PokutaTekst

Z serii: Ze Strachem
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pokuta
Pokuta
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Pokuta
Pokuta
Pokuta
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Pokuta
Pokuta
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Znajome otoczenie nie mogło jej pomóc, o dziesiątej dziesięć wróciła więc wzrokiem do leżących na biurku przygód Tytusa, Romka i A’Tomka. Stare komiksy, jeszcze z czasów, gdy chodziła do podstawówki. Kontury niektórych postaci były zaznaczone niebieskim długopisem – Pola ćwiczyła w ten sposób rysowanie, dawno temu, kiedy była dzieckiem i wydawało jej się, że ma do tego talent. Teraz skończyła dziewiętnaście lat i pozbyła się większości złudzeń, choć pod niektórymi względami, jak myślała czasem ponuro, pozostała równie głupia.

Dziesiąta piętnaście.

Nie miała pojęcia, po co właściwie tu siedzi. O tej porze roku mieli tylko dwoje gości, a szansa, że zjawi się ktoś jeszcze, była minimalna. Nie teraz, w listopadzie, który turystycznie był najbardziej martwym miesiącem ze wszystkich. Późną wiosną i latem Przeradowo było oblężone przez turystów, w grudniu pojawiali się ludzie, którzy uciekali przed świątecznymi spędami – albo przeciwnie, przed świętami spędzanymi w pustym mieszkaniu. W styczniu i w lutym przyjeżdżali ci, którym nie udało się dostać dobrego miejsca w domu wczasowym w Szczyrku czy w Zakopanem (i którzy bez większego przekonania wmawiali dzieciom, że zbieranie muszelek nad zimnym morzem to taka sama frajda jak jazda na nartach), a w kwietniu pojawiały się zielone szkoły. Ale późną jesienią nie przyjeżdżał nikt i tak naprawdę już tych dwoje gości stanowiło coś w rodzaju wymodlonego przez matkę Poli cudu. Ksawery Janeczek, który postanowił pisać tu książkę, i staruszka ze Szwecji, która przyjechała Bóg wie po co – przy czym ani jedno, ani drugie z pewnością nie potrzebowało pomocy siedzącej w holu dziewiętnastolatki. Zresztą gdyby potrzebowali, na ladzie wciśniętego w kąt biurka leżał przecież dzwonek, którego dźwięk słyszalny był doskonale w każdym pomieszczeniu na parterze.

Dziesiąta trzydzieści.

Pola zastanowiła się, czy zdołałaby wytłumaczyć to matce, ale uznała, że nie warto ryzykować. Katarzyna Filipiak na pewno od razu by zapytała, czy córka dobrze się czuje, a samopoczucie zdecydowanie nie było czymś, o czym dziewczyna chciałaby teraz rozmawiać.

Metaliczny posmak paniki wypełnił jej usta, kiedy ściągała niżej rękawy swetra w jaskrawe żółto-czarne pasy. Kupiła go tydzień temu w Gdyni, dokąd wybrały się z mamą na zakupy. Nie będzie ci pasować, powiedziała matka, ale oczywiście możesz go wziąć, jeśli chcesz. Pola uparła się wtedy, że owszem, chce, a teraz czuła, że mama jak zwykle miała rację: sweter poszerzał jej i tak już dość szeroką sylwetkę, żółty nie pasował do ziemistej cery. Brzydka dziewczyna w brzydkim swetrze, która kuliła się za każdym razem, kiedy na piętrze rozlegał się stukot obcasów.

Tuż po jedenastej drzwi się otworzyły, wpuszczając do holu powiew zimnego, wilgotnego powietrza. Pola wyćwiczonym ruchem schowała komiksy pod biurko, ale kiedy zobaczyła, że do środka wchodzi zgarbiona staruszka, wyjęła je z powrotem. Caroline Magnusson miała tak słaby wzrok, że leżące w recepcji zeszyty były dla niej niewiele więcej niż kolorową plamą.

– Jak się udał spacer? – zapytała Pola grzecznie.

Matka zawsze nalegała, aby nawiązywać z gośćmi „przyjacielskie stosunki”, tak by „czuli się jak w domu”. Myśl, że część z nich mogła cenić sobie hotelową anonimowość, najwyraźniej nie przyszła jej do głowy.

Starsza pani uśmiechnęła się z roztargnieniem.

– Dziękuję, pogoda jest całkiem ładna.

No, przynajmniej chwilowo nie leje, pomyślała Pola. Dobre i to.

– Była pani nad morzem? – ciągnęła, bez większej nadziei na sukces. Jej matka potrafiła rozmawiać z ludźmi, ona nie.

Staruszka pokręciła głową.

– Poszłam w stronę miasta.

– Aha. To… eee… znacznie bezpieczniejsza trasa.

