PokutaTekst

Z serii: Ze Strachem
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pokuta
Pokuta
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Pokuta
Pokuta
Pokuta
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Pokuta
Pokuta
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Powiedziałeś mu o tym?

Nowacki skinął głową, po czym dodał usprawiedliwiająco:

– Nie wspominałeś, że mamy trzymać wyniki w tajemnicy.

Igielski machnął ręką.

– W porządku. Zastanawiam się tylko, czy on nadal się upiera, że jest mordercą.

– O to już musisz go sam zapytać. – Nowacki osuszył kufel. – Ale gdyby chciał zmienić zeznania, to chybaby coś powiedział, nie?

– Wyglądał na zdziwionego?

– Wynikami? – Lekarz rozważał przez chwilę pytanie. – Nie wydaje mi się. Ale on w ogóle rzadko okazuje emocje. Taki typ, rozumiesz.

Igielski nie myślał w tej chwili o typach.

– Teoretycznie… – zaczął niepewnie.

– No?

– Teoretycznie jest możliwość, że Kowalski naprawdę sądził, że umiera na raka, tak?

– Owszem.

– Ludzie w takich sytuacjach robią różne rzeczy. Może ktoś go wynajął, żeby przyznał się do morderstwa, zdejmując w ten sposób winę z Białego… Nie, to bez sensu. Cholera. – Sfrustrowany Igielski potarł podbródek, niejasno uświadamiając sobie, że zapomniał się dziś rano ogolić. – Już to rozważaliśmy.

– Możemy rozważyć jeszcze raz – zaproponował Nowacki. – Myślałem trochę i wydaje mi się, że nasze wątpliwości można wyjaśnić. Powiedzmy, że ktoś, na przykład jakiś bogaty krewny, chciał ratować Białego i dlatego przekupił Kowalskiego. Nie pieniędzmi dla niego, bo umierającemu pieniądze na niewiele się przydadzą, ale jakąś sporą sumą dla rodziny. Poszukiwania osoby, która byłaby na tyle zdesperowana, żeby się na coś takiego zgodzić, długo trwały, dlatego Kowalski zgłosił się do ciebie w listopadzie, a nie we wrześniu, kiedy aresztowaliście chłopaka. I oczywiście facet miał się przyznać tylko do jednej zbrodni, ale poniosła go wyobraźnia i dlatego wymyślił tę dziwaczną historię o dziewczynach zabijanych co siedem lat. Albo pomyślał, że jeśli odchodzić, to z przytupem, jako seryjny morderca, a nie zwyczajny zabójca jednej osoby. Albo jeszcze inaczej: może bał się powolnego konania na raka i chciał mieć pewność, że go powieszą.

– Musiałby być wyjątkowo głupi, jeśli wierzył, że sąd kupi tę historię bez żadnych dowodów, a na idiotę nie wygląda…

– Bo ja wiem? Nawet stosunkowo inteligentni ludzie mają czasem dziwaczne pojęcie o tym, jak działa prawo. To przynajmniej byłoby jakieś wyjaśnienie.

Igielski z ociąganiem skinął głową.

– Jeśli to prawda, Kowalski powinien odwołać swoje zeznania.

– Niekoniecznie. – Nowacki sięgnął za fotel, gdzie czekał zapas schłodzonych wcześniej butelek. – Może uznał, że zabrnął za daleko, żeby teraz się wycofywać. Poza tym facet tak czy inaczej nie jest już młody. Jeśli ceną za przyznanie się było bezpieczeństwo finansowe jego rodziny, mógł dojść do wniosku, że warto poświęcić lata, które mu zostały. Jeszcze po piwku?

– Czemu nie. – Igielski sięgnął po otwieracz. Z kuchni dobiegał zapach świadczący o tym, że ciasto wylądowało już w piekarniku i właśnie zaczyna się rumienić. – Tylko że to wszystko nijak nie tłumaczy, kto mógłby zapłacić Kowalskiemu taką sumę.

– No, matka Andrzeja na pewno nie. – Lekarz uśmiechnął się lekko. – Biedaczka leży w naszym szpitalu, wiesz o tym? Już dawno powinna była umrzeć, ale jakimś cudem ciągle trzyma się życia.

– Wiem, byłem u niej, jak aresztowaliśmy chłopaka. Miałem jej o tym powiedzieć, ale jakoś nie wyszło… – Igielski wzdrygnął się na wspomnienie kobiety tak wychudłej, że przypominała obciągnięty pomarszczoną skórą szkielet. Biała to traciła przytomność, to znów ją odzyskiwała, ale nawet w takich momentach patrzyła na milicjanta zdumiona, najwyraźniej nie mogąc pojąć, co ten człowiek w mundurze robi obok jej łóżka. Starszy sierżant stchórzył wtedy: pomyślał, że to nie jest dobry moment, że przyjdzie później. A później zapomniał, bo było tyle innych spraw, którymi musiał się zająć. A może po prostu nie chciał pamiętać.

