WiaraTekst

Z serii: Ze Strachem
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiara
Wiara
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Wiara
Wiara
Wiara
E-book
26,90 
Szczegóły
Wiara
Wiara
Wiara
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– I nie było w tamtym miejscu żadnego wypadku na kolei – ciągnęła Hanka. – Przynajmniej nie w ciągu ostatnich trzydziestu lat. W sumie nic w tym specjalnie dziwnego, to jest linia osobowa dopiero od osiemdziesiątego pierwszego. Wcześniej jeździły tym torem tylko pociągi towarowe. Wtedy Rokitnica była niewielkim przysiółkiem, bez kościoła nawet, na msze wszyscy do Brzozówki chodzili…

– A jak zaczęli budować elektrownię, to mieszkańców Brzozówki przesiedlili do Rokitnicy?

Skinęła głową.

– I jakoś tak w tym czasie puścili tędy linię osobową, to i wieś szybko zaczęła się rozrastać. Kościół zbudowali i w ogóle… Wie pan, jak to jest. – Hanka potarła nos i wzruszyła ramionami. – Chyba już pójdę. Jutro jedziemy do Żywca?

– Tak, jedziemy do Żywca. Mam nadzieję, że starszy sierżant Waśkowiak raczy się pojawić.

– Pojawi się, na pewno.

– Jak dotąd wydawał się bardziej zainteresowany piwem niż śledztwem.

– To dobry milicjant. – Dziewczyna najwyraźniej poczuła się w obowiązku bronić starszego stopniem. – Mieliśmy tu kiedyś morderstwo, dawno temu. Chłopak zarąbał siekierą całą rodzinę, a Waśkowiak rozwiązał tę sprawę w cztery godziny.

– Kiedy to było?

– Ze dwadzieścia lat temu? Nie, chyba nawet więcej. Byłam wtedy malutka, ale ciotka mi wszystko opowiedziała. O Waśkowiaku pisali nawet w gazetach. Dostał awans, pojechał do Bielska… – W oczach Hanki pojawił się błysk. Podziwu? Zazdrości? A może dziewczyna ekscytowała się, bo choć w ten sposób otarła się o historię jak z opowiadania o Sherlocku Holmesie?

– A potem wrócił. – Ton Witczaka był zupełnie neutralny, ale dziewczyna i tak poczerwieniała lekko, a błysk w jej oczach zgasł.

– Życie mu się nie ułożyło. Wie pan, jak to jest.

Po raz drugi użyła tego wyrażenia i tym razem Witczak przytaknął, że owszem, wie.

poniedziałek, 14 lipca

Tego ranka ksiądz Jerzy obudził się z przeświadczeniem, że coś się zmieniło. Nie potrafił sprecyzować tego uczucia – było ulotne, a jednak na tyle realne, że nie dawało o sobie zapomnieć. Coś się zmieniło. Na pozór wszystko wyglądało zwyczajnie. Był poniedziałek, dzień, który dawno temu przeznaczył na odpoczynek. Jego prywatna niedziela. Nie odprawiał w tym dniu mszy, nie prowadził żadnych zajęć i nie przyjmował petentów – wyjątek robił jedynie dla tych, którzy przychodzili z jakąś naprawdę ważną sprawą. Starał się wypoczywać, bo już w seminarium straszono go wypaleniem, które było nieuniknioną konsekwencją przepracowywania się, a to z kolei wynikało z równie nieuniknionej samotności. Bez rodziny, bez prawdziwych przyjaciół, bez nikogo, z kim mogliby porozmawiać szczerze o swoich problemach – wszyscy księża byli samotni, niektórzy mniej, inni bardziej. On do tej pory uważał się za szczęściarza, bo miał Bartka, a młody ksiądz, choć na przyjaciela niespecjalnie się nadawał, był przynajmniej dobrym kolegą. Ale ostatnio i Marczewskiemu samotność zaczęła coraz bardziej doskwierać, zwłaszcza w poniedziałki, kiedy zostawał z mnóstwem wolnych godzin, które trzeba było czymś wypełnić. Modlił się wtedy gorliwiej niż zazwyczaj, czytał, najczęściej klasykę albo powieści historyczne, chodził po lesie. W przeciwieństwie do wikarego nigdy nie stał się fanem górskich wycieczek, ale spacery polubił. I tęsknił do wtorku, kiedy będzie mógł wrócić do zwyczajnej pracy.