Dziewczyna poczerwieniała, pewna, że popełniła właśnie faux pas. Choć z drugiej strony Magnusson musiała przecież zdawać sobie sprawę, że w jej wieku niebezpiecznie jest spacerować po mokrych od deszczu i morskiej wody kamieniach, nie mówiąc już o schodzeniu na plażę po stromych schodach, które jesienią pokrywała warstwa śliskiego błota. Była na wpół ślepa i miała… ile mogła mieć lat? Pola stawiała, że ponad osiemdziesiąt, ale oczywiście nie mogła wiedzieć na pewno. W rejestrze gości były wpisane tylko imię i nazwisko: Caroline Magnusson, obywatelka Szwecji. Jak na Szwedkę pani Magnusson zaskakująco dobrze mówiła po polsku, Pola założyła więc, że ma do czynienia ze swojską Karoliną, która kiedyś tam, prawdopodobnie dawno temu, wyjechała za granicę, i to było wszystko.

Odprowadziła wzrokiem staruszkę, która powoli, krok za krokiem wchodziła na pierwsze piętro. Na parterze nie było pokoi gościnnych, tylko pomieszczenia gospodarcze, niewielka jadalnia i dwupokojowy apartament, gdzie mieszkały Pola z matką. Gdy pani Magnusson zjawiła się w Rybaczówce kilka dni temu, zajeżdżając pod pensjonat wyładowaną eleganckimi torbami taksówką prosto z gdańskiego lotniska, matka Poli przywitała ją i od razu przeprosiła za brak windy. Staruszka oznajmiła wtedy, że to nie ma znaczenia – odrobina ruchu dobrze jej zrobi, a poza tym z piętra widać będzie morze.

Człap, człap, szur, szur. Powoli, ale zdecydowanie, bez zatrzymywania się, z czymś, co Pola, gdyby ktoś ją zapytał, określiłaby pewnie jako determinację. Pani Magnusson wychodziła każdego ranka po śniadaniu i czasem też po obiedzie – na godzinę, może dwie. Nigdy nie mówiła, dokąd się wybiera, a dziewczyna nie dopytywała. Jej matka prawdopodobnie potrafiłaby to zrobić tak, żeby wyszło naturalnie i grzecznie, Poli pozostawało domyślanie się, po co stara, bogata Szwedka przyjechała nad polskie morze w najbardziej deszczowym i ponurym miesiącu w roku.

O jedenastej trzydzieści, równo jak w zegarku, rozległ się dobiegający z pierwszego piętra stukot maszyny do pisania. Znak, że Ksawery Janeczek przystąpił właśnie do pracy. W połowie września, gdy pisarz się meldował, Pola liczyła po cichu na jakieś ekscesy z jego udziałem – zawsze przecież powtarzano jej, że artyści są ekscentryczni, ale Janeczek okazał się wyjątkowo nudny. Jedyną jego nietypową cechą była skłonność do wychodzenia na spacer wcześnie rano, jeszcze przed śniadaniem, ledwo na dworze się rozwidniło. Mówił, że o tej porze najlepiej mu się myśli.

Na zewnątrz znów zaczął padać deszcz, monotonne uderzenia kropli brzmiały trochę tak, jakby ktoś pukał od zewnątrz w szybę. Stuk-stuk, a potem coraz szybciej: stuk-stuk-stuk, jakby ulewa próbowała przegonić pracującą w rytmie staccato maszynę na piętrze.

Koło pierwszej do stukania deszczu i maszyny dołączyło pobrzękiwanie garnków w kuchni. W sezonie Katarzyna Filipiak zatrudniała kucharkę i dwie pokojówki, ale w pozostałe miesiące wszystko robiły z córką same. Pola pomyślała, że dziś matka nie będzie jej potrzebowała, biorąc pod uwagę, że na obiad miały być wyciągnięte z zamrażalnika pierogi. Zjedzą punktualnie o trzynastej trzydzieści razem z gośćmi, w ramach tego, co matka nazywała „nawiązywaniem przyjacielskich stosunków”, choć Pola podejrzewała, że chodzi bardziej o to, że w ich ciasnym mieszkanku nie było nawet wystarczająco dużego stołu, by rozłożyć na nim dwa talerze. Poza tym „nawiązywanie stosunków” w przypadku pani Filipiak zaskakująco często sprowadzało się do zainteresowania mężczyznami, najlepiej przystojnymi panami po trzydziestce – a jeśli tych brakowało, nieco starszy, chudy i łysiejący pisarz science fiction sprawdzał się równie dobrze.

Pola sięgnęła do szuflady po długopis i czekając na obiad, bezmyślnie bazgrała po wewnętrznej stronie okładki komiksu. Narysowała Janeczka, który wyszedł dość koślawo, a potem panią Magnusson, która wyszła nieco lepiej, choć miała dziwnie grubą szyję i zeza. Później spróbowała narysować Renię Wieczorek, ale w połowie dała sobie spokój i już tylko bezmyślnie bazgrała po kartce.

