NiepełniaTekst

Z serii: Kontrapunkty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III.
Opo­wieść o zmia­nie

Podobno komórki ludz­kiego ciała odna­wiają się co sie­dem lat. Marek nie pamię­tał już, gdzie o tym prze­czy­tał, ale bar­dzo mu się ta teo­ria spodo­bała. Zna­czyło to, że prze­kro­czyw­szy dwu­dzie­sty szó­sty rok życia, był już zupeł­nie innym czło­wie­kiem niż matu­rzy­sta, przez kole­gów nazy­wany Kaj­kiem. Prze­szłość leżała pogrze­bana głę­boko pod nowymi komór­kami wątroby i serca, ople­ciona sie­cią mię­śni, zaro­sła mię­sem, tak jak porzu­cony w lesie wrak zara­sta zie­le­nią, aż wresz­cie niczym już nie różni się od oko­licz­nych pagór­ków. Marek nie myślał o niej tam­tego sobot­niego ranka, kiedy zbu­dził się, wypa­ca­jąc z sie­bie resztki złego snu. Usiadł na łóżku. Szcze­góły kosz­maru umy­kały, spy­chane w pod­świa­do­mość przez sło­neczne pro­mie­nie i dola­tu­jący z kuchni zapach nale­śni­ków. Oto cud nowego dnia – świa­tło zwy­cię­żało ciem­ność, a jawa sen. Marek pamię­tał już tylko cier­ni­stą woń peł­za­ją­cego nad zie­mią dymu i jądro obłej bieli, jak skryte w naj­gęst­szych krze­wach pta­sie jajo. Potem, kiedy wsu­wał stopy w zimne kap­cie, i to znik­nęło, a Marek poczła­pał do kuchni, gdzie trzy kobiety jego życia sma­żyły nale­śniki. Cały blat i pół pod­łogi opró­szone były mąką, Asia wsa­dziła wła­śnie pulchne łapki w cia­sto i roz­sma­ro­wała je sobie na koszulce. Zamie­rzał zapy­tać, kto to posprząta, ugryzł się jed­nak w język. Nie warto psuć jedy­nego wol­nego dnia w tygo­dniu.

— Jak wam idzie? — zapy­tał zamiast tego.

— Świet­nie, możesz wziąć jed­nego. — Nata­lia ski­nęła głową w stronę pię­trzą­cego się na tale­rzu stosu. — Ale jak chcesz z dże­mem, to sam sobie posma­ruj.

— Dzięki. — Zwi­nął w rulo­nik pła­ski pla­cek i pogry­za­jąc go, ruszył do salonu, by włą­czyć tele­wi­zor.

Wtedy wła­śnie zadzwo­nił tele­fon. Sta­cjo­narny, nie komórka. Marka to zdzi­wiło: od dwóch lat mieli prze­cież nokie i tylko ich numery poda­wali – zna­jomi dawno nauczyli się, że do Chro­bra­nów dzwoni się na komórki. Sta­cjo­narny słu­żył chyba jedy­nie natręt­nym tele­mar­ke­te­rom, ale oni prze­cież nie pra­co­wali w week­endy? Zresztą wszystko jedno, powi­nien się pozbyć tego tele­fonu. Z jakie­goś powodu to, że tego nie zro­bił, nagle wydało się nie drob­nym potknię­ciem, lecz poważ­nym błę­dem.

Dzwo­nek ode­zwał jesz­cze raz, ostro, natar­czy­wie.

— Odbierz! — Nata­lia z kuchni prze­krzy­ki­wała skwier­cze­nie oleju.

Marek pod­niósł słu­chawkę, „Nie jestem zain­te­re­so­wany” już ufor­mo­wane cze­kało w jego ustach. Jed­nak zamiast rado­snego „Dzień dobry, chcie­li­by­śmy panu zaofe­ro­wać…” usły­szał nie­ja­sno zna­jomy głos, szept jak wiatr o zapa­chu gni­ją­cych liści i dymu z ogni­ska, peł­zną­cego cier­pli­wie przez cier­ni­sty ugór.

— Kajko, to ty…?

Mil­czał, ści­ska­jąc słu­chawkę w nagle spo­co­nej dłoni. Miesz­kał w daw­nym miesz­ka­niu rodzi­ców, któ­rzy wypro­wa­dzili się do mniej­szego, gdy Nata­lia zaszła w pierw­szą ciążę; miał ten tele­fon od cza­sów liceum, głu­piec, nie­pa­mię­ta­jący o prze­szło­ści, a jed­no­cze­śnie żyjący w jej wnę­trzu jak Jonasz w brzu­chu wie­lo­ryba.

