ŁaskaTekst

Z serii: Ze Strachem
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łaska
Łaska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Łaska
Łaska
Łaska
Audiobook
Czyta Grzegorz Przybył
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wrócę szybko – obiecała tylko.

4 Od rana przez komendę przewijał się sznurek najbliższych kolegów i koleżanek Pawła Kurzei. Przychodzili z rodzicami, wszyscy absurdalnie młodzi, patrzący na Adama Bogusza wielkimi dziecięcymi oczami. Niektórzy płakali, innym brutalna śmierć chłopca wydawała się chyba niezbyt realna, jak scena z amerykańskiego filmu. Kilku sprawiało wrażenie niezdrowo podnieconych i z uporem wypytywało o krwawe szczegóły. Jednak wyglądało na to, że nawet ci, którym marzyło się odegranie roli Sherlocka Holmesa, szczerze Pawła lubili.

Do popołudnia porucznik miał już w głowie ukształtowany obraz zmarłego: solidny czwórkowy uczeń (piątki miał tylko z chemii i fizyki), zdecydowanie bardziej ścisłowiec niż humanista. Łasy na pieniądze, jednak nie na tyle, żeby miało to powodować większe konflikty. Rozsądny, pewny siebie, z jasno sprecyzowanymi planami na przyszłość: po podstawówce miał iść do technikum, a potem na chemię na uniwersytet jak ojczym. Od czterech miesięcy chodził z dziewczyną z równoległej klasy, co niewątpliwie imponowało jego kolegom.

Bogusz nie miał pojęcia, jak cokolwiek z tego, czego się dowiedział, może pomóc w znalezieniu mordercy.

Gdy drzwi zamknęły się za Majką i jej mamą, sierżant Beata Drzymała opadła na krzesło przy biurku Bogusza.

– To dzieciaki – powiedziała. – Próbują udawać dorosłych, ale tak naprawdę to jeszcze dzieci. Widziałeś tę dziewczynę? Nosi spódniczkę tak krótką, że prawie widać jej majtki, a we włosach spinki z biedronkami. Na swój sposób to wzruszające, nie sądzisz?

Bogusz nie sądził, pominął więc uwagę koleżanki milczeniem. Sierżant Drzymałę przydzielono do śledztwa kilka godzin temu, gdy Łaszkiewicz uznał, że podczas rozmów z nieletnimi przyda się odrobina kobiecej łagodności. Porucznik nie miał nic przeciwko temu, wolałby jednak, żeby dziewczyna ograniczyła się do uspokajania młodocianych świadków.

– Oni nic nie wiedzą. – Beata zignorowała brak odpowiedzi. – Żadne z nich nie ma pojęcia, kto mógł zabić chłopaka. To musiał być jakiś szaleniec…

– Który akurat przypadkiem znalazł się w kamieniołomie? – Bogusz był sceptyczny. – Nie, to zabójstwo zostało zaplanowane. Ktoś szedł za tymi chłopcami, obserwował ich, a kiedy Paweł został sam, uznał, że trafiła mu się dos­konała okazja.

– Jedno nie wyklucza drugiego – zwróciła uwagę Beata. – Szaleniec też mógł obserwować i czekać, prawda?

Bogusz mruknął coś niezobowiązująco.

– Co z ojczymem chłopaka? – zapytał po chwili. – I jego biologicznym ojcem?

– Ojca próbuje namierzyć Kurzeja, a ojczym przyjeżdża dziś o 17.55 pociągiem z Berlina. Wyjdę po niego na dworzec i sprawdzę, czy w paszporcie wszystko się zgadza. Na upartego mógł przekroczyć granicę, tak żeby nikt w Mgielnicy się nie dowiedział, zabić, a potem wrócić nocnym ekspresem z powrotem do NRD, ale nie sądzę, żeby to był on.

– Dlaczego?

Sierżant roześmiała się.

– Bo go znam, moja kuzynka z nim pracuje. To niewielkie miasto. Tadeusz Kurzeja ma sześćdziesiątkę na karku, niecałe metr siedemdziesiąt wzrostu i nosi okulary ze szkłami grubymi jak denka od butelek. Wątpię, żeby był w stanie zejść po tych drabinkach, zwłaszcza po zmroku, a potem zamordować wyrośniętego czternastolatka.

– Rozumiem. – Bogusz westchnął. – Ale i tak trzeba go sprawdzić.

– Pewnie. Popytam jeszcze na wszelki wypadek na ­dworcu.

Drzwi otworzyły się i do pokoju wetknął głowę sierżant Krupa, jak zwykle ostatnio smętny, w wymiętym mundurze.

– Przyszła jakaś kobieta. Mówi, że chce rozmawiać z oficerem prowadzącym sprawę Pawła Kurzei.