W ten poniedziałek również odczuwał lekką panikę na myśl o czekającym go wolnym dniu, ale było coś jeszcze, jakieś niejasne i drażniące poczucie obcości. Wstał jak zawsze koło szóstej – kwestia przyzwyczajenia, nawet gdy mógł, nie sypiał dłużej. Zresztą latem, kiedy rano w okna świeciło słońce, wczesna pobudka była czystą przyjemnością. Umył się, ubrał i odmówił poranny brewiarz, a potem zjadł śniadanie, które przygotowała Pawliczkowa. Jajka na miękko, świeży wiejski chleb z miodem, kawa z mlekiem. Prosty, smaczny i sycący posiłek. Księża miewali skłonności do obżarstwa, podobnie zresztą jak do pijaństwa – jedno i drugie równie dobrze wypełniało pustkę, której nie potrafił wypełnić Bóg. Ksiądz Jerzy na szczęście za alkoholem nie przepadał, lecz do dobrego jedzenia miał słabość.

– Mogę zabrać talerz? – Gospodyni kręciła się wokół stołu. Kiedyś wprawiało go to w zakłopotanie, zdążył jednak przywyknąć. I czasem się tym martwił.

– Tak, proszę. – Po czym, pchnięty nagłym poczuciem winy, zaproponował: – Może w czymś pomogę? Mam dziś wolne…

– Wiem. Ksiądz sobie odpocznie, ja się wszystkim zajmę.

– Mogę przynajmniej pozmywać.

– Nie trzeba.

– Albo kurze pościerać – zaoferował się bohatersko.

– Nie trzeba.

Skarcony niczym uczniak wrócił do sypialni i czytał przez jakiś czas, leżąc na łóżku. Nie potrafił jednak skupić się na losach Johannesa Angelosa. Jego wzrok co chwila uciekał w stronę białych ścian i wiszącego na nich ciężkiego żelaznego krzyża. Jak klasztorna cela, pomyślał w pewnej chwili. Nigdy wcześniej mu to nie przeszkadzało – kiedy przejął probostwo, nie chciał niczego zmieniać, bo wydawało mu się, że dzięki temu miejscowi szybciej go zaakceptują, a potem przywykł albo nie miał czasu myśleć o przemeblowaniu czy odmalowaniu ścian. Wszystko jedno. Żył na plebanii trochę jak w hotelu, jakby podświadomie zakładał, że to nie jest jego dom, tylko miejsce, w którym zatrzymał się na jakiś czas. Teraz patrzył na szpitalną biel ścian złamaną kanciastą surowością krzyża i czuł narastającą niechęć. Zdecydowanie wolałby otoczenie bardziej swojskie: krzyż drewniany, nie metalowy, ściany pomalowane na weselszy kolor, może nawet powiesiłby sobie jakąś reprodukcję. Lubił obrazy impresjonistów, zwłaszcza krajobrazy Moneta. Co go powstrzymywało? Nawet gdyby Pawliczkowa czy Bartek uznali, że to zbyt świeckie, nie musiał się przejmować ich opinią.

Odłożył książkę, myśląc o swoim poprzedniku, tym, którego tak nagle odwołano. Uświadomił sobie, że właściwie nic o nim nie wie, znał jedynie nazwisko. Kim był Konstanty Zielnik, były proboszcz parafii w Rokitnicy? Czy naprawdę podobały mu się te białe, pozbawione ozdób ściany, czy może uważał, że księdzu nie wypada mieszkać w mniej surowym otoczeniu?

I dlaczego go odwołano?

Czemu poprzednik Zielnika powiesił się na plebanii, a jeszcze wcześniejszy proboszcz pijany wpadł do jeziora? „Przeklęta parafia”, przypomniał sobie. Kiedyś uważał, że to tylko takie sobie gadanie – ostatecznie myśli samobójcze, obok rozwiązłości, obżarstwa i alkoholizmu, były czwartym z najważniejszych demonów dręczących księży w samotne noce.

Teraz nie był już tego taki pewny.

Wstał, odkładając otwartą książkę grzbietem do góry – zwyczaj, którego nie potrafił się pozbyć – i poszedł do kuchni. Pawliczkowa szorowała coś zawzięcie w pełnym piany zlewie, spod chustki wymykały jej się rude, wilgotne od potu włosy. Gdy ksiądz Jerzy stanął za jej plecami, odwróciła się, przecierając mokrą dłonią twarz. Oczy miała ładnie wykrojone, w kolorze letniego błękitu. Nawet siateczka zmarszczek nie psuła ich uroku i Marczewski nie po raz pierwszy pomyślał, że gospodyni byłaby całkiem przystojną kobietą, gdyby tylko trochę o siebie zadbała.

– Przejdę się – powiedział. – Chyba że jestem do czegoś potrzebny…?

Zawiesił głos, ale Pawliczkowa potrząsnęła głową.

– Przyszedł jakiś człowiek w sprawie chrzcin, ale nasz wikary już się nim zajął. Niech ksiądz proboszcz idzie, ja jeszcze trochę kuchnię ogarnę, a potem za obiad się biorę.

