, by dostrzec sylwetkę znikającą w jasnym świetle poranka. Nie rozpoznał jej, tak samo jak nie rozpoznał głosu – choć ten wydawał mu się znajomy. Przysiągłby, że gdzieś już tego człowieka słyszał, ale ostatecznie to samo mógłby powiedzieć o wszystkich mieszkańcach Rokitnicy.

Usiadł z powrotem, wycierając czoło chustką. Nie był pewien, co tu przed chwilą zaszło. Naprawdę rozmawiał z mordercą? Nonsens, uznał. Ktokolwiek przyszedł się wyspowiadać, był prawdopodobnie kolejną zagubioną duszą. Tylko tyle.

Drzwi kościoła skrzypnęły znowu i po chwili proboszcz słuchał już skomplikowanej opowieści o ciągnącej się latami kłótni z teściową. „To nie moja wina, że ona taka jest, ale sam ksiądz rozumie, człowiek czasem nie wytrzymuje…”

Marczewski potakiwał odruchowo, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.

* * *

– Czy robiłem Marcie ukradkiem zdjęcia? Co za bzdury! – Gawryluk zamachał gwałtownie przypominającymi poduszeczki dłońmi, kreśląc w powietrzu niemal idealnie okrągłe łuki. Sam też był niemal idealnie okrągły, z łysą głową przypominającą kulę do kręgli i pokaźnym brzuszkiem. – Kupiłem wtedy nowy aparat, bo z żoną na wczasy jechaliśmy, i żeby go wypróbować, cyknąłem parę fotek w aptece.

– I na jednej przypadkiem znalazła się Marta Jaczyk? – zapytał Witczak, a Hanka po raz kolejny tego dnia zerknęła na niego spod oka. Po nocnym pijaństwie nie został ślad, kapitan był opanowany i spokojny jak zawsze. Starsza szeregowa zaczynała wierzyć, że wczorajsza scena na balkonie tylko jej się przywidziała.

– I na jednej przypadkiem znalazła się Marta, tak.

Hanka zostawiła w spokoju Witczaka i skupiła się na pytaniu, czy wierzy Gawrylukowi. Wyjaśnienie brzmiało sensownie, a poza tym na korzyść aptekarza świadczyło to, że z całą niewinnością dał zdjęcie milicji. Jednak nie do końca ufała temu krągłemu mężczyźnie. Wydawał się… zbyt gładki, niemal zbyt przekonujący, co w pewien sposób sugerowało, że potrafiłby równie wiarygodnie kłamać, gdyby tylko zechciał.

W aptece zapadła cisza. Witczak i Hanka czekali, Gawryluk ocierał pot z czoła wielką kraciastą chustką. Byli tu już od kwadransa, zdążyli dostać klucze od mieszkania Marty Jaczyk – dziewczyna dała zapasowy komplet szefowi, żeby mógł w czasie jej urlopu podlewać kwiatki – i wysłać z nimi Synowca. Potem Witczak zapytał o zdjęcie, a Gawryluk odpowiedział.

Przez cały ten czas aptekarz nie zadał najważniejszego pytania.

On wie, pomyślała nagle Hanka. Już wie.

Gawryluk schował chustkę i nagle jakby skląsł, zapadł się w sobie.

– Marta nie żyje, prawda?

– Tak, Marta nie żyje.

Usta aptekarza zadrgały, policzki zatrzęsły się. Cholera, zaraz się rozryczy, pomyślała zdumiona Hanka. Nie dziwił jej przy tym sam płacz, ale fakt, że mężczyzna nawet nie próbował się opanować ani w żaden sposób zasłonić. Rozszlochał się jak dziecko, zupełnie otwarcie. Z oczu lały mu się łzy wielkości grochu, a on tylko ocierał je chustką.