– W porządku, przyprowadź ją. Z dzieciakami i tak na dzisiaj skończyliśmy.

– Zostanę, co? – Beata uniosła ciemne brwi. – Może to coś ciekawego.

Bogusz zawahał się. Sierżant Drzymała jak na jego gust za dużo mówiła i zbyt łatwo się wzruszała, ale musiał przyznać, że czasem bywała przydatna.

– Spiszę jej zeznania. – Dziewczyna przysunęła stojącą na stoliku erikę.

To przesądziło sprawę, bo Bogusz nie znosił stukania w tę cholerną maszynę. Zawsze potem bolały go palce.

Ku zdumieniu porucznika do pokoju weszła ciemnowłosa nauczycielka Wojtka Kapuściaka. Maria Lenarczyk – przypomniał sobie. W ręku ściskała jakiś świstek i sprawiała wrażenie zdeterminowanej.

Beata pomogła jej zdjąć płaszcz i wskazała miejsce przy biurku. Nauczycielka przesunęła w stronę Bogusza kartkę, na której znajdował się rysunek. Zaczęła mówić, a porucznik wyglądał na coraz bardziej zdezorientowanego.

– Moment – przerwał jej w pewnym momencie, unosząc dłonie. – Twierdzi pani, że Paweł Kurzeja został zabity, ponieważ znał Wojtka Kapuściaka? I że być może Wojtek nie popełnił samobójstwa, tylko też padł ofiarą morderstwa?

– Tego nie wiem – wyjaśniła cierpliwie. – Ale ci chłopcy byli kiedyś przyjaciółmi, a to musi mieć znaczenie. Proszę spojrzeć. – Wskazała naszkicowaną postać. – To Paweł, imię też się zgadza.

– W każdej szkole jest co najmniej kilku Pawłów, a dziec­ko z tego obrazka może być kimkolwiek. Zresztą niedawno twierdziła pani, że Wojtek oddał pustą kartkę, a teraz mówi pani, że narysował scenkę w lesie.

Zarumieniła się i nerwowo potarła zaczerwienione dłonie. Stukanie maszyny na chwilę ucichło, Maria Lenarczyk milczała.

– Skłamałam – przyznała wreszcie. – To nie było najmądrzejsze, ale…

– Wydawało się łatwiejsze – dokończył za nią. – Często się to pani zdarza, prawda?

Przez jej twarz przemknął ledwie uchwytny wyraz gniewu, zaraz zastąpiony rezygnacją.

– Tak, chyba tak. Ale to nie ma znaczenia. Mówimy o tym, co mogło się przydarzyć tym chłopcom.

– Sprawdzimy wszystkie możliwe powiązania – obiecał Bogusz. Bardzo chciał, żeby Maria miała rację, bo wtedy morderstwo Pawła Kurzei byłoby jeszcze ciekawsze i bardziej skomplikowane, jednak nie zamierzał dać się ponieść entuzjazmowi.

– Dziękuję.

Beata podsunęła jej zeznanie do podpisu, a kiedy za nauczycielką zamknęły się drzwi, spojrzała na porucznika.

– Co o tym sądzisz?

– Zmyśla – powiedział z niechęcią. – Prawdopodobnie czuje się samotna i chce zwrócić na siebie uwagę.

– Może. A może coś w tym jest?

Bogusz podszedł do tablicy, na której wciąż jeszcze niczym wyrzut sumienia wisiało zdjęcie Wojtka, i powiesił obok dużą, profesjonalnie wykonaną fotografię Pawła Kurzei.

– Co mogło łączyć tych dwóch? Poza tym, że byli w tym samym wieku? Wojtek regularnie dostawał od ojca lanie, Paweł miał ojczyma, który traktował go jak własne dziecko i szykował na swojego następcę. Paweł uczył się dobrze, Wojtek z trudem zdawał do następnej klasy, a poza tym był kozłem ofiarnym. Ciekawe swoją drogą, czemu to samo nie spotkało Pawła. Chłopak był gruby; dlaczego nikt się z tego powodu nad nim nie znęcał?

– Moim zdaniem to nie tyle kwestia konkretnych cech, ile sposobu wychowania. Paweł miał rozsądną matkę, która nauczyła go pewności siebie.

– To wystarczy?

– Czemu nie? – Uśmiechnęła się, pokazując ładne zęby. – Ja też byłam w szkole pulpetem i nie miałam z tym problemów.

– Naprawdę? – Trudno było uwierzyć, że Beata kiedykolwiek miała nadwagę. Teraz można było o niej powiedzieć najwyżej tyle, że jest miło zaokrąglona we właściwych miejscach.

– Naprawdę.

Bogusz chrząknął.

