PokutaTekst

Z serii: Ze Strachem
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pokuta
Pokuta
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Pokuta
Pokuta
Pokuta
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Pokuta
Pokuta
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dotarł do miejsca, w którym ponad miesiąc temu znaleźli ciało Reginy, i zatrzymał się na moment. Wtedy, pod koniec września, plaża wyglądała zupełnie inaczej: świeciło słońce, a morze było spokojne. Przez chwilę próbował odtworzyć obraz, który wtedy ujrzał, ale część szczegółów – tych, co do których był przekonany, że zostaną z nim do końca życia – już zatarła się we wspomnieniach. Leżała bliżej wody czy bliżej lasu? Jak miała ułożone ręce? Pamiętał niebieski płaszcz i jasne, rozrzucone na kamieniach włosy, pamiętał, że dziewczynie brakowało prawego buta, którego nigdy nie znaleźli – prawdopodobnie zabrały go fale. I pamiętał mewę, która usiadła na twarzy zmarłej i z wyraźną ciekawością dziobnęła ją w nos.

Deszcz z każdą chwilą padał coraz mocniej. Igielski pochylił się i walcząc z wiatrem, poszedł dalej. Dwadzieścia minut później w mokrych spodniach i kompletnie przemoczonych butach zastukał do drzwi przedwojennej willi. Nowacki otworzył niemal natychmiast.

– Wchodź – powiedział. – Jak ty wyglądasz? Czekaj, dam ci coś suchego do przebrania.

Igielski próbował protestować, ale gospodarz nie słuchał. Przyniósł spodnie dresowe i ciepłe skarpetki, które gość z ulgą założył. W domu pachniało świeżo upieczonym ciastem. Starszy sierżant wszedł do pokoju, gdzie cicho szumiał telewizor, i zapadł się w miękką kanapę, podczas gdy Nowacki krzątał się, przynosząc talerze i sztućce.

– Pomóc ci? – zapytał Igielski, ale gospodarz pokręcił głową.

– Siedź, dam sobie radę. Jeszcze taki stary nie jestem. Zjemy tutaj, co? Stół w gościnnym jest trochę za duży na dwie osoby.

– Jasne. – Sierżant lubił ten pokój, niewielki w porównaniu z innymi pomieszczeniami w willi, wypełniony ciężkimi orzechowymi meblami i z grubym dywanem na podłodze. Na ścianach wisiały szkice przedstawiające drapieżne ptaki, podpisane łacińskimi nazwami. Accipiter gentilis. Falco peregrinus.

– Piwa?

– Pewnie.

Barek Nowackiego był pełen drogich alkoholi, które lekarz dostawał od wdzięcznych rodzin pacjentów, ale i on, i jego gość woleli zwyczajne piwo. Była to jedna z rzeczy, które swego czasu ich do siebie zbliżyły.

Na stoliku wylądowała gorąca kaszanka, a Igielski dopiero teraz poczuł, jaki jest głodny. Jadł, niemal parząc sobie usta, i popijał piwem. Przez dłuższą chwilę w pokoju panowała cisza przerywana tylko dźwiękiem widelców drapiących o talerze, a w tle słychać było monotonny szum deszczu i szmer gałęzi ocierających się o szyby. Starszy sierżant myślał o całym tym wielkim domu i jeszcze większym zarośniętym ogrodzie, który dla pięciorga wnucząt doktorostwa musiał być prawdziwą dżunglą. Kiedyś wyobrażał sobie, że za dwadzieścia pięć lat będzie taki jak Edward Nowacki: szanowany obywatel, dom wypełniony zapachem świeżego ciasta, żona w czystym fartuszku witająca męża pocałunkiem, trójka dzieci i kilkoro wnuków. Spokojne życie w spokojnym cichym miasteczku, gdzie największym problemem były rozrabiające wieczorami nastolatki, a największym źródłem plotek proboszcz sypiający ze swoją gospodynią.

Wiedział, że to banalne marzenia, ale w głębi duszy, choć nigdy się nikomu do tego nie przyznał, był trochę dumny z tej swojej sympatii dla zwyczajności. Ludzie gonili nie wiadomo za czym, a przecież tak naprawdę mało kto był stworzony do czegoś bardziej oryginalnego niż przeciętność. Piękne kobiety, przygody i skomplikowane zagadki – wszystko to było dobre w książkach, ale nie w życiu. Im szybciej człowiek to zaakceptował, tym lepiej dla niego.