Po głowie krążyły jej pytania, które miała ochotę zadać pani Magnusson:

„Czemu przyjechała pani do Przeradowa, i to akurat w listopadzie, kiedy tu niczego ciekawego nie ma? Dokąd pani chodzi rano i po południu? Jak to jest, kiedy w czasie wojny spadają bomby i giną ludzie?”

I pytania, które mogłaby zadać Janeczkowi:

„O czym jest pana nowa książka? Moja mama mówiła, że o kosmitach napadających na Ziemię, to prawda? Czy ci kosmici zabijają ludzi? Czy jest przy tym dużo krwi?”

Do trzynastej trzydzieści brakowało dziesięciu minut, gdy drzwi otworzyły się ponownie i do holu weszła kobieta trzymająca wielkie kartonowe pudło. Pola zastygła z na wpół otwartymi ustami i – była o tym przekonana – z wyjątkowo głupim wyrazem twarzy. Nie zdążyła schować komiksów, nie zdążyła nawet o tym pomyśleć.

– Pomożesz mi? – wysapała kobieta i dopiero wtedy dziewczyna podbiegła, by wziąć pudło. Było ciężkie i mokre od deszczu. Pola postawiła je na podłodze i przez chwilę, zdecydowanie zbyt długą, patrzyła na wysypujące się ze środka wilgotne zeszyty szkolne i podręczniki. Nie chciała patrzeć na kobietę, która przyniosła paczkę, ale wreszcie przyszła ta chwila, kiedy musiała unieść wzrok i spojrzeć.

Pani Wieczorek schudła, odkąd Pola ostatni raz ją widziała, i postarzała się: wyglądała teraz na zmęczoną życiem sześćdziesięciolatkę, a nie na energiczną, elegancką panią po czterdziestce, którą była jeszcze pięć tygodni temu. Jasne włosy z ciemnymi odrostami związała w coś, co miało być chyba kokiem, ale wyglądało bardziej jak wronie gniazdo, na wargach widniał niedbały, ciągnący się aż na podbródek ślad różowej szminki. Ale najbardziej rzucały się w oczy dziwnie rozbiegany wzrok i nerwowy tik w lewej powiece. Skurcz, rozkurcz, skurcz…

– To dla ciebie – powiedziała, nie patrząc na dziewczynę. – Postanowiłam rozdać rzeczy Reni. Tak się robi, prawda? Jej ubrania nie będą na ciebie pasować, ale książki mogą się przydać.

Mówiła szybko, nieco bezładnie, wciąż nie patrząc na Polę, jakby rzucała słowa w biegu, spiesząc się na jakieś ważne spotkanie. Dziewczyna zamrugała, oblizując wyschnięte nagle usta.

 

– Nie mogę… – odparła, bo nic innego nie przyszło jej do głowy. – Na pewno jest ktoś inny…

– Byłyście przyjaciółkami, a Renia zawsze tak ciepło o tobie mówiła. Te rzeczy są dla ciebie.

Było jasne, że kobieta nie przyjmie odmowy, zresztą Pola nigdy nie była dobra w odmawianiu. I co mogłaby w takiej sytuacji powiedzieć? Że pani Wieczorek ma informacje nieaktualne od dobrych dziesięciu lat? Renia i Pola, owszem, były przyjaciółkami – w przedszkolu i w pierwszych klasach podstawówki. Potem spotykały się przez jakiś czas w liceum, tylko dlatego, że Regina udzielała Poli korepetycji z matematyki, ale i to się skończyło – wtedy, po tamtym dniu, o którym dziewczyna tak bardzo nie chciała myśleć.

– Dla ciebie – powtórzyła pani Wieczorek z uporem, jakby to był rodzaj jakiegoś osobliwego zaklęcia. – Bo ją lubiłaś.

Nieprawda, pomyślała Pola, kiedy kobieta wyszła, zamykając za sobą drzwi. Pozostały po niej mokre ślady w holu, zapach deszczu i to wielkie, rozpadające się od wilgoci pudło, pełne przemokniętych książek i Bóg wie czego jeszcze.

Wcale jej nie lubiłam. Tak naprawdę chyba jej nienawidziłam.

* * *

Edward Nowacki, pulchny mężczyzna w okularach, z wianuszkiem siwoblond włosów otaczających rozległą łysinę, był już w pracy i na widok Igielskiego uniósł wzrok znad rozłożonych na biurku papierów.

– O! – powiedział. – Co cię przywiało o takiej porze? Problemy ze snem? A może postanowiłeś wreszcie schudnąć? Maria przekarmiła cię tymi wszystkimi pierogami, co?

Temat tuszy Igielskiego – nie tak wielkiej swoją drogą, ot, kilka dodatkowych kilogramów tam, gdzie parę lat temu znajdowały się jeszcze mięśnie – był stałym tematem żartów Nowackiego, tak samo zresztą jak i kuchnia Nowackiej, która co tydzień zapraszała Igielskiego na obiad. Pani Maria gotowała dobrze, ale faktycznie bardzo tłusto.