– Dobra, wróćmy do Pawła i Wojtka. Mieszkali na dwóch różnych krańcach miasta, chodzili do różnych szkół…

– Co nie znaczy, że nie mogli się spotkać.

– Co nie znaczy, że nie mogli się spotkać – potwierdził. – Pytanie, gdzie. W jakim miejscu może się poznać dwóch chłopców? Jakieś zajęcia pozalekcyjne? Świetlica? Kolonie czy obóz?

– Dzieci na tym obrazku są chyba trochę za małe na coś takiego. – Beata spojrzała na pozostawioną przez Marię kartkę. – Wyglądają na jakieś pięć­–sześć lat, jak myślisz?

– W takim razie może coś organizowanego przez przedszkole? Trzeba będzie sprawdzić.

– Ja się tym zajmę. – Zgarnęła z biurka rysunek. – Bo jeśli ta nauczycielka sobie tego wszystkiego nie wyob­raziła…

– Mamy poważny problem – dokończył za nią Bogusz.

5 Maria dotarła do domu zła i upokorzona. „Często się to pani zdarza, prawda?”, zapytał młody milicjant, a ona nie potrafiła zaprzeczyć. Mogła od razu przyznać, że Wojtek naszkicował obrazek, ale to wiązałoby się z koniecznością tłumaczenia, co narysował, czy opowiadaniem o jego talencie, prościej więc było zełgać, że oddał pustą kartkę. Maria miała skłonność do takich drobnych, na pozór niewiele znaczących kłamstw, które ułatwiały jej życie. Poniekąd też dlatego ciotka była nią rozczarowana: lenistwo, krętac­two i tchórzostwo mieściły się wysoko na liście grzechów znienawidzonych przez Emilię Orawską.

Maria wyjęła z garnka rozmrożoną rybę, nakarmiła kota, a potem wypuściła go na dwór. Jeszcze po południu planowała zrobić makaron, jednak nie miała teraz siły na wałkowanie ciasta. Przygotowała na kolację tylko parę kromek z serem, a i tak połowę wyrzuciła do śmieci. Marnowanie jedzenia – kolejna rzecz, która z pewnością nie spodobałaby się ciotce. Próbowała czytać książkę, ale zorientowała się, że ciągle wraca do tego samego fragmentu. Właściwie powinna być zadowolona. Spełniła swój obowiązek, zawiadomiła milicję, a co oni z jej informacją zrobią, to już ich sprawa. Nieważne, że przy okazji wyszła na idiotkę, dobrze chociaż, że nie wspomniała o Kartoflanym Człowieku – dopiero by na nią dziwnie patrzyli. Dlaczego więc czuła się, jakby po raz drugi zawiodła Wojtka?

Spała źle i rano przyszła do szkoły jeszcze bardziej zmęczona niż zwykle. Piątoklasistom usiłowała dać zadanie z działu, którego jeszcze nie przerabiali, a kiedy uczeń z 7b odpowiadał przy tablicy, wyłączyła się tak kompletnie, że zaalarmowała ją dopiero nagła, nienaturalna cisza, w której dwadzieścioro sześcioro dzieci gapiło się na nią z wyraźnym zaciekawieniem. Tym razem zdołała jakoś wybrnąć, lecz miała świadomość balansowania na bardzo cienkiej linie. Już nawet uczniowie wiedzieli, że dzieje się z nią coś złego. Wyszła z klasy spocona, z mocno bijącym sercem, jak ktoś, kto o włos uniknął upadku z dużej wysokości. Na szczęście niedługo miały się zacząć ferie zimowe, w szkole wystawiono większość ocen, lekcje były wyraźnie luźniejsze. „Wytrzymam”, pomyślała.

 

Po południu odwiedziła ją milicjantka, ta miła, która siedziała w kącie i spisywała zeznania. Maria zaprowadziła ją do salonu. Czarny kot parsknął, niechętnie ustąpił gościowi miejsca na tapczanie, po czym wymaszerował z zadartym ogonem.

– Wpadłam tylko na chwilę – tłumaczyła sierżant Beata Drzymała. – Pomyślałam sobie, że może chciałaby pani wiedzieć, co udało nam się ustalić.

– Tak?

– Paweł Kurzeja i Wojciech Kapuściak chodzili do różnych przedszkoli i szkół, należeli do różnych parafii, nigdy nie pojechali razem na kolonię czy obóz, nie spotkali się też w harcerstwie, domu kultury, klubie młodzieżowym ani na jakichkolwiek zajęciach pozalekcyjnych. Nie było to trudne do ustalenia, bo Wojtek w ogóle nie chodził na żadne dodatkowe zajęcia, tylko na religię, a wakacje spędzał w mieście. Rodzina i koledzy Pawła nie kojarzą, żeby wśród jego znajomych był jakiś Wojtek, natomiast Wojtek…

– Wojtek kolegów i tak nie miał.

