ŁaskaTekst

Z serii: Ze Strachem
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łaska
Łaska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Łaska
Łaska
Łaska
Audiobook
Czyta Grzegorz Przybył
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Część II: Paweł
Październik 1955 roku

Przyszli po południu, później niż Emilia się spodziewała. Grubas machnął przed wizjerem milicyjną legitymacją, ale i bez tego zgadłaby, z kim ma do czynienia. Otworzyła drzwi.

– Chorąży Zdzisław Kurzeja – przedstawił się zwalisty mężczyzna w koszuli ledwie dopiętej na piwnym brzuszys­ku. Guziki wyglądały tak, jakby lada moment miały odpaść, w miejscach, gdzie rozchylał się naprężony materiał, widać było fragmenty owłosionej skóry. – Musimy porozmawiać, obywatelko.

– Sierżant Leonard Nawrocki – wymruczał drugi, znacznie szczuplejszy, z żółtą i nieszczęśliwą twarzą kogoś, kto cierpi na bóle wątroby.

– Proszę wejść. – Zaprowadziła ich do kuchni i posadziła przy stole. – Napiją się panowie herbaty? A może czegoś mocniejszego?

– Jesteśmy na służbie – chrząknął Kurzeja, kręcąc się niespokojnie na taborecie, który niemal całkiem zniknął pod wielkim zadkiem. Pośladki zwisały po bokach jak połcie tłustej szynki.

Emilia musiała użyć całej siły woli, by nie skrzywić się na ten widok.

– Mam domową nalewkę – powiedziała.

– To może po jednym kieliszeczku – zgodził się łaskawie chorąży.

Nalała, po czym w milczeniu usiadła przy stole. Wpuściła niechcianych gości do domu i potraktowała, jak przystało na dobrą gospodynię, ale to przecież nie znaczyło, że musi im cokolwiek ułatwiać.

Kurzeja przechylił kieliszek i wlał nalewkę do gardła niczym wódkę, sierżant za to powąchał, ostrożnie upił łyk i wreszcie wysączył resztę, krzywiąc się, jakby dostał lekarstwo.

Chorąży znowu chrząknął.

– Tydzień temu zgłosiła pani zaginięcie małoletniej Marii Lenarczyk, siostrzenicy pozostającej pod pani opieką, zgadza się?

Skinęła głową.

– Protokół wypełniony był, milicja rozpoczęła poszukiwania, a teraz się dowiaduję, że dziecko całe i zdrowe wróciło do domu. Tak nie można, obywatelko. O takich rzeczach trzeba powiadamiać władze. Inaczej tylko marnujecie nasz czas.

Emilia nadal milczała. Plecy miała wyprostowane, dłonie na stole, usta zaciśnięte. Kurzeja odruchowo poluzował kołnierzyk ciasnego munduru.

– Dziecko trzeba przesłuchać, dowiedzieć się, gdzie było – oznajmił. – Raport sporządzić.

– Moja siostrzenica ma sześć lat i z pewnością nikt nie będzie jej przesłuchiwał. – Wzrok Emilii mówił: „Spróbuj mi się sprzeciwić. Tylko na to czekam”.

Poznała wielu ludzi w mundurach: carskich, z czerwonymi gwiazdami, a potem brunatnych. Wszyscy myśleli, że są panami świata, choć na butach mieli jeszcze gnój z obory, w której przerzucali widłami krowie gówno.

Chorąży Kurzeja poczerwieniał.

– Chcemy z nią po prostu porozmawiać. – Nawrocki, ten chudy i dotąd milczący, próbował załagodzić sytuację. – Oczywiście w przypadku dziecka nie może być mowy o oficjalnym przesłuchaniu. Wystarczy nam pięć­–dziesięć minut.

– Marysia teraz śpi.

Wielki bawarski zegar zachrobotał, po czym majestatycznie, jakby z lekkim ociąganiem, wybił godzinę trzecią. W przylegającym do kuchni pokoju dało się słyszeć szmer, a po chwili dziecięcy głosik zawołał:

– Jest tu ktoś?!

Kurzeja lekko uniósł brwi. Emilia mocniej zacisnęła szczęki, aż napięły się mięśnie. W progu stanęła dziewczynka ubrana w długą koszulę nocną.

– Powinnaś być w łóżku – upomniała ją kobieta.

Marysia spoglądała niepewnie na dwóch obcych mężczyzn. Kurzeja wstał, podszedł do niej i przyklęknął, by znaleźć się na odpowiedniej wysokości.

– Powiedz mi, malutka, gdzie byłaś? – zapytał sztucznie słodkim tonem. – Spotkałaś kogoś w lesie? Może ktoś cię skrzywdził? Zły pan zrobił ała małej dziewczynce? Powiedz, nie wstydź się.