– Mam sprawę. – Starszy sierżant zamknął za sobą drzwi. – Chciałbym, żebyś przyjął na oddział pewnego mężczyznę i potrzymał go przez jakiś czas. To włóczęga bez stałego miejsca zamieszkania i bez dokumentów, ale da się to chyba jakoś załatwić?

Nowacki zdjął okulary i przetarł je połą koszuli. Bez nich jego twarz wyglądała zaskakująco bezbronnie, jak twarz dużego, przedwcześnie postarzałego dziecka.

– Da się, co się ma nie dać. Mam go przyjąć do siebie na psychiatrię? To wariat?

Igielski zawahał się.

– Może, chociaż diabli wiedzą. W każdym razie facet przyznał się do sześciu morderstw, w tym do zabójstwa Reginy Wieczorek.

– Nie powinniście w takim razie go aresztować?

– To nie takie proste. Nie mamy żadnego dowodu, że mówi prawdę, a sprawa jest już zamknięta. Mogę go przymknąć za brak dokumentów, ale wtedy i tak wyjdzie po czterdziestu ośmiu godzinach, chyba że prokurator postawi mu zarzuty. Dlatego wolałbym, żeby został tutaj, przynajmniej będę wiedział, gdzie go znaleźć. Przy okazji możesz go wysłać na badania, bo facet twierdzi też, że ma raka.

– Jeśli ten człowiek zechce opuścić szpital, nie będę go mógł zatrzymać.

– Wiem. – Igielski skinął głową. – Ale nie wydaje mi się, żeby chciał uciec.

– Jest niebezpieczny?

Starszy sierżant zawahał się.

– Nie wiem. Prawdopodobnie nie, ale jest niewielka szansa, że naprawdę kogoś zabił. Dlatego zrozumiem, jeśli odmówisz.

Nowacki wzruszył ramionami.

– Nie z takimi już sobie radziliśmy. W razie czego przypniemy go pasami do łóżka i podamy takie środki, że gość nie pozna samego siebie w lustrze. Gdzie on jest?

– Czeka na korytarzu.

Nowacki wstał zza biurka. Idąc do drzwi, odwrócił się jeszcze w stronę starszego sierżanta.

– Mam jeden warunek – powiedział. – Wpadniesz dziś do mnie po południu, jak skończę pracę, i wszystko opowiesz. Mojej żony nie będzie, ale obiecała zostawić na piecu coś do jedzenia. Krwawe szczegóły w towarzystwie krwawej kiszki, co ty na to?

* * *

Pola schowała pudło w swoim niewielkim pokoiku – matka prawdopodobnie i tak je znajdzie, ale jeśli dziewczyna będzie miała odrobinę szczęścia, stanie się to raczej później niż wcześniej. Nie chciała w tej chwili odpowiadać na pytania, skąd ma te wszystkie rzeczy ani jakim cudem pani Wieczorek uznała ją za przyjaciółkę zmarłej córki.

Na obiad zdążyła w ostatniej chwili, ale na wszelki wypadek przeprosiła, jakby się spóźniła. Najchętniej jadałaby posiłki w swoim pokoju, wiedziała jednak, że nie ma na to szans. I oczywiście nie zadała żadnego ze swoich pytań, chociaż czasem kusiło ją, by to zrobić – tylko po to, żeby zobaczyć ich miny.

Zjadła szybko, przez cały czas pilnując, by rękawy swetra zakrywały jej nadgarstki, po czym poprosiła o zgodę na wstanie od stołu. Matka spojrzała z troską, a jednocześnie uważnie, jakby oceniała wadliwy egzemplarz, i skinęła głową. Katarzyna Filipiak była elegancką, zadbaną kobietą, wciąż ładną, choć zgrabna figura zaczynała się już trochę rozlewać. Polę uderzyła myśl, że jeszcze do niedawna jej mama i pani Wieczorek wyglądały bardzo podobnie: obie wysokie, farbowane blondynki w zachodnich ubraniach, zawsze starannie umalowane. Jak siostry, starsza i młodsza, które lubiły spotykać się od czasu do czasu i plotkować przy kawie. Tyle że te spotkania skończyły się wraz ze śmiercią Reni, a obu kobiet nikt już nie wziąłby za rodzeństwo.

Dziewczyna wyszła, starannie zamykając za sobą jadalnię, przeszła parę kroków, a potem wróciła na palcach i przyłożyła ucho do drzwi. Podsłuchiwanie nie było czymś, co jej matka by pochwalała, ale Pola miała tyle wad, że jedna więcej nie robiła różnicy.

– Moja córka to bardzo wrażliwa dziewczyna – mówiła pani Filipiak. – I jednocześnie bardzo trudna. Ma Problemy, rozumieją państwo.