Nie czekała na odpowiedź, tylko zanurzyła ręce w pianie, wracając do szorowania czegoś, co było chyba przypaloną blachą z piekarnika. Ksiądz Jerzy przyglądał się jej jeszcze przez chwilę. Wychowany w tradycyjnej rodzinie przez matkę i starszą siostrę, podchodził z odrobiną lęku do tego kobiecego świata czyszczenia i gotowania, prania, prasowania i sprzątania. Lęku i poczucia winy zarazem, jakby rodząc się chłopcem, niespodziewanie wygrał los na wielkiej loterii życia. To dla niego, nie dla siostry, matka zaharowywała się, pracując po godzinach, dla niego siostra poszła do liceum wieczorowego, a potem w ogóle zrezygnowała z dalszej nauki – żeby mógł skończyć seminarium. W końcu ksiądz w rodzinie to powód do dumy.

Wycofał się cicho. Jeszcze w progu plebanii ścigał go dźwięk intensywnego skrobania zmieszany z odgłosami cichej rozmowy, prowadzonej za zamkniętymi drzwiami kancelarii.

* * *

Witczakowi śniła się Marta. Szła nasypem wzdłuż torów, podczas gdy za jej plecami zachodziło słońce. Miękki czerwony blask odarł dziewczynę ze wszystkiego, co trywialne i codzienne. Bliskość śmierci nie uczyniła jej piękną, ale zrobiła coś więcej – sprawiła, że zmarła wydawała się kimś niezwykłym. Już nie przeciętna polska dwudziestokilkulatka, ale tajemnicza kobieta z innego świata.

Kobieta, która przyjechała do Rokitnicy, żeby tu umrzeć.

– Zaczekaj! – Witczak biegł jej na spotkanie po podkładach kolejowych. – Nie idź tam!

Pędził ile sił, ale odległość między nim a dziewczyną nie zmniejszała się ani trochę. Powietrze wokół gęstniało, gorące i lepkie jak przed burzą.

– Stój!

Dopiero teraz spojrzała – nie na niego, ale przez niego, jakby Witczak był zrobiony ze szkła. Uniosła głowę, wbijając wzrok w coś za jego plecami, wysoko na niebie. W oczach miała narastającą grozę. Kapitan odwrócił się. Ze wschodu nadciągała skłębiona ciemność. A więc jednak będzie padać, pomyślał, rejestrując w półśnie uderzający o szyby deszcz.

– Musimy go powstrzymać – powiedziała dziewczyna. Jej rysy zmieniły się i przez krótką chwilę, nim Witczak usiadł z jękiem na łóżku, patrzyła na niego oczami Hanki.

Obudził się spocony, z mocno bijącym sercem. Przez otwarte okno wpadało wilgotne powietrze. Musiało być koło szóstej, bo na zewnątrz było już całkiem jasno, ale w domu wczasowym wciąż jeszcze panowała nocna cisza. Witczak wstał i przymknął okno. Wiatr marszczył płytkie kałuże, które rozlewały się na podjeździe – przynajmniej ten element jego snu był realny, choć deszcz zdążył się zmienić w lekką mżawkę. Kapitan wiedział, że już nie zaśnie, wstał więc i poczłapał w stronę łazienki. Umył się, ogolił, drapiąc po policzkach tępawą żyletką, i zszedł do jadalni. Kuchnia była jeszcze zamknięta, ale w oczekiwaniu na śniadanie mógł przynajmniej wypalić na tarasie papierosa.

 

Kiedy skończył, po deszczu zostały tylko szybko wysychające kałuże. Kapitan wyrzucił niedopałek w trawę i złowił na twarz pierwsze promienie słońca. Stał tak przez chwilę, potem zawrócił do jadalni. Zza kuchennych drzwi dolatywał szczęk talerzy i zapach gorącego mleka. W części stołówkowej kłębił się już tłumek dzieciaków, w ­części barowej ciemnowłosa kobieta przecierała właśnie stoły. Biały fartuch upodabniał ją do pielęgniarki; była tęga, ale nie otyła, z zaskakująco ładną, szeroką twarzą. Poruszała się powoli – Witczakowi przyszło do głowy słowo „majestatycznie” – każdy jej ruch był pełen godności, jakby celebrowała mszę.

– Kawę zamówić można? – zagadnął. – I coś do jedzenia?

– Kuchnio jesce zawarto. – Kobieta starannie wytarła plamę po kawie.

– Kiedy widzę, że otwarta.

Jak na zawołanie zza drzwi wyszła kucharka z wielkim garem, za którym ciągnął się zapach gorącego mleka. Przeszła do stołówki i postawiła gar na jednym ze stołów.