– Dość tego. – Emilia również podniosła się z krzesła, w jej głosie zabrzmiała ostrzegawcza nuta. – Proszę zostawić moją siostrzenicę w spokoju.

Kurzeja uniósł dłoń.

– Chwila. – Z powrotem przeniósł wzrok na dziecko. – To jak, zdradzisz miłemu panu, co się stało? Kto zabrał cię do lasu? Dam ci cukierka, jeśli wszystko ładnie mi opowiesz. Pewnie lubisz cukierki, co? A jeśli się wstydzisz, możesz szepnąć mi do ucha.

Dziewczynka powoli pokręciła głową.

– Boisz się mnie?

– Nie­-e­-e. – Marysia spuściła głowę i wbiła spojrzenie w gołe stopy.

– W takim razie powiesz mi, gdzie byłaś?

– W lesie – szepnęła.

– Ale nie sama, prawda? Ktoś się tobą zajmował, dawał jeść…

Potrząsnęła ściętymi krótko jak u chłopca włosami.

– Zgubiłaś się i nie potrafiłaś znaleźć drogi do domu? A może…

Emilia podeszła do Kurzei i położyła mu rękę na ramieniu.

– Proszę wyjść – powiedziała, ale mężczyzna nie zwracał na nią uwagi.

– Przecież musisz coś pamiętać – naciskał, jednak dziec­ko uparcie kręciło głową, patrząc w podłogę. Chorąży zmarszczył brwi. – Jak masz na imię? Powiesz mi?

Dziewczynka milczała i po chwili zorientował się, że mała płacze. Łzy wielkie jak groch spływały po jej policzkach, chudymi ramionami wstrząsał szloch. Emilia odepchnęła mężczyznę.

– Proszę zostawić ją w spokoju. Natychmiast. Dość już miała przeżyć, nie musicie jeszcze dokładać do tego waszych barbarzyńskich metod przesłuchiwania.

Tym razem poskutkowało, bo chorąży wyprostował się niechętnie. Marysia przytuliła się do uda ciotki i szepnęła:

– Proszę pani – a kiedy zdziwiona Emilia pochyliła się, dziecko zarzuciło jej ręce na szyję i zbliżyło usta do ucha – nie pamiętam, jak mam na imię. Czy to bardzo źle?

– Nie, kochanie, to nie jest źle. Pomożemy ci sobie przypomnieć. – Kobieta spojrzała na Kurzeję, który patrzył to na nią, to na Marysię, jakby podejrzewał w tym wszystkim pułapkę.

– Amnezja? Nonsens. – Parsknął, podczas gdy stojący za jego plecami Nawrocki mruknął, że takie przypadki się zdarzają. – Dziewczynki nie było przez tydzień. Nie ma mowy, żeby sześcioletnie dziecko tak długo przeżyło samo w lesie. W nocy temperatura spada do kilku stopni, mała by zamarzła albo przynajmniej złapała porządne zapalenie płuc. A ona nawet nie wygląda na wychudzoną. Ktoś się nią opiekował i pewnie przy okazji nieźle sobie poużywał.

– Wynocha. – Głos Emilii był tak ostry, że można by nim kroić powietrze. – Nie życzę sobie żadnych tego typu insynuacji. To niewinne dziecko.

– Przede wszystkim to dziecko powinien zbadać lekarz – wtrącił się Nawrocki.

– Oczywiście, że wezwałam do mojej siostrzenicy lekarza. Za kogo mnie uważacie? Doktor Szymański był tu jeszcze przed południem, obejrzał Marysię i nie znalazł żadnych… śladów. Jeśli mi nie wierzycie, możecie z nim porozmawiać, podam wam adres jego gabinetu.

– W takim razie skąd na ciele dziecka wzięła się krew? – Kurzeja nie ustępował. – Obywatel Jan Peczek wspomniał, że cała sukienka była nią przesiąknięta.

– Peczek to pijak i fantasta, wszyscy o tym wiedzą. Marysia ma sporo zadrapań, owszem, niektóre z nich musiały krwawić, ale to nic poważnego.

– Czy ma pani tę sukienkę?

– Nie, spaliłam ją.

– Spaliła pani?

Wzruszyła ramionami.

– Po co miałabym ją trzymać? Była brudna i podarta.

Patrzyli sobie w oczy jak dwaj przeciwnicy oceniający się na ringu.

– I taka jest pani wersja? Dziecko zgubiło się w lesie, błąkało przez jakiś czas samotnie, spało na gołej ziemi i żywiło się Bóg wie czym, aż wreszcie szczęśliwym trafem ktoś je odnalazł?