– Zgadza się. – Młoda milicjantka uśmiechnęła się przepraszająco. – Przykro mi. Oczywiście to jeszcze nic nie znaczy, chłopcy mogli się zetknąć gdziekolwiek: w lodziarni, na odpuście czy po prostu włócząc się po Mgielnicy. Ale nawet jeśli kiedyś się poznali, to musiała być przelotna znajomość, inaczej ktoś by o tym wiedział. Szukanie takiego spotkania jest jak szukanie igły w stogu siana.

– Rozumiem. – Maria wolałaby, żeby gość już sobie poszedł, jednak sierżant wyraźnie zwlekała.

Sięgnęła do torebki i z lekkim wahaniem podała Marii szkic Wojtka.

– Może chciałaby pani to sobie zatrzymać? Adam, to znaczy porucznik Bogusz, chciał włączyć rysunek do akt, ale skoro i tak nie idziemy tym tropem, to nie ma większego sensu, prawda? Zostanie pani pamiątka po chłopcu.

Przez chwilę Maria pragnęła mieć na tyle odwagi, żeby powiedzieć tej miłej młodej kobiecie, że nie potrzebuje pamiątki, tylko czegoś, co pozwoli jej pozbyć się wyrzutów sumienia, ale jak zwykle wybrała łatwiejsze rozwiązanie – wyciągnęła rękę i wzięła rysunek.

6 W grubej szarej kopercie z pieczęcią instytutu medycyny sądowej przyszły materiały z sekcji Pawła Kurzei. Bogusz wysypał je na biurko. Znajdowały się tam szczegółowy protokół oględzin, zdjęcia, a także schematyczne rysunki ukazujące rozmieszczenie ran na głowie zmarłego. Pięć ciosów, z których dwa okazały się śmiertelne. Zabójca był praworęczny i wysoki, miał około metra osiemdziesięciu wzrostu. Żadnych śladów szarpaniny czy walki – prawdopodobnie już leżąc na ziemi, Paweł jedynie zasłonił głowę rękami, a kolejne uderzenie strzaskało mu palce lewej dłoni. Porucznik zapalił papierosa i zastanowił się, czemu chłopak nie próbował się bronić. Może znał zabójcę i nie kojarzył go z zagrożeniem? Albo po prostu było ciemno i nie zauważył, że człowiek, który do niego podchodzi, ma w ręku niebezpieczne narzędzie?

To ostatnie martwiło Bogusza. W ranach Pawła znaleziono rdzę, prawdopodobnie było to więc coś w rodzaju starego pręta zbrojeniowego o długości mniej więcej pół metra i średnicy dwunastu milimetrów. Bogusz nakazał przeszukanie okolicznych krzaków, gruzowisk i śmietników, jednak niczego podobnego nie znaleziono. Wyglądało na to, że morderca zabrał narzędzie zbrodni ze sobą. Czemu nie? Panował mróz, pod grubym płaszczem czy kurtką człowiek mógł przenieść taki pręt choćby i przez całe miasto. Niemniej była to kolejna poszlaka wskazująca na zabójstwo z premedytacją. Ktoś zszedł w głąb kamieniołomu po to, żeby zabić, z przygotowaną bronią, a potem nie stracił głowy, nie próbował w panice pozbyć się narzędzia zbrodni, tylko spokojnie odszedł.

Na ubraniu i ciele Pawła nie znaleziono śladów wskazujących na „czynności seksualne”, jak eufemistycznie okreś­lono to w protokole, ale porucznik i tak rozważał, czy nie aresztować paru miejscowych homoseksualistów, którzy interesowali się młodymi chłopcami. Dzięki temu Bogusz i jego ludzie zyskaliby trochę czasu, uspokoili napływające z góry żądania jak najszybszych wyników. „W porządku, zróbmy to”, postanowił, choć nie wierzył, że Pawła zabił zboczeniec. Pięć ciosów, a przecież dwa w zupełności by wystarczyły. Tak mocno bije się kogoś, kogo się nienawidzi. Kto mógł nienawidzić czternastolatka?

Do pokoju weszła Beata i porucznik podzielił się z nią swoją teorią. Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną.

– Może morderca zwyczajnie chciał mieć pewność, że chłopak nie żyje? Wbrew pozorom ludzie są twardzi i potrafią sporo przetrzymać. Ojciec opowiadał mi o człowieku, któremu w czasie wojny granat wybuchnął w twarz. Facet przeżył, chociaż z jego czaszki wyciągnęli ćwierć kilo metalu.

Bogusz potrząsnął głową.

– Nie, to musiało być bardziej… osobiste. Złość, zemsta, coś w tym rodzaju.

– Zemsta za co? Przecież to dziecko.