– Ja wpadłem do niej na chwilę wczoraj. Sam nie wiem, po co, chciałem chyba wymienić przy niej nazwisko Kowalskiego i zobaczyć, jak zareaguje.

– I co?

– Nic, nawet mnie nie usłyszała. Albo nie zrozumiała. Pytała tylko w kółko o syna, kiedy przyjdzie ją odwiedzić.

– Czyli ona nadal nie wie o jego aresztowaniu?

– Na to wygląda, chociaż możliwe, że ktoś jej powiedział, ale zdążyła zapomnieć. A jeśli nie wie, to w sumie chyba nawet dobrze.

Igielski skinął głową, czując lekką ulgę, jakby ksiądz właśnie rozgrzeszył go w konfesjonale.

– A ojciec chłopaka? – zapytał Nowacki. – Znalazłeś go?

– Tak, mieszka w Gdyni, z konkubiną i dwójką małych dzieci. Tyle dobrego, że ma wreszcie uczciwą pracę, bo zatrudnił się w szkole podstawowej jako woźny, ale w domu tak czy inaczej się nie przelewa. Nie byłoby go stać na wynajęcie kogoś, kto przyznałby się do morderstwa. Poza tym nie sądzę, żeby jakoś szczególnie zależało mu na najstarszym synu. Kiedy poinformowałem go, że aresztowaliśmy chłopaka pod zarzutem morderstwa, powiedział tylko „No, no, kto by pomyślał, że to chuchro jest do czegoś takiego zdolne”. Prawie jakby dopiero teraz był z niego dumny. – Igielski skrzywił się lekko.

– Biedny chłopak.

– Biały?

– A kto? Zabił Renię czy nie, i tak miał parszywe życie. I nikt nie próbował mu pomóc.

– Niektórzy próbowali – zaprotestował Igielski. – Rozmawiałem z jego wychowawcą, podobno i w podstawówce, i potem w liceum powszechna była opinia, że Andrzej to inteligentny chłopak z talentem do fotografii, tylko straszny odludek. Pogorszyło mu się, kiedy odszedł ojciec, a matka zachorowała, potem przez jakiś czas było lepiej, ale w kwietniu Biała dowiedziała się, że ma nawrót raka i tym razem raczej już się nie wywinie.

– Na miesiąc przed maturą syna.

– Taa, na miesiąc przed maturą. Nic dziwnego, że koncertowo ją zawalił. Wychowawca proponował, żeby podszedł jeszcze raz, ale chłopak nie chciał o tym słyszeć… – Igielski urwał.

Dwa tygodnie po niezdanej maturze Andrzej Biały znalazł pracę w fabryce konserw, gdzie zajmował się wycieraniem podłóg i wynoszeniem rybich flaków – aż do dnia, gdy Igielski i Bąk zatrzymali go pod zarzutem morderstwa.

Lekarz miał rację, biedny chłopak, oczywiście jeśli się nie wzięło pod uwagę, że ten nieszczęśnik z dużym prawdopodobieństwem udusił dziewczynę, której jedyną winą było to, że nie chciała go kochać.

Nowacka wkroczyła z tacą ciepłej jeszcze, pachnącej cynamonem i jabłkami szarlotki, przerwali więc rozmowę i zrobili miejsce na stole, odsuwając butelki.

– Może zjesz z nami? – zaproponował lekarz, ale żona potrząsnęła głową. Igielski widział to już wielokrotnie, jak odprawiany raz za razem rytuał.

– Gdzie tam miałabym czas siadać, zupę na piecu jeszcze mam.

Nowaccy byli małżeństwem tradycyjnym: on pracował, ona sprzątała, gotowała i nie lubiła wtrącać się w to, co nazywała „męskimi sprawami”. Jeszcze do niedawna Igielski tak wyobrażał sobie swój własny związek. Teraz coraz częściej przychodziło mu do głowy, że z Beatą to by nie wypaliło. A w każdym razie nie na dłuższą metę. Jego narzeczoną z panią Nowacką łączyło tylko zamiłowanie do gotowania, ale potrawy Beaty zawsze były fikuśne i zawierały składniki takie jak kardamon, oliwki czy mleko kokosowe, które starszy sierżant kupował w gdańskiej hali targowej – tam, gdzie trafiały towary przemycane przez zawijających do portu marynarzy. Kiedy jeszcze byli razem, tęsknił czasem za kawałkiem zwyczajnego kotleta schabowego z ziemniakami. Teraz tęsknił za potrawami o skomplikowanych zagranicznych nazwach, których nawet nie potrafił wymówić.

Nowacka wyszła, zabierając kilka pustych butelek po piwie, a jej mąż podsunął Igielskiemu tacę z ciastem.

– Częstuj się.