Gdyby Emilia Orawska wdała się teraz w dyskusję, gdyby zaczęła tłumaczyć, że przecież podobne przypadki się zdarzają, być może mógłby pokonać ją odpowiednimi argumentami. Ona jednak powiedziała jedynie: „Taka jest moja wersja”, i chorąży skapitulował. Podniósł leżącą na stole czapkę, strzepnął ją i włożył na głowę.

– Powinna pani się cieszyć, że nie oskarżamy pani o utrudnianie pracy milicji – oznajmił, zmierzając w stronę wyjścia. – Będziemy o pani pamiętać.

Emilia zamknęła za nimi drzwi, po czym wróciła do siostrzenicy.

– Naprawdę niczego nie pamiętasz? – zapytała, dotykając jej policzka gestem, który bardziej niż przejaw czułości przypominał sprawdzanie temperatury. Westchnęła. – Pewnie tak, dlaczego miałabyś udawać?! Może to i lepiej. Trzeba pójść do kościoła, świecę zapalić. Teraz chodź, dam ci coś na sen.

Gdy napojona herbatą z mlekiem oraz domową wiśniówką dziewczynka spała, posapując cicho przez nos, Emilia usiadła przy łóżku z dłońmi złożonymi na kolanach i wyprostowanymi plecami. Patrzyła na siostrzenicę, dziecko, które zabrała do siebie, gdy zmarła jego matka, a ojciec spakował walizkę i zniknął, rozpływając się w powojennym chaosie. Dziecko, które karmiła i wychowywała i którego szukała przez cały ten straszny tydzień. Z którego śmiercią niemal się już pogodziła.

Dziecko to przyprowadzono jej nad ranem, brudne, drżące z zimna, z oczami pustymi i ciemnymi jak wnętrza wyschniętych studni. Emilia nagrzała wody i wsadziła do niej rozebraną dziewczynkę – wcześniej jednak zadbała o to, by spalić jej sukienkę. Niektóre rzeczy nie powinny się zdarzać. O niektórych rzeczach lepiej nie pamiętać. Marysia milczała przez cały czas, bierna i cicha jak lalka. Emilia wyszorowała ją, a potem, gdy siostrzenica wciąż siedziała w wannie, próbowała rozczesać jej niegdyś piękne włosy, które teraz pełne były gałęzi, brudu, czegoś… obrzydliwego. Grzebień utknął w splątanych lokach, kobieta wyjęła go więc i rozgarnęła kołtun palcami. Zmarszczyła brwi.

Pięć sekund później klęczała na zimnej posadzce, wymiotując do muszli klozetowej. Po jej twarzy spływały łzy, przed oczami tańczyły mroczki. Wyrzuciła z siebie wszystko, co dzisiaj zjadła, i przetarła spoconą twarz. Pora wziąć się w garść. To nie potrwa długo. Zajmie się tym, co trzeba, a potem zapomni, pozbędzie się z głowy tych paru minut, tak jak pozbyła się treści żołądka.

 

Wyszła z łazienki, by po chwili wrócić z wielkimi krawieckimi nożycami.

– Rozumiesz, że muszę to zrobić, prawda?

Styczeń 1985 roku

1 – Zaczekajcie! – krzyknął Paweł, ale oczywiście nie posłuchali. Śnieg spod ich butów wpadł mu do oczu i chłopak zaklął. Kiedy wspinał się mozolnie, metalowe szczeble dygotały pod jego ciężarem. Siedemdziesiąt pięć kilo to dużo jak na mierzącego metr sześćdziesiąt osiem ­czternastolatka. Zdecydowanie za dużo, jak uznał ostatnio Paweł.

Zatrzymał się na chwilę, przetarł spocone czoło i podjął wspinaczkę. Łyżwy, związane sznurówkami i przewieszone przez ramię, obijały mu się o plecy. Zerknął w górę, gdzie zniknęli już jego koledzy, a potem w dół na rozciągający się kilkanaście metrów niżej nieczynny kamieniołom. Na dnie w zachodzącym słońcu połyskiwała zamarznięta woda. Latem kąpały się tu całe rodziny, zimą dzieciaki urządzały sobie lodowisko.

Od widoku prostopadłych granitowych ścian Pawłowi zakręciło się w głowie. Oczywiście rodzice nie pozwalali im tu przychodzić, zwłaszcza o tej porze roku, zwłaszcza samym. „Za wysoko, zbyt niebezpiecznie” – powtarzali do znudzenia. Przerdzewiałe drabinki mogły pęknąć, lód w każdej chwili mógł się załamać. Paweł puszczał ich ostrzeżenia mimo uszu, tak samo jak jego przyjaciele. Zresztą jedyny jak dotąd wypadek w kamieniołomie zdarzył się latem, kiedy grupa pijanych chłopaków z technikum poszła popływać.