Słowo „Problemy” (Pola wyraźnie słyszała wielką literę) zawierało całą gamę emocji: ostrzeżenie, by goście nie dopytywali o więcej, a jednocześnie sugestię, że pani Filipiak jest bardzo dzielna, bo z problemami córki sobie radzi. Była tam też inna sugestia: że problemy to coś niezwykłego, niemal godnego zazdrości. Nie każdy człowiek może takie mieć, dawał do zrozumienia jej ton. Kiedyś Pola poczułaby wdzięczność, ale od dawna wiedziała już, że to nie ma nic wspólnego z nią: Katarzyna Filipiak w swoim mniemaniu była zbyt dobra, by mieć zwyczajną brzydką córkę ze zwyczajnymi brzydkimi problemami.

Dziewczyna wróciła na swoje miejsce w holu: o szesnastej będzie miała wolne, choć i tak nie wiedziała, co zrobić z resztą popołudnia i całym długim, nudnym wieczorem.

* * *

Gdy Igielski wrócił do komendy, z piętra zbiegał właśnie jeden z młodszych milicjantów, z pokoju Krawczyka i Jacha dobiegało stukanie na maszynie, a na ławce w korytarzu siedziała sztywno wyprostowana staruszka z zaciętym wyrazem twarzy. Stara Chojniakowa, którą dobrze znał. Powiedział jej „dzień dobry”, a potem, zanim kobieta zdążyła otworzyć usta, przemknął do pokoju, który współdzielił z kapralem Bąkiem.

W środku, rozparty za biurkiem, siedział kapitan Wiesław Rychert. Był to chudy mężczyzna z ziemistą cerą i szarymi wąsami, które wyglądały, jakby pod nosem zmarła mu mysz. Okrągłe oczy wpatrywały się w Igielskiego podejrzliwie.

– Nie było cię – oznajmił, zupełnie jakby dokonywał dedukcji na miarę Sherlocka Holmesa. – Przyszedłem, a ciebie nie było. Poszedłeś się napić? Wiesz, że mam do ciebie słabość i mogę tolerować kieliszek czy dwa po pracy, ale nie toleruję…

– Musiałem zawieźć człowieka do szpitala – przerwał mu Igielski, a potem dodał szybko: – Jan Kowalski, bez dokumentów, pracy i stałego miejsca zameldowania. Przyznał się do zabójstwa Reginy Wieczorek, a także kilku innych dziewczyn z Przeradowa na przestrzeni ostatnich trzydziestu pięciu lat. W biurku są jego zeznania. Potem źle się poczuł – starszy sierżant uznał za stosowne nieco minąć się z prawdą – więc zabrałem go na dyżur.

Kapitan milczał, mrugając powoli i sennie jak sowa. Igielski nie przepadał za komendantem – Rychert był hipokrytą i służbistą jednocześnie, nieustannie wprawianym w zły humor przez piątkę hałaśliwych dzieci, zołzowatą żonę i, jak głosiła plotka, wymagającą kochankę. Mimo to starszy sierżant miał do niego odrobinę szacunku. A przynajmniej starał się mieć, choć starania te ostatnio coraz częściej były wystawiane na próbę.

– W biurku jest jego zeznanie – powtórzył, gdy nie doczekał się ze strony przełożonego żadnej odpowiedzi.

Rychert sięgnął do szuflady i zaczął czytać. Igielski w tym czasie zrobił sobie kolejną szklankę herbaty, a potem zjadł zachomikowaną na czarną godzinę kanapkę z salcesonem. Żałował, że nie ma porządnej, mocnej kawy. Po bezsennej nocy oczy zaczynały mu się kleić, poszedł więc do łazienki, gdzie przemył twarz zimną wodą. Podziałało lepiej niż kofeina. Przejrzał się w lustrze, zauważając worki pod oczami i poszarzałą cerę. Powinien zacząć zdrowo jeść i ćwiczyć. Po rozstaniu z Beatą przestał o siebie dbać. Nie załamał się, kiedy został sam, wręcz przeciwnie – zazwyczaj całkiem szczerze uważał, że radzi sobie świetnie: prasował koszule, które niegdyś prasowała ona, nie spóźniał się do pracy, a nawet przez jakiś czas chodził na niezobowiązujące randki z sekretarką z wydziału dróg i mostów. Żal jednak jakimś podstępnym sposobem i tak zdołał wyryć na jego twarzy kilka dodatkowych zmarszczek i niepokojąco powiększył czoło pod coraz wyraźniej rzednącymi włosami. Igielski wciąż był przystojnym mężczyzną, wciąż mógł podobać się kobietom – niektóre nadto wyraźnie dawały mu to do zrozumienia – ale czasami, zwłaszcza rano, w takich chwilach jak ta, miał wrażenie, że od człowieka, którym był jeszcze niedawno, dzielą go lata świetlne.

