ŁaskaTekst

Z serii: Ze Strachem
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łaska
Łaska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Łaska
Łaska
Łaska
Audiobook
Czyta Grzegorz Przybył
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maria czekała cierpliwie, na wszelki wypadek się nie odzywając. Agata najwyraźniej była na tyle wrażliwa, by zauważyć, że w jej rodzinie działo się źle, a jednocześnie wystarczająco lojalna, by szukać dla ojca usprawiedliwień.

– Ale pani nie o naszym tacie chciała porozmawiać, prawda? – Dziewczyna wypiła łyk herbaty, a potem, ponieważ dziecko zaczęło marudzić, wyciągnęła z kieszeni przy wózku kajzerkę i wcisnęła kawałek w pulchną rączkę. – Tylko o tym drugim chłopcu, którego zabili?

Maria powiedziała jej o rysunku – trochę niepewnie, bo pamiętała przecież, z jakim niedowierzaniem patrzył na nią porucznik Bogusz. Agata jednak przyjęła całą tę historię znacznie lepiej.

– Tak, do Wojtka pasuje, żeby coś takiego narysować – przyznała. – Może i naprawdę kiedyś spotkał tamtego chłopca. Ale jeśli nawet, to nie była żadna wielka przyjaźń. Pewnie bawili się raz czy dwa jako dzieci.

– I Wojtek pamiętałby go po tych wszystkich latach?

– Czemu nie? Mój brat nie był bystry, ale miał pamięć do twarzy. I czasem wyobrażał sobie różne rzeczy, na przykład kiedyś mu się uwidziało, że mieszkająca u nas w klatce dziewczyna, parę lat starsza, się w nim kocha. A ona tylko była dla niego miła, nic więcej. Może tak samo było z tymi dziećmi. Wystarczyło, że go nie odpychały, a on uznał je za przyjaciół.

– Musiał się czuć bardzo samotny – powiedziała Maria.

Agata skwitowała tę oczywistość wzruszeniem ramion.

– Miał swoje rysunki, a kiedy był mniejszy, wymyślał różne zabawy. W czterech pancernych, jakieś podchody i bitwy, jak to chłopcy. Opowiadał potem, że strzelał się z Niemcami w parku czy gonił bandytów. Może gdybym go słuchała… Ale kończyłam wtedy szkołę, miałam swoje problemy, pierwszego chłopaka. Wie pani, jak to jest.

– Wiem – przytaknęła Maria, choć była jedynaczką, a umawiać zaczęła się dopiero na studiach. Podejrzewała jednak, że nastoletnie siostry rzadko interesują się młodszymi braćmi, zwłaszcza jeśli są zakochane. – Właściwie chciałam zapytać, czy nie ma w domu więcej jego rysunków. Może na jakimś dałoby się rozpoznać twarz Pawła albo któregoś z pozostałych dzieci?

Agata uśmiechnęła się gorzko.

– W domu żadnych rysunków Wojtka nie ma. Ani tata, ani mama nigdy jego malowania nie pochwalali i wszystko lądowało w piecu.

– Och. – Maria nie znalazła lepszej odpowiedzi. Wydało jej się to okrucieństwem większym niż sama śmierć. Jak ostateczne wymazanie, zaprzeczenie jedynego talentu, jaki chłopiec miał.

– Niech pani da spokój. – Agata spojrzała na zegarek i zaczęła z powrotem ubierać córeczkę. – Wierzę, że chce pani dobrze, jest pani miłą kobietą, ale… proszę dać spokój. Wojtkowi to życia nie wróci, a pani tylko będzie się zadręczać.

Marii zrobiło się wstyd – to ona powinna pocieszać Agatę, nie odwrotnie. Z drugiej strony siostra Wojtka nie wyglądała na bardzo przybitą. Smutną tak, ale nie załamaną. Kochała brata, jednak jego śmierć nie sprawiła, że jej świat się zawalił. Agata miała męża i dziecko, dla których po okresie żałoby wróciła do normalnego życia. Być może jedyną osobą, która nie zdoła tego zrobić, była matka chłopca, a może i ona za jakiś czas zapomni o najmniej udanym ze swoich dzieci.

Przed wyjściem Maria skorzystała jeszcze z toalety i myjąc ręce, spojrzała w pokryte czarnymi plamami lustro. Może to była wina tych plam albo po prostu kiepskiego oświetlenia, ale wyglądała źle: cerę miała zmęczoną, oczy zaczerwienione, jakby niedawno płakała, na policzkach od mrozu popękały żyłki. Agatę musiała chyba przekonać jej pozycja „pani nauczycielki”, bo raczej nie budząca zaufanie aparycja.