– To dlo dziecek przecie. – Kobieta ze szmatą spojrzała na Witczaka zdumiona.

– Mnie nie przeszkadza, że dla dzieci. Mogę zjeść zupę mleczną.

Zmarszczyła brwi, na chwilę wytrącona ze swojego królewskiego spokoju. Witczak czekał cierpliwie, lekko pochylony, w pozie skromnego petenta. Mógł sobie reprezentować władzę ludową i być dzielnym stróżem prawa, ale nie miał najmniejszych złudzeń, że w kuchni rządzą one: kobiety w fartuchach i czepkach, ze szmatami albo chochlami w rękach.

– Uwidzem, co sie do zrobić. – Sapnęła z wyższością, zabawnie zmarszczyła zgrabny nosek i pożeglowała do kuchni niczym biała fregata zawijająca do portu.

* * *

Ksiądz Jerzy poszedł nad rzekę. Rzadko mu się to zdarzało, zazwyczaj chodził tam, gdzie miał szansę znaleźć ciszę i spokój, ale dziś wszystko było na opak. Nie zastanawiał się nad tym, po prostu nogi same zaniosły go nad brzeg Soły. Usiadł kilka metrów od rozłożonej na kocu rodziny. Brzuchaty ojciec, chuda matka i dwójka półnagich dzieciaków, które to wbiegały do wody, to znów z niej wybiegały, podczas gdy rodzice starali się ignorować świdrujące w uszach piski i wrzaski. Soła płynęła wartko, rozlewając się szeroką, ale płytką strugą i połyskując złotem słońca na pióropuszach białej piany. Przez materiał sutanny i czarnych spodni Jerzy czuł ciepło nagrzanych od upału kamieni, na twarzy osiadała mu orzeźwiająca mgiełka.

Dziewczynka w majteczkach kąpielowych przebiegła obok, siejąc wokół zimnymi kroplami, po czym opadła na koc. Śmiała się i paplała tak głośno, że zakłopotana matka rzuciła proboszczowi niespokojne spojrzenie. Niespokojne i trochę niechętne, jakby dawała do zrozumienia, że duchowny, zamiast wysiadywać nad rzeką, powinien zająć się ważniejszymi sprawami. Obecność księdza psuła zabawę, wiedział o tym nie od dziś i dlatego właśnie unikał takich miejsc. Wstał. Koszula pod sutanną była już mokra od potu. Przez chwilę miał ochotę zdjąć buty i wejść do wody, tak jak robiło to wielu dorosłych, ostatecznie jednak zrezygnował. Przez całe życie był tchórzem, w drobiazgach i w ważniejszych sprawach też. Nie wychylać się, nie zwracać na siebie uwagi. Decyzja o współpracy z milicją była prawdopodobnie pierwszym odważnym czynem, na jaki zdobył się od lat, i Marczewski na myśl o wczorajszej mszy wciąż odczuwał lęk.

Rozpiął koloratkę, przetarł mokry kark i ruszył w stronę nasypu kolejowego, gdzie znalazł ciało. Najpierw szedł szeroką wiejską drogą, którą znaczyły pączki końskiego nawozu, potem, odprowadzany wzrokiem pasących się na łące krów, skręcił w las. Tu było już zdecydowanie chłodniej. Pod stopami proboszcza uginał się dywan z zieleni mchu i brązu opadłych igieł, prześwitujące przez korony drzew słońce malowało na liściach dzikich malin wzory ze światła i cienia, złocąc przy okazji zwisające z krzewów nici pajęczyn, długie i delikatne jak anielskie włosy.

Gdy wyszedł z drugiej strony, ostre światło zakłuło go w oczy, a fala upału uderzyła w twarz. Minął dom Chojniaków i posapując lekko, wspiął się na nasyp. Stał teraz w miejscu, gdzie leżały zwłoki dziewczyny – gdyby zamknął oczy, zobaczyłby pod powiekami jej bladą okrąg­łą twarz.

Spojrzał na zegarek. Minęła jedenasta, przez nasłonecznione pole po drugiej stronie nasypu pełzł powoli cień kanciastej elektrowni. Ze swojego miejsca na torach słyszał odległe pokrzykiwania robotników – a może tylko wydawało mu się, że je słyszy? Od wczoraj wszyscy mówili o wznowieniu prac. I wszyscy byli zdania, że tej elektrowni nie powinno tu być.

Drgnął lekko, gdy z oddali dobiegł krzyk polnego ptaka. Pora wracać. Narzekając w myślach na swoją kiepską kondycję, bardziej zsunął się, niż zszedł po stromym nasypie i ruszył w drogę powrotną. Gdy mijał dom Chojniaków, zobaczył siedzącą w ogrodzie młodą kobietę.

