NiepełniaTekst

Z serii: Kontrapunkty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Wra­camy do cie­bie — zadys­po­no­wała Kaśka, a Pio­trek poszedł za nią posłusz­nie jak zbity pies.

* * *

Nie spali tej nocy, tylko sie­dzieli na kana­pie z kub­kami ana­na­sowo-imbi­ro­wej her­baty w rękach – zapa­rzyła ją Kaśka, bo Piotr­kowi wszystko leciało z rąk. Obok leżały wzgar­dzone ubra­nia, swe­te­rek i bluzka, któ­rych nie miał serca scho­wać do szafy. Zapach cytru­sów był teraz słab­szy, ale wciąż wyczu­walny.

— Spró­bujmy pomy­śleć logicz­nie — powie­działa Kaśka, sta­wia­jąc kubek na sto­liczku. — Czy miała zna­jo­mych, o któ­rych nic nie wie­dzia­łeś?

— Nie.

— Jesteś pewien?

— Jasne. Prze­cież wiesz…

Kaśka wie­działa. Marta i Pio­trek byli parą od zawsze, a przy­naj­mniej od cza­sów liceum i już wtedy obra­cali się w tym samym śro­do­wi­sku. On z natury raczej samot­nik, ona bar­dziej towa­rzy­ska, choć też bez prze­sady – wolała nie­wiel­kie grono spraw­dzo­nych przy­ja­ciół niż tłumy przy­pad­ko­wych osób. Prawdę powie­dziaw­szy, wszy­scy ich zna­jomi byli przy­ja­ciółmi bar­dziej Marty niż Piotrka, ale jemu ni­gdy to nie prze­szka­dzało. Potem poszli na stu­dia, też razem, też dla­tego, że dziew­czyna nie dostała się na ASP i wybrała kul­tu­ro­znaw­stwo, a on lep­szego pomy­słu nie miał. To rów­nież mu nie prze­szka­dzało – gdyby Marta popro­siła, podą­żyłby za nią do samego pie­kła.

Posy­pały się dal­sze pyta­nia: czy Marta zacho­wy­wała się ostat­nio ina­czej, czy się czymś mar­twiła, wspo­mi­nała, że chcia­łaby kogoś odwie­dzić albo zro­bić coś pil­nego.

Odpo­wiedź na wszyst­kie pyta­nia brzmiała: nie.

Marta cie­szyła się na świą­teczną prze­rwę, rano pako­wała pre­zenty, które – sta­ran­nie owi­nięte w złoty i czer­wony papier – leżały teraz w sza­fie, potem ubrała cho­inkę. Pio­trek pod­śmie­wał się tro­chę, że to bez sensu, Boże Naro­dze­nie mieli prze­cież spę­dzić u jej rodzi­ców, ale oczy­wi­ście pomógł, zga­dza­jąc się, że tra­dy­cja to tra­dy­cja, co z tego, że sta­ran­nie przy­stro­jone drzewko będzie stać w pustym miesz­ka­niu. Po powro­cie ze śli­zgawki zamie­rzali jesz­cze obej­rzeć odci­nek „Wikin­gów” – Marta bar­dzo ten serial lubiła – a póź­niej pew­nie kocha­liby się na tap­cza­nie. Tego ostat­niego już nie powie­dział, ale Kaśka chyba i tak się domy­śliła.

— A mejle Marty? — mruk­nęła, masku­jąc odro­binę zakło­po­ta­nia. — Spraw­dza­łeś?

— Nie.

— To popa­trzmy.

Przy­nio­sła lap­top i weszła na pro­fil Marty. Dziew­czyna ni­gdy się nie wylo­go­wy­wała, dla­tego poczta otwo­rzyła się auto­ma­tycz­nie, wystar­czyło klik­nąć ikonkę. Pio­trek poczuł przy­jemne cie­pło w sercu – oto osta­teczny dowód, że narze­czona nie miała przed nim tajem­nic.