– Ale wcale nie takie małe. Czternaście lat wystarczy, żeby mieć wrogów. Zresztą może nie chodziło o chłopca, tylko na przykład o jego matkę? Ktoś chciał ją zranić, zabierając syna. À propos: namierzyliście biologicznego ojca?

– Właśnie miałam ci powiedzieć. Facet nazywa się Szczepan Jarosa i mieszka całkiem niedaleko, bo w Jedlinach. Ma tam chatę na skraju wsi i podobno żyje z pisania wierszy. Pomyślałbyś o czymś takim? Prawnik! Drukowali go w paru gazetach; gdyby nie to, pewnie byśmy człowieka nie znaleźli. Ci z jedlinieckiego posterunku zgodzili się podrzucić nam go samochodem, bo facet własnego transportu nie ma, musiałby na autobus czekać. Nawiasem mówiąc, poprosiłam przez telefon o krótki opis podejrzanego; bystra jestem, nie? I wyobraź sobie, że pasuje. Niecała czterdziestka, metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, dobra kondycja. Nie mam pojęcia, po co miałby zabijać własne dziecko, ale niewątpliwie mógł to zrobić.

Adam Bogusz poczuł dreszcz podniecenia. Nareszcie coś zaczynało się układać. Jego pierwsza duża sprawa. „Nie spieprz tego – myślał, kiedy dwie godziny później wpadł na chwilę do domu. – Jeśli dobrze to rozegrasz, awans masz w kieszeni”.

Przygotował szybki obiad i zjadł przy ładnie nakrytym stole w maleńkiej kuchni. Forma była ważna, zachowywanie jej różniło go od kolegów, którzy po kilku latach pracy za biurkiem i byle jakiego, chwytanego w biegu żarcia błys­kawicznie zaczynali tyć. Bogusz w miarę możliwości starał się zdrowo odżywiać, ćwiczył codziennie, wypoczywał, jeśli tylko miał okazję, i czytał rozwijające umysł książki, nie gazety sportowe czy przemycane z RFN pornograficzne szmatławce, które czasem przynosili na komendę mili­cjanci. Jedyną jego słabością były papierosy, ale w wiecznie zadymionych pomieszczeniach po prostu nie dało się nie palić. „Dyscyplina ciała i ducha”, tak brzmiałoby jego hasło, gdyby je miał.

Koledzy mogli żartować z wypastowanych butów, porządnie zawiązanych krawatów czy zamawianej w knajpach oranżady, jednak Bogusz wiedział, że ostatecznie to on wygra. Został przeznaczony do większych celów niż praca prowincjonalnego gliniarza. A inni? Łaszkiewicz może kiedyś był niezły, ale najlepsze lata miał za sobą. Krupie brakowało polotu, sierżant nadawał się do wykonywania poleceń, a nie do samodzielnej pracy, zresztą ostatnio widać było, że nawet proste obowiązki sprawiają mu problem. Beata za parę lat wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, a wtedy jej kariera tak czy inaczej się skończy. Krauze… myśl o nim Bogusza zaniepokoiła. Staszek miał świetną opinię i był starszy stopniem, dlatego to on powinien prowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa Pawła. Na szczęście dla porucznika zatrucie córki Krauzego okazało się poważniejsze, niż lekarze myśleli, toksyny z grzybów uszkodziły nerki i dziecko leżało teraz na internie, podłączane dwa razy dziennie do stacji dializującej. Staszek niby urlopu nie wziął, niby w pracy bywał, ale wszyscy wiedzieli, że nie ma głowy do żadnej większej sprawy – przez cały czas tkwił przy telefonie, gotów pędzić do szpitala, jeśli stan córki się pogorszy. Bogusz nie życzył dziewczynce źle, uważał jednak, że dla dobra śledztwa powinna chorować jeszcze przez tydzień­–dwa. Tyle wystarczy, żeby znaleźć zabójcę.

Gdy wrócił na komendę, Szczepan Jarosa już na niego czekał. Bogusz na dobrą sprawę sam nie wiedział, kogo powinien się spodziewać. Rozczochranego ascety w typie rosyjskiego jurodiwego, romantycznego poety czy może zwyczajnego wariata? W każdym razie z pewnością nie oczekiwał tego, co zobaczył. Mieszkający w chatce na skraju wsi i żyjący z pisania wierszy Jarosa okazał się bowiem wysportowanym mężczyzną, na oko trzydziestoletnim, choć przecież zbliżał się do czterdziestki. Miał rudawe gładko zaczesane włosy, niewielki wąsik i twarz łasicy, która Boguszowi od razu się nie spodobała. Siedział w pokoju przesłuchań z nogą założoną na nogę, prezentując włoskie buty i modne wąskie spodnie.