Witczak spojrzał znacząco na Hankę, najwyraźniej oczekując, że dziewczyna zajmie się aptekarzem. Tego właśnie spodziewano się po kobietach w milicji: pocieszania i uspokajania. Hanka świetnie o tym wiedziała, ale nie ruszyła się z miejsca. Nie miała pojęcia, co teraz zrobić – pomysł, żeby podejść do Gawryluka i go objąć, wydawał się absurdalny.

Witczak chrząknął.

– Starsza szeregowa, proszę przynieść świadkowi szklankę wody.

Zawstydzona dziewczyna z ulgą umknęła na zaplecze. Znajdowały się tam miniaturowa łazienka i kącik kuchenny, składający się z szafki i przypiętego do butli gazowej palnika. Na palniku stał poobijany czajnik, na szafce Hanka znalazła szklankę z resztkami fusów po kawie. Wypłukała ją i przez chwilę rozważała, czy nie napełnić jej w łazience, zrezygnowała jednak – rodzice od dzieciństwa wbijali jej do głowy, że nie pije się prosto z kranu. Na szczęście w czajniku było jeszcze trochę wystudzonej wody. Pływały w niej jakieś śmieci, pewnie kamień z dna naczynia, ale to nie powinno Gawrylukowi przeszkadzać.

Nie przeszkadzało. Aptekarz wypił wodę jednym haustem i trochę się uspokoił. Wysmarkał nos, po raz ostatni przetarł oczy.

– Czy teraz może pan z nami porozmawiać? – zapytał Witczak.

– Tak. Mój Boże, biedna Marta… Takie nieszczęście. Powie mi pan, co się stało? To nie był wypadek, prawda?

 

– Nie. Marta Jaczyk została zamordowana. Więcej nie musi pan wiedzieć.

– Och… – Gawryluk zgiął się wpół. Hanka wystraszyła się, że zaraz znowu wybuchnie płaczem, ale tym razem mężczyzna odetchnął głęboko i jakimś cudem zdołał się opanować. – Niech pan pyta – powiedział. – Trzeba dorwać tego drania.

* * *

– Marta… Marta była miła, rozumie pan? – Gawryluk w roztargnieniu upił łyk kawy. Hanka zrobiła ją tym razem z własnej inicjatywy, po czym usiadła na ladzie obok kasy – innego miejsca nie było, bo Gawryluk i Witczak zajęli jedyne dwa krzesła. Od czasu do czasu ktoś z ulicy podchodził do drzwi apteki, patrzył na kartkę z napisem REMANENT, ZAMKNIĘTE i odchodził z kwitkiem. – Wiem, że o wszystkich ofiarach zbrodni tak się mówi – ciągnął tymczasem aptekarz. – Ale Marta naprawdę była miła. Spokojna taka, uważna, w wydawaniu leków nigdy się nie pomyliła… Wcale nie przypominała innych ­dziewczyn…

– W jakim sensie?

– No wie pan kapitan, teraz to młodzi mają fiu-bździu w głowie, na dyskoteki chodzą, nic, tylko by się bawić chcieli. Albo narzekają, że to źle, tamto niedobrze. Ciągle czegoś chcą, ciągle im mało.

– A Marta?

– Marta cieszyła się zwyczajnym życiem. Nie chciała gwiazdki z nieba, nie wydawało jej się, że jest Bóg wie kim i cały świat powinien z tego powodu paść jej do stóp. Była, no wie pan…

– Miła – podpowiedział Witczak.

– Miła, tak. – Gawryluk pociągnął nosem i napił się kawy. – Robiła, co do niej należało, po pracy czasem z koleżanką do kina wyszła. Nic więcej. Jezu, komu ta dziewczyna mogła przeszkadzać, żeby ją… Nie powie mi pan, jak zginęła, prawda?

– Miała chłopaka? – Kapitan udał, że nie słyszy pytania.

– Nie, chociaż…

– Tak?