Nowacki wymienił brudne talerze na czyste i przyniósł blachę drożdżowego ciasta ze śliwkami i kruszonką. Nałożył sobie kawałek, po czym rozparł się wygodnie w fotelu.

– Wysłałem dzisiaj tego twojego Kowalskiego na internę i tam zrobili mu parę badań – powiedział. – Ale na wyniki trzeba będzie poczekać.

– Teraz niczego nie można powiedzieć? Jak na kogoś, komu zostało parę miesięcy życia, facet wygląda dość zdrowo.

Lekarz wzruszył ramionami.

– Podobno przy raku trzustki zdarza się, że długo nie ma żadnych poważnych objawów: ot, niestrawność, ból w nadbrzuszu po posiłkach czy biegunka. Tacy pacjenci dopiero w ostatnich tygodniach życia potrzebują morfiny. Dlatego owszem, Kowalski może umierać, ale równie dobrze może się okazać, że facet ma zwyczajną chorobę wrzodową albo po prostu zmyśla. To wróżenie z fusów. Pogadamy, jak będą wyniki. Nawiasem mówiąc, potem powiem ci coś ciekawego.

– Co takiego?

– Potem, powiedziałem. – Nowacki uśmiechnął się szelmowsko. – Obiecałeś mi krwawe szczegóły, pamiętasz?

– Najpierw powiedz, czy twoim zdaniem Kowalski jest wariatem, czy nie. I nie wykręcaj się, że to skomplikowana sprawa i nie można tego tak po prostu ocenić.

– Kiedy to prawda, że takie sprawy bywają skomplikowane i trudne do oceny. Ale jeśli chcesz znać moje prywatne zdanie…

– Chcę.

– Facet jest normalny jak ty czy ja. Tylko pamiętaj, że to nieoficjalna opinia.

– Będę pamiętał. – Igielski dolał sobie jeszcze piwa, a potem streścił zeznania nocnego gościa. Lekarz słuchał uważnie, nie przerywając, od czasu do czasu tylko w zamyśleniu pocierał podbródek.

– Brzmi dość fantastycznie – oznajmił, kiedy starszy sierżant skończył. – I jeszcze to nazwisko, Jan Kowalski. Jakby rzucał nam w twarz, że cała ta historia jest wymyślona.

– Wiem.

– …a jednak jest w niej coś, co nie daje ci spokoju. Inaczej byś do mnie nie przyszedł.

Igielski potarł czoło.

– Nie mam pojęcia, co o tym myśleć – przyznał. – On nie może mówić prawdy, ale z drugiej strony…

– Z drugiej strony? – podchwycił lekarz.

– Nie widzę powodu, dla którego miałby zmyślać, i to mnie męczy. Gdyby ten człowiek był czterdzieści lat młodszy, podejrzewałbym, że to jakiś głupi zakład. Ale w tym wieku nikt przecież nie robi młodzieńczych dowcipów. Na wariata też nie wygląda. Myślałem, że może próbuje kogoś kryć, ale to też nie ma sensu. Sprawa jest zamknięta, a gdyby Kowalski chciał wyciągnąć Białego z aresztu, zgłosiłby się wcześniej, od razu kiedy chłopaka zatrzymaliśmy. Poza tym gdyby kogoś krył, przyznałby się tylko do morderstwa Reginy. Opowiadanie o dziewczynach, które zabił wcześniej, sprawia tylko, że cała ta historia jest jeszcze mniej wiarygodna. Jedyne wyjaśnienie, jakie widzę, jest takie…

– Że Kowalski mówi prawdę?

Igielski z niechęcią skinął głową.

– A twoim zdaniem to niemożliwe? – Nowacki pochylił się do przodu. – Spróbujmy się zastanowić nad wszystkim po kolei. Na początek ta sprawa z dokumentami. Są ludzie, którzy żyją poza systemem, prawda?

– Przez trzydzieści lat? I przez ten czas nikt nigdy nie sprawdził mu dowodu? Nawet w stanie wojennym?

– Kowalski sam przecież powiedział, że zawsze starał się być ostrożny. Jeśli nie wychylał wtedy nosa z domu, czy gdzie tam mieszkał, to był bezpieczny.

– I przez te wszystkie lata bezkarnie zabijał dziewczyny?

Lekarz wzruszył ramionami.

– Za pierwszym razem miał zwyczajnie szczęście. Przyjechał tu we wrześniu, a to idealny moment: na plaży nie ma już tłumu wczasowiczów, bo morze jest zimne, a jednocześnie do Przeradowa od czasu do czasu przyjeżdżają jeszcze turyści, działa większość knajp i restauracji, więc obca twarz na ulicy nie będzie się rzucać w oczy.