Zakręciła wodę, wróciła myślami do Wojtka i zastanowiła się, czy po jej śmierci ktoś by płakał.

„Oczywiście, że nie”, odpowiedziała sama sobie. Ciotka umierała w szpitalu, innych bliskich krewnych Maria nie miała, przyjaciół też nie. Może koleżanki z pracy wspomniałyby ją od czasu do czasu, ale to tyle. Było w tej myśli coś kojącego – roztopić się w pustce nieistnienia, jakby nigdy się nie urodziła, jakby całe jej życie było pomyłką, którą zgon zdołał naprawić. Dlaczego nie? Jednak dzieci powinny odchodzić inaczej, ich śmierć powinna wyrywać w czyimś życiu dziurę nie do załatania.

Czy właśnie tak stało się w przypadku Pawła Kurzei? Czy tak będzie, kiedy zginie dziewczynka nazywana Jasną i chłopiec, którego imienia czy też przezwiska Maria nie potrafiła sobie przypomnieć?

8 – Gdy tylko zrobi się cieplej, zabieram 8a w góry. Na Szczeliniec, może na Śnieżkę. Piękne trasy, mówię ci. Dzieci potrzebują jakiejś odmiany po tej tragedii. – Ewa Baran energicznie wytarła ręce w wiszący obok umywalki ręcznik.

Maria dokładnie spłukała mydło i również sięgnęła po ręcznik, powstrzymując się od stwierdzenia, że 8a żadnej tragedii nie przeżyła. Jednak dla Ewy Baran każdy pretekst był dobry, żeby wybrać się w ukochane góry. Nawet teraz młoda nauczycielka geografii, ubrana w ciężkie, ubłocone buty, spodnie i rozciągnięty sweter, wyglądała, jakby właśnie wróciła z wycieczki.

– Może wybierzesz się z nami?

– Nie przepadam za górami.

– Nonsens. Trasa ze Śnieżki…

Ewa wciąż mówiła. Marii to nie przeszkadzało, właściwie nawet lubiła tę kobietę. W jej towarzystwie nie musiała się obawiać mniej lub bardziej zawoalowanych aluzji, że kiepsko ostatnio wygląda czy dziwacznie się zachowuje. Ewa Baran była tak bardzo skoncentrowana na swojej pasji, że nic poza nią jej nie obchodziło.

– Muszę jeszcze zajrzeć do pokoju nauczycielskiego – przypomniała sobie Maria, gdy dotarły do drzwi wyjściowych. – Zostawiłam tam notes.

– Jasne.

Minęła szesnasta, szkoła była niemal pusta. Jedynie z klasy na drugim piętrze dochodziły słowa śpiewanej Katiuszy – niewątpliwy znak, że 6b pilnie ćwiczy rosyjski. Na parterze sprzątaczka zabrała się już za wycieranie podłogi.

W pokoju nauczycielskim Rysiek Stenzel stał przy swojej szafce i patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami. Maria podniosła ze stołu notes, schowała go do torebki i na wszelki wypadek przejrzała jeszcze jej zawartość, by się upewnić, że niczego więcej nie zapomniała. Wyglądało na to, że wszystko jest na swoim miejscu.

Rysiek zamknął szafkę.

– Nie widziałaś przypadkiem moich tabletek? Takich małych w białym opakowaniu?

– Nie, przykro mi.

Nadal marszczył brwi i wyglądał na zagubionego. Jasno­włosy, z ciepłymi brązowymi oczami, był uderzająco przystojny, miał jednak feler: mówił wysokim, niemal kobiecym głosem. Maria czasem się zastanawiała, czy uczniowie się z niego śmieją. Przypuszczała, że tak.

– Mam nadzieję, że nikt nie wziął ich przypadkiem. To silne leki, tylko na receptę. Mogą komuś zaszkodzić.

– Może po prostu zostawiłeś je w domu?

– Taaa, pewnie tak.

Maria zawahała się. Miała okazję, żeby porozmawiać z nim sam na sam, czy jednak na pewno tego chciała? Rozsądek podpowiadał, żeby dać spokój, wrócić do domu, nakarmić kota, pojechać z nim wreszcie do weterynarza i zaszczepić.

Została.

– Zastanawiałam się… – zaczęła niepewnie, podczas gdy Rysiek pakował do torby pokaźny plik zeszytów.

Część z nich spadła na podłogę. Schylił się, omal nie uderzył głową o kant stołu i na koniec upuścił teczkę. Z jakichś powodów nawet jego niezręczność wydawała się Marii rozbrajająca, jakby obserwowała dużego niezgrabnego psa.

– Tak?

– Pamiętasz może, co rysował Wojtek Kapuściak?