W mej­lach nie zna­leźli niczego cie­ka­wego. Były dwie wia­do­mo­ści doty­czące imprezy syl­we­stro­wej, którą zamie­rzali połą­czyć z krót­kim wypa­dem na narty („co zabie­ra­cie? można tam miec swoj alko­chol? jak tak, to mam cos spe­cjal­nego, spodoba ci sie”) i mnó­stwo spamu. Zaj­rzeli na Face­bo­oka Marty – rano dziew­czyna wrzu­ciła zdję­cie przy­stro­jo­nej cho­inki, które miało sześć polu­bień i dwa banalne komen­ta­rze („śliczna! moja będzie w tym roku cała nie­bie­ska! żywa? nie boisz się, że igły jej szybko opadną?”). Now­szych wpi­sów nie było, w powia­do­mie­niach zna­leźli infor­ma­cję o uro­dzi­nach kole­żanki oraz o tym, że Ewa Sob­czak dodała post na stro­nie wyda­rze­nia „Syl­we­ster w Wiśle!!!”. To samo na Insta­gra­mie i Devian­tAr­cie – tro­chę zdjęć i rysun­ków (Marta ostat­nio ryso­wała mniej, jakby pogo­dziła się, że artystką już raczej nie zosta­nie), kil­ka­na­ście komen­ta­rzy, więk­szość pochleb­nych, od kole­gów i zna­jo­mych.

Pio­trek nie mógł się zde­cy­do­wać, czy czuje ulgę, że Marta nie pro­wa­dziła sekret­nego dru­giego życia, czy jest zanie­po­ko­jony, bo nie zna­leźli żad­nego tropu, który mógłby wyja­śnić jej znik­nię­cie.

— Sprawdźmy jesz­cze histo­rię prze­glą­darki — zapro­po­no­wała Kaśka, a on zgo­dził się w mil­cze­niu.

Tra­fili na stronę z prze­pi­sami na świą­teczne pier­niczki, kilka blo­gów modo­wych, jeden poświę­cony foto­gra­fii i dwa seria­lowe, Lubi­my­Czy­tać (Marta miała tam konto, ale choć czy­tała sporo, rzadko oce­niała książki), forum, na któ­rym wypo­wia­dała się głów­nie na temat urody róż­nych akto­rów (podo­bał jej się Cum­ber­batch, nie podo­bał McA­voy), YouTube i Two­ją­Po­godę. Pio­trek już miał się pod­dać, kiedy zauwa­żył stronę www.bia­ly­dom.pl. Klik­nął.

— To chyba znowu jakiś blog — powie­działa Kaśka, a Pio­trek zmarsz­czył brwi. Na stro­nie był rysu­nek: zima, biały dom na zaśnie­żo­nym pust­ko­wiu, w oddali ciem­no­zie­lona ściana drzew. Słońce zacho­dziło – albo wscho­dziło, nie potra­fił zde­cy­do­wać – i śnieg miał czer­wony odcień, jakby pod­świe­tlała go łuna pożaru. Od lasu aż do okien na par­te­rze wio­dła linia śla­dów, chyba ludz­kich, choć tego też nie był pewien. Poza nimi na obrazku nic nie świad­czyło o obec­no­ści jakiej­kol­wiek żywej istoty. Było to samotne miej­sce, jak dom zbu­do­wany na końcu wszech­świata.

— Marta to ryso­wała? — zapy­tała Kaśka, a Pio­trek ski­nął głową. Pozna­wał jej styl, ten cha­rak­te­ry­styczny dobór kolo­rów. Lubiła kon­tra­sty: czerń i biel, biel i czer­wień. Jed­no­cze­śnie poczuł pierw­sze ukłu­cie nie­po­koju: Marta zawsze poka­zy­wała mu swoje rysunki, a tego nie znał.

— Wejdź dalej — pona­gliła go dziew­czyna.

Pio­trek klik­nął. Strona kazała mu podać hasło.

Tym razem ukłu­cie nie­po­koju było głęb­sze, łasko­tało mdląco w oko­licy żołądka. Dla­czego po wizy­cie Marta wylo­go­wy­wała się z tego jed­nego jedy­nego miej­sca?

Wpi­sali na chy­bił tra­fił kil­ka­na­ście róż­nych haseł, tych bar­dziej oczy­wi­stych, jak data uro­dze­nia Marty, a potem Pio­tra, nazwy ich ulu­bio­nych kapel, imiona świ­nek mor­skich, które hodo­wała w dzie­ciń­stwie, czy ulica, przy któ­rej miesz­kała, i tych mniej, jak pierw­sze słowo, któ­rego Marta nauczyła się po hisz­pań­sku, czy numer reje­stra­cyjny samo­chodu Kaśki.