– Niech będzie pochwalony! – pozdrowił ją, nie czekając, aż zrobi to pierwsza.

Kobieta uniosła dłoń, osłaniając oczy od jaskrawego światła.

– Ksiądz proboszcz – powiedziała bez zdziwienia, prawie jakby się go spodziewała. – Wpadnie ksiądz na herbatę?

* * *

Witczak niezgrabnie wgramolił się na przednie siedzenie starego poloneza. Za kierownicą siedziała Hanka, mimo narastającego upału ubrana w ciepły sweter. Wystająca spod niego krótka spódniczka odsłaniała kościste kolana. Z tyłu rozsiadł się Synowiec, który gorliwie kartkował grubą książkę – kapitan bez trudu rozpoznał w niej rozkład jazdy PKP.

– S…starszy sierżant uznał, że lepiej będzie, jak ja p…pojadę, a on zostanie na d…dyżurze – wyjaśnił chłopak. – W…wie pan, jakby c…coś się działo.

Witczak nie skomentował. Polonez ruszył spod domu wczasowego i po chwili wyjechał na asfaltową szosę wiodącą do Żywca. Kapitan opuścił szybę – na zewnątrz musiało być już ze dwadzieścia parę stopni. Od pól zawiało ostrą wonią zwierzęcego nawozu i kapitan, który już miał wciągnąć w płuca haust zdrowego wiejskiego powietrza, wstrzymał oddech. Śniadanie przewracało mu się w żołądku. Nie powinien był jeść tej zupy, ale dał się skusić wspomnieniom z dzieciństwa: kolonie na Mazurach, wielkie gary gorącego mleka z pływającymi w środku glutami makaronu, kanapki z dżemem i kawa zbożowa do każdego posiłku. To były czasy!

Skoncentrował się na krajobrazie. Mijali pola wyzłocone pszenicą, obsypane barwnymi kwiatami łąki i pocięte bruzdami grządek kartofliska. Smród nawozu ustąpił woni trawy i nagrzanego asfaltu. Witczak przymknął oczy. Za jego plecami Synowiec wciąż kartkował rozkład jazdy.

– Szukam p…połączeń, k…które p…pasują – powiedział wreszcie. – Ale wszystkie są z p…przesiadką w K…katowicach. M…mogła jechać z G…gdańska albo z W…warszawy, albo… Czekajcie…

– Zostaw to – mruknął Witczak. – Teraz i tak do niczego sensownego nie dojdziemy. Za dużo możliwości.

– Zwłaszcza że nie wiemy, ile ona naprawdę tym pociągiem jechała – dodała Hanka.

– M…mówiła, że całą noc.

– Ludzie lubią przesadzać. – Starsza szeregowa wzruszyła ramionami. – Albo chodziło jej o to, że całą noc nie spała. Albo najpierw jechała autobusem z jakiejś małej miejscowości, a potem dopiero pociągiem. Jest mnóstwo możliwości, tak jak kapitan mówi.

Kolorowe pola ustąpiły miejsca zabudowaniom miasta i samochód wkrótce zatrzymał się przed dworcem. Witczak z ulgą wygramolił się z poloneza, za nim, zdejmując sweter, wysiadła Hanka. Synowiec zostawił rozkład jazdy na siedzeniu i przygładził włosy. Pot zdążył już przylepić mu koszulę do pleców.

Razem weszli w cień dworca, gdzie zagarnął ich chłód o zapachu rozgrzanych ciał i zimnych, kamiennych posadzek. Od murów i wysokiego sufitu odbijały się głosy podróżnych, głos z megafonu zapowiadał, że pociąg z Katowic do Zwardonia stoi przy torze czwartym, planowany odjazd o godzinie ósmej piętnaście. Zdziwiony kapitan spojrzał na zegarek – dwadzieścia minut postoju w niedużym w końcu mieście wydawało mu się przesadą, przypomniał sobie jednak, że w Żywcu zmieniają lokomotywę na parową, bo tutaj kończyła się sieć elektryczna. Prawdziwy kraniec cywilizacji, pomyślał, kierując się w stronę najbliższej kasy. Hanka odruchowo podeszła do drugiej, Synowiec po chwili namysłu udał się do restauracji – kapitan liczył, że wypytać o zmarłą, choć kapral równie dobrze mógł mieć ochotę na ciastko czy poranną herbatę.

Pół godziny później spotkali się w głównej hali. Na peronie zatrzymał się właśnie pociąg, z którego wysypał się tłum dzieci w mundurkach. Raczej jeszcze zuchy, nie harcerze. Witczak słyszał przez szybę radosne pokrzykiwania maluchów i zmęczony głos drużynowego. Na krótką chwilę znów pozwolił, żeby opanowała go nostalgia. To nie był jego szczęśliwy dzień, zdecydowanie.