– Kapuściak? Rysował? – Przez chwilę wydawało się, że Rysiek zapomniał nie tylko o istnieniu Wojtka, ale i o tym, że prócz historii uczy również plastyki. – Jasne, pamiętam. Zdolny chłopiec, bardzo zdolny.

– Tak, ale co rysował? – Maria doskonale wiedziała, że Stenzel gotów jest nazwać zdolnym nawet największego nieudacznika. – Dawałeś klasie jakieś konkretne zadania czy każdy rysował, co chciał?

– Różnie. Po wakacjach oczywiście rysowali wakacje, zimą zimę… A czasem mogli sami wybierać.

Marii przemknęło przez głowę, że temat „Jak spędziłem wakacje” jest może dobry dla dziesięciolatków, ale z pewnością nie dla ósmoklasistów. Z drugiej strony, jakie to właściwie miało znaczenie? Wychowanie plastyczne było jednym z tych przedmiotów, których nikt nie traktował poważnie – ani nauczyciele, ani uczniowie, zwłaszcza starsi.

– A co rysował Wojtek, kiedy dawałeś im wolną rękę?

– Nie pamiętam – przyznał Rysiek po chwili zastanowienia. – Chyba jakieś przygody w lesie. Jeśli chcesz, będziesz mogła obejrzeć jego rysunki podczas Dni Miasta. Wybrałem na nasze stoisko najciekawsze prace. Asia maluje prześliczne…

– Moment. Gdzie są teraz te wszystkie obrazki?

– Wysłałem je do Wrocławia do oprawy, żeby ładnie wyglądały. Może nawet któryś się sprzeda.

– Pocztą?

– Tak, oczywiście. Powinny już wrócić, ale przesyłka się spóźnia. Boję się, czy poczta jej nie zgubiła. Szkoda by było, niektóre są naprawdę bardzo ładne. Asia Grabkowska namalowała statek na morzu, żagle wykleiła srebrnym papierem, a fale zrobiła z niebieskiej włóczki…

Maria wyobraziła to sobie i wzdrygnęła się lekko. Rysiek już nie sprawiał wrażenia zagubionego, mówił teraz z wyraźnym zaangażowaniem, oczy mu błyszczały, a głos załamywał się niebezpiecznie w wysokich rejestrach. Pomyślała o tym trochę nieśmiałym, miłym mężczyźnie stojącym przed gromadą dojrzewających dziewcząt, wystarczająco dorosłych, żeby kusić krótkimi spódniczkami czy obcisłymi bluzkami, i wystarczająco młodych, żeby nie mieć litości dla cudzych słabostek. Nagle zrobiło jej się go żal.

Rysiek włożył sfatygowany płaszcz i wsunął teczkę pod ramię. W drzwiach odwrócił się jeszcze i zmarszczył brwi.

 

– Właściwie dlaczego interesują cię rysunki Wojtka?

Uśmiechnęła się przepraszająco.

– To tylko taka luźna myśl. Wydawało mi się… Właściwie sama nie wiem. Nieważne, zapomnij o tym. Przesyłka na pewno przyjdzie przed Dniami. Będziemy mieli najlepsze stoisko ze wszystkich szkół.

9 – Niech pan zacznie jeszcze raz, od początku – zaproponował porucznik Adam Bogusz. – Tylko do rzeczy. Wyszedł pan na spacer z psem około szesnastej trzydzieści…

– Tak, około szesnastej trzydzieści. – Siedzący po drugiej stronie stołu mężczyzna pokiwał gorliwie głową. Był drobny, niemal całkiem łysy, co zakrawało na ironię, pracował bowiem jako fryzjer. Na komendę zgłosił się sam i od kwadransa ze starokawalerską pedanterią rozwodził się nad tym, o jakich godzinach zwykła się wypróżniać jego suczka, nad temperaturą panującą feralnego dnia pod wieczór oraz innymi bzdurami, z których Bogusz próbował wyłowić przydatne informacje.

– Bo widzi pan, moja Mimi…

– Nieważne, co Mimi. Znalazł się pan razem z psem w okolicy kamieniołomów i tam zobaczył pan…?

– Mężczyznę, wysokiego, szczupłego. Nie wiem, czy bym go poznał, od dzieciństwa mam kiepską pamięć, nawet w szkole…

Chwilę trwało, nim Boguszowi udało się znów naprowadzić fryzjera na właściwy temat.

– Stał tam i wyglądał… podejrzanie.

– Czyli jak?

– Czaił się w krzakach i chował przede mną twarz. Specjalnie tak się odwracał, żebym nie mógł zobaczyć, jak wygląda.