– Jakoś w maju wydawało mi się, że chyba kogoś poznała. – Aptekarzowi prawie udało się spojrzeć na Witczaka wyzywająco. Prawie, bo załzawione oczy jednak psuły efekt. – To był mój błąd, prawda? Że powiedziałem o tym na milicji, jak zgłaszałem zaginięcie. Dlatego nic w tej sprawie nie zrobili.

– Niech pan opowie, jak to z tym chłopakiem było.

Gawryluk pokręcił głową.

– Nie wiem, czy w ogóle istniał jakiś chłopak. Ale w maju Marta poprosiła o wolny dzień w któryś piątek. Wydawała się… Sam nie wiem, jakby podekscytowana, wie pan, trochę zdenerwowana, ale przy tym radosna. Zgodziłem się i w czwartek przyszła do pracy z nową fryzurą, pochwaliła się też, że kupiła sobie na jutro sukienkę. Żartowałem z niej i pytałem, czy szykuje się na randkę, a ona…

– Tak? – tym razem odezwała się Hanka.

– Powiedziała, że jedzie spotkać się z kimś szczególnym. Uśmiechała się i wyglądała… wyglądała, jakby miała zaraz unieść się nad podłogą. Jak w tych wszystkich filmach, gdzie ludzie zakochują się, a potem tańczą i śpiewają w deszczu. Dlatego właśnie pomyślałem o chłopaku.

– Co było potem?

– Pod koniec maja wzięła dwa tygodnie urlopu. Założyłem, że chciała je spędzić z tym mężczyzną, ale wróciła jakaś inna, już nie radosna, tylko cała spięta, jakby wydarzyło się coś złego. Pomyślałem sobie, że może się pokłócili albo on ją rzucił. Pytałem nawet, delikatnie, wie pan, z młodymi dziewczynami trzeba ostrożnie, ale Marta nie chciała mówić…

Hanka uniosła głowę znad pośpiesznie bazgranych notatek. Albo jej się wydawało, albo w głosie Gawryluka zabrzmiała lekka uraza.

„Zazdrość?” – zanotowała. Pracodawca, który dostrzega takie szczegóły jak nowa fryzura u pracownicy i wypytuje o życie uczuciowe, wydawał jej się dość nietypowy. Choć może Gawryluk faktycznie nie miał niczego złego na myśli, może po prostu Martę lubił i tyle.

„Akurat” – zapisała.

– Co było dalej? – dopytywał Witczak.

– Przez trzy tygodnie był spokój. Marta jak zawsze przychodziła do pracy, a potem… Potem…

– Zniknęła – podpowiedziała Hanka.

– Zniknęła, tak. – Aptekarz wyglądał na śmiertelnie znużonego, jakby płacz i wspominanie zmarłej były niezwykle męczącymi zajęciami. – Nie przyszła w poniedziałek, a ja… Możecie się ze mnie śmiać, ale od razu wiedziałem, że stało się coś złego. Po prostu wiedziałem. Marta nigdy nie opuściłaby dnia pracy bez zawiadomienia mnie. Nawet jak była chora, zawsze dzwoniła, nie od siebie, bo sama telefonu nie miała, ale od sąsiadki. Zawsze.

Witczak spojrzał na Hankę zachęcająco. Teraz ty, mówił jego wzrok. Pytaj.

– Czy nazwa Rokitnica z czymś się panu kojarzy?

– Rokitnica? Nie. To tam Marta została zabita?

– Nigdy nie wspominała o takiej miejscowości? – Hanka, podobnie jak wcześniej kapitan, postanowiła zignorować pytanie.

– Nie przypominam sobie.

– A na ten urlop gdzie pojechała?

– Gdzieś w góry. Nie w żadne konkretne miejsce, tylko tak, żeby sobie pochodzić po szlakach.

– I nie miała żadnej rodziny? – Wiedzieli o tym już z notatki, którą dał im Dudek, ale wydawało się to na tyle dziwne, że wolała się upewnić.