Pio­trek odwró­cił głowę, uni­ka­jąc wzroku sie­dzą­cej obok dziew­czyny. Byli prze­cież z Martą tak bli­sko. Spali w jed­nym łóżku, słu­chali tej samej muzyki, oglą­dali te same seriale, dzie­lili się jedze­niem i marze­niami. Dla­czego narze­czona, która podała mu hasło do swo­jego konta ban­ko­wego, chciała przed nim ukryć zawar­tość strony z obraz­kiem jakie­goś domu? A więc Marta miała jed­nak jakieś tajem­nice. Przed nim, przed Piotr­kiem.

W łazience wysi­kał się, a potem, myjąc ręce, spoj­rzał w lustro. Jego twarz, ta cał­kiem ładna pocią­gła twarz z wąskimi ustami, wyda­wała się inna, nie tylko bled­sza, ścią­gnięta stra­chem, ale obca w jakiś sub­telny, trudny do uchwy­ce­nia w pierw­szej chwili spo­sób.

Twarz czło­wieka, który wła­śnie dowie­dział się, że jego narze­czona nie do końca jest dziew­czyną, za jaką ją uwa­żał.

Gdy wró­cił do połą­czo­nej z salo­nem kuchni, Kaśka jedną ręką zale­wała kolejny kubek her­baty, a w dru­giej trzy­mała tlą­cego się papie­rosa.

— Są takie chwile, kiedy po pro­stu trzeba zapa­lić — powie­działa, pod­su­wa­jąc Piotr­kowi paczkę. — Poczę­stuj się.

Nie palił od cza­sów liceum, a i wtedy robił to bar­dziej dla szpanu. Przy­jął jed­nak papie­rosa, a Kaśka podała mu ogień. Kiedy się zacią­gnął, dym podra­pał go w gar­dło – wra­że­nie przy­jemne i nieprzy­jemne zara­zem, jakby nagle zaczął znaj­do­wać radość w tym, co ciemne, szorst­kie i bole­sne.

Zakasz­lał, Kaśka pokle­pała go po ple­cach.

— Wszystko w porządku?

— Myślisz, że Marta może kogoś mieć? — odpo­wie­dział pyta­niem na pyta­nie.

— W sen­sie innego faceta? Jezu, skąd mam wie­dzieć? Jesz­cze wczo­raj powie­dzia­ła­bym, że nie, ale teraz… — Urwała, widząc minę Piotrka. — Głu­poty gadam, prze­pra­szam. Chyba razem powa­rio­wa­li­śmy. Co my wypra­wiamy? Marta poszła gdzieś na parę godzin, wiel­kie rze­czy. Pew­nie spo­tkała zna­jo­mego na tej śli­zgawce i gdzieś z nim zaba­lo­wała, a teraz nie ma jak wró­cić. Zoba­czysz, zjawi się rano, jak tylko auto­busy zaczną kur­so­wać, i będzie cię prze­pra­szać.

— A komórka? Czemu nie odbiera?

— Może zgu­biła? To by wszystko wyja­śniało, roz­dzie­li­li­ście się, tele­fon gdzieś jej wypadł, a cie­bie nie mogła zna­leźć, i wtedy spo­tkała kogoś zna­jo­mego.

Uwie­rzył w to, na krótką, cie­płą chwilę udało mu się uwie­rzyć. Zamknął oczy, Kaśka objęła go i przy­tu­liła – z waha­niem, jakby doty­kała oca­lo­nego z potopu brud­nego kociaka. Sio­stra Marty ni­gdy nie prze­pa­dała za oka­zy­wa­niem uczuć. A może było w tym coś wię­cej, rezerwa, która nagle się mię­dzy nimi poja­wiła, cień podej­rze­nia. Marta ukry­wała coś przed Piotr­kiem i Pio­trek był z Martą, kiedy ta znik­nęła.

Jestem prze­wraż­li­wiony i tyle, pomy­ślał.