Dotarł do ostatniego szczebla i sapiąc niczym parowóz, wygramolił się na platformę obserwacyjną. Czekający tam Sebastian wyszczerzył zęby.

– Ostatni! – oznajmił radośnie, składając palce w kształt pistoletu. – Pif­-paf.

– Debil – burknął Paweł. Dopiero teraz do niego dotarło, że łyżwy od jakiegoś czasu podejrzanie mocno wbijają mu się w bok. Zerknął na nie i jęknął w duchu. – Cholera, zostawiłem na dole ochraniacze.

– Mogę po nie skoczyć – zaproponował Sebastian. Był dwa razy szczuplejszy niż Paweł, a po drabinkach biegał jak wiewiórka.

– Serio?

– Jasne, nie ma problemu. W zamian opowiesz mi, jak było wczoraj z Majką w kinie. Macałeś jej cycki?

– Nie twoja sprawa.

– Nie to nie. – Sebastian wzruszył ramionami. – Sam sobie złaź.

Paweł stanął na krawędzi platformy i spróbował zebrać wystarczająco dużo sił, by jeszcze raz przebyć drogę w dół, a potem w górę. Sebastian podszedł do niego cicho.

– Dobra. – Strzyknął śliną w głąb kamieniołomu. – Przyniosę ci te ochraniacze, moja strata.

Jednak w Pawle zdążyła obudzić się ambicja. Postanowił przecież, że będzie ćwiczył, a to była idealna okazja.

– Nie trzeba. Sam sobie poradzę.

– Jak chcesz. – Sebastian spojrzał z powątpiewaniem. – Ale ja nie czekam. Muszę jeszcze zrobić matmę na jutro. Widzimy się w budzie?

– Pewnie.

Paweł odprowadził kolegę wzrokiem. Przez chwilę kusiło go, żeby za nim zawołać, ale duma zwyciężyła. Powiedział, że sobie poradzi, to sobie poradzi.

Zaczął schodzić, starając się ignorować ból mięśni. Jeden szczebel, drugi, trzeci… Liczenie pozwalało zapomnieć, ile jeszcze drabinek go czeka. Słońce było coraz niżej, zza skał wystawał już tylko rąbek ognistej kuli. Szarość granitu nabrała odcieni purpury, na dnie kamieniołomu zgromadziły się miękkie szare cienie. Jaskrawa do niedawna biel śniegu przegrywała z mrokiem zapadającej nocy.

Paweł próbował nie myśleć, co zrobi, jeśli w powrotnej drodze będzie się musiał wspinać po ciemku. Skupił się na tym, ile kalorii spali. Odkąd pamiętał, zawsze miał nadwagę, ale wcześniej nigdy się nią nie przejmował – matka powtarzała, że z tego wyrośnie, a on jej wierzył. Niedawno jednak Majka wspomniała, że przydałoby mu się zrzucić parę kilo, uznał więc, że nie ma na co czekać. Od tamtej pory połowę obiadu oddawał ukradkiem psu, starał się nie jeść słodyczy, a kiedy w pawlaczu znalazł stare łyżwy – trochę za duże, ale przecież wystarczyło założyć dodatkową parę skarpetek – dołączył do grających w hokeja chłopaków. Efekty było już widać, bo spodnie w pasie stały się odrobinę luźniejsze.

Paweł zastanawiał się, czy mama kupiłaby mu nowe łyżwy, gdyby ją poprosił, szanse jednak były marne, zwłaszcza że wtedy musiałby przyznać, gdzie na tych łyżwach jeździ. Może znowu powinien zagrać na jej poczuciu winy i przypomnieć, jaką krzywdę mu kiedyś zrobiła? Niestety ten argument z każdym rokiem coraz bardziej tracił moc i Paweł, co prawda materialista, ale rozsądny, niechętnie doszedł do wniosku, że najwyższy czas go porzucić.

Zostawał więc ojczym. Tak, to był całkiem dobry pomysł. Nowy mąż matki na pewno zrozumie, że chłopcu w wieku Pawła potrzebny jest ruch, żeby wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Razem trzymali przecież sztamę przeciwko babskiemu światu ciepłych szalików i pożywnych zupek. Trzeba tylko poczekać, aż Tadeusz wróci z podróży służbowej, i porozmawiać z nim na osobności.