– Mogę zapalić? – zapytał, kiedy porucznik przygotowywał maszynę do pisania.

– Tu nie wolno.

To nie była prawda, niektórym świadkom, a nawet podejrzanym na to pozwalano, ale Jarosa nie musiał o tym wiedzieć. „Niech się pomęczy – pomyślał Bogusz, który sam miał ochotę na papierosa. – Może szybciej zmięknie”.

Rozłożył na stole stos papierów – nie było w nich nic ciekawego, jednak przesłuchiwani na widok grubych teczek robili się nerwowi i bardziej skorzy do współpracy. Zazwyczaj, bo na Jarosę ta metoda nie działała. Mimo to porucznik nie tracił nadziei. Było w tym człowieku coś, co kazało wierzyć, że jego pewność siebie to w dużej mierze poza.

– Przesłuchanie z 21 stycznia, godzina 17.30 – czytał głośno to, co wystukiwał na maszynie. – Świadek: Szczepan Jarosa, przesłuchujący: porucznik Adam Bogusz.

– Świadek? – Mężczyzna uniósł cienkie rudawe brwi. – Nie jestem podejrzany?

– Jest pan tu z własnej woli, prawda? Nie musiał pan do nas przyjeżdżać.

– Nie musiałem, ale ten młody milicjant z Jedlin dał mi do zrozumienia, że jeśli nie okażę się chętny do współpracy, to mogę mieć kłopoty. – Skrzywił się lekko. – To chyba podpada pod paragraf 1 z artykułu 246.

– W żadnym razie. Nasz kolega chciał tylko powiedzieć, że jeśli zgłosi się pan z własnej woli, będziemy… znacznie mniej podejrzliwi co do pana udziału w całej tej sprawie, rozumie pan?

To również nie była prawda – czasem winni okazywali się właśnie ci najbardziej gorliwi, ale tego Jarosa też nie musiał wiedzieć.

– W porządku. – Ojciec Pawła usadowił się wygodniej na krześle. – Miejmy to za sobą. Niech pan pyta.

– Zacznijmy od tego, co pan robił 18 stycznia wieczorem.

– Nic. Byłem w domu.

– Sam?

– Sam. Co pan sugeruje?

– Nic nie sugeruję, chcę tylko wiedzieć, czy ktoś może to poświadczyć – oznajmił Bogusz łagodnie.

– Gdybym wiedział, że będziecie mnie podejrzewać o zabicie własnego dziecka, zaprosiłbym do siebie jakąś kobie­tę. Nie narzekam na powodzenie wśród płci pięknej, poruczniku. – Pozornie nadal mówił swobodnie, ale zdradzały go lekko drgający mięsień na policzku i kiwająca się ­stopa w skórzanym bucie.

– Dlatego rozpadło się pana małżeństwo z matką Pawła? Z powodu tego powodzenia?

– Co to ma do rzeczy?

– Ja tutaj zadaję pytania.

Jarosa westchnął, demonstrując nieistniejącym świadkom ogrom tego, co musi znosić.

– Rozwiedliśmy się, bo miałem romans, prawda. Nigdy tego nie ukrywałem. Ona była moją sekretarką. Śliczna, jasnowłosa, z długimi nogami, a do tego chętna. Grzechem byłoby nie skorzystać.

– A jednak i z kochanką pan się rozstał, bo teraz mieszka pan sam?

Wzruszył ramionami.

– Nie jestem stworzony do trwałych związków.

– A do relacji z własnym dzieckiem?

– Nie rozu…

– Rozwiódł się pan osiem lat temu i przez cały ten czas nie utrzymywał kontaktów z synem. To dosyć dziwne, nie sądzi pan? Zwłaszcza że przecież mieszkaliście niedaleko. Ludzie rozstają się codziennie, jasna sprawa, nie żyjemy w średniowieczu, żeby tkwić w nieudanym małżeństwie. Ale byli małżonkowi zazwyczaj jakoś się później dogadują, dziecko zostaje przy matce, ojciec odwiedza je i pomaga w wychowaniu… Pan jednak zupełnie odciął się od rodziny. Czyja to była decyzja, pana czy pana byłej żony? Bo nie wygląda pan na załamanego śmiercią Pawła.

 

– Kochałem tego chłopca. – Jarosa poczerwieniał lekko, a w jego głosie zabrzmiał ton wyższości. – Pan nie ma dzieci, prawda? Tak myślałem. W takim razie nie zrozumie pan, jak wygląda taka miłość, i nie zamierzam tego tłumaczyć. Ale potem żona mi go zabrała, a każda więź, nawet najsilniejsza, może się zerwać, jeśli się jej nie podtrzymuje. Tyle chyba potrafi pan pojąć. Czy to też za trudne? Nie wyglądam na załamanego, bo chłopiec, który zginął, był mi obcy. Mój Paweł wciąż żyje, we wspomnieniach, w wierszach, które o nim pisałem. Mogę przynieść tomik, jeśli interesują pana moje ­uczucia.