– Nie. Wychowała się w domu dziecka gdzieś na Śląsku. W Będzinie chyba. Nie lubiła wspominać o tamtych czasach.

– Znajomych też nie miała?

– Nie. Nie była nieśmiała, po prostu lubiła trzymać się z boku. Typ samotnicy, rozumiecie.

– Wspominał pan coś o jakiejś przyjaciółce, z którą chodziła do kina.

– Koleżance. – Gawryluk podkreślił to słowo. – Nie były ze sobą bardzo blisko. I Staszka też nic nie wie, pytałem ją, kiedy Marta zniknęła.

– Mimo to chcielibyśmy z nią porozmawiać.

– Oczywiście, rozumiem. Nie znam jej adresu, ale wiem, gdzie mieszka. To takie małe osiedle nad Jeziorem Kortowskim. Parę razy tam Martę samochodem odwoziłem i z państwem też mogę pojechać. Tylko po pracy, dobrze? O szesnastej. I tak już długo zamknięte mam. Albo mogę wam narysować, gdzie Staszka mieszka, tylko nie wiem, czy ona teraz w domu będzie…

Hanka spojrzała na Witczaka, który ledwo dostrzegalnie skinął głową.

– W porządku, przyjdziemy po szesnastej.

– To wszystko? – Gawryluk wyjął z kieszeni niesamowicie wymiętą już wilgotną chustkę, spojrzał na nią i schował z powrotem. Wyglądał, jakby ledwo trzymał się na nogach, i Hanka zastanawiała się, jakim cudem aptekarz zamierza dziś jeszcze pracować.

– Nie wiem, niech pan nam powie – odezwał się Witczak. – Było coś jeszcze, co powinniśmy wiedzieć? Coś nietypowego w zachowaniu Marty? Coś, co powiedziała albo zrobiła?

– Nie. Chociaż… – Aptekarz zawahał się. – Mamy taki obowiązek, że w rejonie co najmniej jedna apteka nocą musi być otwarta. U nas są trzy, dlatego te nocne dyżury wypadają mniej więcej dwa razy w tygodniu. Marta wcześniej nigdy ich nie lubiła, zawsze mówiła, że bardzo ją męczą. Ale…

– Tak?

– Odkąd wróciła z urlopu, sama je chciała brać, nawet nie musiałem jej namawiać. Nie wiem czemu.

– Nie powiedziała panu? – W głosie Witczaka zabrzmiała lekka złośliwość.

– Nie, tylko się wykręcała, że ktoś musi, a ona w domu i tak sama siedzi, więc równie dobrze może posiedzieć tutaj. Tyle że wcześniej jakoś to nie miało znaczenia. Próbowałem pytać, ale – wzruszył ramionami i przez krótką chwilę wyglądał jak mały smutny chłopiec – ona nigdy mi nic nie mówiła. Zamknięta w sobie, taka już była.

* * *

– Co o tym sądzisz? – zapytał Witczak, kiedy jechali w stronę osiedla, na którym mieszkała Marta i gdzie urzędował już Synowiec. A przynajmniej powinien urzędować, bo kapitan nie był pewien, czy kapral poradził sobie z olsztyńską komunikacją miejską. – Stary próbował włazić z butami w życie dziewczyny, a ona się broniła?

– Coś między nimi było – powiedziała Hanka ostrożnie.

– Lubił ją i próbował udawać dobrego tatusia? Czy raczej marzył, żeby wskoczyć jej do łóżka? A ona trzymała język za zębami, bo nie lubiła się zwierzać, czy po prostu dlatego, że uważała Gawryluka za paskudnego, wścibskiego dziada?

– Nie wiem. Może…

– Może co?

– Może ani jedno, ani drugie, tylko coś pośrodku. No wie pan, ludzie są skomplikowani.