* * *

Poło­żył się nad ranem, kiedy Kaśka wyszła, naka­zu­jąc mu „prze­spać się tro­chę i prze­stać się mar­twić, bo wszystko będzie dobrze”. Zdo­łał zasnąć, z komórką na wszelki wypa­dek tuż obok twa­rzy. Budził się co chwila i spo­glą­dał na wyświe­tlacz, zdjęty lękiem, że prze­ga­pił połą­cze­nie albo ese­mesa, a potem z powro­tem zapa­dał w nie­spo­kojny sen. Docho­dziło połu­dnie, gdy wstał, z ciężką głową i nie­sma­kiem w ustach, jakby był na kacu. Zjadł połowę banana, bo tylko to był w sta­nie w sie­bie wepchnąć, umył zęby i wziął prysz­nic. Wciąż towa­rzy­szyło mu poczu­cie obco­ści, obca wyda­wała się nie tylko widziana w lustrze jego wła­sna twarz, ale i całe miesz­ka­nie, wysza­rzałe, z kon­tu­rami mebli ostro rysu­ją­cymi się w świe­tle zimo­wego dnia i cie­niami nie­po­koju zwi­nię­tymi w kątach. Jak zły brat bliź­niak miesz­ka­nia, które znał wcze­śniej, sprzed znik­nię­cia Marty. Pomy­ślał, że teraz całe jego życie może już do końca dzie­lić się na „wcze­śniej” i „póź­niej” i ta świa­do­mość na chwilę ode­brała mu oddech.

 

Koło pierw­szej zadzwo­niła Kaśka, a Pio­trek już po jej nie­pew­nym, peł­nym napię­cia „cześć” poznał, że dziew­czyna nie ma dobrych wia­do­mo­ści. Nie miała; dzwo­niła jedy­nie po to, żeby zapy­tać, czy Marta się zna­la­zła.

— Przy­jadę za parę godzin, wcze­śniej muszę jesz­cze wpaść do rodzi­ców — oznaj­miła, gdy usły­szała, że nie. — Posta­ram się wszystko im wytłu­ma­czyć tak, żeby nie dener­wo­wali się za bar­dzo, ok?

— Jasne, dzięki.

Nie­dzielne popo­łu­dnie spę­dził pochy­lony nad lap­to­pem, wypró­bo­wu­jąc kolejne hasła do strony z bia­łym domem. Wpi­sy­wał tytuły ksią­żek, fil­mów i seriali, imiona fik­cyj­nych postaci, daty histo­ryczne i te, które z jakie­goś powodu mogłyby wyda­wać się Mar­cie ważne, mia­sta, w któ­rych była i które chciała kie­dyś zwie­dzić, nazwy zabyt­ków, kolo­rów, potraw, kosme­ty­ków i zaba­wek. W pew­nym momen­cie uświa­do­mił sobie, że to bez sensu – nawet gdyby zdo­łał zła­mać hasło, nie miał gwa­ran­cji, że na stro­nie znaj­dzie coś, co wyja­śni jej znik­nię­cie, jed­nak potrzeba robie­nia cze­go­kol­wiek zwy­cię­żyła nad roz­sąd­kiem.

O szó­stej przy­szła Kaśka. Miała ze sobą dwa chiń­skie dania na wynos, bo „założę się, że zapo­mnia­łeś o obie­dzie”. Pio­trek, nie­spo­dzie­wa­nie zgłod­niały, zmiótł z tale­rza swoją por­cję; ryż i kur­czak w sosie curry cią­żyły mu potem w żołądku, zbite w cia­sny kłąb z nara­sta­ją­cym prze­ra­że­niem. Wie­czór był jak déjà vu – Kaśka znowu parzyła her­batę i paliła, Pio­trek znowu odpo­wia­dał na pyta­nia, czy nie przy­po­mina sobie cze­goś, co mogłoby im pomóc, jakie­goś wyda­rze­nia wykra­cza­ją­cego poza zwy­czajną codzien­ność, zda­nia rzu­co­nego przez Martę prze­lot­nie w roz­mo­wie. Krę­cili się w kółko, a z każ­dym okrą­że­niem odpo­wie­dzi wyda­wały się coraz bar­dziej jałowe, nadzieja bla­kła, słowa dźwię­czały pustką, strach gęst­niał.