Bogusz spojrzał na drobnego mężczyznę z namysłem. Nie miał wątpliwości, że w tym przypadku świadek każde, nawet najbardziej niewinne zachowanie zinterpretowałby po czasie jako „podejrzane”. Jaka była jednak szansa, że ktoś naprawdę niewinny kręcił się w wieczór zabójstwa przy kamieniołomach? Nie był to teren zachęcający do spacerów, zwłaszcza zimą, nie przebiegał tamtędy żaden skrót. Nawet pijaczki szukające ustronnego kąta, gdzie dałoby się wypić pół litra, znały cieplejsze i mniej wietrzne miejsca. Nie, Bogusz podejrzewał, że jeśli „wysoki, szczupły mężczyzna” istniał naprawdę, z dużym prawdopodobieństwem był mordercą, którego szukali.

– A jak był ubrany? Może rozpoznałby pan choć ­ubranie?

– W płaszcz, jasny, krótki i taki jakby trochę damski. Teraz jest taka moda, tak? Z dwoma rzędami guzików i szerokim kołnierzem. Przyjrzałem się dobrze, bo ­kiedyś…

Bogusz już nie słuchał. Odsunął maszynę do pisania, czując, jak przez jego ciało przebiega dreszcz podniecenia.

W bardzo podobnym płaszczu na przesłuchanie przyjechał Szczepan Jarosa.

10 Było po czwartej lekcji, większość klasy już wyszła. W pomieszczeniu zostały tylko Asia, Karolina i Sylwia. Maria nie widziała ich, ale wiedziała, że tu są. Szafka pod ścianą aż dygotała od stłumionych chichotów.

– Zbierajcie się. Nie będę na was czekać. – Maria zamknęła dziennik.

Kilka dni temu dziewczyny z 8a zaczęły urządzać sobie nową zabawę: nie chciały wychodzić podczas przerwy na zimno i wiatr, wolały zostać w ciepłej klasie, a ponieważ żaden nauczyciel im na to nie pozwalał, chowały się w różnych miejscach. Odkryte, uciekały ze śmiechem pomiędzy ławkami. Czasem takie przepychanki potrafiły trwać nawet dziesięć minut.

Maria miała dość.

– Przecież wiem, że tam jesteście. Nie wstyd wam? Zachowujecie się jak dzieci. No już…

Szafka zadygotała jeszcze bardziej. Maria podeszła do niej i otworzyła drzwi. Wciśnięte między zakurzone portrety wieszczów i wywieszaną na 1 maja flagę stały trzy rozbawione ósmoklasistki. Karolina wyprysnęła z wnętrza i przemknęła obok Marii. Asia nie była tak szybka. Maria wyciągnęła rękę, kiedy nagle dziewczyna potknęła się i z całej siły uderzyła głową o kant ławki.

To, co wydarzyło się później, Maria pamiętała jak zły sen, z którego nie sposób się obudzić. Uśmiechy znikające z twarzy Karoliny i Sylwii, jakby ktoś zmazał je wilgotną gąbką. Zduszony, bolesny okrzyk Asi i jej zszokowane spojrzenie, kiedy dotykała czoła, a potem patrzyła na ubrudzone krwią ręce. Maria miała dziwne wrażenie nierealności całej tej sytuacji i przez kilka sekund po prostu stała jak sparaliżowana, wreszcie jednak – wciąż jak we śnie – chwyciła Asię za ramię i zaciągnęła do gabinetu higienistki, która zdecydowała, że dziewczynę trzeba zawieźć na pogotowie, bo nie obejdzie się bez szycia.

Godzinę później zwolniona z lekcji ósmoklasistka była już w domu, a Maria siedziała w gabinecie dyrektorki. Za oknem padał śnieg, mimo palącej się pod sufitem lampy w pomieszczeniu zalegał zimowy półmrok, który kładł się na piersi Marii ciężarem nie do zniesienia. Oczy Czesławy Sikory za grubymi szkłami okularów miały kolor niedojrzałego agrestu, purpurowe paznokcie postukiwały w blat biurka, umalowane na czerwono wargi zacisnęły się w wąską kreskę.

– Nie wiem, jak to się stało – powiedziała Maria. – Straciłam cierpliwość…

– Nonsens – ucięła dyrektorka. – Asia biegła i nagle się potknęła, bywa. Tak to już jest z głupimi kozami, które nie patrzą pod nogi. Te dziewczyny powinny mieć więcej rozumu. Może ten wypadek je czegoś nauczy.

– Ale…

– Rozmawiałam z Karoliną i Sylwią. Obie powiedziały mi, że Asia sama się przewróciła.

– Naprawdę?

– Oczywiście. – Ton głosu Czesławy Sikory nie znosił sprzeciwu.