– Tak czy owak, miałby motyw, żeby zabić, zwłaszcza jeśli się dowiedział, że jego ulubiona sierotka zadaje się z niewłaściwym chłopakiem. Albo jakimkolwiek chłopakiem.

– Miałby. – Hanka w ostatniej chwili skręciła w lewo. Gawryluk dobrze opisał im drogę, a ona miała niezłą pamięć, ale mimo to jazda po mieście trochę ją stresowała. – Ale w takim razie czemu miałby ją zabijać na torach w Rokitnicy?

– To jest pytanie, co?

– A te dyżury? Dlaczego dziewczyna, która wcześniej nie przepadała za siedzeniem po nocach w pracy, nagle to polubiła?

– Może nabawiła się bezsenności? – W głosie Witczaka zabrzmiała lekka kpina.

– Albo z kimś się wtedy spotykała – zaryzykowała Hanka. – Na przykład z tym tajemniczym chłopakiem.

– Szybki numerek na ladzie w aptece? Po co, skoro miała przytulne mieszkanko?

– Nie mam pojęcia – przyznała uczciwie starsza szeregowa. – Może miała też wścibskich sąsiadów?

– W porządku, sprawdzimy to. – Witczak nie wyglądał na przekonanego, ale przynajmniej nie uznał teorii za kompletnie bezsensowną. – Sąsiadów i tak trzeba będzie przepytać. Jeszcze jakieś pomysły?

– Mogła handlować lekami na boku. Chociaż – Hanka od razu się zreflektowała – to chyba mogłaby robić zwyczajnie, w dzień, kiedy zostawała sama. Ta apteka nie wygląda na taką, gdzie od klientów nie można się opędzić.

– To też jest jakiś pomysł. Trzeba zapytać Gawryluka, czy coś mu ostatnio nie zginęło. Tutaj?

– Tak mi się wydaje. – Zaparkowała przed czteropiętrowym blokiem.

Osiedle było pełne życia: matki siedziały na ławkach, kołysząc wózkami, młodsze dzieciaki bawiły się w piaskownicy, a starsze jeździły na rowerach albo grały w gumę. Ich jasne, pełne radości głosy ścigały Hankę, kiedy wchodziła do klatki schodowej. A potem, z każdym kolejnym piętrem, wszystko to milkło, wysokość i kamienne mury wytłumiały śmiech i szczęście. Na czwartym panowała już głęboka cisza, jakby wszystkie mieszkania były tu puste, nie tylko to należące do Marty. W pogodny letni dzień taka cisza nie budziła zdziwienia, ale Hanka i tak wzdrygnęła się lekko.

Witczak zadzwonił pod numer dwadzieścia cztery. Otworzył mu Synowiec, wyraźnie zakłopotany i jeszcze wyraźniej nieszczęśliwy.

– P…przeszukałem wszystko – oznajmił. – I n…nic nie znalazłem.

* * *

Mieszkanie Marty Jaczyk składało się z niewielkiej kuchni, świeżo wyremontowanej łazienki i dwóch średniej wielkości pokoi. Witczak, który spodziewał się najwyżej zapyziałej kawalerki – choć i na zdobycie takiej dziewczyna miałaby marne szanse – spojrzał zdziwiony na kaprala.

– T…to nie jej t…tak naprawdę. – Synowiec pośpieszył z odpowiedzią. – Tylko jakiejś k…koleżanki z uczelni. Ona t…teraz jest na k…kontrakcie w P…paryżu, a M…marta miała opiekować się m…mieszkaniem. Z…znalazłem cały stos listów.

– Trzeba będzie tę właścicielkę powiadomić. Coś jeszcze?

– N…nic ciekawego, m…mówiłem.

– W porządku, rozejrzyjmy się tu jeszcze na spokojnie i pomyślmy.