— Kajko?

Odło­żył słu­chawkę ostroż­nie na widełki.

— Kto dzwo­nił? — zawo­łała z kuchni Nata­lia.

— Pomyłka — odparł.

Wyda­rzyło się wszystko i nic jed­no­cze­śnie, kamień wrzu­cony do jeziora wzbu­rzył powierzch­nię, a potem uto­nął, woda zamknęła się nad nim, zmarszczki wygła­dziły. Marek był tego dnia może nieco bar­dziej roz­ko­ja­rzony i mil­czący, nic poza tym. Zjadł nale­śniki, potem obej­rzał z dziew­czyn­kami bajkę na wideo. Mnó­stwo kiczu i różo­wo­ści, nie jego świat, tylko ich, Iwonki, lat pięć, i Asi, lat trzy, księż­nicz­kowy świat małych dziew­czy­nek, który w doro­słych męż­czy­znach budził coś w rodzaj pobłaż­li­wego roz­czu­le­nia zmie­sza­nego z odro­biną lęku – bo to był świat, który nale­żało bez­u­stan­nie trzy­mać w ryzach za pomocą żar­tów i kpiny.

O trze­ciej tele­fon zadzwo­nił ponow­nie.

* * *

Tym razem ode­brała Nata­lia, jej „Słu­cham?” prze­biło się przez wrzask Asi i dotarło do Marka, który wsta­wał wła­śnie z kanapy, by zaże­gnać awan­turę w pokoju dzie­cin­nym. Zamiast jed­nak pójść do dziew­czy­nek, zatrzy­mał się w przed­po­koju, gdzie jego żona stała ze zmarsz­czo­nym czo­łem i słu­chawką przy­tu­loną do ucha. Odpra­wiła go ruchem ręki. Idź, mówił jej gest, zaj­mij się dziećmi. Poszedł więc, by usiąść z cór­kami na dywa­nie i roz­strzy­gnąć spór, kto ma więk­sze prawo bawić się lalką o dźwięcz­nym imie­niu Esme­ralda. Cały czas jed­nak nasłu­chi­wał, myślami bar­dziej przy tele­fo­nie niż przy Iwonce i Asi, nasłu­chi­wał, ale słowa żony nie miały dla niego sensu, jakby mówiła w obcym języku. Jakby sam wysi­łek wkła­dany w usły­sze­nie ich unie­moż­li­wiał zro­zu­mie­nie.

Potem Nata­lia sta­nęła w progu dzie­cin­nego pokoju, a on, choć nie odwró­cił głowy, wie­dział, że zmarszczka wciąż prze­cina jej czoło.

— Dzwo­niła jakaś kobieta i pytała o Kajka.

Dopiero teraz spoj­rzał żonie w twarz.

— Pomyłka, mówi­łem ci.

— Nie znasz żad­nego Kajka?

— Nie. — Nie podo­bało mu się to słowo w jej ustach. Brzmiało w sub­telny spo­sób nie­wła­ści­wie, jak dźwięk źle nastro­jo­nego instru­mentu.

— Mniej­sza z tym. Pamię­tasz, że dziś przy­cho­dzi Monika?

— T-tak — zająk­nął się. Monika, naj­lep­sza przy­ja­ciółka Nata­lii, która nie­mal w każdy week­end wpa­dała na plo­teczki. Przez uła­mek sekundy nie potra­fił przy­po­mnieć sobie jej twa­rzy, ale to już minęło, już było dobrze.

— Obie­ca­łeś zabrać dziew­czynki na spa­cer.

— Pew­nie, chęt­nie się przej­dziemy.

— Tylko nie do McDo­nalda.

— Jasne.

* * *

Oczy­wi­ście zabrał dziew­czynki do McDo­nalda, z pełną świa­do­mo­ścią, że Iwonka może i będzie trzy­mać język za zębami, ale Asia na sto pro­cent wygada się jesz­cze przed kola­cją. Ludzie prze­cież cały czas oszu­kują w drob­nych spra­wach, na tym polega nor­malne życie. A on bar­dzo chciał nor­mal­nie żyć. Chciał, żeby Nata­lia miała do niego pre­ten­sje, z początku praw­dziwe, potem coraz bar­dziej żar­to­bliwe, aż wresz­cie pogo­dzi­liby się ze śmie­chem. Kłót­nia, która przy­wró­ci­łaby poczu­cie real­no­ści.