Kaśka otwo­rzyła okno, żeby prze­wie­trzyć salon. W sąsied­nim miesz­ka­niu ktoś grał na skrzyp­cach Cichą noc, nuty pły­nęły przez ciem­ność jak samotne płatki śniegu. Pio­trek roz­pła­kał się, a Kaśka objęła go – ale nie od razu, naj­pierw spoj­rzała spod rzęs oczami Marty, a on udał, że nie dostrzega tego jej spoj­rze­nia.

— Jutro idziemy na poli­cję — zade­cy­do­wała, przyj­mu­jąc za pew­nik, że do jutra Marta się nie zjawi.

* * *

Nie zja­wiła się i następ­nego dnia spo­tkali się pod komendą na Sta­wo­wej – Kaśka uznała, że skoro Marta znik­nęła na rynku, powinni zgło­sić jej zagi­nię­cie moż­li­wie naj­bli­żej. Jasno­włosa kobieta w tanim chiń­skim swe­trze przy­jęła ich zgło­sze­nie; mówił przede wszyst­kim Pio­trek, bo wła­śnie on był z Martą tam­tego wie­czoru. Nie kła­mał, ale jego słowa z jakie­goś powodu brzmiały jak kłam­stwo, jakby ich praw­dzi­wość zużyła się przez cią­głe powta­rza­nie. Nie, nie pokłó­ci­li­śmy się ani nic w tym rodzaju, nie było mię­dzy nami żad­nych spięć, Marta nie obra­ziła się i nie miała powodu, żeby odejść. Sma­ko­wał te zda­nia, sta­ra­jąc się odna­leźć w nich dawny smak, cie­pło dziew­czę­cej ręki w jego dłoni, kiedy pod­trzy­my­wali się nawza­jem na śli­zgawce, wil­gotny oddech omia­ta­jący jego szyję, gdy szep­tała mu do ucha.

Kobieta za biur­kiem zażą­dała aktu­al­nego zdję­cia Marty, a Kaśka szczę­śli­wie wpa­dła na to, żeby je przy­nieść. Była to foto­gra­fia z waka­cji: Marta sie­działa w jakimś ogro­dzie, uśmiech­nięta i opa­lona, w bia­łej sukience na ramiącz­kach. Pio­trek nie miał poję­cia, gdzie zdję­cie zostało zro­bione, a głu­pio mu było zapy­tać Kaśkę. Poza tym Marta nie prze­pa­dała za sukien­kami, zawsze twier­dziła, że spodnie są o wiele wygod­niej­sze, a rów­nie sek­sowne.

Nie­po­kój znów się­gnął dłu­gimi pal­cami, by poła­sko­tać żołą­dek.

Pio­trek pomy­ślał o zdję­ciu opa­lo­nej Marty, wydru­ko­wa­nym w dzie­siąt­kach egzem­pla­rzy i roz­le­pio­nym na dzie­siąt­kach szyb. Jeź­dzi­łoby tam i z powro­tem tram­wa­jami, pod­czas gdy zmę­czeni, nie­wy­spani ludzie wpa­try­wa­liby się w jej rado­sną twarz i z nudów, koły­sząc się na zakrę­tach, czy­tali: „19 grud­nia zagi­nęła Marta Kozłow­ska, lat 23, ubrana w czer­wony płaszcz i nie­bie­skie dżinsy”…

— Śliczna dziew­czyna. — Poli­cjantka postu­kała poma­lo­wa­nym na czer­wono paznok­ciem w nos Marty. — Z takich, któ­rym przy­da­rzają się różne rze­czy. Ładna buzia, dużo kło­po­tów, tak mówiła moja matka.

— Myśli pani, że ona się znaj­dzie? — zapy­tał Pio­trek z nadzieją.

Poli­cjantka zapa­liła papie­rosa. Dym uniósł się leniwą smużką, wsią­ka­jąc w szare tapety i dawno nie­prane firanki.