Igielski znowu skinął głową, tym razem z nieco mniejszym ociąganiem.

– Przypadkiem też wybiera idealne miejsce na morderstwo. Odludny las i zatoczka, w której cumuje kilka łodzi. Swoją drogą, interesowałeś się, do kogo należą te łódki? I czy trzydzieści pięć lat temu też tam były?

– Nie, ale popytam miejscowych. Chociaż wątpię, czy po tylu latach ktoś będzie pamiętał.

– W porządku, zostawmy to na razie. Kowalski, czy jak on się tam naprawdę nazywa, zabija dziewczynę i morderstwo uchodzi mu na sucho. Osiemnastolatki prawdopodobnie nikt jakoś intensywnie nie szukał, zwłaszcza tuż po wojnie, kiedy ludzie mieli ważniejsze rzeczy na głowach. A to była sierota, na której nikomu tak naprawdę nie zależało.

Starszy sierżant przytaknął po raz trzeci.

– Nie wiem, jak Kowalski wyglądał w czasach młodości, ale teraz jest na tyle mało charakterystyczny, że nie zwraca na siebie uwagi…

– Mnie się wydał dość charakterystyczny – zaprotestował Igielski.

– Jest charakterystyczny, kiedy zaczyna się odzywać. Mówi jak człowiek wykształcony, zauważyłeś? I ta jego arystokratyczna poza. To się rzuca w oczy, zwłaszcza w kontraście do zniszczonych ubrań. Ale gdybyś zobaczył go po prostu na ulicy, tobyś nie zwrócił na niego uwagi. Ot, zwyczajny stary, biednie ubrany człowiek, jakich jest mnóstwo.

– Może…

– Te dziewczyny też mógł zbajerować. Ma w sobie sporo uroku, nawet ja to widzę. Nawiasem mówiąc, nie pozwoliłem, żeby zajmowała się nim któraś z młodszych pielęgniarek. Powierzyłem go czułej opiece Krysi Paluch.

Igielski uśmiechnął się. Krystyna Paluch ważyła dziewięćdziesiąt kilo, miała pięćdziesiąt lat, tubalny głos i sypiący się nad górną wargą czarny wąs. Jeśli Kowalski był wielbicielem wiotkich blondynek, czekała go przykra niespodzianka.

– Na początku leciały na niego, bo był przystojnym facetem, a potem, bo zgrywał przed nimi biednego staruszka?

– Czemu nie? Dziewczyny lubią przystojnych facetów, a starcy mają tę zaletę, że nikt się ich nie boi. On jest szczupły i niezbyt wysoki, ale na moje oko wystarczająco silny, żeby udusić dziewczynę. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie zrobił tego rękami, tylko czymś w rodzaju cienkiego sznurka. To się zgadza, prawda? Regina zginęła od sznurka, którego nigdy nie znaleźliście.

– Owszem, a Kowalski zeznał, że mordował te wszystkie dziewczyny paskiem od spodni albo linką z namiotu. Uznałbym to za dowód, że mówi prawdę, gdyby nie fakt, że o tym cholernym sznurku też można było przeczytać w gazecie.

– Poza tym przypływ adrenaliny może sporo zmienić… – zamyślony lekarz kontynuował, nie zwracając uwagi na gościa. – To by tłumaczyło, czemu był w stanie zabić Reginę, a jednocześnie nie potrafił zepchnąć łódki na morze. Minęła chwila największego napięcia…

 

– Naprawdę w to wierzysz?

– Nie, skąd? – Nowacki ocknął się i zamachał dłonią. – Po prostu tworzę teorię.

– Niech będzie. A więc facet ma szczęście, bierze dziewczyny na litość i co dalej?

– Założę się, że opowiadał im fantastyczne historyjki ze swojego życia. Mnie też paroma poczęstował. Dla nastolatek, które nigdy nie wyjeżdżały z Przeradowa, to musiało być wyjątkowo atrakcyjne. Wiesz, starszy mężczyzna, który włóczył się po całej Polsce, pracował w różnych zawodach i ma teraz mnóstwo anegdot. Taki romantyczny, skrzywdzony przez los włóczęga. Która dziewczyna by się na to nie nabrała?

– Mądra?

Lekarz uśmiechnął się lekko.

– Osiemnastolatki rzadko są mądre. A jeśli on naprawdę jest zabójcą, to wiedział, jakie dziewczyny wybierać. Tego typu ludzie mają szósty zmysł. – Ruchem głowy wskazał półkę, na której stały książki o seryjnych mordercach.