Patrzył, jak jego córeczki wci­nają ham­bur­gery, popi­ja­jąc je tru­skaw­ko­wymi shake’ami, i myślał o tym, jakim jest szczę­ścia­rzem. Miał dwójkę uda­nych, zdro­wych dzieci, żonę, którą kochał, i dobrą pracę. Mimo to zda­rzało mu się narze­kać: że dzie­ciaki dają popa­lić, że ślub w wieku dwu­dzie­stu jeden lat to może tro­chę za wcze­śnie, bo prze­cież trzeba się wysza­leć… Wszystko kłam­stwa, ale Marek i tak narze­kał, jak codzienny rytuał, nie wychy­lać się ze swoim szczę­ściem, nie kłuć nim w oczy, nie zwra­cać uwagi, bo gdzieś tam w ciem­no­ści czy­hały demony doro­słego życia: dora­sta­nie Iwonki i Asi, brak pracy, kre­dyt. I inne, te, któ­rych nie potra­fił nawet nazwać, a które umy­kały tuż po prze­bu­dze­niu, zawsze w czerni i bieli, zawsze pach­nące zimną, ciężką zie­mią i jesien­nym dymem.

Poszli na plac zabaw, choć był począ­tek marca i słońce jesz­cze nie zaczęło porząd­nie grzać. Marek sie­dział na ławce, dopi­ja­jąc colę z McDo­nalda, Iwonka i Asia bawiły się na zjeż­dżalni. Dwie małe syl­wetki, otu­lone pucho­wymi kurt­kami, jasne głosy śmi­ga­jące w powie­trzu jak papie­rowe jaskółki, zapach resz­tek śniegu zale­ga­ją­cych pod wciąż nagimi drze­wami i gałę­zie cięż­kie od wron, które przy­glą­dały się dziew­czyn­kom okrą­głymi oczami. Prze­cho­dząca kobieta spoj­rzała na Marka, a on nie był pewien, czy widzi w jej oczach apro­batę, bo zabrał córki na plac zabaw, czy wręcz prze­ciw­nie: potę­pie­nie, bo pozwala im bawić się na zim­nie. Nie zamie­rzał przej­mo­wać się ani jed­nym, ani dru­gim. Myślał o Nata­lii, która wyko­rzy­sty­wała wolny od rodziny czas na plo­teczki z przy­ja­ciółką, o przy­szło­ści, nowym, 2008 roku, który nad­szedł dwa mie­siące temu w huku syl­we­stro­wych ogni i stra­chu przed nad­cią­ga­ją­cym kry­zy­sem. Nowy rok, nowe moż­li­wo­ści, nowy czło­wiek. Przez chwilę żało­wał, że nie ma przy sobie papie­ro­sów, a potem zgniótł kubek po coca-coli, wrzu­cił go do śmiet­nika i zawo­łał dziew­czynki. Pora wra­cać.

* * *

— Znowu dzwo­niła ta kobieta — oznaj­miła Nata­lia, ledwo Marek zdjął buty. — Chciała, żebym jej powie­działa, czyje to miesz­ka­nie.

— Powie­dzia­łaś?

— Nie. — Zmarszczka prze­ci­na­jąca czoło Nata­lii ryso­wała się jesz­cze wyraź­niej niż po połu­dniu, a jego żona wyda­wała się odle­gła i zamknięta w sobie. Znał tę jej minę i wie­dział, że gdyby teraz wybu­chła awan­tura, nie pogo­dzi­liby się potem ze śmie­chem.

— Dla­czego?

— Nie wiem, była… dziwna. Jesteś pewien, że ona nie dzwoni tu do cie­bie? Pytała o chło­paka, który sie­dem lat temu cho­dził do Pade­rew­skiego.

— Ni­gdy nie mia­łem ksywy Kajko, a do Pade­rew­skiego cho­dziło mnó­stwo ludzi. Jak chcesz, możemy się tego tele­fonu pozbyć, i tak tylko zagraca nam miesz­ka­nie.

— Zostaw — powie­działa Nata­lia, ale było za późno, Marek już wypi­nał kable. — Zostaw — powtó­rzyła, z każ­dym sło­wem zosta­jąc coraz dalej, zachmu­rzona, zamknięta za gład­kim czo­łem z pio­nową zmarszczką.

— Prze­cież tylko cię dener­wuje, prawda? No i po co jacyś obcy ludzie mają do nas wydzwa­niać? — Brzmiało to tak roz­sąd­nie, że Marek oszu­kał nawet samego sie­bie – ale nie Nata­lię. Patrzyła za nim przez okno, gdy szedł z tele­fo­nem w stronę śmiet­nika. Nie odwró­cił się. Nie miał odwagi, bo gdyby to zro­bił, wzrok, który palił go w kark, mógłby spo­pie­lić mu twarz.