– Nikt jej nie widział – powiedziała Hanka. – Ani jak wysiadała, ani później. Nic dziwnego przy tych wszystkich ludziach, którzy się tu przewijają.

– Jedyne, co wiemy na pewno, to że przyjechała p…pośpiesznym o siódmej trzydzieści. – Synowiec był tak dumny z siebie, że zająknął się tylko raz. – Z Katowic. On się wtedy t…trochę spóźnił i dlatego autobus jej uciekł. Wszystko się zgadza.

Dla Witczaka wcale nie było to takie oczywiste, ale nie zamierzał się spierać. Zresztą kapral prawdopodobnie miał rację, najprostsze rozwiązania najczęściej są tymi właściwymi. Tylko że to i tak nic im nie dawało – nadal nie wiedzieli, skąd dziewczyna przyjechała do Katowic.

– Możemy skontaktować się z konduktorem tej linii, ale wątpię, żeby ją zapamiętał. Są wakacje, pociągi jeżdżą nabite po brzegi. – W głosie Hanki słychać było rozczarowanie.

Czekali na decyzję kapitana, który właśnie odprowadzał spojrzeniem grupę zuchów. Dzieciaki wspięły się już na kładkę ponad peronami i niebezpiecznie wychylone przez barierkę, pluły na dachy wagonów.

– Panie k…kapitanie? – zapytał Synowiec niepewnie. – Wracamy?

– Nie. – Odwrócił się od okna. – Skoro dziewczyna przyjechała pociągiem z daleka, to prawdopodobnie miała bagaż. A jeśli miała, to gdzieś musiała go zostawić.

* * *

– Rzadko nas ksiądz proboszcz odwiedza. – Ewa Chojniak sięgnęła po malowany w truskawki kubek i napiła się herbaty.

Siedzieli na ławie przed domem przy drewnianym niskim stole. Franciszek przyniósł im herbatę, poprawił żonie poduszkę, a potem zniknął, usprawiedliwiając się pracą. Ksiądz Jerzy został więc sam na sam z kaleką kobietą, którą, prawdę powiedziawszy, odwiedzał dotąd nie tyle rzadko, ile prawie wcale. Jednak gospodyni najwyraźniej nie żywiła pretensji, w jej błękitnych oczach widział raczej ironię. Ewa Chojniak była śliczna. Nie piękna, ale właśnie śliczna, jak dziecko albo leśna wróżka. Włosy miała tak jasne, że przypominały puch dmuchawca, cerę lekko nakrapianą piegami. Nosiła spodenki, które ledwo zasłaniały pośladki, ale w jej długich, białych i wątłych nogach nie było nic, co kojarzyłoby się erotycznie. Pod cienką koszulką rysowały się wzgórki spiczastych piersi. Marczewski bardzo chciał poczuć choć cień pożądania, ale czuł tylko dojmujący smutek, jakby znalazł w trawie martwą jaskółkę.

– Przyszedł ksiądz spojrzeć na miejsce zbrodni?

– Sam nie wiem, co mnie podkusiło… – Mógłby jej opowiedzieć o dzisiejszym poczuciu obcości, o tym, że był tchórzem, aż wreszcie postanowił coś zrobić. Ale nic z tego nie pasowało do tego rozświetlonego słońcem ogrodu, w którym w trawie złociły się rumianki i fruwały kolorowe motyle. Ksiądz Jerzy wiedział, że to zwyczajne wiejskie obejście – wyczuwał przecież zapach obory i widział kręcące się tu i ówdzie kury – ale złudzenie magii było tak silne, że przez chwilę miał wrażenie, jakby znalazł się w książce Hodgson Burnett.

Ewa uśmiechnęła się, pokazując drobne białe zęby.

– Niech się ksiądz proboszcz nie przejmuje. Nie jest ksiądz pierwszy ani ostatni. Ostatnio była tu cała wycieczka kolonijna, z dziesięć dzieciaków, jak nie więcej.

– Przyszli z wychowawczynią? – zdziwił się.

– Skąd. Musieli jej się urwać. Albo dała im czas wolny. Nie wiem, nigdy nie byłam na kolonii. Ani w ogóle nie byłam dalej niż w Żywcu. I pewnie już nigdy nigdzie nie pojadę.

 

Powiedziała to zupełnie zwyczajnie, bez żalu czy pretensji. Urodziła się w Brzozówce, wyszła za mąż, a trzy lata temu, zrywając śliwki, spadła z drzewa i poważnie uszkodziła sobie kręgosłup. Każdy w Rokitnicy znał tę historię i ksiądz zawstydził się, że nie wie o dziewczynie czegoś więcej, czegoś szczególnego, co wiedziałby tylko on. Kiedyś, tuż po wypadku, odwiedził Chojniaków, ale ani on, ani ona nie sprawiali wrażenia ludzi potrzebujących pociechy duchowej, więc dał im spokój. Teraz tego żałował.

