WiaraTekst

Z serii: Ze Strachem
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiara
Wiara
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Wiara
Wiara
Wiara
E-book
26,90 
Szczegóły
Wiara
Wiara
Wiara
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Powinniście chyba sprawdzić kieszenie – podsunął kapitan, bo młodzi wciąż gapili się na stertę ciuchów, jakby bali się jej dotknąć.

Hanka sięgnęła po sweter, Synowiec po spodnie. Dziewczyna wyłowiła papierek po krówce i spojrzała na kaprala, który energicznym ruchem odwracał właśnie kieszenie sztruksów na lewą stronę.

– Uważaj!

– Co?

– Coś wypadło, nie widzisz? Przesuń się, bo podepczesz. W drugą stronę!

Schyliła się i podniosła małą białą kulkę.

– T…to jakiś śmieć. – Synowiec wzruszył ramionami.

Witczak wyjął papierek z ręki Hanki.

– Nie, to bilet, tramwajowy albo autobusowy. Wyprany w pralce, ale może da się go jeszcze rozprostować i odczytać.

* * *

W kuchni na piecu parował już wielki gar kapuśniaku. Pawliczkowa zamieszała w nim chochlą i odwróciła się w stronę wchodzącego mężczyzny.

– Księdza Bartka jeszcze nie ma? – zapytał Marczewski.

– Siedzi u siebie w wikarówce. Zje ksiądz proboszcz sam?

– Zaczekam.

Gospodyni zsunęła garnek z rozgrzanego do czerwoności środka pieca na brzeg i przykryła zupę przykrywką.

– Widziałem się dziś z Ewą Chojniak – zaczął ksiądz Jerzy odrobinę niepewnie. – I uderzyło mnie jej podobieństwo do pani. To jakaś krewna?

Pawliczkowa skinęła głową.

– Córka kuzyna, świeć Panie nad jego duszą. Ale rzadko się widujemy.

– Dlaczego? – Coś podpowiadało księdzu, żeby nie ciągnął tego tematu, ale kiedy już zaczął, nie potrafił przestać.

Wzruszyła ramionami.

– Jakoś tak wyszło. To dziwna dziewczyna jest.

Z tym był skłonny się zgodzić.

– I nie ma pani innych krewnych?

– Mam, co mam nie mieć. Róża z poczty to też krewna, a nasz kościelny to mój wujek. Ale i z nimi nie jestem blisko.

Tym razem powstrzymał się od zadania pytania „dlaczego?”, pewnie zresztą i tak usłyszałby, że jakoś tak wyszło. Może na tym właśnie polegał jego problem – w tak niewielkich miejscowościach ludzie byli ze sobą mniej czy bardziej spokrewnieni i każdego obcego traktowali jak intruza.

– Jak pani myśli – zmienił temat – gdybym chciał odnowić mieszkanie, kogo by mi pani poleciła?

Zastanawiała się przez chwilę.

– Chyba Jędrka Kołodziejczaka – powiedziała wreszcie. – To porządny chłop, na robocie się zna, tylko go trzeba z dala od flaszki trzymać. Ale ja wszystkiego przypilnuję, jakby co. Chodzi księdzu proboszczowi o malowanie?

– Tak, o malowanie. Może też parę nowych mebli kupię. – O reprodukcjach Moneta wolał nie wspominać. Pawliczkowa nie wyglądała na wielbicielkę impresjonizmu. – Przy okazji może większe porządki bym zrobił…

– Porządki? – Spojrzała na niego czujnie.

– Na przykład na strychu, widziałem tam mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Jakieś skrzynie czy kufry… Trzeba to kiedyś przejrzeć.

Kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę, nim jednak zdążyła odpowiedzieć, wszedł wikary i usiedli do stołu.

– Był ksiądz proboszcz na spacerze? – zapytał Bartek, kiedy już się pomodlili i mógł zanurkować łyżką w kapuśniaku. – Daleko?

– Nad rzeką. – Ksiądz Jerzy najchętniej na tym by poprzestał, ale podejrzewał, że plotki prędzej czy później i tak się rozejdą. Wolał więc przyznać się od razu. – Potem zaszedłem na chwilę do Chojniaków.

– O! – Chłopakowi zaświeciły się oczy. – Ewa to ładna dziewczyna, prawda? Szkoda, że kaleka. Ciekawe, jak oni sobie radzą, wie ksiądz proboszcz, tak w małżeństwie, jak kobieta z mężczyzną. Zastanawiał się nad tym kiedyś ksiądz?