Zainteresowanie kryminologią było drugą rzeczą, która kilka lat temu sprawiła, że mężczyźni zaprzyjaźnili się ze sobą, choć jak na ironię to zainteresowanie okazało się silniejsze w przypadku lekarza. Starszy sierżant, któremu Nowacki czytał czasem urywki z angielskich książek, szybko miał dość. Wolał trzymać się zwyczajnych małomiasteczkowych przestępstw i wykroczeń, takich jak kradzież węgla z piwnicy, włamania do zamkniętych na zimę domków letniskowych czy szyby wybijane w sylwestrową noc przez pijaną młodzież. W tych rejonach czuł się pewnie.

– To wszystko nadal nie wyjaśnia, jakim cudem gościowi udało się zabić sześć razy w tym samym miejscu i nie zostać przy tym złapanym. Nikt go nie zauważył, nikt nie powiązał z morderstwami. Więcej nawet, cholera, nikt nie zauważył, że w ogóle jakieś morderstwa się zdarzyły. To czysty nonsens.

– Czy ja wiem? Pięć dziewczyn w ciągu trzydziestu lat, bo Reginy przecież nie liczymy, to nie tak dużo jak na trzynastotysięczne miasto. Statystyki zaginięć mogą być w takim przypadku nieco wyższe niż w innych miejscowościach podobnej wielkości, ale nie na tyle, żeby ktoś zwrócił na to uwagę. A gdyby nawet, nikt by się tym nie przejął. W wieku kilkunastu lat większość ludzi marzy, żeby uciec do dużego miasta i tam zacząć nowe życie.

Beata, pomyślał Igielski z nagłym bólem. Ona co prawda była starsza, ale dla niej Przeradowo też okazało się za ciasne.

– A w ciągu siedmiu lat dużo może się zdarzyć – ciągnął Nowacki. – Rodzice godzą się z tym, że ich dziecko przepadło bez wieści, i nie przychodzą już na komendę, żeby zapytać, czy są jakieś nowe wiadomości, milicja odkłada sprawę ad acta… Tak mówicie, prawda? Ad acta?

Starszy sierżant nie skomentował, zajęty otwieraniem kolejnej butelki z piwem.

– Przez siedem lat pamięć potrafi się zatrzeć. Załóżmy na przykład, że kolega zaginionej dziewczyny zobaczył Kowalskiego na ulicy z inną nastolatką. Co z tego? Po takim czasie Kowalski wygląda już inaczej, a kolega ma teraz żonę, pracę i dziecko. Nie myśli o dawnej koleżance, nie pamięta żadnych szczegółów poza tym, że Basia, Zdzisia czy Kasia pewnego dnia rozpłynęła się w powietrzu. Naprawdę myślisz, że w takiej sytuacji potrafiłby Kowalskiego rozpoznać i skojarzyć ze sprawą sprzed siedmiu lat?

– Nie wiem… – Igielski pociągnął łyk piwa.

Lekarz pochylił się do przodu, a jego oczy rozbłysły entuzjazmem.

– Jeśli to prawda i ten człowiek rzeczywiście jest mordercą, to najbardziej nietypowym ze wszystkich, o których czytałem. Tacy ludzie zazwyczaj z czasem nabierają apetytu i zaczynają zabijać częściej. A ten sobie postanowił, że będzie mordował jedną dziewczynę na siedem lat, i ani razu się nie złamał. Ten facet… cholera, on musi mieć niesamowitą samodyscyplinę, musi być diabelnie inteligentny i ostrożny.

– Mówisz, jakbyś go podziwiał.

Nowacki zachichotał.

– Pantera nie przestaje być piękna dlatego, że zabija. Wręcz przeciwnie, w tym, że jest drapieżnikiem, tkwi cały jej urok. Poza tym Kowalski pomagał szczęściu, jak tylko mógł. Za pierwszym razem udało mu się fuksem, za drugim zrobił wszystko, żeby odtworzyć okoliczności wcześniejszej zbrodni. Znowu przyjechał we wrześniu, znowu zabił w lesie…

– Mógł sobie być dowolnie ostrożny i inteligentny. Żeby coś takiego uszło mu na sucho, i tak potrzebowałby znacznie więcej szczęścia, niż ma przeciętny człowiek.