Maria milczała. Może naprawdę dziewczynka po prostu się potknęła? Sama już nie była pewna. Przeszłość rozmazywała się w pulsującym bólu głowy. Pamiętała, że wyciągnęła rękę, pamiętała szorstkość szkolnego fartuszka pod palcami, kiedy dotknęła ramienia Asi. Próbowała ją chwycić po to, żeby popchnąć w stronę drzwi, czy może żeby uchronić dziewczynkę przed upadkiem? Nie potrafiła sobie przypomnieć. „Nie zrobiłabym krzywdy dziecku”, myślała, ale nawet dla niej brzmiało to mało przekonująco. „Byłaś zmęczona – podpowiadał złośliwy głosik w tyle głowy – jak przez cały czas ostatnio. Zmęczona i zła. Po prostu straciłaś cierpliwość. Właśnie tego się najbardziej boisz, prawda? Że któregoś dnia przestaniesz poznawać samą siebie, że pękniesz jak spróchniałe drzewo, ukazując światu wszystko to, o czym nie chcesz myśleć ani pamiętać”.

– Pani Mario? – Głos dyrektorki wyrwał ją z zamyślenia. – Czy ma pani jakieś problemy? Może zdrowotne albo rodzinne? Nie ukrywam, że trochę mnie pani ostatnio martwi. Proszę mnie źle nie zrozumieć: taki wypadek jak dzisiaj może zdarzyć się każdemu, ale naprawdę wolałabym, żeby to się nie powtórzyło. Czy mogę na panią liczyć?

Miała ochotę odpowiedzieć: „Nie, przecież sama sobie nie ufam”. Kiedy siedziała w gabinecie higienistki z zakrwawioną Asią, poczuła nawet pewnego rodzaju ulgę. Jakby więcej nie musiała udawać, jakby teraz wreszcie mogła po prostu wrócić do domu, położyć się do łóżka, zamknąć oczy i tam zostać.

– Pani Mario?

– Może pani na mnie liczyć – powiedziała cicho. Udawanie było jej drugą naturą, skórą, w którą wskakiwała za każdym razem, kiedy wychodziła z domu. Niełatwo było się z niej wyzwolić.

– Co się z panią dzieje? Przez pierwszych kilka miesięcy była pani świetną nauczycielką, a potem…

– Mam ciężko chorą ciotkę. Jest w szpitalu, lekarze nie dają jej nadziei na przeżycie. To moja jedyna bliska krewna, zastępowała mi matkę, kiedy byłam dzieckiem.

Instynkt musiał podpowiedzieć Marii właściwe słowa, bo twarz dyrektorki rozjaśniła się we współczującym uśmiechu.

– Emilia Orawska, oczywiście. Poznałam ją kiedyś. Bardzo mi przykro. Proszę pozdrowić ciocię, może będzie mnie pamiętać. Ale rozumie pani, że takie tragedie nie mogą wpływać na naszą pracę?

– Tak.

Czesława Sikora wyciągnęła rękę i delikatnie poklepała Marię po dłoni.

– To świetnie. Cieszę się, że doszłyśmy do porozumienia.

Maria wróciła do pokoju nauczycielskiego. Za chwilę miała się zacząć kolejna lekcja. Ala myła szklankę po herbacie, Renia Banaśkiewicz zbierała ze stołu rozrzucone ołówki. Z Ryśkiem Maria minęła się w drzwiach. Bała się, że znów będą na nią dziwnie patrzeć, ale mało kto zwrócił uwagę na jej wejście. Tylko Alicja uśmiechnęła się pokrzepiająco znad zlewu. „Może zwyczajnie jestem przewrażliwiona”, pomyślała Maria, kiedy nagle ciężka ręka wylądowała na jej ramieniu.

– Nie rób takiej ponurej miny – zahuczał koło ucha wesoły bas. Karol Górny był chudy, żylasty, praktycznie same mięśnie i ani grama tłuszczu, jednak głos miał zaskakująco głęboki. – Pokazałaś tym dziewuchom, gdzie ich miejsce, co? Więcej nie będą ci się naprzykrzać.

– Nie naprzykrzały mi się – zaprotestowała. – I nie…

– Zawsze uważałem, że młodzież należy trzymać krótko. Dyscyplina, tego im brakuje. Dzieciaki teraz strasznie rozwydrzone są. I leniwe, ćwiczyć im się nie chce. Ale jak ja je biorę w obroty, to chęć jakoś zawsze się znajduje. – Zaśmiał się z żartu, który chyba tylko jemu wydawał się zabawny.

Ala rzuciła Marii współczujące spojrzenie, po czym wymknęła się z pokoju nauczycielskiego. Renia też wyszła, podczas gdy Karol wciąż trzymał Marię za ramię.