Chłopak z ulgą zeskoczył z ostatniego szczebla i rozejrzał się. Lód poznaczony był śladami łyżew; bliższe widział jeszcze wyraźnie, dalsze ginęły w szybko gęstniejącym mroku. W kamieniołomie panowała dziwna, naciskająca na uszy cisza jak pod wodą, aż trudno było uwierzyć, że niedaleko znajduje się gwarne miasto. W coraz chłodniejszym powietrzu z ust Pawła unosiła się mgiełka wilgotnego oddechu. Chłopak kopnięciami rozgarnął zdeptany śnieg, znalazł wełnianą rękawiczkę – odda ją Sebastianowi jutro w szkole – i pięć złotych, które schował do kieszeni. Ochraniacze leżały kilka metrów dalej. Podniósł je, założył na łyżwy, po czym usiadł ciężko na kamieniu. Nie zaszkodzi, jeśli trochę odpocznie; i tak by nie zdążył, zanim zapadnie zmrok.

Oddychał ciężko, wsłuchany w protest mięśni, które dopiero teraz, gdy dał im chwilę wytchnienia, zaczęły naprawdę rwać bólem. Przepocona koszulka lepiła się do pleców pod gryzącym swetrem i kurtką, łydki pulsowały, jakby przebiegł maraton. Niech to szlag, naprawdę miał fatalną kondycję. Ale nic to – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, do wakacji zdąży nadrobić.

Przymknął oczy, pogrążając się w marzeniach. Przed oczami przewijały mu się umięśnione postacie z plakatów, które wisiały u niego w pokoju. Rambo, Rocky, Mad Max – to byli jego idole.

Z zamyślenia wyrwało go ciche skrzypnięcie. Paweł uniósł powieki i zmarszczył brwi, usiłując przebić wzrokiem otaczającą go szarość. Skrzypnięcie powtórzyło się, tym razem głośniej, słyszał też coraz wyraźniej dudnienie metalu pod czyimiś stopami. Ktoś szedł po drabinkach. W pierwszej chwili poczuł przypływ strachu – może przez tę ciszę i mrok – ale zaraz uznał, że to pewnie Sebastian zmienił zdanie i zdecydował się wrócić.

– Już idę – rzucił w ciemność. – Nie musiałeś scho­dzić.

Jednak postać, która wynurzyła się z mroku, nie przypominała Sebastiana. Paweł widział już wyraźnie zarys sylwetki. Jeszcze niedawno nie poznałby jej w ciemności, ale po spotkaniu w ostatni czwartek przeszłość wróciła i chłopak bez trudu zrozumiał, kogo ma przed sobą.

Instynkt ostrzegał, żeby zmywać się stąd, póki czas, ale przecież Paweł nie był już dzieckiem, tylko dużym i silnym chłopakiem, który nigdy się nie cofał. Wszyscy w klasie o tym wiedzieli. Paweł Kurzeja rzadko się bił, lecz jeśli już to robił, parł naprzód, wykorzystując całą swoją masę i młócąc pięściami, jakby to były cepy. Dlatego nikt nie ważył się wyśmiewać z jego tuszy.

Chłopiec wstał więc, odetchnął i wyprostował się, gotów stawić czoła temu, co wychodziło z mroku, jak przystało na prawdziwego mężczyznę.

2 Kilkanaście godzin później stojący w pierwszych promieniach zimowego świtu porucznik Adam Bogusz odtwarzał przebieg następnych wydarzeń.

Przed dziewiątą coraz bardziej zaniepokojona Natalia Kurzeja zaczęła obdzwaniać przyjaciół syna, którzy zgodnie twierdzili, że Pawła ostatni raz widzieli w szkole.

O dziewiątej trzydzieści kobieta zawiadomiła milicję, jednak oficer dyżurny zlekceważył ją – uznał, że czternastolatek to już nie małe dziecko, nie ma sensu wszczynać natychmiastowych poszukiwań, skoro chłopak pewnie zasiedział się u kolegi.

Dziesięć minut później zapłakana pani Kurzeja wypadła z mieszkania i przez następne trzy godziny bez większego sensu błąkała się po mieście, zaglądając we wszystkie miejsca, gdzie chłopak zwykł przesiadywać, choć większość i tak była zamknięta. Przed pierwszą wróciła do domu, po czym kolejnym telefonem wyrwała ze snu państwa Wolskich, oznajmiając, że Sebastian jako najbliższy przyjaciel Pawła musi wiedzieć, gdzie jej syn się podziewa, i że ona nie odejdzie od aparatu, póki się tego nie dowie. Przyciśnięty do muru rozespany nastolatek przyznał wreszcie, że poszli pojeździć na łyżwach w nieczynnym kamieniołomie. Dalej wydarzenia toczyły się coraz szybciej. Ojciec Sebastiana obudził mieszkającego dwie klatki dalej szwagra, wzięli latarki i ruszyli na poszukiwania.