– Tylko mały kawałek, powinienem trochę schudnąć – powiedział milicjant, ale nałożył sobie duży. Jakoś tak samo wyszło. Dalej mówił już z pełnymi ustami. – Znalazłem sześć dziewczyn, które mogłyby pasować. – Schylił się, sięgając po teczkę, która leżała obok fotela, i wyjął z niej zdjęcia. – We wrześniu 1979 roku zaginęła dziewiętnastoletnia Izabela Chrzanowska, w październiku tego samego roku Paulina Wąs, czternastolatka. Jesienią 1972 nie zniknęła żadna dziewczyna, a przynajmniej nikt czegoś takiego nie zgłosił. Jedyne zaginięcie, jakie znalazłem, miało miejsce w lipcu: wtedy dwudziestoletnia Karina Powrózło wyszła z domu i już nie wróciła. W 1965 znowu mamy dziewczynę, która znika we wrześniu: Aneta Lambert, lat osiemnaście. Sprawdziłem też akta o rok wcześniejsze albo późniejsze, niżby to wynikało z tego, co mówił Kowalski, na wszelki wypadek, gdyby coś mu się pomieszało. W 1971 w listopadzie zniknęła Aniela Kotulec, lat dwadzieścia sześć, a w październiku 1964 roku Renata Pawelec, siedemnastolatka.

– A wcześniej?

Igielski westchnął.

– Tu jest problem. Teoretycznie akta powinny jeszcze być w archiwum, ale albo ktoś je zgubił, albo wyrzucił, kiedy zgniły. Te z sześćdziesiątego czwartego były już całe zawilgocone. Albo w latach pięćdziesiątych milicja w ogóle nie kłopotała się zakładaniem teczek w takich sprawach.

Nowacki sięgnął po sporządzony przez starszego sierżanta spis.

– W porządku, spróbujmy najpierw pomyśleć nad tym, co mamy. Izabela Chrzanowska pasowałaby idealnie na ofiarę Kowalskiego, była w odpowiednim wieku i zniknęła we wrześniu siedem lat temu. Paulina… Sam nie wiem. Październik zamiast września łatwo wytłumaczyć, zwłaszcza że zaginięcie zostało zgłoszone na samym początku miesiąca, ale dziewczyna była chyba trochę za młoda. Kowalski wybierał ofiary niedoświadczone i naiwne, ale już dorosłe albo prawie dorosłe. Takie, których zniknięciem nikt się za bardzo nie przejmował. A czternastolatka to dziecko, czternastolatek milicja szuka zdecydowanie intensywniej niż osiemnastolatek. Kowalski jest zbyt inteligentny, żeby tak ryzykować.

– Może dziewczyna skłamała, że jest starsza. Mógł jej uwierzyć, jeśli do tego wyglądała odpowiednio dorośle.

– To jest jakieś wyjaśnienie, owszem, ale mimo wszystko, jeśli Kowalski faktycznie zabił tu dziewczynę siedem lat temu, stawiałbym raczej na Izabelę. Karina Powrózło… Raczej nie, wątpię czy ktokolwiek pomyliłby lipiec z wrześniem, zwłaszcza w takim miejscu jak Przeradowo, gdzie latem jest mnóstwo turystów.

 

– Chyba że Kowalski nas okłamał.

Nowacki wzruszył ramionami.

– Przy takim założeniu możemy szukać czegokolwiek, choćby morderstw staruszków po osiemdziesiątce popełnianych co pięć lat, zawsze w lutym. Nie, moim zdaniem albo przyjmiemy, że facet mówi prawdę, albo możemy sobie w ogóle tę sprawę darować.

– Racja. – Igielski zjadł ostatni kawałek ciasta i ziewnął. Był przejedzony i lekko wstawiony, a jakby tego było mało, o szyby znowu zaczął dzwonić deszcz. Starszy sierżant potarł oczy. Zaczynam się starzeć, pomyślał, niedługo będę typowym wujkiem w średnim wieku, który po obiedzie musi się zdrzemnąć na pół godzinki. Nie była to do końca nieprzyjemna myśl.

– Aneta Lambert pasuje idealnie – kontynuował lekarz. – Aniela Kotulec… hmm, to mogłaby być brakująca dziewczyna z 1972 roku, ale ta z kolei wydaje się trochę za stara. Kto zgłosił zaginięcie?

– Mąż.

– Właśnie, nie sądzę, żeby mężatki jakoś szczególnie Kowalskiego interesowały. W przypadku Renaty Pawelec wiek by się zgadzał, ale mamy już zaginięcie w 1965, więc chyba nie ma sensu szukać ofiary rok wcześniej.

– Czyli dwie ofiary, które najbardziej pasują, to Izabela Chrzanowska, zaginiona siedem lat temu, i Aneta Lambert z sześćdziesiątego piątego. W siedemdziesiątym drugim Kowalski albo nikogo nie zabił, albo zaginięcie z jakiegoś powodu nie zostało zgłoszone. A z wcześniejszych lat brakuje nam danych.