– Słowo daję, postawiłbym ci kielicha, ale tu nie wypada, a do baru pewnie ze mną nie pójdziesz, co? Tak myślałem. Szkoda. Szkoła to taki babiniec, nawet napić się nie ma z kim.

– Muszę już iść.

– Masz teraz lekcje?

– Nie, ale chcę wrócić wcześniej do domu. Zostawiłam tam głodnego kota.

– Kota? – Roześmiał się. – No tak, to do ciebie pasuje. Odprowadzę cię na przystanek, mam teraz okienko.

Już przy wzmiance o kocie Maria poczerwieniała, zła na samą siebie, a teraz jej frustracja jeszcze się pogłębiła. Oczywiście mogła odmówić, powiedzieć, że nie życzy sobie jego towarzystwa, ale wtedy Karol poczułby się urażony. Ostatecznie nie chodziło przecież o randkę, tylko o przejście kilkudziesięciu kroków dzielących szkołę od przystanku. Znowu zaczęłoby się gadanie, że Maria to nietowarzyska dziwaczka, lepiej więc było zacisnąć zęby.

Gdy walczyli z podmuchami śnieżycy, czuła niemal fizy­cznie, jak otacza ją dusząca chmura testosteronu. Karol wciąż mówił: o zaletach ćwiczeń i surowej dyscypliny, o tym, że szkodliwość palenia to przesąd, bo jego dziadek palił i dożył w świetnym zdrowiu dziewięćdziesiątki. Maria pomyślała o Wojtku, narażonym dwa razy w tygodniu na kontakt z tym człowiekiem. Może właśnie on doprowadził chłopca do samobójstwa? Ani przez chwilę nie wątpiła, że byłby w stanie to zrobić i nawet nie przyszłoby mu do głowy, że w czymkolwiek zawinił.

Ofiarami Karola padali grubi, nieruchawi uczniowie, a zwłaszcza uczennice. Górny nie uznawał usprawiedliwień z powodu comiesięcznego „niedysponowania” i chwalił się, że kiedyś na jego lekcji jedna dziewczynka zwymioto­wała z wysiłku. Maria, która za WF­-em nigdy nie przepadała – w szkole lubiła tylko zajęcia na basenie – szczerze nie cierpiała tego typa i nie miałaby nic przeciwko temu, żeby obarczyć go winą za śmierć Wojtka. Jednak plastyka i WF były jedynymi przedmiotami, z których młody Kapuściak miał dobre oceny. Nie, przyczyn śmierci chłopca trzeba było szukać gdzie indziej – prawdopodobnie w ogóle poza szkołą.

„Może w lesie?”, pomyślała, kiedy autobus odjechał z przystanku, na którym skulony pod wiatą Karol Górny zapalał papierosa. Nie zdziwiłaby się, gdyby wyjaśnienie śmierci Wojtka leżało w miejscu, które chłopiec tak chętnie rysował.

11 Uzbrojony w prokuratorski nakaz sierżant Krupa stanął przed domem Szczepana Jarosy w towarzystwie dwóch pomocników. Właściciela nie było – siedział teraz na komendzie w Mgielnicy i z pewnością przeżywał ciężkie chwile. Krupa miał nadzieję, że to, co tutaj znajdą, wystarczy, żeby z przesłuchania został przewieziony prosto do aresztu.

Dom Jarosy znajdował się pięć kilometrów od centrum wioski – sporo dla kogoś, kto nie ma samochodu, może jednak ojciec Pawła lubił długie spacery po świeże pieczywo czy codzienną gazetę. Nie była to wiejska chałupa, raczej weekendowa chatka z gatunku tych, jakie stawiali sobie bogaci prywaciarze. Do połowy murowana, wyżej drewniana, trochę w góralskim stylu. Ciężkie okiennice na parterze i piętrze były zamknięte, drzwi przesłaniała solidna krata.

Krupa przestał się dziwić wszystkim tym zabezpieczeniom, kiedy zobaczył wnętrze, w którym królował kolorowy telewizor, a obok stał magnetowid. W barku znaleźli zapas zagranicznych alkoholi, na stoliczku leżała skórzana papierośnica z wytłoczonym złotem imieniem i nazwis­kiem właściciela.

– Facet zarobił na to, pisząc pieprzone wiersze? – mruknął Krupa. On sam prędzej z powrotem uwierzyłby w Świętego Mikołaja niż w coś takiego.

Nad telewizorem wisiały dwa obrazy w ciemnych barwach: jeden przedstawiał martwego koguta na stole pełnym warzyw i owoców, drugi pustą leśną drogę, dziwnie posępną mimo przebijającego przez korony drzew słonecznego światła. Kolejną ścianę zdobiło imponujących rozmiarów poroże jelenia.