Hanka posłusznie ruszyła na obchód mieszkania. W kuch­ni zajrzała do szafek, ale nie znalazła tam nic poza tym, czego można było się spodziewać. W jednej garnki i zastawa stołowa – w różyczki, chyba jeszcze przedwojenna – w drugiej mąka, ryż, kasza i woreczek z solą. W lodówce parę jajek, masło, napoczęta butelka ze skiśniętym mlekiem. Książka kucharska na blacie – kiedy Hanka wzięła ją do ręki, otworzyła się na stronie z przepisami na pierogi.

W łazience leżało trochę kosmetyków: krem Nivea, bezbarwny lakier do paznokci, szminka w bezpiecznym kolorze zgaszonej czerwieni, tusz do rzęs i puder. I perfumy Konwalia, które można było kupić w każdym kiosku. Nic droższego czy bardziej wyrafinowanego. Chciała dobrze wyglądać, ale nie miała dużo pieniędzy, Hanka przypomniała sobie własne słowa.

W pokoju, który starsza szeregowa nazwała „dziennym”, większość rzeczy prawdopodobnie należała do właścicielki mieszkania: porcelanowe bibeloty, staroświeckie zegary, obrazki z widokami zagranicznych miast na ścianach. W jednej z szuflad Hanka znalazła aparat fotograficzny i lornetkę, na stoliku pod oknem leżał notes w czarnej skóropodobnej okładce. Na pierwszej stronie widniał numer telefonu do apteki i trzy adresy: jeden Stanisławy Gwarek, olsztynianki, drugi mieszkającej w Paryżu Anny Szmidt i trzeci, należący do Elizy Sterczewskiej z Będzina. Koleżanka, z którą Marta Jaczyk chodziła do kina, kobieta, której mieszkaniem się opiekowała, i jeszcze ktoś, być może znajoma z dawnych czasów. Reszta stron była pusta.

 

W sypialni na półce przy łóżku stało kilka kryminałów z serii Z jamnikiem i wypożyczony z biblioteki romans angielskiej autorki, której nazwisko nic Hance nie mówiło. Obok album ze zdjęciami z wakacji, w przeciwieństwie do notesu zapełniony aż do ostatniej strony.

Przejrzała jeszcze szybko szafę: na półkach starannie złożone bluzeczki i sweterki, na wieszakach sukienki, jeden żakiet, jeden jesienny płaszcz, który był chyba jednocześnie płaszczem zimowym. Kurtka przeciwdeszczowa i zwinięte rajstopy wydzielające lekki zapach kulek na mole, trochę ubrań bardziej sportowych – krótkie spodenki, para sztruksów podobnych do tych, jakie znaleźli w siatce na dworcu. Kostium kąpielowy i grube wełniane skarpety. Na najwyższej półce Hanka znalazła starą walizkę, a także plecak turystyczny i śpiwór – te z kolei wyglądały na nowe, choć już używane. Na najniższej buty: jedna para eleganc­kich, pewnie do pracy, tenisówki, letnie sandałki w sam raz na plażę, zimowe kalosze i starannie wyczyszczone ciężkie buciory z gatunku tych, jakie wkłada się na długie piesze wycieczki. Też stosunkowo nowe, kupione chyba nie dalej jak na wiosnę. Dziewczyna przyglądała się im przez dłuższą chwilę. Tknęło ją przeczucie, na razie zbyt niejasne, by sformułować je w słowa. Zmarszczyła brwi.

– Znalazłaś coś? – zapytał Witczak, który w czasie, gdy Hanka przeszukiwała mieszkanie, spokojnie popijał w kuchni herbatę.

– Nie wiem… – Zawahała się. To wydawało się zbyt głupie, by o tym wspominać. Synowiec patrzył na nią ponuro – jeśli okaże się, że starsza szeregowa odniosła sukces tam, gdzie on zawalił, ich wzajemne stosunki, i tak już nieszczególnie przyjacielskie, jeszcze się ochłodzą. Hance zależało na tym, żeby mieć w Jaśku kolegę, ale nie mogła przecież z tego powodu udawać, że niczego nie zauważyła.