– Niezupełnie. – Lekarz uśmiechnął się lekko. – We wrześniu pięćdziesiątego ósmego roku zniknęła Róża Schmidt, dziewiętnastolatka.

– Skąd to wiesz?

– Przejrzałem stare wydania „Przeradowskich Wieści”. Róża wyszła z domu siedemnastego września, ubrana w brązową sukienkę i brązowe buty. Na głowie miała kapelusz i oprócz małej skórzanej torebki niczego ze sobą nie wzięła.

– Izabela Chrzanowska i Aneta Lambert też nie zabrały bagażu. Obie wyszły tylko na chwilę do pobliskiego sklepu i nigdy nie wróciły. Jakby nagle zdecydowały, że muszą zniknąć.

– Albo jakby po drodze spotkało je coś złego.

Starszy sierżant powoli skinął głową.

5 listopada 1986

W świetlicy oddziału psychiatrycznego szumiał zawieszony pod sufitem telewizor. Dźwięk był tak ściszony, że Igielski nie był w stanie wyłapać żadnego słowa, widział tylko przesuwające się po ekranie czarno-białe ziarniste sylwetki japońskich aktorów. W fotelach przed odbiornikiem siedziały dwie osoby: jedną z nich był przysypiający w fotelu staruszek z zapadniętymi policzkami, które zdradzały brak zębów, a drugą Jan Kowalski, z gazetą na kolanach, w eleganckiej piżamie i welurowym szlafroku. Igielski przypomniał sobie, że i piżamę, i szlafrok kupiła osobiście żona Nowackiego. W porównaniu ze staruszkiem ubranym w wystrzępioną, pocerowaną flanelę, Kowalski wyglądał niemal absurdalnie elegancko, jak angielski arystokrata, który jakimś cudem trafił do tego ponurego pomieszczenia, gdzie ściany miały paskudny zielonożółty kolor, a jesienne słońce wpełzało przez okna, oświetlając wytarte oparcia foteli i wypalone w ceratowych obrusach dziury po papierosach.

Na widok Igielskiego mężczyzna odłożył gazetę na stolik. Były to „Przeradowskie Wieści”, dziennik, którego szpalty zapełniały monotonne sprawozdania z lokalnych imprez i szkolnych rozgrywek sportowych. „Czy odwiedzi nas arcybiskup?”, brzmiał wytłuszczony tytuł na pierwszej stronie. Igielski nie miał pojęcia, o jakiego arcybiskupa chodzi, ale mógł się założyć, że nie odwiedzi.

– Chciałbym z panem porozmawiać – powiedział, siadając obok Kowalskiego. Na ekranie starszy Japończyk mówił do młodszego tak głośno, że mimo ściszonego dźwięku coś musiało dotrzeć do drzemiącego staruszka, który poruszył się lekko, otworzył jedno oko i zaraz je zamknął.

– Może pan mówić swobodnie. – Kowalski pobiegł wzrokiem za spojrzeniem starszego sierżanta. – Hajduk całe dnie przesypia, a kiedy się budzi, to i tak niewiele rozumie.

Igielski sięgnął do teczki i rozłożył na stoliku kilka czarno-białych zdjęć, starannie omijając przy tym lepiącą się różowawą plamę, w którą przed chwilą wsadził łokieć. Prawdopodobnie rozlany kompot, choć równie dobrze mógł to być kisiel.

– Czy rozpoznaje pan którąś z tych osób?

Kowalski podnosił do oczu każdą fotografię z osobna, wpatrywał się w nią uważnie, a potem odkładał. Trwało to dłuższą chwilę, a starszy sierżant nie mógł oprzeć się wrażeniu, że całe to przyglądanie się to wyreżyserowany specjalnie dla niego spektakl. Kowalski od początku doskonale wiedział, jaka jest odpowiedź.

– Nie, przykro mi. – Położył na stole ostatnie zdjęcie. Była to czternastoletnia Paulina Wąs, z wystającymi zębami i przerzuconym przez ramię grubym warkoczem. Nie wyglądała na starszą, ale kto wie, może w makijażu, odpowiednich ciuchach i z dorosłą fryzurą mogłaby uchodzić za szesnasto- czy siedemnastolatkę.

– Jest pan pewien?

– Sądząc po pana minie, niektóre z nich to moje ofiary. Być może, nie mam pamięci do twarzy.

– Ale pamięta pan, że zabijał we wrześniu, co siedem lat.

– Tak, przecież już mówiłem.

– Czyli odpowiednio w latach 1951, 1958, 1965, 1972, 1979 i ostatni raz w tym roku. Zawsze w tym samym miesiącu.

– Zgadza się. Nie rozumiem…

– Nigdy to nie był październik albo sierpień? Rok do przodu albo do tyłu?