– Owszem, ale statystyka nie polega przecież na tym, że wszyscy dostają tyle samo. Jeden ma pecha, drugi szczęście, a większość jednego i drugiego po trochu. Istnieją ludzie, którzy umierają, bo potknęli się na prostej drodze, i tacy, którzy wychodzą bez jednego zadrapania z poważnych wypadków. Oczywiście – dodał szybko, widząc, że Igielski już otwiera usta – to wszystko są spekulacje. Nie twierdzę, że wierzę Kowalskiemu. Twierdzę, że on może mówić prawdę. To mało prawdopodobne, ale możliwe. Będziesz się zajmował tą sprawą?

– O tyle, o ile. Rychert nie był szczęśliwy, kiedy mu pokazałem zeznania.

Usta Nowackiego rozciągnęły się w lekkim uśmiechu.

– Domyślam się, że nie. Swoją drogą, ja nigdy nie wierzyłem w winę tego chłopaka.

– Naprawdę? – Igielski zastanawiał się, czy lekarz sobie właśnie tego braku wiary nie wymyślił. Nowacki miał sporo zalet, jednak nadmierne przywiązanie do prawdy do nich nie należało. – Nigdy o tym nie mówiłeś.

– Andrzej Biały to słabeusz. Przyszedł do nas raz, jeszcze jako dziecko, bo sikał w łóżko i miał koszmary. Niespecjalnie mu pomogliśmy, szczerze mówiąc, ale zdaje się, że z czasem po prostu z tego wyrósł.

– Słabi ludzie też czasem zabijają.

Nowacki uparcie kręcił głową.

– Nie ten typ, uwierz mi. Znam się na tym.

Igielski mógł odpowiedzieć, że książkowa wiedza gospodarza to zupełnie coś innego niż jego wiedza wzięta prosto z życia. Nie powiedział, bo w gruncie rzeczy sam miał niewielkie doświadczenie z mordercami. Biały był jego drugim, tuż po pięćdziesięcioletniej kobiecie, która pewnego dnia, wciąż jeszcze obolała po kolejnym laniu, usiadła na piersi śpiącego pijackim snem męża i jedenaście razy wbiła mu nóż w gardło.

– A teraz – Nowacki chrząknął lekko – obiecana ciekawostka. Otóż zanim lekarz z interny zaczął jakiekolwiek badania, kazał Kowalskiemu się rozebrać i dokładnie go sobie obejrzał. Zgadniesz, co zobaczył?

– Nie mam pojęcia. Co takiego? – Igielski zapytał grzecznie, świadom, że jego przyjaciel od czasu do czasu lubi się popisywać.

– Po pierwsze, facet ma blizny. Te na brzuchu i w okolicy genitaliów wyglądają jak ślady po przypaleniach, być może papierosami, te na łydkach i stopach są jak ślady ugryzień jakichś drobnych zwierząt, prawdopodobnie szczurów. Zapytałem o nie, ale wzruszył ramionami i powiedział, że to pamiątka z bardzo dawnych czasów.

– Z dzieciństwa?

– Albo wczesnej młodości. Ktoś musiał go paskudnie traktować, i to przez dłuższy czas. Ale nie o to chodzi. Wiesz, co jest najciekawsze? Że potem już nic strasznego się z tym człowiekiem nie działo. Ciała włóczęgów wyglądają w bardzo charakterystyczny sposób. Ślady pasożytów, źle zagojone rany, poobijane, powykrzywiane stopy. A jeśli nie liczyć starych blizn, Kowalski wygląda zwyczajnie. Może jest nieco zbyt chudy, ale poza tym sprawia wrażenie raczej zadbanego. Nie jak ktoś, kto spędził w drodze sporą część ostatnich trzydziestu lat. To się oczywiście da jakoś wyjaśnić. Może te opowieści o podróżowaniu po całej Polsce to fantazje, a tak naprawdę przez większość czasu Kowalski siedział zadekowany w przytulnym domu jakiejś naiwnej kobiety. Ale jest jeszcze coś. Poprosiłem naszego chirurga szczękowego, żeby zajrzał mu do ust pod pretekstem, że to profilaktyka szkorbutu. Kowalski chyba nie uwierzył, ale też nie bardzo miał się jak sprzeciwić. I wiesz, co znaleźliśmy?

– Nowe plomby?

– Nowe plomby, tak. – Nowacki wyglądał na odrobinę rozczarowanego. – Cztery zrobione w ostatnim dziesięcioleciu i parę jeszcze starszych.

– Czyli Kowalski łże jak z nut.

Lekarz wzruszył ramionami.