Ciało Pawła zostało znalezione około wpół do drugiej, a przed drugą wpłynęło zgłoszenie o popełnieniu przestępstwa. Para milicjantów z wilkowickiego posterunku przybyła na miejsce zbrodni i wstępnie zabezpieczyła ślady – co prawdopodobnie znaczyło tyle, że jeden pobiegł do telefonu, a drugi starał się rzygać daleko od zwłok. Dwie następne godziny zajęło obudzenie i ściągnięcie technika, prokuratora oraz lekarza, który potwierdził to, co i tak wszyscy już wiedzieli – że Paweł Kurzeja zginął, ponieważ ktoś kilkoma ciosami rozwalił mu czaszkę. Rozważano nawet przetransportowanie do kamieniołomu specjalnych lamp, które oświetliłyby miejsce zbrodni, jednak zanim ktokolwiek zdołał wymyślić, jak to zrobić, problem rozwiązał się sam, bo zaczęło świtać.

Błysnął flesz, wydobywając z szarości świtu ciało zamordowanego chłopca. Obok powbijane w ziemię, opisane kredą tabliczki oznaczały kolejne ślady: rozbryzgi krwi, odbite w śniegu podeszwy męskich butów, z których już zrobiono odlewy, porzucone łyżwy… Bogusz omiótł wszystko spojrzeniem, po czym wrócił do tego, co zostało z twarzy zmarłego. Z satysfakcją odnotował, że widok nie wywarł na nim większego wrażenia. Gdy oficer dyżurny zawiadomił go, że w kamieniołomie leży martwy nastolatek, w pierwszej chwili pomyślał, że to kolejne samobójstwo, jednak ta sprawa zapowiadała się znacznie ciekawiej.

Podszedł do łysiejącego mężczyzny, który stał odwrócony plecami, jakby uznał, że kłębiąca się nad stawem mgła jest znacznie bardziej interesująca niż zmasakrowane zwłoki.

– Poczęstuje się pan papierosem? – Bogusz wyciągnął w jego stronę paczkę carmenów.

– Dziękuję, staram się rzucić. – Doktor Trębicki nie odrywał wzroku od mgły. – Wie pan, pracuję w tym zawodzie od trzydziestu lat, a ciągle nie mogę się przyzwyczaić. To takie bezsensowne, kiedy ginie ktoś młody.

– Rozumiem. – Bogusz nie mógł się doczekać, kiedy usłyszy konkrety. – Co może mi pan powiedzieć o czasie zgonu?

– Piąta–szósta wieczorem, moim zdaniem. Dokładniejszy czas podam po sekcji.

– A morderca?

Trębicki wzruszył ramionami.

– Najprawdopodobniej wysoki mężczyzna. Chłopiec był jak na swój wiek wyrośnięty, nie wyglądał na ułomka, a zabójca uderzał z góry, miażdżąc mu czaszkę.

– Nie rówieśnik zamordowanego?

– Nie sądzę. Szuka pan dorosłego, nie dziecka.

– W porządku, dziękuję.

Matka chłopca czekała na Bogusza w mieszkaniu. Towarzyszyła jej sierżant Beata Drzymała, która zaparzyła mocną słodką herbatę, niezawodny środek na wszystkie wstrząsy, a potem owinęła siedzącą na tapczanie kobietę kocem. Niczego więcej zrobić nie mogła i niczego ponad to od niej nie oczekiwano. Natalia Kurzeja na twarzy miała wyraz oszołomienia, najwyraźniej prawda o losie syna jeszcze niezupełnie do niej dotarła, ale coś w niej musiało już wiedzieć, bo z oczu wyzierało cierpienie, zupełnie jakby ktoś na ich dnie krzyczał i krzyczał. Pod tapczanem leżał rudy pies, chyba skundlony seter irlandzki. Patrzył na panią z niepokojem, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.

Bogusz podziękował Beacie spojrzeniem, po czym przysunął sobie krzesło i usiadł po drugiej stronie stołu, na którym stygła herbata. Chrząknął. Natalia Kurzeja powoli odwróciła się w jego stronę. Miała niebieskie oczy i kontrastujące z nimi ciemne, prawie czarne włosy, które spływały na ramiona dwiema gładkimi falami. Było w niej coś cudzoziemskiego, niepasującego do niewielkiego miasta na południu Polski. Stosowniej wyglądałaby na obrazach mistrzów włoskiego renesansu niż na kanapie w gierkowskim M4.

 

– Przepraszam, że niepokoję panią w takiej chwili, jednak rozumie pani, że im szybciej porozmawiamy, tym większą mamy szansę złapać mordercę.

Przytaknęła obojętnie, a zachęcony tym Bogusz kontynuował:

– Co mogłaby mi pani powiedzieć o Pawle? Popadł ostatnio z kimś w konflikt? Ktoś mógł mieć do niego żal?

– To dobry chłopiec.