Marczewski powinien go skarcić za niestosowne myśli, ale nie miał na to ani siły, ani ochoty. Wymruczał więc tylko, że nie, nie zastanawiał się, dokończył zupę i zrejterował na piętro. Poczekał, aż Bartek wróci do wikarówki, a Pawliczkowa umyje talerze i wyjdzie. Potem wymknął się na podest. Czuł się nieswojo we własnym mieszkaniu, jak złodziej. A przecież miał prawo tu być, miał prawo przewrócić całe probostwo do góry nogami, gdyby przyszła mu na to ochota.

Zszedł na dół, wziął z pokoiku gospodyni pęk kluczy i z powrotem wspiął się schodami – najpierw szerokimi i murowanymi na piętro, potem wąskimi, drewnianymi na strych. Otworzył drzwi. W środku pachniało starością. Nie kurzem, próchniejącymi krokwiami czy odchodami gołębi, jak często bywa na strychach, ale właśnie starością. Ledwo uchwytny zapach, który kojarzył się z pożółkłymi kartami papieru, skórzanymi walizkami bez rączek i wypucowanymi do połysku mosiężnymi czajnikami. Zapach sklepu ze starzyzną, dziwnie kontrastujący z nowością budynku plebanii.

Pstryknął włącznik światła i naga, zakurzona żarówka rozjarzyła się żółtawym blaskiem. Na strychu, tak jak pamiętał, leżały kufry i walizki, należące nie do poprzedniego proboszcza – ten przy wyjeździe zabrał cały swój prywatny majątek – ale do jeszcze poprzedniego, tego, który się powiesił. Ksiądz Jerzy niejasno przypomniał sobie, że ktoś – Pawliczkowa? – mówił, że czekali, aż odbierze to wszystko rodzina, ale ponieważ nikt się nie zgłosił, rzeczy zostały na strychu.

Pochylił się nad walizką z wytartymi okuciami na rogach. Miała zamek szyfrowy, który i tak był zepsuty – wieko otworzyło się, ledwo trącił walizkę palcem. Zajrzał do środka i zobaczył ubrania: zwyczajne księżowskie ubrania, jakich sam miał sporo w szafie. Na wpół zjedzony przez mole sweter, spodnie, eleganckie czarne półbuty w sam raz na pogrzeb. Trzeba się tego pozbyć, pomyślał, dręczony poczuciem winy – ostatecznie grzebał w rzeczach dawno zmarłego człowieka – i jednocześnie narastającą złością. Już dawno powinien był zabrać się do tych porządków.

W kolejnym kufrze znalazł książki. Trochę klasyki: Sienkiewicz, Kraszewski, Bunsch – czyli dokładnie to, czego można by się spodziewać po biblioteczce szacownego księdza. Marczewski też czytał podobne pozycje i zastanawiał się nawet przez chwilę, czy nie podwędzić nieboszczykowi paru Powieści Piastowskich.

Na dnie kufra leżała pożółkła kartka. Sięgnął po nią, przekonany, że wypadła z Sienkiewicza, Kraszewskiego czy Bunscha, już gotów umieścić stronę we właściwym miejscu, kiedy ze zdumieniem ujrzał tytuł. Mała księżniczka. Powieść w sam raz dla dziesięciolatek. Zmarszczył brwi. Na kartce widniały imiona, wypisane dziecinnymi kulfonami:

Józia

Rózia

Ksiądz Jerzy odłożył książki z powrotem do kufra, po czym zszedł na dół do kancelarii, gdzie stał telefon. Odszukał numer w notesie i zadzwonił.

Czekał ze słuchawką przy uchu, licząc długie buczące sygnały, aż wreszcie na linii coś zatrzeszczało i usłyszał znajomy głos.

– Parafia Świętego Krzyża, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. W czym mogę pomóc?

– Niech będzie pochwalony, Jerzy Marczewski z tej strony. Pamiętasz mnie?

– Jurek z seminarium? Ten, który na pierwszym roku zamknął się w klozecie i nie potrafił wyjść?

– Ten sam. – Zrobiło mu się przykro, że koledzy zapamiętali go jedynie ze względu na tamtą nieszczęsną historię. Możliwe jednak, że sobie na to zasłużył.

– Jasne, że cię pamiętam. Co u ciebie? Dalej na tej nawiedzonej parafii? Nie myślisz przypadkiem za dużo o sznurach, co?