Wytarł twarz ręcznikiem i wrócił do pokoju. Rychert odkładał właśnie na biurko plik kartek. Ułożył je w schludny stosik, po czym postukał w tę leżącą na wierzchu długim, nieco pożółkłym paznokciem.

– To stek bzdur – oznajmił. – Jakiś facet zjawia się znikąd i opowiada, że zamordował Reginę Wieczorek i jeszcze jakieś dziewczyny, o których nigdy nie słyszeliśmy? Bzdury. Wina Białego jest niepodważalna. Żaden sprytny adwokat chłopaka nie wybroni.

– Wiem, jak to brzmi, ale mimo wszystko… – Igielski czuł ku swojemu niezadowoleniu, że zaczyna się pocić. Był zmęczony i najchętniej poszedłby do domu. Właściwie po co teraz walczył? Z czystej przekory, bo nie lubił przełożonego? Z jakiegoś osobliwego poczucia obowiązku? Przecież kapitan miał rację, to zeznanie było bełkotem – …chciałbym sprawdzić chociaż kwestię tego łańcuszka. Może ktoś go rozpozna. I sprawdziłbym jeszcze, czy nie było tu wcześniej jakichś niewyjaśnionych zaginięć.

– W każdym mieście zdarzają się od czasu do czasu niewyjaśnione zaginięcia. To o niczym nie świadczy.

Rychert westchnął, wciąż nerwowo stukając w plik papierów. Starszy sierżant dobrze wiedział, o co chodzi – rozwiązanie sprawy zabójstwa Reginy Wieczorek było największym jak dotąd sukcesem kapitana. Dostał oficjalną pochwałę, a nieoficjalnie mówiło się o awansie i stanowisku w jakimś większym mieście. Wymagająca kochanka, o ile Igielski wiedział, również zjawiła się kilka dni po zatrzymaniu Andrzeja Białego. Gdyby teraz okazało się, że aresztowali niewłaściwego człowieka, to wszystko poszłoby w diabły.

Patrzył więc, jak na twarzy przełożonego walczą sprzeczne uczucia. Jeśli każe mi dać sobie spokój, pomyślał, zadzwonię do Nowackiego i powiem mu, żeby zrobił z Kowalskim, co chce. Potem pójdę spać, a jak się obudzę, zjem obiad w Ormiańskiej i wybiorę się do kina. Nowacki pewnie się obrazi, ale co tam, szybko mu przejdzie.

Rychert najwyraźniej podjął wreszcie decyzję, bo przestał stukać paznokciem.

– Naszym obowiązkiem jako organów ścigania jest sprawdzić każdą poszlakę, nawet jeśli wydaje się kompletnie niewiarygodna. Z drugiej strony – chrząknął – mamy też obowiązek oddzielać sprawy ważne od mniej ważnych i nie poświęcać tym ostatnim zbyt wiele uwagi, bo inaczej odbywałoby się to kosztem tych pierwszych. Rozumiesz?

Igielski skinął głową. Miał zająć się tą sprawą, ale nieszczególnie intensywnie – ot, na tyle, żeby zachować pozory, a jednocześnie żeby, broń Boże, niczego ważnego nie znaleźć.

* * *

Ostatecznie Pola spakowała do torby wypożyczone książki i w zacinającym deszczu, skulona pod szarpanym wiatrem parasolem, powędrowała do biblioteki, gdzie zamieniła dwa tomy Przeminęło z wiatrem na trzy Władcy Pierścieni. Wszystkie już czytała, ale w bibliotece nie było szans na nowości, a Tolkien zawsze poprawiał jej humor. Wzięła też romans dla matki i pod wpływem impulsu powieść science fiction zatytułowaną Cylinder van Troffa. Nie wyglądała zbyt ciekawie, ale może matka zechce ją przeczytać, żeby mieć o czym rozmawiać z Janeczkiem.

Potem, również pod wpływem impulsu, skręciła na drogę prowadzącą w stronę cmentarza. Deszcz wciąż wściekle uderzał w czaszę parasola, a brodzące w głębokich błotnistych kałużach jaskrawożółte kalosze Poli były jedyną plamą koloru na tle wszechobecnej jesiennej szarości. Dziewczyna minęła kilka zamkniętych budek z pamiątkami, jedną, również zamkniętą, smażalnię ryb i sklep spożywczy, dla odmiany otwarty, choć w środku nie było żadnego klienta. Pomachała przez szybę znudzonej nastolatce za ladą, ale ta, zajęta lekturą „Przyjaciółki”, nawet jej nie zauważyła. Jeszcze niedawno Pola siedziała z Zuzą w jednej ławce i odpisywała od niej zadania z biologii, teraz ich drogi rozeszły się bezpowrotnie.