– Bardziej interesuje mnie odpowiedź na pytanie, dlaczego żona nie chciała, żeby widywał się pan z synem, skoro tak bardzo go pan kochał.

Jarosa powiódł spojrzeniem po ścianach, jakby szukał tam czegoś, na czym można zawiesić wzrok. Niczego nie znalazł, bo używane do przesłuchań pomieszczenie celowo było całkowicie pozbawione charakteru: tylko malowany na żółto, lekko zszarzały tynk, na którym jaśniejsze kwadraty znaczyły miejsca po zdjętych plakatach, wykładzina w zielonkawym kolorze i prosty drewniany stół. Mężczyzna sięgnął do kieszeni, wyjął paczkę papierosów i obracał ją przez chwilę. Palce też go zdradzały: długie, nerwowe, co chwila uciekające, żeby skubnąć mankiet czy poprawić kołnierzyk kraciastej marynarki.

– Naprawdę nie mogę tu zapalić? – Ojciec Pawła najwyraźniej należał do tych, którzy palą, żeby zająć czymś dłonie.

– Nie może pan. Proszę odpowiedzieć na pytanie. Czemu żona odcięła pana od syna? Bił go pan? A może ją?

Mięsień na policzku drgał teraz wyraźniej, palce raz jeszcze szarpnęły kołnierzyk, żeby go poluźnić. Na czole mężczyzny wykwitła kropla potu.

– Nigdy… nie… zrobiłem… mojej… żonie… niczego… złego – skandował słowa, jakby stemplował listy. – Ani jej, ani dziecku. Nie mógłbym… Nie jestem zdolny do przemocy, nie znoszę widoku krwi.

– Każdy jest zdolny do przemocy – oznajmił Bogusz. – To tylko kwestia odpowiednich okoliczności. Nawet święty potrafiłby zabić, gdyby odpowiednio go sprowokować.

Jarosa poczerwieniał jeszcze bardziej.

– Nie wiem, co ona panu nagadała. Natalia leczyła się psychiatrycznie. Niech pan sprawdzi jej kartę w przychodni, jeśli pan nie wierzy. Prawie miesiąc na oddziale zamkniętym. Moja była żona nie dość, że jest córką pijaczki, to jeszcze wariatką. Dlatego zabroniła mi widywać syna.

– Wariatka czy nie, to bardzo piękna kobieta. Może był pan na nią zły, bo przyciągała męskie spojrzenia? Pan miał kochanki, więc może i ona zaczęła rozglądać się za innymi mężczyznami? Rozumiem, jeśli nie potrafił pan tego znieść: my możemy pozwolić sobie od czasu do czasu na drobne przyjemności, taka już nasza natura, ale kobieta powinna znać swoje miejsce. A może – Bogusz pochylił się – może chodziło o coś więcej niż tylko skok w bok? Bo wie pan, co przyszło mi do głowy od razu, kiedy tylko pana ­zobaczyłem?

Jarosa pokręcił głową.

– Że dzieciak, Paweł, za diabła nie był do pana podobny. Jasne, zdarza się, że chłopak wda się w matkę, ale zawsze jednak coś po ojcu weźmie: kształt brwi, oczy, cokolwiek. A tu nic. Jakby wcale nie był pana synem.

Mężczyzna zamrugał z niedowierzaniem.

– Mówi pan… – To, co usłyszał, docierało do niego opornie, wreszcie jednak usta Jarosy rozciągnął uśmiech. – Że moja żona… że Natalia mogłaby… A to dobre, niech mnie!

Porucznik zrozumiał, że stracił swoją szansę. Ryba prawie połknęła haczyk, w ostatniej chwili jednak udało jej się umknąć. To nic, trzeba będzie spróbować jeszcze raz – bo Adam Bogusz mógłby się założyć o prawą rękę, że Szczepan Jarosa łże jak z nut.

7 Z przejścia podziemnego wynurzyła się jasnowłosa kobieta ciągnąca po oblodzonych schodach wózek z dziec­kiem. Wspinała się wolno, idąc tyłem. Jedną ręką ściskała poręcz, a drugą rączkę wózka.

– Proszę zaczekać, pomogę pani. – Maria oderwała się od studiowania tablicy odjazdów i ruszyła z odsieczą.

W odwróconej plecami blondynce było coś znajomego, jednak nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Schyliła się i złapała wózek od spodu.

– Dziękuję – wysapała młoda kobieta, kiedy znalazły się na przystanku.