Ksiądz Jerzy odetchnął głęboko. Kostek Frączyński zawsze miał dziwaczne poczucie humoru.

– Nie, nie myślę. Ale mam do ciebie prośbę.

– Wal.

– Dałbyś radę dowiedzieć się, dlaczego mój poprzednik został odwołany?

– No wiesz, chodziły różne plotki…

– Wiem, że chodziły plotki. Też je słyszałem. Ale ja chciałbym poznać nie plotki, tylko fakty.

– Po co ci to właściwie? Tam naprawdę dzieje się coś dziwnego?

– Nie wiem. – Zawahał się Marczewski. – Możliwe.

– Zaraz, czekaj, to u was znaleźli tę martwą dziewczynę na torach? Czytałem o tym…

– U nas.

Po drugiej stronie zapadło wymowne milczenie i ksiądz Jerzy wystraszył się już, że dawny kolega odłożył słuchawkę. Nigdy nie byli dobrymi przyjaciółmi, po prostu Kostek, typ brata łaty, kumplował się ze wszystkimi, a Marczewski był zbyt nijaki, by kogokolwiek do siebie zrazić. Dla Konstantego prawdopodobnie ta znajomość nic nie znaczyła, ani przed laty, w seminarium, ani tym bardziej teraz. Mógł odmówić, mógł nawet pójść do biskupa i o wszystkim mu opowiedzieć. Jednak ksiądz Jerzy postanowił zaryzykować. Kostek Frączyński pracował w krakowskiej kurii i był jedyną osobą, która mogła mu w tej chwili pomóc.

– Zobaczę, co da się zrobić. – W głosie dawnego kolegi nie było entuzjazmu, ale ksiądz Jerzy nie dosłyszał też w nim niechęci. Dobre i to.

– Dziękuję.

– Może spotkamy się kiedyś, napijemy się piwa i powspominamy stare czasy?

– Pewnie. Z Bogiem.

– Z Bogiem.

* * *

– Spróbuj ty. – Witczak wręczył zmięty bilet Hance.

– Czemu ja?

– Masz najzręczniejsze palce.

Przejęta dziewczyna położyła na stole maleńką kulkę papieru i ostrożnie zaczęła ją rozprostowywać. Wyprany w pralce papier był szorstki i rwał się w rękach.

– Może lepiej byłoby wysłać to do laboratorium? – W głosie Synowca zabrzmiało powątpiewanie.

– Jasne, a odpowiedź dostaniemy za miesiąc. Albo w ogóle. Hanka sobie poradzi.

Dziewczyna sapnęła z przejęcia, Witczak nachylił się nad stołem. Chwilę później za jego plecami otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Waśkowiak, wnosząc ze sobą lekki zapach piwa i kiełbasy z rusztu.

– Co tu się dzieje? Coś przegapiłem?

– Znaleźliśmy w kieszeni bilet – poinformowała go Hanka. – Może… O!

Papierek rozwinął się, ukazując wyblakły druk. Cena była czytelna, niżej można było się domyślić napisu JEDNO­RAZOWY. A nad ceną, wypisana małym drukiem, prawdopodobnie widniała nazwa miasta – tak zatarta, że kapitan zdołał odszyfrować tylko kilka liter.

 

– L? – zapytał Synowiec. – I Y?

– Wcześniej jest chyba T. Albo I.

– M…mogę usiąść z rozkładem j…jazdy i sprawdzić, k…które miejscowości najbardziej p…pasują. – Kapral gorliwością nadrabiał wcześniejszą niezgrabność.

– Warto spróbować. – Witczak zerknął na zegarek. – Idę coś zjeść. Hanka, wybierzesz się ze mną?

* * *

Tego dnia w menu Stokrotki były trzy dania do wyboru: żeberka w sosie własnym, kotlet pożarski i naleśniki z serem. Witczak zamówił żeberka, Hanka poprosiła o naleśniki, które potem skubała z wyraźnym brakiem apetytu. Nic dziwnego, że jest taka chuda, pomyślał kapitan, wgryzając się w mięso. Popił colą, beknął dyskretnie. Hanka dźgała widelcem wypływający z naleśnika ser. Coś ją dręczyło, ale odezwała się, dopiero gdy kapitan skończył jeść.

– Myśli pan, że uda nam się dowiedzieć, kim ta dziewczyna była? Że ktoś… – zawahała się – gdzieś jej szuka? Czeka na nią?