 

Pola tęskniła za czasami, kiedy chodziła do szkoły. Nie dlatego, że ją lubiła, wręcz przeciwnie – zdarzały się poranki, kiedy na samą myśl o lekcjach robiło jej się niedobrze. Ale tamto cierpienie przynajmniej miało jakiś sens, dawało nadzieję, że kiedyś będzie lepiej. Jak wizyta u dentysty, którą trzeba przetrwać. Wytrzymać do osiemnastki i do matury: magicznej granicy dorosłości, która zmienia brzydkie kaczątka w piękne łabędzie. Tyle że w przypadku Poli żadna zmiana nie nastąpiła. Jej koleżanki zaręczały się, wychodziły za mąż, znajdowały sobie pracę albo przeciwnie: decydowały się zostać w domu i wychowywać dzieci (dwie z nich w pół roku zdążyły już zajść w ciążę) i tylko Pola miała poczucie, że wciąż jest dzieckiem, nieporadnie próbującym udawać kobietę. Jakby istniał jakiś tajemniczy klucz do dorosłości, który wszyscy z wyjątkiem niej znajdowali z taką łatwością.

Skrzypnęła cmentarna furtka i dziewczyna wkroczyła na błotnistą ścieżkę prowadzącą między moknącymi w deszczu nagrobkami. Grób Reni znajdował się blisko wejścia, piąty z lewej. Łatwo go było rozpoznać, bo całą płytę pokrywały wypalone znicze: dwa dni temu, na Wszystkich Świętych, miejsce ostatniego spoczynku zamordowanej dziewczyny było lepiej oświetlone niż stojący na środku cmentarza krzyż, pod którym ludzie zwyczajowo zapalali świece. Prawdziwa rzeka świateł, spływająca z płyty nagrobnej aż na ścieżkę. Pola pamiętała, że patrzyła na te światła i wyobrażała sobie, że każde z nich coś symbolizuje: czasem miłość i żal, ale zdecydowanie częściej strach i wściekłość. Teraz część lampek leżała na płycie przewrócona przez wiatr, a w tych, które wciąż stały, zebrała się woda. Przemoczony miś opierał się plecami o napis Regina Wieczorek 1968–1986. Bóg tak chciał, wyżej widniało zdjęcie ślicznej blondyneczki z dołkami w policzkach i kręcącymi się nad czołem włosami. Renia, najlepsza uczennica w całym liceum i przewodnicząca samorządu uczniowskiego, która zawsze pierwsza zgłaszała się do odpowiedzi i miała gładką cerę nawet wtedy, kiedy wszystkie dziewczyny w pierwszej klasie chodziły obsypane pryszczami, która nigdy nie pyskowała nauczycielom i nie brała udziału w imprezach – a jeśli nawet, to wracała z nich pachnąca i świeża, a nie wymięta, śmierdząca dymem i wymiocinami.

Prawdziwy pieprzony ideał.

– Cześć.

Pola drgnęła, gdy usłyszała za plecami zachrypnięty głos. Odwróciła się. Chłopak, który stał za nią, nie miał parasola ani kaloszy, ciemnoblond włosy kleiły mu się do czoła, a lekka, bardziej letnia niż jesienna kurtka, była cała przemoknięta. W ręku trzymał papierosa, też mokrego, i patrzył na niego smętnym wzrokiem, jakby właśnie do niego dotarło, że z palenia nici.

– Kurwa, ale pogoda, nie? Co tam u ciebie?

– Nic. – Wzruszyła ramionami.

– Stara bida, co?

– Aha.

– Dobrze, że nie nowa. – Łukasz Woźniak wyszczerzył górne jedynki, które zdecydowanie wymagały interwencji dentysty.

Pola i Łukasz chodzili razem do liceum przez pierwsze dwa lata – potem chłopak rzucił naukę i od tego czasu widywano go głównie pod sklepem z butelką piwa w ręku. Pola pamiętała, jak swego czasu śmiała się z niego z koleżankami, odprawiając rytuał dziobania słabszych właściwy nastolatkom. Teraz nie było jej do śmiechu.

– Szkoda laski, nie? Fajna z niej dziewczyna była.

Skinęła głową, w milczeniu zgadzając się z tym osobliwym epitafium.

– Petrol widział zdjęcia i mówił, że po śmierci wyglądała paskudnie. Znasz Petrola?

– Tak sobie.

Sebastian Paszko, zwany z jakiegoś powodu Petrolem, był trzy lata starszy i kiedy Pola zaczynała liceum, on już dawno pracował. Albo przynajmniej udawał, że pracuje.

Łukasz spojrzał raz jeszcze na papierosa, a potem zniechęcony rzucił go na ziemię, gdzie biel papierowej otoczki natychmiast zniknęła w błotnistej brei.

– Biały to świr. Kurwa, wiedziałem o tym od początku. Gość zbierał zdjęcia martwych zwierząt, wiedziałaś o tym?

– Andrzej nie jest świrem.

– Zabił Renię, nie?

Pola zacisnęła usta. Nigdy nie potrafiła się kłócić, zresztą nie miała przecież żadnych argumentów. Nikt w Przeradowie nie wątpił w winę Andrzeja Białego.