* * *

Leżał tej nocy z otwar­tymi oczami, wpa­tru­jąc się w mrok. Nata­lia spała obok, jej ręka doty­kała jego uda, lekko, nie­pew­nie, a on czuł tę cha­rak­te­ry­styczną mie­szankę pod­nie­ce­nia i lęku, zupeł­nie jak w począt­kach ich zna­jo­mo­ści, gdy – wciąż jesz­cze przy­ja­ciele, a nie para – sypiali na biwaku w jed­nym namio­cie. Nie miał odwagi ani przy­su­nąć się bli­żej, ani odsu­nąć, jakby ten ulotny dotyk łączył go z real­nym świa­tem. Wresz­cie wstał, oddy­cha­jąc ciem­no­ścią, która cią­żyła mu w piersi. Poszedł do łazienki, ostroż­nie jak zło­dziej, żeby nikogo nie zbu­dzić, nie zakłó­cić kru­chej rów­no­wagi miesz­ka­nia. Zapa­lone świa­tło zakłuło w oczy, nagły błysk, który wyostrzył kąty i prze­ja­skra­wił biel kafel­ków. Marek zamru­gał, sto­jąc przed lustrem. Spo­glą­dała na niego młoda, bez­bronna i prze­ra­żona twarz. Kajko. Oddy­chał, ucze­piony kra­wę­dzi zlewu, wdech, wydech, wyrzu­cał z płuc mrok, wypy­chał go w elek­tryczną jasność bia­łej łazienki, aż wresz­cie została w nim już tylko pustka. Wyszedł wtedy na bal­kon, wciąż w piża­mie, mar­cowe zimno prze­nik­nęło go aż do kości. O dru­giej w nocy tem­pe­ra­tura musiała oscy­lo­wać w gra­ni­cach zera, ale wyczu­wało się już w tym chło­dzie zapo­wiedź nad­cią­ga­ją­cej wio­sny, zapach nabrzmie­wa­ją­cych sokiem korzeni i przy­tu­lo­nych do gałęzi, omsza­łych jesz­cze zimową sza­ro­ścią pąków. Zamknął oczy i oddy­chał powoli, spo­koj­nie, zawie­szony na gra­nicy świa­tów, a kiedy uniósł powieki, była tam – szczu­pła syl­wetka w obszer­nej kurtce, skryta w cie­niu wyso­kiego kasz­tana. Musiała wyczuć, że na nią patrzy, bo drgnęła i zro­biła krok do przodu. Jej ręce kre­śliły w ciem­no­ści zawiłe wzory, zostań, zacze­kaj, ale Marek już wyco­fy­wał się w głąb miesz­ka­nia. Gdy zamy­kał za sobą drzwi, noc szep­nęła za jego ple­cami: „Ona wró­ciła”. Tego już nie sły­szał, a może nie zro­zu­miał, słowa prze­pły­nęły obok obo­jętne, jak ryby w głę­bo­kiej wodzie, a on wró­cił do łóżka, by śnić sny w czerni i bieli, cięż­kie i cier­ni­ste, o zapa­chu dymu snu­ją­cego się nisko nad wil­gotną, zimną zie­mią.

 

* * *

Ledwo pamię­tał te sny, kiedy budzik wycią­gnął go z łóżka o ósmej, a zapo­mniał o nich zupeł­nie, gdy pospiesz­nie pił gorącą kawę i zagry­zał kanapką. Była nie­dziela, jego żona odsy­piała pra­co­wity tydzień w sądzie ape­la­cyj­nym. Nie zaj­mo­wała tam żad­nego waż­nego sta­no­wi­ska, ot, zwy­czajna urzęd­niczka, która prze­pi­sy­wała na kom­pu­te­rze sędziow­skie wyroki. Jed­nak Nata­lia lubiła swoją pracę, tak samo zresztą jak Marek, który tuż po matu­rze zupeł­nym przy­pad­kiem pod­ła­pał fuchę w zakła­dzie foto­gra­ficz­nym i nie­spo­dzie­wa­nie oka­zało się, że ma do robie­nia zdjęć talent – teraz nie prze­szka­dzało mu nawet to, że jego praca od czasu do czasu wyma­gała zry­wa­nia się z łóżka w nie­dzielny pora­nek.