– Nie. – Usta Kowalskiego drgnęły w ledwo zauważalnym wyrazie irytacji. – Czas miał dla mnie znaczenie, to też panu mówiłem. Dlatego musiał być wrzesień, dokładnie co siedem lat.

– W porządku, czas miał dla pana znaczenie, a te dziewczyny nie, dlatego pamięta pan daty, a nie pamięta twarzy. Niech będzie. Ale jeśli naprawdę zabił pan dziewczynę w Przeradowie w roku 1972, to mamy problem, bo tamtej jesieni nikt żadnego zaginięcia nie zgłosił.

Coś przemknęło przez twarz mężczyzny. Niepokój? Nagła czujność? Taką minę mógłby mieć człowiek, który zszedł z wygodnej ścieżki na bagna i zorientował się właśnie, że bezpieczny dotąd i pewny grunt ugina mu się pod stopami.

– To pana problem, nie mój.

– Czy w dziewczynie z siedemdziesiątego drugiego było coś nietypowego?

– W jakim sensie?

– Nie mam pojęcia. Coś, co by świadczyło, że jest przyjezdna. Albo cokolwiek, co by ją wyróżniało spośród innych.

– Nie pamiętam niczego takiego. – Kowalski zawahał się, zanim odpowiedział. Trwało to ledwo ułamek sekundy, ale Igielski był niemal pewny, że mężczyzna skłamał. Dziewczyna z 1972 roku, o ile rzeczywiście istniała, miała w sobie coś szczególnego.

– Pierwszą ofiarę opisał mi pan z całą jej historią rodzinną, a w przypadku pozostałych nie pamięta pan kompletnie niczego?

Kowalski wzruszył ramionami. Teraz, kiedy rozmowa nie dotyczyła roku 1972, nie był już tak czujny.

– Pierwszą zapamiętałem, bo była pierwsza. Pamiętam też imię drugiej.

– Róża.

– Mam rację, prawda? Jedna z nich – ruchem głowy wskazał zdjęcia – to właśnie Róża.

Wzrok Igielskiego pobiegł do jedynej fotografii, która została wycięta z gazety. Niszczenie archiwalnych zbiorów niewątpliwie było brzydkim postępkiem, ale starszy sierżant liczył, że miła bibliotekarka nigdy się nie zorientuje, co spotkało numer „Przeradowskich Wieści” z dnia 19 września 1958 roku.

Kowalski uśmiechnął się lekko, widząc spojrzenie starszego sierżanta.

– Reszta mi się myli. Pamiętam różne szczegóły, ale nie wiem, czy potrafiłbym je przypisać do konkretnych dziewczyn.

– Proszę podać te szczegóły.

Przez pięć minut Igielski notował swoim starannym, równym pismem: jedna dziewczyna lubiła rysować i chodziła do lasu ze szkicownikiem, jedna wspominała, że zawsze chciała być aktorką, jedna miała siostrę, z którą się nie dogadywała, jeszcze inna – a może ta sama? – została skrzywdzona w dzieciństwie…

– Moment. – Uniósł wzrok znad notesu. Rysowanie, aktorstwo, konflikty z rodzeństwem… to pasowało do wielu nastolatek, zwłaszcza tych wrażliwych, niedopasowanych, które w jakimś momencie życia znikały z domu, żeby popróbować szczęścia w szerokim świecie. Krzywda z dzieciństwa brzmiała już zdecydowanie ciekawiej. – W jaki sposób skrzywdzona?

– Nie mam pojęcia.

– Ktoś ją okaleczył? Pobił? – Igielski zawahał się. – Zgwałcił?

– Nie pamiętam, przykro mi.

O dziwo, tym razem starszy sierżant uwierzył, że mężczyzna naprawdę stara się przywołać wspomnienia.

Notował dalej: dziewczyna, która lubiła gotować i chodziła z aparatem fotograficznym na długie piesze wędrówki, i druga, która gotować nie cierpiała, za to w szkole była dobra z matematyki. Gdyby udało mu się przypisać którąkolwiek z tych cech do jednej z zaginionych nastolatek, to byłoby już coś. Niewiele, ale jednak coś.

– Wie pan oczywiście, że nie umiera pan na raka, prawda? – zapytał Igielski, zamykając notes.

– Wiem, lekarz mi powiedział. Uprzedzając pana pytanie: tak, nadal podtrzymuję swoje zeznanie. Najwyraźniej przyjdzie mi spędzić w więzieniu więcej czasu, niż sądziłem.

Starszy sierżant patrzył na Kowalskiego uważnie. Kim ten człowiek naprawdę był? Igielski miał przeczucie, że jeśli znajdzie odpowiedź na to pytanie, cała ta pokręcona sprawa nabierze sensu i wszystko się wyjaśni. Bo tego, że nieznajomy nie jest Janem Kowalskim, włóczęgą bez dokumentów, był pewien.

Mężczyzna spokojnie wytrzymał wzrok milicjanta.

