ŁaskaTekst

Z serii: Ze Strachem
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łaska
Łaska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Łaska
Łaska
Łaska
Audiobook
Czyta Grzegorz Przybył
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Jakby się bał, ale jednocześnie wydawał się podniecony”, powiedziała Agata Nelec.

Porucznik wstał, przeszedł pół korytarza i zastukał do gabinetu Łaszkiewicza. Major podniósł wzrok znad rozłożonej gazety. Był to siwowłosy mężczyzna o szlachetnych rysach rzymskiego senatora, które powoli, lecz nieubłaganie ginęły pod naporem tłuszczu i rozczarowań jak zalewana przypływem plaża. Łaszkiewicz wielokrotnie starał się o awans i przeniesienie do jakiegoś większego miasta, ale za każdym razem z różnych powodów mu odmawiano. Jeszcze do niedawna przyjmował te porażki z humorem, a po kieliszku albo dwóch snuł plany czekającej go świetlanej przyszłości. Ostatnio jednak zaczął się poddawać. Nadal spędzał na komendzie niemal każdą wolną chwilę, lecz jego aktywność coraz bardziej wyglądała na pozorowaną. W ciągu tych ponurych jesiennych i zimowych miesięcy Bogusz częściej widywał go czytającego z nogami na biurku albo popijającego zaprawioną koniakiem herbatę niż przy uczciwej pracy. Owszem, major wciąż nosił nienagannie odprasowany mundur – nawet jeśli ten nieco opinał się na zaokrąglonej sylwetce – a w razie potrzeby potrafił postawić podwładnych do pionu, jednak w jego gabinecie dawało się wyczuć wyraźny ślad rezygnacji, czego symbolem był niezmieniony od pięciu lat portret Edwarda Gierka wiszący nad biurkiem.

– Ja w sprawie tego chłopaka, wisielca – zaczął Bogusz. – Chciałbym opublikować ogłoszenie, żeby zgłaszali się do nas ludzie, którzy widzieli go między 11.00 a 19.30.

– Czy jest coś, co sugeruje, że to nie było samobójstwo?

Porucznik miał ochotę skłamać.

– Nie, panie majorze – powiedział z ociąganiem. – Ale jego motywy… nie są jasne.

– Adam. – Brwi Łaszkiewicza powędrowały w górę, a ponieważ były znacznie ciemniejsze niż srebrzyste włosy, sprawiały wrażenie pomalowanych kredką. Major, nawet w swoich najlepszych czasach, wyglądał trochę jak teatralny aktor. – To biedny półgłówek, z którego pół Mgielnicy, włącznie z jego własnym ojcem, zrobiło sobie worek treningowy. Na miejscu dzieciaka zabiłbym się dawno temu.

– Jego siostra twierdzi, że chłopak ostatnio zachowywał się inaczej. Nie był przygnębiony, a wręcz przeciwnie, jakby podekscytowany, choć też wystraszony.

Łaszkiewicz westchnął.

– Kiedy będziesz w moim wieku – jego protekcjonalny ton strasznie drażnił Adama – będziesz wiedział, że według rodziny samobójcy zawsze są jacyś „inni” przed śmiercią. Zmyślają po fakcie, rozumiesz? Sądzą, że powinni coś zauważyć, więc wydaje im się, że rzeczywiście zauważyli. Zresztą rób, jak uważasz.

– Dziękuję.

„Najpierw jednak nauczycielka – myślał porucznik, zmierzając w stronę parkingu. – Ta, która tak nagle się rozchorowała”. Właśnie po lekcji z nią chłopak wyszedł ze szkoły. To mogło mieć znaczenie.

Zapisał jej adres: osiedle Jelonki, Porcelanowa 41.

Piętrowy domek straszył odłażącą farbą, niewielki ogródek nawet pod czapą śniegu wyglądał na zaniedbany. Porucznik pchnął furtkę, która otworzyła się z cichym skrzypnięciem. W krzakach coś miauknęło i pomiędzy bezlistnymi gałęziami błysnęły oczy. Kot, tak czarny, że miejscowe staruszki musiały szczerze go nienawidzić. Zwierzę odprowadziło gościa nieufnym spojrzeniem, gdy wchodził po schodkach. Bogusz zadzwonił. W mieszkaniu rozległ się terkotliwy dźwięk, brzmiący, jakby odbijał się głucho od pustki. Porucznik czekał cierpliwie, od czasu do czasu wduszając przycisk, i kiedy już doszedł do wniosku, że Marii Lenarczyk naprawdę nie ma, usłyszał odgłos cichych kroków. Po chwili drzwi uchyliły się, szczęknął naprężony łańcuch.