Ewa dopiła herbatę i odstawiła swój dziecinny kubek w truskawki.

– Była też u mnie milicja – powiedziała. – Ostatnio spory tu ruch.

– Przesłuchiwali panią?

Wzruszyła ramionami.

– Podobno to była tylko rozmowa, ale Jasiek ciągle coś w notesie zapisywał.

– Jasiek?

– Ten młodszy – wyjaśniła. – Za dzieciaka całowaliśmy się po krzakach, ale teraz to poważny człowiek. W mundurze i w ogóle. Pytał, czy nie widziałam tej dziewczyny, jak szła ścieżką w stronę nasypu.

– A widziała pani?

– Nie. – Patrzyła proboszczowi prosto w twarz. W jej oczach było coś, czego nie potrafił rozpoznać. Coś wyzywającego i jednocześnie tak oczywistego, że odruchowo bronił się przed przyjęciem tego do wiadomości. – Choć musiała tędy przechodzić.

Ksiądz Jerzy dopił herbatę. Nie pomieszał jej i teraz na dnie została obrzydliwie słodka zawiesina, którą z trudem przełknął.

– Pójdę już – powiedział. – Gdyby potrzebowała pani czegoś…

– Na przykład pociechy duchowej? – Znów miał wrażenie, że dziewczyna z niego kpi.

– Na przykład pociechy duchowej. Albo mogę przyjść zwyczajnie, jako przyjaciel.

– Niech więc przyjdzie ksiądz jako przyjaciel. I proszę mi mówić Ewa.

Podała mu rękę, którą uścisnął ostrożnie.

– I jeszcze jedno. Czy wie pani… Czy wiesz może, kto postawił ten krzyż przy nasypie?

– Milicja też mnie o to pytała. Ale nie mam pojęcia.

Znów na niego spojrzała, a na proboszcza w tym momencie spłynęło olśnienie. Ewa kłamała, nie starając się w żaden sposób sprawiać wrażenia, że mówi prawdę. Kłamała w najbardziej oczywisty, bezczelny sposób, jakby wymachiwała mu kłamstwem przed oczami. Nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić.

– Naprawdę niczego nie wiesz?

– Tylko tyle, że poprzedni ksiądz też pytał o ten krzyż. A potem zniknął.

– Nic więcej?

– Nic.

Nie mógł już patrzeć jej w oczy. Miał wrażenie, że jeśli natychmiast nie wstanie i nie wyjdzie, nigdy się na to nie zdobędzie.

Odłożył kubek.

– Muszę iść – powiedział. – Z Bogiem.

– Z Bogiem.

Gdy stanął przy furtce, odwrócił się jeszcze na chwilę – z tej perspektywy ogród był zwyczajnym wiejskim ogrodem, trochę zapuszczonym, w gruncie rzeczy bardziej przypominającym zarośnięte podwórko niż cokolwiek, co opisała Hodgson Burnett. Magia zniknęła i tylko Ewa Chojniak wciąż miała w sobie odrobinę ulotnego piękna nie z tego świata. Dziwna dziewczyna. Kpiła z księdza, kłamała mu w żywe oczy i choć wychowała się na wsi, nie mówiła gwarą. Proboszcz uznał, że musiała nauczyć się klasycznej polszczyzny od męża albo z telewizji. A może z książek? Łatwo przychodziło mu wyobrazić ją sobie z książką na kolanach, od czasu do czasu podnoszącą wzrok znad za­drukowanych kartek i wpatrującą się w ogród oczami barwy lipcowego nieba. Swoją drogą kolor tych oczu z czymś mu się kojarzył, ale dopiero kiedy wyszedł z lasu, odszukał w głowie właściwą myśl: Ewa była podobna do Pawliczkowej.

Uspokojony tym, że w gąszczu pytań znalazł choć jedną odpowiedź, poszedł w stronę plebanii, gdzie gospodyni szykowała już obiad.

* * *

Znalezienie przechowalni bagażu nie było trudne, zdecydowanie dłużej zajęło im czekanie na kobietę, która miała zapasowy klucz do szafek. Przyszła wreszcie, wyraźnie wystraszona. Miała ziemistą cerę i zaczerwienione oczy, jakby niedawno płakała – choć Witczak podejrzewał, że to raczej efekt kataru siennego.

– Ale o co chodzi? – pytała raz za razem. – My nic złego nie robimy. Tu nic nie ma.

– Niech pani otwiera – powiedział Witczak.

– Tu nic nie ma – powtórzyła. – Czego pan szuka?