– Plomby też mogę wytłumaczyć – powiedział po chwili milczenia z lekkim, prawie niedostrzegalnym uśmiechem.

– Słucham? – Igielski dał się zaskoczyć.

– Wiem, po co tamten lekarz zaglądał mi do ust. Nie jestem idiotą. Włóczędzy nie powinni mieć zadbanych zębów, prawda? Ale ja nie jestem typowym włóczęgą. Mówiłem panu, że pracowałem czasem i zarabiałem pieniądze.

– Wystarczająco dużo, żeby leczyć sobie zęby prywatnie?

– Czemu nie? Nie miałem mieszkania, które musiałbym utrzymywać, więc tym bardziej mogłem wydawać na własne zdrowie.

Starszy sierżant westchnął. Kowalski na wszystko zdawał się mieć odpowiedź, nieszczególnie prawdopodobną, ale jednocześnie możliwą – dokładnie tak, jak to określił Nowacki. Cała ta historia zresztą taka była: z jednej strony rozsądny człowiek odruchowo nie chciał w nią wierzyć, z drugiej nie miała też ewidentnie słabych punktów, dzięki którym można by ją obalić.

– Nie spotkał pan nigdy Andrzeja Białego, prawda? – zapytał dość beznadziejnie. Gdyby Kowalski znał chłopaka, i tak by się do tego nie przyznał.

– Nie.

– A jego matkę? Wie pan, że ona leży tutaj, w szpitalu, ciężko chora?

– Nie wiem. – Na twarzy Kowalskiego nie pojawiła się nawet najmniejsza oznaka zainteresowania. Cokolwiek tym człowiekiem kierowało, nie była to troska o to, by Elżbieta Biała zmarła w spokoju.

– W porządku, to już chyba wszystko. – Igielskiemu skończyły się pytania. Miał nieprzyjemne wrażenie, że odbyta właśnie rozmowa nie przybliżyła go ani o krok do zrozumienia, o co, u diabła, w tym wszystkim chodzi.

* * *

Mieszkanie Chrzanowskich lśniło czystością, choć jego właścicielka była zaniedbaną kobietą w średnim wieku, z cienkimi przetłuszczonymi włosami i w rozczłapanych kapciach. Jakby szorowanie i odkurzanie wyczerpało ją tak bardzo, że nie miała już sił zadbać o siebie. Siedziała teraz naprzeciwko Igielskiego sztywno wyprostowana, ściskając w dłoniach brzeg poplamionego swetra i patrząc na dwójkę kilkuletnich chłopców, którzy bawili się na dywanie klockami

– Ona była… – Wykonała nieokreślony gest ręką, który miał chyba zastąpić słowa, a kiedy milicjant nie zrozumiał, westchnęła. – Inna, wie pan.

– W jakim sensie Izabela była inna?

– No, inna. Nie jak dziewczyny w jej wieku.

– Nie lubiła zajmować się domem? Gotować?

Wanda Chrzanowska kiwała głową jak nakręcana zabawka.

– W takim razie co lubiła? Rysować? Chodzić na długie spacery?

Kobieta wciąż kiwała głową.

– Śpiewać? Latać na miotle?

Kolejne kiwnięcie, które zamarło w połowie, po czym Chrzanowska nagrodziła starszego sierżanta nerwowym chichotem.

– Niech mi pani opowie o swojej córce.

Namyślała się dłuższą chwilę, a Igielskiemu nie pozostało nic innego, jak znowu czekać cierpliwie. Obejrzał przy okazji pokój z wysokim sufitem i staroświeckimi meblami z ciemnego drewna. Za szybą skromnej biblioteczki znalazł typowe dla polskich domów zdjęcie papieża, obok nieco mniej typową widokówkę z jakiegoś zagranicznego miasta. Bergen, nie bez wysiłku przeczytał nazwę.

– Iza nie dogadywała się z ojcem. To znaczy z ojczymem, bo Romek to mój drugi mąż. Dlatego uciekła.

„Jest pani pewna, że uciekła?”, chciał zapytać, ale w porę ugryzł się w język.

 

Mniejszy chłopczyk rzucił w starszego klockiem, a większy popchnął mniejszego, który uderzył w płacz.

– Kuba, nie zaczepiaj brata – powiedziała kobieta.

– To on zaczął! – Starszy brat odwrócił się oburzony, ale kobieta powtórzyła tylko mechanicznie:

– Nie zaczepiaj brata.

– Wnuki? – zapytał Igielski.

Skinęła głową.

– Mam trójkę dzieci.

– Niech pani opowiada o Izie. Była inna, nie dogadywała się z ojczymem i co jeszcze?

– Ona w ogóle mało z kim się dogadywała. Nie miała przyjaciół, zawsze sama wszędzie chodziła. Ludzie mówili, że zadziera nosa.

– A zadzierała?

– Trochę tak. W szkole jej dobrze szło, to uważała, że jest od nas lepsza.