Maria wyprostowała się i dopiero teraz mogła spojrzeć jej w twarz. Masa szarych włosów, wodniste, lekko wyłupiaste oczy. Niezbyt ładna, ale z wyglądu na tyle sympatyczna i energiczna, że za ładną mogła uchodzić – w przeciwieństwie do brata, który po prostu był brzydki.

W oczach dziewczyny także pojawił się błysk rozpoznania.

– Spotkałyśmy się już, prawda? Na pogrzebie Wojtka, pani była jego nauczycielką.

– Tak. – Maria czuła się lekko zakłopotana, jak zawsze gdy miała do czynienia z ludzkim nieszczęściem. – Maria Lenarczyk – przedstawiła się odruchowo.

– Agata Nelec. Autobus już odjechał?

– Przed chwilą. Też się spóźniłam.

Młoda kobieta zaklęła. Kolejny miał przyjechać dopiero za godzinę, do tego czasu czekało ją sterczenie z małym dzieckiem na mrozie.

Marię coś podkusiło, żeby powiedzieć:

– Może da się pani zaprosić na kawę? Właściwie od jakiegoś czasu chciałam porozmawiać z panią albo z pani rodzicami.

– Z moimi rodzicami? – Agata zmarszczyła brwi.

– Tak, tylko jakoś nie miałam odwagi. Pani ojciec nie wygląda zbyt przyjaźnie…

Przez moment myślała, że dziewczyna się obrazi, ale ku jej zdumieniu Agata odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła śmiechem.

– Jak cholera nie wygląda – przyznała. – Nie jest pani żadnym łowcą sensacji, co? Po śmierci Wojtka ludzie do nas przychodzili, niby ze współczucia, ale tak naprawdę po to, żeby wypytywać, wyciągać różne wstrętne szczegóły. Jakby nie mogli nawet w trumnie dziecka zostawić.

– Nie chodzi mi o sensację. Ale chciałabym, jeśli nie ma pani nic przeciwko, porozmawiać o Wojtku. Myślę… myślę, że jego śmierć może mieć coś wspólnego z tym zabitym chłopcem, o którym pisali w „Głosie”.

Agata obrzuciła Marię podejrzliwym spojrzeniem. Badanie musiało wypaść pomyślnie, bo młoda kobieta wzruszyła ramionami.

– W porządku, możemy pogadać, czemu nie. Dziecku przynajmniej ciepło będzie, a pani na wariatkę nie wygląda. Ale o tego chłopaka z Wilkowic to już milicja rodziców pytała. Czy Wojtek kolegował się z jakimś Pawłem, nazwiska nie pamiętam. Tyle że on nikogo takiego nie znał, mama i tata przecież by wiedzieli.

Niedaleko przystanku nie było kawiarni, jedynie bar mleczny, w którym unosiła się woń przypalonej jajecznicy. Maria i Agata usiadły przy stoliku nakrytym kraciastą ceratą i zamówiły dwie herbaty. Kobieta przy kasie spojrzała na wózek nieprzychylnie, ale nic nie powiedziała. Agata posadziła sobie córeczkę na kolanach i zaczęła rozbierać ją z kolejnych warstw kombinezonów, swetrów i koszulek, w które mała była owinięta niczym miniaturowa mumia. Dziecko znosiło to z niesamowitą cierpliwością.

– Ma sześć miesięcy – oznajmiła Agata. – Duża, prawda?

– Duża – przyznała Maria, choć nie miała pojęcia, jak powinno wyglądać sześciomiesięczne niemowlę.

– Wojtek się nią czasem zajmował. Miał rękę do dzieci, zwłaszcza najmłodszych, które nie wyrosły jeszcze na tyle, żeby się nad nim znęcać. Bo rówieśnicy się z niego śmiali, ale to pani przecież wie. Niewiele zrobiliście dla niego w szkole, co?

– Niewiele – przyznała pokornie Maria.

Agata zaśmiała się gorzko.

– Niech się pani nie przejmuje, i tak większość ludzi myśli, że Wojtek powiesił się z powodu ojca. Dlatego, że go bił. Na wszystkich nas tato wyciągał pasa, ale Wojtek obrywał najgorzej. Może dlatego, że chłopak, i to środkowy, a może dlatego, że zdaniem ojca z tą nauką to Wojtek złośliwie robił, chociaż jemu pisanie i czytanie zwyczajnie do głowy nie wchodziło. Starał się, nie był leniem, tylko jakoś nie mógł spamiętać, które literki są które. Ojciec zawsze powtarza, że jak się dziecka nie trzepnie parę razy, to nie wyrośnie na porządnego człowieka. Ja tam nie wiem. Czasem mi się wydaje, że to nie po bożemu bić kogoś, kto się nawet obronić nie może. No, ale tatę tak w domu nauczyli, dziadek też lekkiej ręki nie ma…