— Co ma się nie zna­leźć. Pyta­nie kiedy. I w jakim sta­nie. Mie­li­śmy jakiś czas temu taki przy­pa­dek. Piękna dziew­czyna, jak z obrazka. Poszła z kole­żan­kami na świą­teczną zabawę i znik­nęła w tłu­mie. Tydzień póź­niej zna­leź­li­śmy ją w opusz­czo­nym domu, w kałuży krwi tak głę­bo­kiej, że wyglą­dało, jakby w niej uto­nęła. To była jej wła­sna krew, oczy­wi­ście. Ładna buzia, dużo kło­po­tów, jak mówi­łam.

Pio­trek prze­łknął ner­wowo ślinę, Kaśka zbla­dła.

— Marta nie miała żad­nych kło­po­tów — zapro­te­sto­wał chło­pak, a poli­cjantka uśmiech­nęła się pobłaż­li­wie.

— Jasne. Pew­nie znaj­dzie się za parę dni w weso­łym towa­rzy­stwie. Takie już są te ładne dziew­czyny. Zni­kają, nie myśląc o nikim oprócz sie­bie, i świet­nie się bawią. Naj­czę­ściej wra­cają, ale cza­sem… — wzru­szyła ramio­nami — cza­sem przy­da­rzają im się złe rze­czy, a one nic na to nie potra­fią pora­dzić.

— Marta nie była taka. Ona… ona chyba się kogoś bała.

— Naprawdę? — Poli­cjantka unio­sła brwi. — To już jakiś punkt zacze­pie­nia.

— Naprawdę — zapew­nił Pio­trek. — Ktoś za nią cho­dził. Dwóch męż­czyzn, jeden niski i gruby, a drugi wysoki i chudy. Marta mówiła o nich Wieprz i Wilk.

— Wieprz i Wilk — powtó­rzyła poli­cjantka bez­na­mięt­nie, kle­piąc w kla­wia­turę kom­pu­tera.

— Pani pew­nie mi nie wie­rzy… — zaczął Pio­trek, ale kobieta prze­rwała mu, krę­cąc głową.

— Co mia­ła­bym nie wie­rzyć. Mło­dzi jeste­ście i życia nie zna­cie, a ja widzia­łam różne rze­czy. Mogła­bym wam opo­wie­dzieć o nasto­latce, która pew­nego dnia weszła do piw­nicy i znik­nęła na zawsze. Albo o takiej, która wró­ciła z lasu jako inny czło­wiek, zupeł­nie jakby spo­tkała tam bestię albo anioła, który prze­wró­cił ją na lewą stronę. Rodzona matka w końcu wyrzu­ciła ją z domu, bo nie mogła znieść jej obec­no­ści. Oczy­wi­ście to nie było tutaj, tylko w górach, bli­sko gra­nicy. Złe rze­czy się zda­rzają, zwłasz­cza pięk­nym dziew­czy­nom. Ładna buzia…

— Duże kło­poty — dopo­wie­działa Kaśka. — Wiemy.

* * *

— Przy­znaj się. — Kiedy zna­leźli się z powro­tem na ulicy, Kaśka spoj­rzała na niego oskar­ży­ciel­sko. — Wymy­śli­łeś to o Wie­przu i Wilku.

— Tro­chę — przy­znał Pio­trek, z ulgą wcią­ga­jąc w płuca mroźne powie­trze. — Pomy­śla­łem sobie, że potrak­tują nas poważ­niej, jeśli uznają, że Marta czuła się zagro­żona. Ale Wieprz i Wilk naprawdę ist­nieją. Marta mi o nich opo­wia­dała, jesz­cze w liceum. Podobno cho­dzili za nią, a cza­sem stali pod domem i patrzyli w okna.

— Czyli ona ich wymy­śliła, nie ty.

— Marta nie zmy­ślała — zapro­te­sto­wał. — Była roz­sądna i ni­gdy mnie nie okła­my­wała. Nawet w żar­tach.

— Jasne.

— Czemu tak na mnie patrzysz?

— Wcale na cie­bie nie patrzę. Wsia­daj do samo­chodu.