Przeszła do pokoju dziennego i z półki pełnej delikatnych bibelotów zdjęła mewę z bursztynu, statek w butelce i lakierowaną muszelkę – tanie drobiazgi, które można było kupić w każdym sklepie dla turystów nad morzem. Drobiazgi, które nie pasowały ani do przedwojennej porcelany, ani do staroświeckich zegarów.

– Marta lubiła morze – powiedziała Hanka. – Niech pan zajrzy do albumu przy łóżku, to pan zobaczy, że wszystkie urlopy spędzała na wybrzeżu. Wszystkie z wyjątkiem ostatniego, bo na końcu są już zdjęcia z gór. Może to nic nie znaczy, może zwyczajnie morze jej się znudziło, ale mimo wszystko…

– To trochę dziwne, tak? Masz rację, wszystko, co wygląda nietypowo, powinno nas interesować.

* * *

– My do ksiondza probosca skroś tyj msy świentyj – powiedziała Janina Kurkowa, kiwając energicznie siwą głową. – Bo moze by tak ksiondz jegomość nos usłuchoł? To nic złego pomodlić sie w intencyji łocalenio wsi.

– Nie, jeśli istnieje rzeczywiste niebezpieczeństwo – przyznał ksiądz Jerzy. – Ale Rokitnicy nic nie zagraża.

– Elektrownie stawiajom – wtrąciła Aniela Grabkowa. – To nie wystarcy?

– Elektrownia nie jest niebezpieczna – tłumaczył cierpliwie. – Na całym świecie takie działają i nic złego się nie dzieje. Awarie to rzadkość, naprawdę, nie muszą się panie martwić. Proszę zaufać Bożej opatrzności. – Uśmiechnął się, ale żadna ze staruszek nie wyglądała na przekonaną.

– Ksiondz probosc młody jes i nye zno jesce prowdziwego zła – oznajmiła Grabkowa pobłażliwie. – Ludziska casem sie łomylom. To, co zdoje sie być dobre, tak naprowde moze złe być. I na odwyrtkę. Cy jegomość to pojmuje?

– Nie – odparł jegomość zgodnie z prawdą. – Ale mam propozycję. Ja się zastanowię nad tą mszą, a panie dopilnują, żeby nie było więcej napisów na drzwiach kościoła, dobrze?

– Ksiondz zwazuje, ze to my pisemy? – oburzyła się Kurkowa.

– Skąd, jestem pewny, że żadna z pań niczego takiego by nie zrobiła. – Proboszcz wciąż był całkowicie szczery. Wiejskie staruszki miały za sobą najwyżej parę klas podstawówki i kiepsko radziły sobie nie tylko z przecinkami, lecz także z ortografią. – Jednak obie panie mają wnuki, a młodzież jest dziś taka niecierpliwa… Dlatego ja pomyślę nad mszą, a panie postarają się uspokoić młode pokolenie, dobrze?

Kurkowa niechętnie skinęła głową. Druga kobieta po chwili wahania poszła w jej ślady.

– I tak po prowdzie to trza by było, zeby ksiondz probosc cosik zrobił z to gałęzio w sodzie – Kurkowa dodała z dezaprobatą. – Mało se nogi na nij nye skręciłak.

– Zrobię, obiecuję. – Już trzy razy prosił miejscowych, żeby pomogli gałąź usunąć, ale jeden pilnie musiał jechać do synowej, drugiego nagle rozbolał krzyż, a trzeci zapił i w ogóle nie przyszedł. Proboszcz zastanawiał się, czy nie jest to przypadkiem niewielka dywersja ze strony mieszkańców Rokitnicy, ale może był za bardzo podejrzliwy. Mniejsza z tym, wyglądało na to, że i tak będzie musiał zająć się problemem osobiście.