– Nie wyciągałbym aż tak pochopnych wniosków. Może te plomby wstawiła mu jego kochanka-dentystka. Założę się, że on tak będzie twierdził, jak go zapytasz. To…

– Nieprawdopodobne, ale możliwe? – parsknął Igielski, który zaczynał mieć dość. – Daj spokój. Karmisz mnie tymi wszystkimi teoriami, a tak naprawdę od początku wiesz, że ten człowiek to oszust.

– Możliwe, ale to nie znaczy, że nie może jednocześnie być mordercą.

– Którego ruszyło sumienie, kiedy dowiedział się, że umiera? To brzmi jak z jakiegoś taniego romansu. – Igielski skrzywił się, dopijając resztę piwa.

– Historie jak z taniego romansu też się zdarzają w życiu – odparł sentencjonalnie Nowacki. – Poza tym sam mówiłeś, że nie istnieje żaden powód, dla którego Kowalski miałby się przyznawać, jeśli nie jest mordercą.

– Mówiłem, że nie umiem wymyślić żadnego rozsądnego powodu, a nie, że żaden nie istnieje. Może to jednak wariat, tylko taki, którego trudno rozpoznać. Albo zwyczajnie chciał zwrócić na siebie uwagę.

– Wtedy przyznałby się od razu po zabójstwie, a nie teraz, kiedy największe emocje już opadły.

– Czyli co, zakładamy, że facet naprawdę zabił sześć nastolatek, po jednej co siedem lat?

– Ja niczego nie zakładam, od tego wy jesteście. – Nowacki uśmiechnął się lekko. – Ja mogę co najwyżej trochę wam pomóc i popytać o te zaginione dziewczyny. W Przeradowie mieszka sporo starych ludzi, może ktoś coś będzie pamiętał.

* * *

Gdy Pola wróciła, matka czekała na nią w swoim pokoju. Miała ten czujny, zaniepokojony i jednocześnie pełen troski wyraz twarzy, na widok którego dziewczynie ścisnął się żołądek, a w ustach znów poczuła metaliczny posmak strachu.

– Gdzie byłaś tak długo?

– Poszłam się przejść. – O cmentarzu przezornie nie wspomniała. Odwiedzanie grobów, podobnie zresztą jak czytanie Tolkiena, nie było w jej domu dobrze widziane.

– W tym deszczu? Źle się czujesz?

– Czuję się świetnie. – Zabrzmiało to jak kłamstwo, choć jeszcze przed chwilą czuła się, jeśli nie świetnie, to przynajmniej całkiem nieźle. Jakby słowa matki miały magiczną moc, jakby Pola była ludzikiem z plasteliny, kształtowanym przez oczekiwania innych osób. Albo przez ich podejrzenia i obawy.

– Pokaż ręce.

– Mamo… – Teraz już nie strach, tylko panika, nagłe gwałtowne uderzenie, które na chwilę pozbawiło ją tchu. Modliła się w duchu, tak jak to robiła, kiedy była małym dzieckiem: proszę, Boże, niech się nie domyśli, więcej tego nie zrobię, tylko niech się nie domyśli.

– Pokaż.

– Mamo! – wrzasnęła, kiedy kobieta złapała ją za nadgarstek, a drugą ręką podciągnęła rękaw swetra. Dziewczyna spróbowała się wyrwać, ale matka była silniejsza niż mogło się wydawać.

– Znowu to zrobiłaś.

– Przepraszam… – Pola czuła, jak zaczyna jej drgać podbródek, ale to Katarzyna Filipiak rozpłakała się pierwsza. Usiadła na tapczanie, a wielkie jak grochy łzy rozmazywały jej makijaż.

– Dlaczego zawsze mi to robisz? Czemu jesteś taka trudna? Przecież wiesz, że mamy tylko siebie. Nie poradzę sobie sama…

– Przepraszam, mamo. Naprawdę przepraszam. Już więcej nie będę. Obiecuję. Przysięgam.

Wierzyła w to szczerze, przynajmniej w tej chwili. Usiadła przy matce i objęła ją, czując opór sztywnego ciała. Pani Filipiak płakała jak dziecko, zwinięta na tapczanie i zatopiona we własnym nieszczęściu.

– Mamo…

– Nie wytrzymam tego dłużej… Jak mam wytrzymać, skoro ty mi wcale nie pomagasz?

– Przepraszam, naprawdę przepraszam… – Strach zmienił się w poczucie winy, a nagły przypływ adrenaliny przegonił resztki przygnębienia.