– Szło jej dobrze z jakiegoś konkretnego przedmiotu?

– Nie, tak ogólnie. – Igielski odniósł wrażenie, że edukacja córki nieszczególnie panią Chrzanowską obchodziła.

Zerknął do notatek.

– Mam zapisane, że trzynastego września wyszła z domu ubrana w beżowy sweter, dżinsy i brązowe buty. To prawda?

– No, skoro tak jest napisane… Ja nie pamiętam, to dawno było.

– Podała też pani, że córka niczego ze sobą nie zabrała.

Kobieta pokręciła głową.

– Wyszła tylko po mleko, z torbą na zakupy. Miała tam portmonetkę, klucze i nic więcej. To było pod wieczór, sklep już mieli zamykać, to się spieszyła. Wcześniej chciała iść na spacer, ale mąż jej nie pozwolił. Powiedział, że takie samotne włóczenie się po lesie to nic dobrego i porządne dziewczyny siedzą w domu.

Lubiła długie samotne spacery, przypomniał sobie Igielski.

– Dlatego nie od razu jej szukaliśmy – usprawiedliwiła się kobieta. – Dopiero późnym wieczorem, jak nie wróciła.

Igielski zamknął notes.

– To chyba wszystko.

– Odprowadzę pana do drzwi. – Chrzanowska żwawo zerwała się z fotela, ignorując wnuki, które znowu szarpały się na dywanie.

Starszy sierżant odwrócił się jeszcze w progu.

– Nie zapyta pani, czy są jakieś nowe wieści?

– Czy są jakieś nowe wieści? – zapytała grzecznie, jak uczennica w szkole.

– Nie, przykro mi.

Kobieta nie wyglądała, jakby było jej przykro. Kiedy Igielski zamykał drzwi, na jej twarzy malowała się ulga.

* * *

Małgorzata Wąs była zupełnie inna: zaskakująco młoda jak na matkę dziewczyny, która byłaby już dorosła – drobna, ciemnowłosa kobieta o śniadej cygańskiej urodzie.

– Znaleźliście ją? – zapytała, kiedy Igielski pokazał jej legitymację, a gdy zaprzeczył, skrzywiła się, powstrzymując płacz. Minione siedem lat zmarszczyło jej czoło i zostawiło wokół ust głębokie bruzdy rozpaczy.

– Paulina to moje panieńskie dziecko – mówiła, siedząc przy stole i mieszając gorącą herbatę. Nie piła jej, tylko mieszała i zupełnie nie myślała o tym, co robi. – Męża nigdy nie miałam, rodzina, jak się dowiedzieli, że zaszłam w ciążę, wyrzuciła mnie z domu. Dlatego byłyśmy tylko my, ja i Paulinka.

– Między panią a córką nie było żadnych poważniejszych konfliktów?

– Nie, nigdy. – Łyżeczka monotonnie dzwoniła o szklankę. Igielskiego zaczynało to irytować, ale zacisnął zęby. – Byłyśmy przyjaciółkami.

– Ale mam zapisane, że Paulina przynajmniej raz wcześniej uciekła z domu.

Łyżeczka zamarła na chwilę, a potem znów zaczęła się obracać, tym razem trochę szybciej: dzyń-dzyń-dzyń.

– To było rok przed tym, jak zniknęła. Paulina nie pokłóciła się ze mną ani nie miała żadnych problemów. Nie chciała tak naprawdę uciec, tylko przeżyć przygodę, jak w książkach. Kiedy ją znaleźli, powiedziałam jej, że ze zmartwienia płakałam całą noc, a ona tak się przejęła, że sama zaczęła płakać. Przepraszała mnie i obiecywała, że to się więcej nie powtórzy. Dlatego kiedy nie wróciła ze szkoły, od razu wiedziałam, że stało się coś złego. Nie zrobiłaby mi tego drugi raz, jestem pewna, ale oni… pańscy ludzie powiedzieli, że skoro uciekła wcześniej, to teraz pewnie też, i kazali mi iść do domu i się nie martwić. A potem było już za późno. W takich sprawach najważniejsze są pierwsze dwadzieścia cztery godziny, tak piszą w książkach, a oni w tym czasie nie zrobili nic.

Czy Kowalski wiedział o tej ucieczce? Jeśli tak – a dziewczyna sama przecież mogła mu powiedzieć – wybór czternastolatki na ofiarę stawał się zdecydowanie mniej ryzykowny.

– Czy córka zabrała coś ze sobą? Jakieś ubrania, rzeczy osobiste?

Kobieta pokręciła głową.

– Pytali mnie o to wtedy, na milicji, ale nie wiem. W jej szafie ciągle pojawiało się coś nowego, a potem znikało. Wymieniała się z koleżankami – dodała wyjaśniająco, widząc spojrzenie starszego sierżanta. – Ale nawet jeśli tak, to nie zabrała dużo. Koszulkę, może dodatkowe spodnie. Wyszła z domu z tornistrem, jak zawsze.