Gdyby ktoś sie­dem lat temu powie­dział mu, że skoń­czy jako foto­graf, ni­gdy by w to nie uwie­rzył. W liceum gar­dził zawo­dami arty­stycz­nymi, marzył, by pójść na prawo, i w darem­nej pró­bie zama­sko­wa­nia dziew­czę­cej urody ści­nał się krótko, a także nosił schludne chło­pięce koszule i swe­terki w serek. Teraz zapu­ścił włosy do ramion, ubie­rał się z nie­dbałą swo­bodą i miał w nosie idio­tów, któ­rzy od czasu do czasu gwiz­dali za nim na ulicy. Był zupeł­nie innym czło­wie­kiem i nic nie cie­szyło go bar­dziej niż ta zmiana.

Tej nie­dzieli foto­gra­fo­wał ślub. Panna młoda ze zbyt ostrym maki­ja­żem, w sukni przy­po­mi­na­ją­cej bezę, pan młody masku­jący nie­pew­ność kiep­skimi dow­ci­pami i wzru­szeni rodzice – widział już dzie­siątki takich imprez. Jedyną róż­nicę sta­no­wiła pogoda, wciąż bar­dziej zimowa niż wio­senna. I osie­dle, na któ­rym stał kościół. Po cere­mo­nii, gdy goście pako­wali się do auto­ka­rów, Marek urwał się na chwilkę i pobiegł do sklepu po papie­rosy. Miał wtedy oka­zję zoba­czyć osie­dle w całym jego gier­kow­skim braku chwały, sza­rym i ponu­rym pod zacią­gnię­tym chmu­rami nie­bem. Bloki przy­po­mi­nały tu nie­fo­remne kloce, nie­gdyś chyba beżowe, teraz nie­okre­ślo­nego koloru. Pomię­dzy nimi roz­po­ście­rała się sieć iden­tycz­nych ście­żek prze­ci­na­ją­cych iden­tyczne traw­niki, na któ­rych zeszło­roczna trawa wyglą­dała spod błota i psich kup. Na placu zabaw skrzy­piała huś­tawka. Zgrzyt-zgrzyt, lep­kie, żela­zi­ste dźwięki cią­gnęły się w powie­trzu jak pasma mgły, w górę i w dół, do zim­nego, mar­twego nieba i w dół, do zim­nej, wcale nie mar­twej ziemi, w któ­rej rosło blade, ślepe życie. Huś­ta­jąca się dziew­czynka stała na opar­ciu krze­sełka, jej kucyki powie­wały w podmu­chach wia­tru. Marek przez chwilę miał wra­że­nie, że patrzy na Iwonkę, dziecko musiało być w tym samym wieku, ale to prze­cież nie­moż­liwe, skąd Iwonka tutaj…? Złu­dze­nie minęło, dziew­czynka zesko­czyła z huś­tawki i prze­bie­gła obok. Miała umo­ru­saną twarz i bar­dzo jasne oczy, jak błę­kitne tunele pro­wa­dzące na drugą stronę lustra, do świata, w któ­rym wszystko jest na opak i wszystko jest moż­liwe.

Otrzą­snął się, zna­lazł osie­dlowy skle­pik i kupił paczkę Westów. Wra­ca­jąc, krą­żył po iden­tycz­nych ścież­kach, mię­dzy iden­tycz­nymi traw­ni­kami, aż wresz­cie tra­fił na zna­jomą huś­tawkę. Sie­działa na niej szczu­pła postać oku­tana kurtką, nie dziecko, lecz kobieta. Marek zatrzy­mał się i chciał cof­nąć, ale było za późno. Nie­zna­joma zerwała się i pod­bie­gła do niego.

— Kajko? Pamię­tasz mnie? Przy­po­mnia­łam sobie, jak się naprawdę nazy­wasz, zna­la­złam, gdzie pra­cu­jesz, i zadzwo­ni­łam. Jakaś kobieta powie­działa, że tu cię znajdę…

— Nie mam poję­cia, kim pani jest.

— Nie wygłu­piaj się. Aneta, pamię­tasz?

— Nie.

— Liceum Pade­rew­skiego? Ostat­nia klasa?

— Odwal się, kobieto.

Minął ją, ale nie­zna­joma znowu zabie­gła mu drogę.

— Musimy poroz­ma­wiać…

— Nie mamy o czym roz­ma­wiać.

— Kajko, cze­kaj!

Chwy­cił ją i ode­pchnął. Aneta upa­dła, a jej twarz wykrzy­wiła się w wyra­zie nie­do­wie­rza­nia i szoku.

— Mówi­łem, żebyś się odwa­liła.

Przy­spie­szył, by zdą­żyć, zanim nie­zna­joma pozbiera się z ziemi i pobie­gnie za nim – bo był pewien, że pobie­gnie. Ona jed­nak tylko krzyk­nęła:

— Musimy coś z tym zro­bić!