– Nie p…pani sprawa. – Synowiec zaczerwienił się lekko. – Proszę otworzyć.

Spłoszona kobieta włożyła klucz w zamek pierwszej szafki. Stał w niej wysoki turystyczny plecak ze stelażem. Witczak przejrzał go pobieżnie i odłożył – Marta była dużą dziewczyną, ale z pewnością nie nosiła wełnianych skarpet rozmiaru około czterdzieści sześć ani obszernej wędkarskiej kamizelki z mnóstwem kieszeni. W drugiej szafce znaleźli torbę, na której leżała różowa kurteczka. Pasowała w sam raz na dziesięciolatkę, więc przeglądaniem bagażu już się nie kłopotali. W trzeciej odkryli dwie poznaczone czerwonobrązowymi zaciekami siatki – delikatny zapaszek sugerował ofiarę zbrodni, ale Witczak bez większego problemu domyślił się, że to mięso z nielegalnego uboju, zerknął więc tylko i zobaczywszy świński udziec, zamknął szafkę. Kobieta, która przyniosła klucz, wyglądała, jakby miała zemdleć, Hanka i Synowiec ostentacyjnie udawali zainteresowanie komunikatem o opóźnieniu pociągu z Zakopanego.

W czwartej szafce znaleźli kolejną, równie wypchaną siatkę. Witczak już chciał dać jej spokój, kiedy coś go tknęło. Ostrożnie dotknął materiału, który ugiął się pod jego palcem. W środku było coś miękkiego. Szmaty? Ubrania? Sięgnął po siatkę i spojrzał do środka. Hanka i Synowiec pochylili się jednocześnie, omal nie zderzając się czołami.

– Spodnie? – zapytała zdumiona dziewczyna. – I koszulka?

Witczak rozwinął parę poprzecieranych na kolanach zielonych sztruksów.

– Jak myślicie, pasowałyby?

– Na pana? – Zanim kapitan zorientował się, czy Synowiec żartuje, czy mówi poważnie, Hanka już sięgnęła do siatki i odchyliła kołnierzyk bawełnianej koszulki.

– Czterdzieści cztery – oznajmiła. – To jej rozmiar.

– Zabieramy te rzeczy. – Witczak wsadził sztruksy z powrotem do siatki i spojrzał na kobietę ściskającą w dłoni zapasowy klucz. – Gdyby ktoś ich szukał, pani zadzwoni na posterunek w Rokitnicy.

Miał już prawie pewność, że to nie będzie konieczne – przeczucie podpowiadało mu, że faktycznie trafili na ubrania należące do denatki.

– Oczywiście. – Kobieta gorliwie skinęła głową. – Oczywiście.

– Pani przypomni mi swoje nazwisko? – Tak naprawdę wcześniej jej o to nie pytał.

– Elżbieta Jelonek.

– W porządku, pani Jelonek. Podpiszę pani pokwitowanie i nie będziemy więcej przeszkadzać.

* * *

Na biurku leżały wyjęte z siatki rzeczy: sztruksy, błękitna koszulka, rozpinany sweter, skarpetki i sportowe półbuty z przetartymi noskami. Hanka i Synowiec wpatrywali się w nie jak zahipnotyzowani, Witczak palił papierosa przy otwartym oknie. Dziś obawa przed byciem podsłuchanym przegrała z duchotą i wonią zdechłej myszy. Na szczęście nie musieli tłoczyć się na posterunku w czwórkę – Waśkowiak wysłuchał sprawozdania z wyprawy do Żywca, a potem oznajmił, że pora coś zjeść, i zniknął.

– Co o tym myślicie? – Kapitan mówił w liczbie mnogiej, ale patrzył na Hankę. To ona z dwójki młodych była bystrzejsza, od niej miał szansę otrzymać jakąś sensowną odpowiedź.

Odezwał się jednak Synowiec.

– Dz…dziwne, że woziła ubrania w siatce. Nie miała t…torby?

– Może miała tylko dużą, na dłuższe wyjazdy – podpowiedziała Hanka. – Spódnica i bluzka, w których ją znaleźli, były ze sztucznego materiału, takiego, co się nie gniecie. Mogła użyć siatki zamiast torby, czemu nie.

– Nie zabrała niczego więcej, tylko ubranie na zmianę – stwierdził Witczak.

– Żadnych kosmetyków, ręcznika, piżamy czy bielizny – podchwyciła natychmiast Hanka. – To znaczy, że przyjechała na krótko. Do pociągu włożyła wygodne ciuchy, a w siatce miała te lepsze. Chciała się z kimś spotkać, załatwić jakąś sprawę, która wymagała eleganckiego wyglądu, a potem od razu wracać. Pewnie przebrałaby się z powrotem w toalecie na dworcu…