– Tak, wiem. – Starał się zdobyć na cierpliwość. – Ale czy ten chłopiec miał jakichś wrogów?

Potrząsnęła głową.

– Wszyscy go lubili. Wszyscy.

– W porządku. – Nie do końca dał się przekonać, ale uznał, że na przyciśnięcie pięknej Natalii przyjdzie czas później. – A jak Paweł dogadywał się z ojcem?

Kobieta na chwilę straciła kontakt z rzeczywistością i zagapiła się w ścianę. Poruszały się tylko jej palce, długie i blade jak odnóża jakiegoś osobliwego pająka. Wyrywała nimi nitki z koca i owijała je sobie wokół kłykci.

– Ma pan na myśli ojczyma Pawła? Mojego drugiego męża? – zapytała wreszcie.

– Jego i biologicznego ojca też – odpowiedział dyplomatycznie Bogusz.

Powoli, za pomocą kolejnych pytań, udało mu się wyciągnąć z matki chłopca historię jej życia. Natalia Kurzeja wyszła za mąż zaraz po studiach i urodziła dziecko, jednak małżeńska sielanka nie trwała długo, bo nim chłopiec zdążył pójść do szkoły, mąż w najbanalniejszy z możliwych sposób rzucił żonę dla jasnowłosej sekretarki. Natalia bardzo przeżyła rozwód, nawet leczyła się z powodu depresji, a z dołu wyciągnął ją dopiero drugi mężczyzna, tym razem sporo od niej starszy inżynier chemik. Z byłym mężem nie utrzymywała kontaktów.

– Nie mam pojęcia, gdzie jest, i nie chcę wiedzieć – oznajmiła. – Po rozwodzie nie interesował się ani mną, ani naszym synem. Pewnie ma teraz nową kobietę i dzieci. Dla Pawła ojcem był zawsze Tadeusz. Świetnie się dogadywali. Pawła wszyscy lubili.

– Tak, wiem. A gdzie jest teraz pani mąż?

– Na delegacji w Berlinie. On często wyjeżdża służbowo. Miał wrócić dopiero po weekendzie, ale wysłałam mu telegram. Będzie tu jutro rano.

– To dobrze. Nie powinna pani być teraz sama.

Potrząsnęła głową. Bogusz nie miał pojęcia, czy oznacza to zgodę, czy może sprzeciw.

– Mogę obejrzeć pokój chłopca?

– Tak, proszę. – Wciąż patrzyła w ścianę, podczas gdy jej palce pracowicie pruły koc.

Chciał poprosić ją o wskazanie drogi, ale uznał, że poradzi sobie sam. Kiedy wychodził, wydało mu się, że Natalia Kurzeja porusza ustami, jakby prowadziła rozmowę z kimś niewidzialnym.

Pokój Pawła znalazł bez problemu, trudno było pomylić to pomieszczenie z jakimkolwiek innym. Na ścianach wisiały plakaty filmowych bohaterów i blondynek z fryzurami jak u pudla, ubranych w dżinsowe szorty oraz bluzki, które odsłaniały opalone brzuchy. Na szafce stała imponująca kolekcja puszek po zachodnich napojach, niżej królowały przenośny telewizor i magnetofon Kapral. Sporo kaset, w tym takich, których w Polsce nie można było kupić – pewnie przywoził je Pawłowi ojczym, podobnie jak puszki i zachodnie czasopisma z plakatami. Trochę książek, głównie encyklopedie i podręczniki, parę zabawek wciśniętych w kąt, jakby nastolatek już zaczął się ich wstydzić, ale jeszcze nie dojrzał do tego, żeby wynieść je na strych czy do piwnicy.

Na korkowej tablicy wisiało kilka zdjęć: z jakiejś wycieczki klasowej (Bogusz rozpoznał zamek w Książu), z urodzin oraz największe i jedyne kolorowe, które przedstawiało Pawła obejmującego ciemnowłosą dziewczynę.

Odpiął je i przyjrzał się twarzy zamordowanego. Gdyby go trochę odchudzić, byłby uderzająco przystojnym chłopcem, ale nawet z dodatkowymi kilogramami wyglądał ładnie. Miał urodę matki: łagodną, trochę jakby włoską. Ciemne kręcone włosy, duże błękitne oczy. Dziewczyna przy jego boku uśmiechała się, prezentując do obiektywu młodzieńcze ciało w różowej bluzeczce i modnych dżinsach.

Bogusz przypiął zdjęcie z powrotem do tablicy. Sprawdził jeszcze kilka szuflad, ale niczego ciekawego w nich nie znalazł, i wrócił do salonu. Natalia Kurzeja wciąż siedziała na tapczanie ze szklanką wystygłej herbaty w ręku.