Pod­rzu­ciła go pod dom, pocie­szyła, że teraz już na pewno Martę znajdą, poli­cja ma prze­cież swoje spo­soby, i poże­gnała. Wspi­na­jąc się po scho­dach, myślał o dziw­nej poli­cjantce (eks­cen­trycz­nej, była po pro­stu eks­cen­tryczna), a także o zdję­ciu Marty, tym w bia­łej sukience. Gdzie zostało zro­bione? Po namy­śle uznał, że praw­do­po­dob­nie na działce u jej rodzi­ców; dziew­czyna jeź­dziła tam od czasu do czasu bez niego. Co prawda ogród na zdję­ciu wyglą­dał tro­chę ina­czej, ale chło­pak dawno tam nie był i sporo się mogło zmie­nić.

Prze­krę­cił klucz w zamku i otwo­rzył drzwi.

— Marta? — zawo­łał, zanim prze­kro­czył próg. — Jesteś?

Naprawdę wie­rzył, że wró­ciła. To dopiero byłaby histo­ria – oni idą na poli­cję, a Marta w tym cza­sie poja­wia się jak gdyby ni­gdy nic. Opo­wia­da­liby to jesz­cze swoim wnu­kom.

Miesz­ka­nie odpo­wie­działo mu ciszą. Obszedł wszyst­kie pomiesz­cze­nia, ale Marty nie było. Usiadł na tap­cza­nie. Gdyby tylko znał hasło…

Otwo­rzył lap­top i jesz­cze raz wszedł na stronę z obraz­kiem. Wpi­sał „biały dom”, potem „ogród” i – w odru­chu despe­ra­cji – „biała sukienka”. Żad­nego efektu. To nie­ważne, tłu­ma­czył sobie, na tej stro­nie nie ma nic cie­ka­wego, nic, co chcia­łaby przede mną ukryć. Marta wróci i wszystko mi wyja­śni, a kiedy to wyja­śnienie usły­szę, sam będę się śmiał ze swo­ich podej­rzeń.

A potem z głę­bin pod­świa­do­mo­ści wychy­nęło wspo­mnie­nie – gdy Marta cho­dziła do pierw­szej klasy liceum, mniej wię­cej wtedy, kiedy w jej życiu poja­wili się Wieprz i Wilk, lubiła zapi­sy­wać słowa odwrot­nie, od końca do początku. To szyfr, mówiła, język uży­wany w świe­cie, w któ­rym wszystko jest na opak. I wszystko jest moż­liwe. Zda­rzało jej się nawet pisać w ten spo­sób wypra­co­wa­nia, a kiedy nauczy­ciele sta­wiali jej dwóje, śmiała się, jakby to był jakiś oso­bliwy żart.

akswoł­zoK atraM, wkle­pał Piotr. I rtoiP kinad­goB.

Nic.

Spró­bo­wał jesz­cze kilku kom­bi­na­cji, a póź­niej wpi­sał:

yłaib moD.

Strona roz­świe­tliła się, wpusz­cza­jąc Piotrka do środka. Teraz na tle zimo­wego obrazka poja­wiły się dwa napisy: „Skon­tak­tuj się ze mną” i „Opo­wia­da­nia”. Pio­trek klik­nął na pierw­szy i wysłał wia­do­mość:

From: Piotr Bog­da­nik <piotr_bogdanik@gmail.com> To: Biały dom <opo­wie­sci@inte­ria.pl> Sub­ject: kon­takt Date: Mon, 21 Dec 2015 15:35:49

Gdzie jesteś? Ode­zwij się, pro­szę. Mar­twię się o cie­bie.

Pio­trek

Zaraz przy­szło mu do głowy, że być może skrzynka mailowa wcale do Marty nie należy, wysłał więc drugą wia­do­mość:

From: Piotr Bog­da­nik <piotr_bogdanik@gmail.com> To: Biały dom <opo­wie­sci@inte­ria.pl> Sub­ject: kon­takt Date: Mon, 21 Dec 2015 15:42:28

Szu­kam mojej narze­czo­nej, Marty Kozłow­skiej. Ona nary­so­wała obra­zek z bia­łym domem. Pro­szę, ode­zwij­cie się, jeśli wie­cie, gdzie ona jest.

P.

Po namy­śle dopi­sał też:

PS. Boję się, że mogli ją porwać Wieprz i Wilk.

A potem, ponie­waż nic innego nie przy­szło mu do głowy, klik­nął na stronę „Opo­wia­da­nia” i zaczął czy­tać „Opo­wieść o zmia­nie”.