 

Przeszukiwali dom pomieszczenie po pomieszczeniu, zaczynając od salonu, jednak nigdzie nie znaleźli nic oprócz dalszych oznak luksusu. Obudowana mahoniem wanna w łazience, na półce droga woda kolońska, modne, nieco przesadnie młodzieżowe ubrania w szafie. Krupa zanotował, żeby sprawdzić, skąd podejrzany naprawdę ma na to wszystko pieniądze, ważniejszym pytaniem jednak było, dlaczego facet zdecydował się zamieszkać na takim odludziu. Sierżant sam był daleki od elegancji, ale doświadczenie mówiło mu, że ludzie nie wkładają włoskich butów ani spodni z Peweksu po to, żeby spacerować po lesie i podziwiać przyrodę. Jeśli ktoś wybulił kupę kasy na ekstraciuchy, to chciał, żeby inni je podziwiali – najlepiej zamożni inni, a nie gromada wiejskich przygłupów popijających piwo pod spożywczakiem. Człowiek w typie Szczepana ­Jarosy zdecydowanie powinien mieszkać w mieście.

A jeśli już z jakichś powodów zdecydował się na wieś, czemu przynajmniej nie kupił sobie samochodu?

Krupa zapalił papierosa. Coś jeszcze nie dawało mu spokoju, coś ważniejszego niż kwestia mieszkania na odludziu czy brak auta. Broń. Czy było tu coś, co mogłoby zostać użyte jako narzędzie zbrodni przy morderstwie Pawła?

Zmarszczył brwi, po czym wrócił do kuchni i jeszcze raz otworzył szuflady. Łyżki, widelce, wszystko, czego można się spodziewać. Nie było tu niczego, co wyglądałoby podejrzanie.

Nie chodziło jednak o coś, co znajdowało się w domu, lecz o to, czego brakowało.

12 W środę rano Maria zadzwoniła do szkoły i powiedziała, że niestety nie będzie mogła dziś przyjść. Bardzo źle się czuje, chyba złapała grypę. Głos sekretarki brzmiał sucho, podejrzliwie, kiedy mówiła, że zaraz przekaże wiadomość dyrektorce.

Maria odłożyła słuchawkę i wróciła do łóżka. Mimo zmęczenia nie potrafiła zasnąć, leżała więc tylko, wpatrując się w półmrok. Miała wrażenie, że taka sama ciemność spowija jej myśli, tkwi w gardle i za oczami jak zastarzały kłąb rozpaczy. Czasami żałowała, że nie jest naprawdę chora. Nie na banalną grypę, ale na coś poważniejszego, może nawet śmiertelnego. Przynajmniej miałaby usprawiedliwienie, dlaczego nie radzi sobie z własnym życiem.

Kot wskoczył na łóżko i trącił ją w ramię zimnym nosem, miaucząc przy tym ponaglająco. Maria wiedziała, co powinna zrobić. Wstać, przede wszystkim. Dać kotu jeść, umyć się i ubrać. Jeśli spędzi cały dzień w koszuli nocnej i szlafroku, będzie się tylko obijała o meble albo siedziała przed telewizorem, patrząc w ekran nic nierozumiejącym wzrokiem. Zjeść coś, choć nie miała na to najmniejszej ochoty. Potem mogłaby włożyć płaszcz i przejść się na spacer, póki jeszcze jest jasno. Pomyślała o polach pokrytych śniegiem, od którego odbija się słońce. Całe połacie oślepiająco jasnej bieli. Tęskniła za tym widokiem, ale nie była w stanie wykonać pierwszego kroku. Jakby ktoś napełnił całe jej ciało ołowiem.

Kot miauczał coraz donośniej, a do trącania nosem doszło drapanie. Maria zepchnęła go, ale uparte zwierzę znowu wskoczyło na łóżko. Zegar wybił dziesiątą.

Pora wstać.

Jednak minął jeszcze kwadrans, zanim udało jej się wreszcie zwlec. Była osłabiona, za oczami wciąż coś ją ściskało, jakby lada moment miała się rozpłakać. Od kilkunastu dni czuła ten ucisk bezustannie, czasem słabszy, czasem mocniejszy.

Nakarmiła kota, zmieniła nocną koszulę na spodnie i sweter – na tyle było ją stać. Potem wyniosła krzesło i przez jakiś czas siedziała przed domem, patrząc na pokrywający ogródek śnieg. Słońce grzało ją w twarz i kiedy zamykała oczy, prawie czuła, jak wraca jej coś w rodzaju chęci do życia. Szybko jednak niebo znowu zaciągnęło się chmurami i musiała wrócić do środka.