– Muszę się pożegnać, praca czeka. Gdyby pani czegoś potrzebowała…

Spojrzała na niego, a on znowu odniósł wrażenie, że głęboko na dnie jej oczu ktoś krzyczy. Jakby patrzył na człowieka wołającego o pomoc zza dźwiękoszczelnej szyby.

– Umarł w styczniu – powiedziała. – To źle, prawda? Myśli pan, że będzie mu zimno w takiej lodowatej ziemi?

3 Maria o śmierci Pawła dowiedziała się w bibliotece. Właśnie przeglądała nowości, kiedy w ucho wpadły jej strzępy rozmowy toczonej przy półce z romansami.

– Czternaście lat chłopak miał – mówiła starsza kobieta trzymająca w rękach książkę Rodziewiczówny. – Ludzie to teraz zupełnie bez sumienia są, że takie dziecko…

– Podobno po głowie go bił kamieniem – odpowiedziała druga, nieco młodsza. – Matka syna nie poznała, kiedy pokazali jej ciało.

Maria złapała na chybił trafił grubą powieść i podeszła z nią do biurka, za którym urzędował mężczyzna w okrąg­łych okularach. Zbliżał się do czterdziestki, miał włosy piaskowego koloru z wyraźnymi zakolami i twarz, która odlegle kojarzyła się z twarzą jakiegoś aktora. Zwracał uwagę, bo odkąd Maria pamiętała, w bibliotece zawsze pracowały same kobiety.

Podała mu kartę biblioteczną i książkę.

– Lubi pani powieści historyczne? – zapytał, zerkając na tytuł, po czym rzucił jeszcze okiem na kartę. – Pani Mario?

– Tak. – Maria daleka była w tej chwili od myślenia o jakichkolwiek powieściach. – Podobno zginęło jakieś dziec­ko? Wie pan coś o tym?

Mężczyzna w okularach skinął głową.

– Chłopak, czternaście lat, z Wilkowic. W „Głosie” o tym dziś piszą.

Wyszła, upychając książkę w torbie, po czym skierowała się w stronę kiosku, gdzie kupiła gazetę. Nie myślała o niczym, poruszała się niemal bez świadomości tego, co właściwie robi, jak lunatyk.

Na przystanku postawiła torbę na ławce i rozłożyła „Głos Mgielnicy”. Informację znalazła na czwartej stronie: czarno­-białe, niezbyt wyraźne zdjęcie młodego chłopca, pozbawiona drastycznych szczegółów notka o niespodziewanej śmierci i prośba milicji, żeby zgłaszali się wszyscy, którzy 18 stycznia między godziną piętnastą a dziewiętnastą przebywali w pobliżu nieczynnego kamieniołomu w dzielnicy Wilkowice.

Autobus nadjechał, zwinęła więc gazetę w rulon, włożyła do torby i wsiadła. Jeszcze niezupełnie wierzyła w to, co właśnie zobaczyła, jeszcze musiała się upewnić.

W domu, nawet się nie rozbierając, położyła na stole „Głos” otwarty na zdjęciu chłopca, a obok rysunek Wojtka. Czy zabity Paweł mógł być tym Pawłem? Imię się zgadzało, naszkicowany chłopczyk też miał nadwagę i kręcone ciemne włosy. Z twarzy co prawda niezbyt przypominał młodego Kurzeję, ale dzieci przecież szybko się zmieniają, a rysunek nie był zbyt dokładny.

Maria siedziała przy stole, podczas gdy głodny kot ocierał się o jej nogi. Nie zwracała na niego uwagi. Było tak, jakby nagle świat wokół niej wywrócił się na nice, ukazując to, co kryło się pod podszewką, czego obecność przeczuwała, ale wolała ignorować. Jakby śniony każdej nocy koszmar nagle okazał się prawdą.

Czas płynął wolno, odmierzany tykaniem zegara i kapaniem wody z niedokręconego kranu. Maria zamknęła oczy i przycisnęła dłonie do uszu. Nie widzieć niczego, nie słyszeć, po prostu zniknąć. Gdyby mogła, zostałaby w ciszy i ciemności na zawsze.

Kot miauknął przynaglająco i dopiero to sprawiło, że się poruszyła. Odruchowo pogłaskała wygięty czarny grzbiet. Tym razem zwierzę się nie cofnęło.

– Musisz poczekać. – Wstała, włożyła do garnka kostkę dorsza i zalała ją ciepłą wodą, żeby się odmroziła.

Kot wskoczył na krzesło i węszył w powietrzu. Maria pogłaskała go jeszcze raz. Skoro zdecydował się jej zaufać, powinna zabrać zwierzaka do weterynarza, może nadać jakieś imię. „Później – pomyślała z odrobiną poczucia winy – zajmę się tym później”.