Wsiadł do auto­karu razem z ostat­nią grupą gości wesel­nych. Wariatka, myślał, zaj­mu­jąc miej­sce, kom­plet­nie pomy­lona idiotka. Nawet jeżeli rze­czy­wi­ście się kie­dyś spo­tkali, to co z tego? Nie musi prze­cież pamię­tać każ­dego, kto prze­wi­nął się przez jego życie, ani tym bar­dziej z tym kimś roz­ma­wiać. Jego wybór, jego decy­zja.

— Niech się ode mnie odpier­doli — wymam­ro­tał. Nata­lia nie lubiła, kiedy uży­wał takiego słow­nic­twa, ale kiedy jej nie było, cza­sem sobie fol­go­wał. Marek był innym czło­wie­kiem w domu, a innym poza domem, róż­nica nie­wielka, lecz na tyle wyraźna, że sam potra­fił ją zauwa­żyć. A teraz, gdy auto­kar ruszył, być może był jesz­cze kimś innym, kimś, kogo znał tak dawno temu, że cał­kiem o nim zapo­mniał.

* * *

Nic wię­cej się nie wyda­rzyło ani tego dnia, ani następ­nego, w ponie­dzia­łek. Dzień jak więk­szość – kil­ka­na­ście zdjęć do dowo­dów oso­bi­stych, cztery pasz­por­towe, ber­beć w ubranku do chrztu i para tłu­stych bliź­nia­ków, któ­rych trzeba było prze­ku­py­wać cukier­kami, żeby choć przez chwilę sie­dzieli nie­ru­chomo. Potem powrót do domu. Nata­lia ode­brała dziew­czynki z przed­szkola i przy­go­to­wy­wała obiad, zapach mie­lo­nych już na klatce łasko­tał w pod­nie­bie­nie. Córeczki były tro­chę marudne, ale to nic, żona spo­glą­dała podejrz­li­wie, ale to też nic, miej­sce po tele­fo­nie wkrótce zosta­nie zapo­mniane, pustka będzie zapeł­niona. Wszystko wróci do normy.

— Znowu zaczą­łeś palić? — Nata­lia z dez­apro­batą zaci­snęła usta.

Pełen poczu­cia winy scho­wał napo­czętą paczkę do kie­szeni kurtki, ale zaraz się­gnął po nią ponow­nie.

— Jezu, Nata, daj spo­kój. Stre­su­jący dzień mia­łem.

— A to niby czemu?

— Inte­resy źle idą — skła­mał, wyj­mu­jąc papie­rosa.

Nata­lia nie odpo­wie­działa, ale awan­tura wisiała w powie­trzu. Marek uciekł przed nią na bal­kon, wie­dząc już dosko­nale, że nie uda mu się uciec, że kiedy wróci, będzie musiał ponieść kon­se­kwen­cje tej chwili spo­koju, która spo­kojna wcale nie była.

Palił, w regu­lar­nym wyde­chach wypusz­cza­jąc dym z płuc, jak wtedy, gdy pozby­wał się nagro­ma­dzo­nej w piersi ciem­no­ści. Wdech, wydech, niczym skrzyp­nię­cia huś­tawki, w dół i w górę. Zamknął oczy, a kiedy je otwo­rzył, miej­sce pod kasz­ta­nem wciąż było puste. Zga­sił papie­rosa i wró­cił do domu, by sta­wić czoła Nata­lii.

* * *

— Marek, co się dzieje?

— Nic się nie dzieje.

— Prze­cież widzę, że jesteś jakiś nie­swój. Od soboty łazisz w kółko jak struty. Czemu nie powiesz mi prawdy? To przez tę kobietę, która tutaj dzwo­niła?

— Nie znam jej, już ci mówi­łem.

— Skąd wiesz, że nie znasz, skoro nawet z nią nie roz­ma­wia­łeś? — W oczach Nata­lii poja­wił się błysk triumfu.