– Często tu przychodzisz? – zmieniła temat.

– Czasem. – Tym razem to chłopak wzruszył ramionami. – Tu jest spokój, nie? Można obalić piwko albo zajarać szluga. Wpadnij kiedyś, to może się podzielę.

Pola prawie się uśmiechnęła na myśl, jaką minę zrobiłaby Katarzyna Filipiak, gdyby córka oznajmiła jej, że wybiera się na cmentarz „obalić piwko”.

– Może wpadnę.

– Spoko. Jak coś, to mnie znajdziesz. Zawsze byłaś w porządku, nie? Nie zadzierałaś nosa, jak niektóre.

– Jak Renia? – Pola niemal desperacko pragnęła usłyszeć o zmarłej dziewczynie coś negatywnego, ale Łukasz tylko pokręcił głową.

– Ona była w porządku.

W jego głosie zabrzmiał nieoczekiwany smutek. On też był w niej zakochany, pomyślała Pola w nagłym przypływie złości. Jak wszyscy chłopcy w podstawówce i potem w liceum. I część nauczycieli pewnie też.

– To cześć – powiedziała sztywno. – Muszę lecieć.

Kiedy otwierała furtkę, obejrzała się jeszcze za siebie. Chłopak wciąż stał przy grobie zgarbiony, moknąc w deszczu. Wyglądał na nieszczęśliwego, ale Poli ani przez chwilę nie było go żal.

* * *

Starszy sierżant wrócił do domu, przespał się sześć godzin i zrobił szybkie zakupy: chleb, mleko, parę jajek. Obiady i tak jadał albo na mieście, albo u Nowackiego. Smutek pustego mieszkania zawsze go przygnębiał, uciekał więc stąd, kiedy tylko mógł. Do pracy, do kina, do biblioteki albo do knajpy, gdzie godzinami przesiadywał nad jednym piwem. Kiedy była tu Beata, mieszkanie wydawało się jaśniejsze, przyjaźniejsze. Teraz Igielski dostrzegał całą jego brzydotę: poszarzałą tapetę, którą dawno powinien był zmienić, tapczan z narzutą we wściekle rudym kolorze i chyboczący się nocny stolik. Ich meble były starociami, które dawno temu ze śmiechem zbierali po znajomych Beaty. Wtedy nie przeszkadzała im ani ciasnota kawalerki, ani niedobrane sprzęty. To przecież i tak miało być tylko na chwilę, ot, miejsce, żeby przeczekać, zanim znajdą coś większego, zanim urodzą się dzieci. Tylko że nie było ani większego mieszkania, ani dzieci, a Beata odeszła pewnego dnia, zostawiając kartkę na chyboczącym się nocnym stoliku. Część jej rzeczy, spakowanych w turystyczną torbę, wciąż leżała w kącie, pokrywając się kurzem. Jakieś płyty, buty, których nigdy nie lubiła, trochę na wpół zużytych słoiczków z kosmetykami. I gliniana figurka górala z fajką, którą dziewczyna kupiła podczas urlopu w Zakopanem, a która w jej nowym lepszym życiu najwyraźniej okazała się niepotrzebna. Powinien to wszystko wyrzucić albo oddać komuś, ale jakoś nie miał serca.

Włożył zakupy do lodówki, zmył talerze po wczorajszej kolacji, a potem zrobił pranie. Kiedy skończył, dochodziła szesnasta. Przyczesał włosy, założył świeżą koszulę i wyszedł. Nowacki mieszkał daleko, na obrzeżach Przeradowa, ale Igielski nie chciał ani brać taksówki, ani łapać jednego z rzadko kursujących autobusów, które krążyły między miasteczkiem a sąsiednimi wsiami. Uznał, że przechadzka dobrze mu zrobi, naciągnął więc na głowę kaptur kurtki i szedł szybkim krokiem w zacinającej drobnej mżawce. Przejeżdżające obok samochody chlapały błotem, na chodniku rozlewały się wielkie mętne kałuże, w których rozkwitały kręgi deszczowej wody. W oddali słyszał huk fal rozbijających się o nabrzeże. Pod wpływem impulsu skręcił i poszedł dłuższą drogą, najpierw przez las, a potem wzdłuż kamienistej plaży. Morze miało ołowiany kolor, z pióropuszami białej piany, którą porywisty wiatr pędził w stronę brzegu. Pachniało solą i gnijącymi wodorostami. Minął dwie dziewczynki w kaloszach i obszernych płaszczach przeciwdeszczowych, szukające muszelek albo bursztynów. Ostrzegł je, żeby nie podchodziły zbyt blisko wody, a one gorliwie pokiwały głowami i powiedziały „Tak, proszę pana”, ale kiedy się odwrócił, znowu biegały tuż przy linii, gdzie sięgały fale. Dzieci.