Jaka ona jest młoda, pomyślał Witczak. Nie rozczulał się. Dawno minęły czasy, kiedy młodość budziła w nim tego rodzaju uczucia. Ale mimo wszystko trochę Hance zazdrościł.

– Jest sezon urlopowy – przypomniał. – Mnóstwo ludzi teraz wyjeżdża. Jeśli nasza ofiara mieszkała sama, to możliwe, że nikt nie zwrócił uwagi na jej zniknięcie.

– Mogła mieszkać z rodziną.

– Z mamusią i tatusiem, jak przystało na porządną dziew­czynę? Oczywiście mogła. Wtedy mamy pewną szansę.

Hanka podłubała jeszcze w naleśniku i oznajmiła:

– To takie… smutne.

– Jej śmierć?

Potrząsnęła głową.

– To, że przejechała przez pół kraju w tych starych sztruksach, z eleganckimi ubraniami upchniętymi w siatce. To musiało być dla niej ważne, cała ta podróż… Myślała, że coś zdoła osiągnąć, że coś zmieni…

– Że go powstrzyma – podpowiedział Witczak. – Kimkolwiek ten „on” miałby być.

Hanka odsunęła talerz z ledwo napoczętym obiadem. Witczak bez słowa przyciągnął go do siebie i zaczął jeść. Dziewczyna drgnęła, lekko zaskoczona, ale nie skomentowała.

– A tymczasem ktoś ją zabił – odezwała się w końcu zawzięcie. – Ktoś, komu prawdopodobnie ufała, zaszlachtował ją jak zwierzę i zostawił na torach.

– Masz rację, to smutne. – Witczak skończył drugi obiad i spojrzał na zegarek. – Poczekaj tutaj, zaraz wrócę.

Podszedł do baru, przy którym stał mężczyzna w kraciastej koszuli i czapce z daszkiem. Był wysoki i tęgi – góra solidnych mięśni otoczonych równie solidną warstwą tłuszczu – a kiedy się odwrócił, Witczak zobaczył twarz ozdobioną masą jaskraworudych włosów. Prawdopodobnie znowu ktoś z ruchu Pokój i Wolność. Nowy, bo tak imponującej brody Witczak nie mógłby zapomnieć.

Kapitan czekał, bawiąc się poduszeczką do tuszu i pieczątką, które leżały na ladzie. Odbił na ręce obrazek domu wczasowego, obejrzał rozmieszczone na korkowej tablicy przypinki PTTK. Była tam Wielka Racza, Pilsko i Babia Góra. Nigdy nie przepadał za chodzeniem po górach, ale teraz niemal czuł ochotę, żeby ruszyć na szlak.

Dziewczyna za ladą podała wreszcie rudzielcowi zamówione piwo, a potem spojrzała na kapitana.

– Mogę zadzwonić? – zapytał.

– Jasne. – Barmanka przysunęła w jego stronę staroświecki aparat i zniknęła na zapleczu. Witczak zerknął na rudobrodego, ale ten nie zamierzał odejść. Pił swoje piwo niemal prowokacyjnie powoli, a kapitan czuł promieniującą z niego wrogość.

Wykręcił numer i czekał na połączenie. Po nieskończenie długiej minucie w Bielsku ktoś podniósł słuchawkę.

– Andrzej?

– Prosiłaś, żebym zadzwonił, to dzwonię.

– Jak tam?

– Nic szczególnego. Dojechałem, teraz zajmujemy się sprawą. Zadzwonię znowu jutro. Jak Karolinka?

– Wszystko z nią w porządku. Tylko…

– Tak?

Wyobraził sobie Renię w ich mieszkaniu na Osiedlu Grunwaldzkim, ściskającą słuchawkę w wąskiej dłoni. Jej skromny domowy strój, w którym spędzała większość czasu. Jej pokorny i nieustępliwy jednocześnie wzrok. Z łagodności uczyniła broń groźniejszą niż ta, której używali aresztowani przez Witczaka bandyci.

– Martwię się, Andrzej. Znowu mówili o Brzozówce w telewizji… Że wznawiają budowę.

– Wiem. – Witczak łypnął na rudobrodego, który wyszczerzył do niego zęby. Bardziej przypominało to ostrzeżenie niż uśmiech. – Nie musisz się niczym martwić.