Przez cały dzień Pola bała się tego właśnie momentu jak pierwszego uderzenia burzy, a teraz, kiedy wreszcie nadszedł, czuła ulgę. Najgorsze miała za sobą, teraz powinna naprawić to, co zepsuła. Być silna tam, gdzie Katarzyna Filipiak była słaba. Kiedyś zauważyła ten paradoks: czuła się dobrze tylko wtedy, gdy jej matka czuła się źle, jakby znajdowały się po przeciwnych stronach huśtawki i nigdy razem nie potrafiły być szczęśliwe. Ale teraz o tym nie myślała, teraz mówiła, chaotycznie, powtarzając raz po raz nieporadne przeprosiny, aż wreszcie przynajmniej część z tych słów przebiła się do świadomości płaczącej i kobieta oderwała ręce od twarzy, a nawet, choć dość niechętnie, pozwoliła się przytulić.

– Wyglądam jak straszydło – wychlipała, pociągając nosem.

– Zaraz ci przyniosę chusteczkę. – Pola rzuciła się w stronę szuflady, a kiedy wróciła, matka odepchnęła ją lekko.

– Muszę się umyć.

– Zrobię ci herbatę – powiedziała dziewczyna szybko, miętosząc w ręku wzgardzoną chusteczkę. Strach znów załaskotał ją w żołądku, choć rozsądek podpowiadał, że nie ma się czego bać. Matka podąsa się jeszcze przez jakiś czas, a potem jej przejdzie. Zawsze przechodziło.

 

Gdy Katarzyna wróciła z łazienki z umytą twarzą i przyczesanymi włosami, wyglądała o niebo lepiej. Pola nigdy jej tego nie mówiła, ale wolała matkę bez makijażu i wymyślnej fryzury, w zwyczajnych, domowych ubraniach. Sprawiała wtedy wrażenie młodszej, bardziej niewinnej.

Kobieta włączyła telewizor, po czym usiadła na tapczanie, a córka podłożyła jej poduszkę pod nogi i podała herbatę. Matka nie podziękowała, ale kiedy Pola chciała już odejść, złapała ją za rękę i ścisnęła tak mocno, że dziewczyna poczuła ból.

– Bardzo cię kocham, wiesz o tym?

– Wiem, mamo.

To była prawda, choć prawdą było też, że Katarzyna czuła się córką rozczarowana. Nigdy nie powiedziała tego wprost, ale Pola i tak wiedziała. Gdyby matka miała wybór, chciałaby mieć córkę taką jak Renia: zdolną, bezproblemową, a przede wszystkim ładną. Kiedyś, gdy Pola martwiła się swoją brzydotą, matka pocieszała ją, mówiąc, że z tego wyrośnie, a ona jej wierzyła. Ale to było dawno, jeszcze w połowie liceum. Teraz Katarzyna już chyba pogodziła się z myślą, że jej córka nigdy nie zmieni się w pięknego motyla.

– Przemyj te rany wodą utlenioną. Nie chcę, żebyś dostała zakażenia. I nie będziemy o tym więcej rozmawiać. W lodówce masz kanapki, zostały z kolacji.

– Dobrze, mamo.

Nie była głodna, ale wiedziała, że powinna coś zjeść, bo inaczej matka znowu zacznie się niepokoić. W łazience zdjęła sweter i przemyła pięć długich czerwonych nacięć znaczących jej przedramiona, tuż obok starszych, pobladłych już blizn. Nie było to potrzebne, bo rany od wczorajszego wieczora, kiedy sięgnęła po żyletkę, zdążyły się ładnie zasklepić, ale Pola zamierzała być dzisiaj bardzo grzeczną córką. Następnie powędrowała do kuchni, zjadła kanapkę, a potem, korzystając z nagłego przypływu energii, umyła leżące w zlewie naczynia i przygotowała gulasz na jutrzejszy obiad.

Być grzeczną, pożyteczną córką, jeśli nie można być ładną i zdolną.

Przez resztę wieczoru czytała Tolkiena, nasłuchując dobiegającego z piętra stukotu maszyny do pisania, który mieszał się z dolatującymi zza ściany odgłosami Teatru Telewizji. Nadawano sztukę, która nazywała się Nasza ukochana matka – Pola nie wiedziała, o co w niej chodzi, ale tytuł uznała za dość ironiczny.

Teatr się skończył i dziewczyna poszła się umyć. Kiedy wróciła z łazienki, Katarzyna Filipiak siedziała przed telewizorem wciąż w tej samej pozycji, tylko że teraz oglądała jakiś program publicystyczny. Paliła papierosa, a przed nią stał kieliszek czerwonego wina.

– Dobranoc, mamo.

Kobieta skinęła głową, nie odrywając wzroku od ekranu.