— Nie znam, bo pytała o jakie­goś Kajka, a nie o mnie — tłu­ma­czył cier­pli­wie. Byli mał­żeń­stwem od pię­ciu lat, a znali się od sze­ściu i ich kłót­nie miały już swój wła­sny rytm. Jak w tańcu, krok w prawo, krok w lewo. Marek nauczył się prze­czu­wać poszcze­gólne fazy tych kłótni, momenty, kiedy jedna ze stron zaczy­nała mięk­nąć, a druga, świa­doma zwy­cię­stwa, prze­cho­dziła płyn­nie od zło­ści praw­dzi­wej do uda­wa­nej, aż wresz­cie oboje par­skali śmie­chem, roz­ba­wieni jakąś zło­śli­wostką. Zde­rzało się, że czer­pał z tej prze­wi­dy­wal­no­ści pewien rodzaj satys­fak­cji – wszystko jest w porządku, życie toczy się tak, jak powinno. Ale dziś w gło­sie Nata­lii brzmiała obca, nie­przy­jemna nuta. Asia sta­nęła w progu, patrząc na rodzi­ców okrą­głymi oczami, Iwonka w salo­nie pod­krę­ciła dźwięk tele­wi­zora. Marek roz­po­znał „Sco­oby-Doo”, ulu­bioną kre­skówkę star­szej córki.

— Czemu wyrzu­ci­łeś tele­fon?

— Nata­lia…

— No czemu? Nie umiesz odpo­wie­dzieć na pro­ste pyta­nie?

— Bo był stary i tylko zagra­cał miesz­ka­nie! Jak chcesz, to ci go przy­niosę z powro­tem! Chcesz? — Zła­pał wiszącą na wie­szaku kurtkę.

— Wiesz, że nie o to mi cho­dzi.

— Nie? To, kurwa, o co wła­ści­wie?

— Żebyś powie­dział mi, co się z tobą dzieje!

— Nic się nie dzieje! Ile razy mam to powta­rzać?

— Nie waż się wycho­dzić, kiedy z tobą roz­ma­wiam!

Marek otwo­rzył drzwi i wyszedł, ści­gany pod­krę­co­nym na cały regu­la­tor dźwię­kiem pio­senki Sco­oby-Doo, where are you? i wido­kiem Asi z kciu­kiem w buzi. Jego dom, jego ide­alna rodzina. Ni­gdy wcze­śniej od nich nie ucie­kał. Zwol­nił dopiero na skrzy­żo­wa­niu Wio­sny Ludów i Lwow­skiej. Wie­czór nad­cią­gał nie­po­strze­że­nie, w mięk­kiej sza­ro­ści ciem­nie­ją­cego nieba i zapa­chu przy­pa­lo­nego tłusz­czu, który dola­ty­wał z pobli­skiej keba­bowni. Marek poczuł głód, ale nie zatrzy­mał się, żeby coś kupić. Szedł dalej, do parku przy poczcie. O tej porze było tu pra­wie pusto, znik­nęli waga­ro­wi­cze i matki spa­ce­ru­jące z wóz­kami. Tylko na jed­nej z ławek sie­działa para pijacz­ków, kobieta i męż­czy­zna, dzie­lący się butelką taniego wina. Kie­dyś musieli być dwiema odręb­nymi isto­tami, ale czas ocio­sał ich rysy, a war­stwa brudu przy­kryła resztki indy­wi­du­al­no­ści i teraz wyglą­dali jak lustrzane odbi­cia sta­ro­ści: męskie i żeń­skie. Uśmiech­nęli się do Marka iden­tycz­nymi bez­zęb­nymi uśmie­chami, męż­czy­zna o pół sekundy spóź­niony, nie­śmiały, kobieta szyb­sza, bar­dziej pewna sie­bie.

Mija­jąc ich, poczuł prze­lotne ukłu­cie zazdro­ści – oni, ukształ­to­wani w formę osta­teczną i w pewien spo­sób ide­alni, nie bali się już zmian. Wło­żył ręce do kie­szeni i przy­spie­szył kroku. Spa­ce­ro­wał po parku w gęst­nie­ją­cej coraz bar­dziej ciem­no­ści. Mijał huś­tawki, na któ­rych nie było dziew­czy­nek z kucy­kami, spo­glą­da­ją­cych oczami błę­kit­nymi jak tunele pro­wa­dzące na drugą stronę lustra, a kiedy wró­cił do ławki, gdzie jesz­cze nie­dawno sie­działa para sta­rusz­ków, ona rów­nież oka­zała się pusta.

Był sam.