Poza tym, pomyślał Igielski, czternastolatki często uciekają pod wpływem impulsu. Jeśli Paulinę spotkała w szkole jakaś przykrość, dziewczyna mogła ruszyć w drogę bez żadnego przygotowania.

– Ma pan dzieci? – zapytała Małgorzata.

Pomyślał o Beacie, o całej ich wspólnej przyszłości, która jeszcze niedawno była tak realna, jakby znajdowała się na wyciągnięcie ręki.

– Trójkę – powiedział. – Dwóch chłopców i dziewczynkę.

Kobieta uśmiechnęła się lekko, ze smutkiem i czułością.

– Jak się nazywają?

– Staszek, Robert i Monika. – Nie musiał się nawet zastanawiać. Imiona miał już dawno wybrane.

– Niech mi pan o nich opowie.

– Nie przyszedłem tutaj po to, żeby opowiadać o moich dzieciach.

– Proszę. – Uniosła wzrok i zaraz wbiła go z powrotem w szklankę z herbatą, która zaczynała już stygnąć. – Potem ja opowiem panu o Paulinie.

* * *

Telefon zadzwonił następnego dnia, kiedy wstawali od stołu.

– Zanieś naczynia do kuchni – powiedziała matka do Poli. – Ja odbiorę.

Dziewczyna posłusznie zajęła się zbieraniem brudnych talerzy. Na obiad znowu jedli odmrażane pierogi, tym razem z kapustą i grzybami. Pola nie miała wątpliwości, że zgromadzone przez matkę zapasy wystarczą do wiosny, a może nawet i dłużej.

– Pomóc ci? – zapytał Ksawery Janeczek, poprawiając okulary na nosie, a kiedy odmówiła, umknął pośpiesznie, jakby się bał, że Pola zmieni zdanie.

Dźwigając stos naczyń, dziewczyna wyszła z jadalni. Drzwi musiała otworzyć sobie stopą, bo obie ręce miała zajęte. Zza góry talerzy ledwo widziała matkę, która stała w holu i ze zmarszczonymi brwiami powtarzała do słuchawki: Halo? Halo?

Pola dotarła do kuchni, z ulgą włożyła talerze do zlewu, po czym wyłowiła z garnka sześć ostatnich pierogów. Trzeba je będzie zanieść na piętro, do pokoju pani Magnusson, która nie zeszła dziś na obiad. Twierdziła, że źle się czuje, i faktycznie, kiedy dziewczyna z nią rozmawiała, staruszka wyglądała… niewyraźnie. Nie jakby była chora, a raczej tak, jakby coś ją bardzo martwiło.

Telefon znowu zadzwonił i Katarzyna Filipiak, która już zmierzała w stronę kuchni, zawróciła, żeby odebrać. Pola zdążyła w tym czasie polać pozostałe pierogi roztopionym masłem i fachowym spojrzeniem oceniła talerz. Sześć pierogów to mało, ale starszej pani, która nie miała dużego apetytu, powinno wystarczyć.

Stawiała właśnie czajnik na piecu, kiedy matka weszła do kuchni.

– Nikt się nie odezwał – powiedziała. – To chyba jakaś pomyłka. Albo głupi żart. Zaniesiesz obiad pani Magnusson?

– Tak, tylko herbatę zrobię. – Jednym ze zwyczajów Szwedki było picie herbaty do każdego posiłku, co Poli z trudem mieściło się w głowie.

Telefon zadzwonił trzeci raz. Katarzyna Filipiak zaklęła i ruszyła do drzwi, ale córka wyprzedziła ją w drodze.

– Ja odbiorę.

To był jeden z tych momentów, kiedy na człowieka spływa olśnienie. Poli zdarzyło się to kilka razy w szkole, gdy w przebłysku intuicji domyśliła się, że nauczycielka zaraz wywoła ją do odpowiedzi. Teraz było podobnie: nagle zrozumiała, że tajemniczy ktoś milczał, ponieważ nie dzwonił do pani Filipiak. Dzwonił do niej, do Poli.

– Halo? – powiedziała ostrożnie.

Po drugiej stronie linii panowała cisza i Pola już, już miała zacząć wątpić w swoją intuicję, kiedy znajomy głos odezwał się cicho.

– Widziałem cię dzisiaj. Stałem w lesie i patrzyłem.

– Tak? – Ścisnęła słuchawkę tak mocno, aż bolały ją palce, rozdarta pomiędzy radością, że tajemniczy ktoś jednak się do niej odezwał, a obawą, że wszystko okaże się jakimś dziwacznym żartem. Fakt, że nieznajomy ją obserwował, nie wzbudził w dziewczynie niepokoju. To przyszło znacznie później, kiedy leżała już w łóżku i zasypiając powoli, myślała o wydarzeniach dzisiejszego dnia.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?