Pola długo leżała w ciemności, nie mogąc zasnąć. Myślała o wszystkich swoich nieporadnych próbach buntu. O tym, jak w pierwszej klasie poszła na sylwestra i upiła się tak bardzo, że dwie koleżanki musiały odprowadzić ją do domu jeszcze przed północą. O tym, jak rok później zrobiła sobie punkową fryzurę, w której wyglądała niczym kartofel z nastroszonymi włosami, i o tym, jak pojechała na wycieczkę z Jankiem Zygmuntem, starszym bratem koleżanki, a on zatrzymał samochód w lesie i bez słowa, jakby to było zupełnie oczywiste, wpakował jej rękę pod spódnicę. Nie to nie, powiedział, kiedy zaczęła protestować, po czym wzruszył ramionami i dodał: powinnaś być wdzięczna, że w ogóle mi się chciało, taka dziewczyna jak ty chyba nie ma wielu okazji.

O tym, jak po raz pierwszy w ciemności nocy sięgnęła po żyletkę i przejechała nią po przedramieniu: kiedy krew spływała po skórze, Pola czuła jednocześnie ulgę, winę i strach. Już wtedy wiedziała, że matka, jeśli się dowie, uzna to za akt wymierzony przeciwko sobie.

Wszystkie te myśli nieuchronnie prowadziły do Reni Wieczorek, z którą Pola dawno temu woziła w wózku dla lalek miot małych kociąt i z którą lata później uczyła się matematyki.

Obracała się jeszcze przez chwilę bezsennie, a potem wstała i zapaliła światło. Karton z rzeczami Reni, wciąż wilgotny od deszczu, leżał tam, gdzie go schowała: za zasłoną zakrywającą wnękę, która służyła za dodatkową szafę. Pola wyciągnęła go na środek pokoju i zaczęła przeglądać zawartość. Tak jak się spodziewała, były tam głównie podręczniki do chemii i biologii: żaden z nich nie miał pozaginanych kartek, podkreśleń ani notatek na marginesach, wszystkie były czyste, jakby nigdy nieużywane. Pola znalazła plik starych fotografii, parę lalek, które pamiętała z dawnych czasów, grę planszową w grzybobranie, wymiętą talię kart, plastikową figurkę niedźwiedzia i kubek z bawiącymi się kociętami. Lepsze rzeczy, czyli ubrania i kosmetyki, dostały pewnie inne koleżanki, te ładniejsze i szczuplejsze. Pola z niechęcią kopnęła pudło. Na co właściwie liczyła? Że Renia prowadziła pamiętnik, w którym zdradzała wszystkie swoje tajemnice? Nawet jeśli tak było, matka zmarłej dziewczyny zatrzymałaby go dla siebie. Najbliższy pamiętnika był kalendarz w skórzanej oprawie z zaznaczonymi datami wizyt u dentysty i spotkaniami towarzyskimi. Niektóre z nich Pola sama pamiętała z ostatnich szkolnych miesięcy. Impreza u Baśki Radeckiej, studniówka, ognisko na plaży z okazji zdanej matury. Potem przez wakacje przewijało się jeszcze sporo wpisów, ale od września kartki świeciły pustkami. Pola po raz pierwszy pomyślała, że ona i Renia mogły mieć jednak ze sobą coś wspólnego: obie straciły towarzystwo, w którym się obracały, kiedy ich koleżanki i koledzy zaczęli prawdziwe, dorosłe życie. Tyle że oczywiście Regina Wieczorek miała znacznie większy krąg znajomych.

Już miała zamknąć kalendarz, kiedy zauważyła wystający zza okładki róg niebieskiej kartki. Wysunęła ją ostrożnie i rozprostowała. Karteczka była mała, z biegnącym w poprzek numerem telefonu wypisanym tłustą kredką świecową. Pola pamiętała, że rysowała takimi kredkami, kiedy była dzieckiem, ale cyfry, duże i kanciaste, nie wyglądały na dziecięce pismo. Nie było to też pismo Reni, dziewczyna znała dobrze ze szkoły jej schludne drobne litery.

Numer mógł należeć do kogokolwiek, na przykład do koleżanki ze szkoły, lekarza albo któregoś z nauczycieli. Nic dziwnego, nic tajemniczego. Zresztą milicja pewnie już wszystko sprawdziła. Głupio było sądzić, że Pola mogłaby trafić na coś, co oni przegapili. Andrzej czekał na proces, sprawa była zamknięta.

A jednak cyfry uparcie przyciągały jej wzrok.