– A jeśli u nas będzie tak jak… tam? Jeśli Karolinka zachoruje? W gazetach pisali, że nie ma niebezpieczeństwa, ale oni ciągle kłamią, sam przecież wiesz.

– Naprawdę nie ma żadnego niebezpieczeństwa. – W głosie Witczaka brzmiało znużenie. Nie pierwszy raz o tym rozmawiali. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

– Zadzwonisz jutro?

– Zadzwonię.

– O tej samej porze?

– O tej samej, tak.

Kiedy odkładał słuchawkę, spojrzał jeszcze raz na rudobrodego. Mężczyzna zamknął już usta, ale w jego oczach widać było wyraźne rozbawienie.

* * *

Dochodziła czternasta, kiedy wrócili na posterunek. Witczak spodziewał się, że zastanie tam rozczarowanego i wściekle głodnego Synowca w towarzystwie znudzonego, pijącego kolejne piwo Waśkowiaka.

Mylił się. Kiedy otworzył drzwi, powitał go głos kaprala, który najwyraźniej podekscytowany, jąkał się bardziej niż zazwyczaj.

– P…panie k…kapitanie, ch…chyba j…ją z…znaleźliśmy.

– Pomogłem młodemu sprawdzić te wszystkie miasta i Olsztyn pasował najbardziej – sprecyzował Waśkowiak. – Dziewczyna mogłaby dojechać stamtąd do Katowic Kormoranem, a z Katowic do Żywca. Cała noc w pociągu, dokładnie tak, jak mówiła. Zadzwoniliśmy więc do komendy wojewódzkiej w Olsztynie i zapytaliśmy, czy nie mieli ostatnio jakichś zgłoszeń o zaginionych osobach.

– I mieli? – Witczak właściwie zinterpretował owo uprzejme „my”. Telefonował prawdopodobnie Waśkowiak, bo mało prawdopodobne, by jąkała poradził sobie z takim zadaniem.

– Nawet sporo, z czego większość to banalne ucieczki. Są wakacje, mnóstwo dzieciaków teraz rusza w trasę. Ale jedno zgłoszenie było szczególne. – Waśkowiak zerknął w notatki. – Marta Jaczyk, lat dwadzieścia siedem, około metr siedemdziesiąt wzrostu, mniej więcej osiemdziesiąt kilo wagi, ciemne włosy. Zatrudniona w aptece, od tygodnia nie przychodziła do pracy. Jej zaginięcie zgłosił niejaki Wojciech Gawryluk, pracodawca. Dziewczyna mieszkała sama, rodziny nie miała.

Witczak przymknął oczy. Po tych wszystkich godzinach kręcenia się w kółko, po tym, co sam powiedział o sezonie urlopowym, naprawdę nie spodziewał się, że zdołają dziewczynę jednak zidentyfikować. Jednak cuda czasem się zdarzają, pomyślał.

Waśkowiak podsumował to bardziej dosadnie.

– Mieliśmy kurewsko wielkie szczęście – stwierdził.

Część III: Miła dziewczyna

Porucznik Szczepan Dudek, który przyjął zgłoszenie o zaginięciu Marty Jaczyk, sam zaproponował, żeby spotkać się przed północą w knajpie obok komendy. Jak oznajmił zaraz na początku, nim jeszcze rozsiadł się przy stoliku, odkąd rzuciła go żona, przesiadywał w pracy do późna, a potem szedł pić. Powiedział to niby rozbawionym tonem, jakby to był świetny żart, ale Hanka widziała, że wcale nie jest mu do śmiechu. Porucznika otaczała niemal namacalna aura tragedii: widać ją było w brudnym kołnierzyku niegdyś chyba eleganckiej, a teraz wymiętej koszuli, popękanych naczynkach na nosie, drgającej ­lekko powiece lewego oka i trzęsących się dłoniach. Nieźle go musiało trafić, pomyślała Hanka i z wyżyn pewności swoich dwudziestu czterech lat pozwoliła sobie nawet na litość. Jej małżeństwo nigdy się nie rozpadnie, ona nie pozwoli, żeby praca była ważniejsza niż rodzina.