Było po piątej, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Maria nie ruszyła się z kanapy, zdecydowana udawać, że jej nie ma. Może to był ktoś ze szkoły, może znowu milicja – tak czy inaczej, nie chciała nikogo widzieć. Jednak gość okazał się uparty i zadzwonił jeszcze raz, bardziej natarczywie, a potem w całym domu rozległo się głośne stukanie. Wreszcie jasny, dziewczęcy głos zawołał:

– Jesteś tam?!

Alicja.

Po chwili wahania Maria poszła otworzyć drzwi.

Ala wyglądała uroczo: zarumieniona, z przyprószonymi śniegiem włosami, które wymykały się spod czapki. Ściągnęła ją, patrząc na koleżankę rozszerzonymi oczami.

– Rany, ty naprawdę jesteś chora.

– Tak – odparła Maria. A potem: – Nie. Sama nie wiem.

Alicja zmarszczyła brwi.

– Martwiłam się, więc spytałam w sekretariacie o twój adres. Nie masz nic przeciwko temu? Przyniosłam ci coś, na wypadek gdybyś nie dała rady zrobić zakupów. – Uniosła rękę, w której trzymała pełną siatkę.

Maria milczała.

– Słuchaj – powiedziała Ala. – Wiem, że niektórzy uważają, że jestem zbyt bezpośrednia albo nawet wścibska. Trudno, taką mam naturę. Jeśli chcesz, żebym sobie poszła, po prostu powiedz. Nie obrażę się.

– Nie chcę, żebyś sobie poszła. – Maria odsunęła się, by wpuścić ją do domu. Miała wrażenie, jakby razem z dziewczyną do zimnego wnętrza weszła odrobina życia.

– Jadłaś dziś coś? – zapytała młodsza kobieta i nie czekając na odpowiedź, zabrała się za rozpalanie ognia, a potem nastawiła wodę na herbatę.

Maria siedziała w kuchni i cieszyła się bijącym od pieca ciepłem, podczas gdy koleżanka mówiła, nie oczekując niczego poza okazjonalnymi pomrukami zgody. Może właśnie tego było Marii trzeba.

Dziewczyna zdjęła z pieca gwiżdżący czajnik, sięgnęła do szafki i dopiero wtedy, tknięta nagłą myślą, odwróciła się w stronę gospodyni.

– Jeśli przeszkadza ci, że tak się rządzę…

– Nie przeszkadza. – Maria ze zdumieniem odkryła, że to prawda. A przecież powinno, bo nie należała do osób przesadnie towarzyskich.

Zjadły jajecznicę – Ala z apetytem, Maria bardziej po to, żeby zrobić koleżance przyjemność, a potem ze szklankami herbaty usiadły w pokoju, który Emilia Orawska trochę na wyrost nazywała salonem. Gdy czarny kot otarł się o nogi Ali, dziewczyna schyliła się, by go pogłaskać.

– Ładny. Jak się nazywa?

– Nie ma imienia. Przybłąkał się do mnie niedawno.

– Musisz go jakoś nazwać. Może Pirat?

– Czemu Pirat?

– Bo jedno ucho ma naderwane.

– Pirat powinien chyba nie mieć oka?

– Fakt. – Alicja zakłopotała się.

– Pirat jest w porządku – uspokoiła ją Maria. – Podoba mi się.

W pokoju przez chwilę panowała cisza, słychać było tylko tykanie zegara i drapanie w fotel, na którym Pirat ostrzył sobie pazurki.

– Czy Asia Grabkowska była dziś w szkole? – zapytała Maria.

– Nie, ma zwolnienie.

Maria wpatrywała się w parującą powierzchnię herbaty.

– Chciałabym ją przeprosić – powiedziała wreszcie.

Ala poruszyła się niespokojnie w fotelu.

– To chyba nie jest najlepszy pomysł.

– Bo wszyscy uznają to za przyznanie się do winy? – Maria uśmiechnęła się gorzko.

– Coś w tym rodzaju. – Ala westchnęła. – Nie wierzę, że zrobiłaś jej krzywdę. Nie wydajesz się tego typu osobą.

– A jakiego typu osoby krzywdzą dzieci? Sama nie jestem siebie pewna. Wszystko wydarzyło się tak szybko…

– Daj spokój, nikt nie ma do ciebie pretensji.

– Dlaczego właściwie tu przyjechałaś, Alicjo? Od czasu do czasu dzwonię do szkoły i mówię, że jestem chora, ale do tej pory jeszcze nikt nie przyszedł sprawdzić, jak się czuję, ani tym bardziej nie przyniósł mi jedzenia.

– Już mówiłam, lubię cię. A poza tym… – Dziewczyna zawahała się. – Poza tym ostatnio dowiedziałam się, że jednak masz tajemnicę. W porządku. – Uniosła ręce w obronnym geście. – Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?