Tylko przez chwilę, bo gdy koń­czył kolej­nego w tym dniu papie­rosa, u wylotu alejki zama­ja­czyły w mroku dwie posta­cie. Szły szybko, zde­cy­do­wa­nie, zupeł­nie ina­czej niż ktoś, kto po pro­stu prze­cho­dzi przez park, albo kto – jak Marek – krąży bez­myśl­nie, cze­ka­jąc, aż złość wywie­trzeje mu z głowy. Rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię i przy­dep­nął. Instynkt pod­po­wia­dał, żeby ucie­kać, ale jesz­cze się ocią­gał: jeśli ta dwójka nie ma złych zamia­rów, zacho­wałby się jak pani­ku­jąca baba. A tamci zbli­żali się. Jeden był niski i gruby, drugi wysoki i chudy, jed­nak łączył ich rys zwie­rzę­co­ści prze­bi­ja­jący przez ludz­kie fizjo­no­mie, jak spa­dek po dawno zapo­mnia­nych przod­kach. Ten grub­szy przy­po­mi­nał nieco głodną, chy­trą świ­nię, a wyż­szy miał w sobie chu­dość wilka prze­my­ka­ją­cego o poranku skra­jem lasu. Obaj wyglą­dali groź­nie.

 

— Pój­dziesz z nami — oznaj­mił wyż­szy, a Marek, chło­pak, któ­rego wystar­cza­jąco czę­sto obi­jano w szkole, by rozu­miał, kiedy opór nie ma sensu, przy­tak­nął grzecz­nie, że ow­szem, pój­dzie.

* * *

Zabrali go do sta­rego, brud­nego forda i posa­dzili na tyl­nym sie­dze­niu. Samo­chód ruszył.

— Siedź spo­koj­nie — ostrzegł ten wyż­szy i bar­dziej wil­czy.

— Jeśli chce­cie pie­nię­dzy… — Domy­ślał się, że nie o to im cho­dzi, ale instynkt kazał uda­wać idiotę.

— W dupie mamy twoje pie­nią­dze. Siedź spo­koj­nie, to nikomu nic złego się nie sta­nie.

Ford skrę­cił w Lwow­ską, a potem wyje­chał na drogę A4. Zaczął padać drobny deszcz, bar­dziej jesienny niż wio­senny.

— Mogę zapa­lić? — zapy­tał Marek po to, by prze­rwać ciszę, a nie dla­tego, że miał ochotę na papie­rosa.

— Nie.

Nie odwa­żył się pytać, dokąd jadą. Zresztą i tak wie­dział.

* * *

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej samo­chód zatrzy­mał się przy pię­tro­wym domku na Pta­sim Osie­dlu. Deszcz już nie padał, ale w powie­trzu wciąż uno­siła się wil­goć. Noc pach­niała ostro mokrą zie­mią i słodko pierw­szymi kwia­tami. Dwóch nie­zna­jo­mych popchnęło Marka w stronę drzwi. Gdy szedł ścieżką, jego buty zosta­wiały w płyt­kim śniegu ślady nakła­da­jące się na inne ślady, odci­ski adi­da­sów na odci­skach bosych stóp, tak małych, że do złu­dze­nia przy­po­mi­nały kopytka.

— Dalej. — Prze­pchnęli go przez próg, zapa­lili świa­tło, a potem popro­wa­dzili na pię­tro. Marek nasłu­chi­wał, ale dom wyda­wał się pusty. Jakby ślady na ścieżce były tylko złu­dze­niem.

— Tutaj. — Ten niż­szy i grub­szy gestem kazał mu wejść do pokoju. — Cze­kaj.

W zamku zgrzyt­nął klucz i Marek został sam. Pod­szedł do okna, ale było zakra­to­wane, zresztą i tak nie odwa­żyłby się ska­kać z pierw­szego pię­tra. Cokol­wiek na niego tutaj cze­kało, musiał sta­wić temu czoła. Rozej­rzał się. Pomiesz­cze­nie miało w sobie ano­ni­mo­wość biura albo hote­lo­wego pokoju: nie­mal pozba­wione ozdób ściany i pod­sta­wowe sprzęty – tylko wąska kanapa, krze­sło i sto­lik, na któ­rym stał włą­czony kom­pu­ter. Na ścia­nie naprze­ciw okna wisiał obraz przed­sta­wia­jący biały dom zimą. Marek pod­szedł bli­żej, by przyj­rzeć się śla­dom bie­gną­cym po śniegu aż do drzwi wej­ścio­wych. Były maleń­kie, ledwo kropki zazna­czone maź­nię­ciami pędzla, ale mógłby się zało­żyć, że każda z tych kro­pek to odcisk bosej stopy w kształ­cie kopytka.

Odwró­cił się i usiadł przy kom­pu­te­rze. Gdy poru­szył myszką, ekran ożył, uka­zu­jąc zapi­saną stronę. Marek w pierw­szym odru­chu chciał wstać – to było jak zaglą­da­nie do cudzego pamięt­nika – ale wła­ści­wie dla­czego nie?

Prze­wi­nął tekst aż do tytułu „Opo­wieść o poszu­ki­wa­niach” i zaczął czy­tać.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?