Dudek i Synowiec zamówili piwo, Witczak nie pił niczego, a Hanka zdecydowała się na wodę mineralną. Oczy zamykały jej się ze zmęczenia – przejechali samochodem prawie sześćset kilometrów i przez cały czas to ona siedziała za kółkiem. Owszem, sama chciała, bo lubiła prowadzić, a Synowcowi, który też miał prawo jazdy, niespecjalnie ufała, ale teraz płaciła za to cenę. Rozejrzała się dyskretnie. Bar typowy dla robotniczej dzielnicy, tak przynajmniej zgadywała, ponieważ nigdy wcześniej w podobnym lokalu nie była. Żadnych ozdób na ścianach – właściciel naj­wyraźniej uważał je za niepotrzebną ekstrawagancję – czy obrusów na stołach. Tylko to, co najważniejsze, czyli lane z kija piwo, wódka, nieszczególnie świeża galaretka z nóżek za szklaną ladą i morze papierosowego dymu, w którym siedzące przy stolikach sylwetki wyglądały jak zagubione we mgle szare duchy. Hanka z nieprzyjemnym ukłuciem w żołądku uświadomiła sobie nagle, że jest tu jedyną kobietą. I patrzyli na nią, to też sobie uświadomiła. Przez cuchnącą zasłonę dymu czuła na sobie lepkie, zdziwione spojrzenia. Zerknęła na Jaśka Synowca – chciałaby, żeby chłopak teraz coś powiedział, nawet gdyby miał to być jeden z jego głupich żartów. Nie przyjaźnili się, po prostu Hanka uważała, że skoro oboje są nowi i młodzi, powinni się wspierać. Kapral jednak milczał, zgarbiony nad swoim kuflem, próbując wtopić się w tło. Zachowywał się tak od wyjazdu z Rokitnicy, odkąd jakimś cudem zdołał ubłagać Witczaka, żeby go zabrał. Zupełnie jakby bał się, że kapitan nagle zmieni zdanie i porzuci go gdzieś w polu na bezdrożach Warmii.

Zrezygnowana starsza szeregowa sięgnęła po swoją szklankę. Nigdy nie sądziła, że zwyczajna woda może mieć paskudny smak, ale ta miała.

– To ja przyjąłem zawiadomienie o zniknięciu tej dziewczyny. – Dudek zapalił, dodając elitarny smród carmenów do smrodu plebejskich sportów i mazurów. – W zeszły czwartek to było. Przylazł do nas ten facet, zaraz, jak on się nazywał…? – Sięgnął po teczkę, na której zostały tłuste odciski palców. – Gawryluk, tak. Dyrektor apteki na Podgrodziu. Tak się przedstawił, chociaż tam tylko dwie osoby pracują: on i dziewczyna, to co z niego za dyrektor? Mały facet taki, męczący, jak lepiące się do podeszwy psie gówno. Powiedziałem mu, że mamy od cholery roboty i żeby sobie poszedł, ale on się uparł. I cięgiem to samo nadawał: że Marta to porządna dziewczyna, że z własnej woli nigdy nie opuściłaby dnia w pracy i tak dalej. W końcu dla świętego spokoju przyjąłem to zgłoszenie.

– I nic pan nie zrobił? – Hanka była pod wrażeniem, bo Witczakowi udało się to powiedzieć bez śladu potępienia w głosie.

Porucznik wzruszył ramionami.

– Nie. Dziewczyna dorosła była, a facetowi wymknęło się, że niedawno kogoś poznała. No i lato jest przecież, młodych ciągnie do zabawy, a nie do tego, żeby tyłek sobie wycierać w nudnej pracy. Uznaliśmy, że z gachem gdzieś wybyła, i tyle. Jak wytrzeźwieje i z łóżka mu wylezie, to się odezwie, tak sobie kombinowaliśmy. A ją naprawdę zabili, Jezu. – Dudek po raz pierwszy wyglądał na przejętego losem ofiary, szybko się jednak otrząsnął. – Wyślę kogoś z naszych, żeby wam pomógł, miasta nie znacie…

– Nie trzeba, poradzimy sobie. Adresy nam tylko pan da – powiedział Witczak. – Dziewczyny, tego Gawryluka i apteki, gdzie pracowała. I zdjęcie, jeśli jakieś macie.

Dudek pogrzebał w teczce, wyjął czarno-białą fotografię, po czym położył ją na stole, zakrywając ręką.

– Ten facet to, kurwa, trochę świr jest. Nie zdziwiłbym się, gdyby on ją zabił. Zobaczcie zresztą sami, aż ciarki po plecach chodzą, nie? – Dopiero teraz przysunął zdjęcie w stronę Witczaka. Hanka przechyliła się, by też spojrzeć. Tak, musiała przyznać, że porucznik ma rację. Aż ciarki po plecach przechodziły.