Kobiety wyszły i ksiądz Jerzy został sam, a kiedy oderwał wreszcie myśli od gałęzi, uświadomił sobie, że było w tej rozmowie coś zastanawiającego.

„To, co jedni uważają za grzech, dla innych może być świętością”.

„To, co zdaje się dobre, tak naprawdę może być złe, i na odwrót”.

Czy te dwa zdania nie brzmiały niepokojąco podobnie?

* * *

Pili herbatę w mieszkaniu zmarłej – dla Witczaka była to druga filiżanka, dla Synowca i Hanki pierwsza. Dziewczyna miała wrażenie, że większość jej pracy na tym właśnie polega: nieskończenie długie dyskusje w kłębach papierosowego dymu przy kolejnych herbatach czy mocnych jak siekiera kawach. Jedyna różnica polegała na tym, że na komendzie nie mieli delikatnych porcelanowych filiżanek, tylko szklanki ze spodeczkami. A kiedyś naprawdę sądziła, że milicjanci zajmują się głównie ekscytującymi gonitwami za przestępcami i wymachiwaniem bronią.

– Zastanówmy się. – Witczak otworzył album ze zdjęciami. – Pod względem upodobań wakacyjnych ludzie dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy lubią morze, i tych, którzy wolą góry, tak?

– A p…pan co lubi? – zapytał Synowiec, który zaraz chyba pojął, że palnął głupstwo, bo cały aż się skulił. Hanka spojrzała na niego ze współczuciem – chłopak zdecydo­wanie nie miał szczęścia. Jednak odpowiedzi była ciekawa, tak ekscentryczny człowiek jak Witczak miał prawdopodob­nie także ekscentryczne upodobania urlopowe.

– Ja lubię wakacje przed telewizorem – burknął ku jej rozczarowaniu, po czym wrócił do poprzedniego tematu. – To oczywiście uproszczony podział, ale przyjmijmy go na chwilę. Jaczyk była zwolenniczką wylegiwania się na słońcu. Żadnych forsownych wycieczek czy męczenia się w upale, tylko słodkie nieróbstwo na gorącej plaży. Czemu taka dziewczyna pewnego dnia kupuje ciężkie buty, grube skarpetki i plecak turystyczny, a potem rusza w Beskidy? Bo na tych zdjęciach są Beskidy, tak?

– Tak. Tu jest Pilsko, a tu chyba Wielka Rycerzowa… – Jak większość górali Hanka nie przepadała za łażeniem po górach dla samego łażenia. – Może po prostu potrzebowała odmiany? Albo namówił ją ten chłopak, którego podobno poznała?

– Patrzcie na te zdjęcia. Same budynki i widoki, czasem z jakimiś przypadkowymi ludźmi w tle, zgadza się? Nad morzem i w górach tak samo. Nigdzie ani śladu Jaczyk czy kogoś, kto mógłby być głównym celem fotografa. Może dziewczyna nie lubiła własnej twarzy, a może zwyczajnie nie miała śmiałości, żeby podchodzić do obcych i prosić ich o cyknięcie fotki. Gawryluk mówił, że była introwertyczką, trzymała się raczej z boku. Ale gdyby pojechała na wczasy ze świeżo poznanym chłopakiem… – Witczak zawiesił głos.

– …wtedy pewnie zrobiłaby mu zdjęcie – podchwyciła Hanka. – Albo on jej. Albo przemogłaby się i poprosiła kogoś, żeby sfotografował ich razem w jakimś romantycznym miejscu. To znaczy, że na urlop pojechała sama.

– Prawdopodobnie – zgodził się Witczak. – Ale możliwe też, że były jakieś zdjęcia chłopaka, tylko zniknęły. Albo Jaczyk z zasady nie fotografowała ludzi. Albo cokolwiek. Zabierzemy ten album i przejrzymy dokładnie później. Notes z adresami też weźmiemy. Ktoś ma jeszcze pomysł, co możemy sprawdzić?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?