– Porucznik Adam Bogusz – przedstawił się. – Mogę zająć pani chwilę?

Kobieta zdjęła łańcuch i otworzyła szerzej. Bogusz ocenił jej wygląd: wysoka, ciemnowłosa, po trzydziestce. Chuda, ale z szerokimi biodrami i kwadratowymi ramionami. Było w niej coś męskiego, może przez te ramiona albo przez krótką fryzurę i brak makijażu. Mrugała, jakby ją obudził, i sprawiała wrażenie niezbyt przytomnej.

– Mogę wejść? Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

Dopiero po chwili odsunęła się, robiąc mu przejście. Poszedł za nią do pokoju, w którym było zimno jak w psiarni. Usiadł w fotelu, Maria Lenarczyk zajęła miejsce na tapczanie. Nie zaproponowała herbaty ani kawy, nie zapytała, po co przyszedł.

– Podobno jest pani chora?

Zawahała się, ale wreszcie skinęła głową. Przez moment zastanawiał się, czy kobieta nie wzięła jakichś środków uspokajających, ale doszedł do wniosku, że chyba nie – w każdym razie źrenice miała normalne. Może rzeczywiście złapała ją paskudna grypa.

– Chciałem porozmawiać o Wojtku Kapuściaku. Miała z nim pani wczoraj lekcję polskiego?

– Tak. – Mówiła z trudem, jakby musiała siłą przepychać słowa przez gardło. Jej dłonie leżały na kocu; duże, męskie, zaczerwienione od mrozu.

– Czy wydarzyło się coś szczególnego? Coś, co mogłoby popchnąć chłopca do samobójstwa?

– Poprosiłam, żeby został po lekcji.

– Dlaczego? – Miał wrażenie, że każde zdanie musi z niej wydzierać. Bardzo go to irytowało.

Odetchnęła, najwyraźniej zbierając siły. Dalej mówiła już nieco płynniej:

– W środę uczniowie pisali sprawdzian z lektury. Wojtek oddał pustą kartkę. Chciałam z nim porozmawiać.

– Krzyczała pani? Powiedziała mu coś niemiłego?

Nie oburzyła się, nie oznajmiła, że nie ma zwyczaju źle traktować uczniów. Zwyczajnie pokręciła głową. Co z tą kobietą było nie tak?

– I dowiedziała się pani, czemu chłopiec oddał pustą kartkę?

– Nie – znowu zaprzeczyła i kiedy już myślał, że niczego więcej nie powie, przez jej usta przemknął blady cień uśmiechu. – Ale Wojtek był prawie analfabetą, z trudem czytał, nie mówiąc o pisaniu.

– Nie wydaje się pani dziwne, że takie dziecko dotarło do ósmej klasy i było o krok od skończenia szkoły podstawowej?

– Porażka systemu edukacyjnego, prawda? – Gdy się uśmiechała, nawet tak blado i smutno jak teraz, była całkiem ładna. – To się zdarza częściej, niż pan myśli.

– Dlaczego? Nie oskarżam pani, chcę tylko zrozumieć.

– Bo nauczyciele nie chcą męczyć się kolejny rok ze słabym uczniem, bo wszyscy wiedzą, że nawet gdyby powtarzał każdą klasę pięć razy, i tak nie nauczy się tego, co jest w programie. Lepiej oszczędzić dziecku niepotrzebnego stresu, niech jak najszybciej idzie do pracy.

– Istnieją szkoły specjalne.

– Które wymagają najpierw skierowania do poradni, a matka Wojtka na samą sugestię takiego rozwiązania wpadła w histerię. Dla wielu rodzin to straszny wstyd. Poza tym…

– Tak?

Splatała i rozplatała te swoje duże kościste dłonie.

– Za każdym razem, gdy Wojtek przynosił ze szkoły złą ocenę albo był zagrożony z jakiegoś przedmiotu, ojciec go bił.

– Chce pani powiedzieć, że chłopak dostawał promocję do następnej klasy z litości? Bo gdyby został na drugi rok, ojciec sprałby mu tyłek?

Wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: „Takie jest życie”.

– I nic pani nie zrobiła?

– Nikt niczego nie zrobił. Nie mówiło się o tym głośno, ale każdy wiedział. Wszyscy go zawiedliśmy.

– Jeszcze jedno pytanie: czy Wojtek w czasie tej rozmowy wydawał się pani jakiś inny? Może przygnębiony albo odwrotnie, podekscytowany?

– Nie. On zawsze był… zamknięty w sobie, wczoraj nie bardziej niż kiedykolwiek.

„Kłamie”, pomyślał. Maria Lenarczyk patrzyła mu w oczy, ale nie był to wzrok kogoś, kto rzuca wyzwanie, raczej cicha desperacja człowieka, który zdaje się mówić: „Nie mam siły udawać. Rób z tym, co chcesz”.

„Co jest z tą kobietą nie tak?”, powtórzył w myślach.

10 W sobotę Maria obudziła się około dziesiątej i przez dłuższą chwilę leżała w łóżku, ciesząc się ciepłem zagrzanej pościeli. Nie pamiętała, co jej się śniło, ale przynajmniej tym razem chyba nie było to nic nieprzyjemnego. Wsłuchiwała się w ciszę domu, w ledwie słyszalny szmer śniegu osypującego się z dachu, odległe ujadanie psa na zewnątrz i tykanie starego zegara. Patrzyła na promień słońca, który wpadał przez okno i rozcinał zawiesinę wirującego kurzu niczym złocisty most przerzucony przez zimową szarość. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że wciąż jest małą dziewczynką, a jej ciotka krząta się w kuchni; lada moment zawoła ją na śniadanie, a potem obie ubiorą się ciepło i pójdą na ptysie do Bajki. Prawie słyszała szum czajnika na piecu, szczęk otwieranych i zamykanych szuflad, odgłos ostrzonych noży. Zapach lawendy stał się intensywniejszy, na kilka sekund przebijając się przez wszechobecną woń wilgoci i zaniedbanych pomieszczeń, jakby duch ciotki przeszedł tuż obok. Zacisnęła powieki, ale wizja już odpływała.

Maria wstała niechętnie i owinięta w szlafrok poczłapała do kuchni, żeby rozpalić w piecu. Lodówka i pojemnik na chleb świeciły pustkami, umyła się więc, ubrała i wyszła – minęła jedenasta, jeśli chciała zdążyć do pawilonu, powinna się spieszyć.

Czarnego kota w ogrodzie nie było, co trochę ją rozczarowało, ale zaraz wrócił jej względnie dobry humor. Niebo było jasne, słońce skrzyło się w ściętych lodem kałużach na drodze. Wciągnęła w płuca mroźne powietrze i przyśpieszyła kroku. Odrobina wysiłku dobrze jej robiła.

Nad polami, które mijała, krążyły kruki, spod śniegu wyzierały gdzieniegdzie skiby czarnej zmrożonej ziemi. Dalej rysowała się ciemna linia drzew, lecz Maria nie patrzyła w tamtą stronę. Las budził w niej uczucia, których nie potrafiła nazwać. Niepokój? Lęk? Ciekawość? Kiedyś, gdy poczuje się lepiej, będzie mogła się nad tym zastanowić, tak jak kiedyś, później, pomyśli o śmierci Wojtka i wszystkim, co się z nią wiąże.

W pawilonie handlowym kupiła bochenek chleba, dwie butelki mleka i pół kilo parówek, które jako jedyne smętnie zwisały pod napisem „Wędliny”. Po namyśle wzięła też dwie paczki herbaty i kostkę żółtego sera, równie osamotnionego pod szklaną ladą, jak parówki na haku. Jej ciotka prawdopodobnie w tym momencie rozejrzałaby się z pogardą i powiedziała coś o przedwojennych czasach, gdy w sklepach były takie frykasy jak pomarańcze czy banany, nie wspominając o mięsie i czekoladzie, które teraz kupowało się wyłącznie na kartki.

 

Maria nie zamierzała narzekać. Z jakiegoś paradoksalnego powodu to jej odpowiadało. Nie trzeba było wybierać, myśleć, po prostu kupowało się, co akurat rzucili. Nigdy zresztą nie miała dużych potrzeb. Jedynym trudno dostępnym towarem, z którego nie potrafiła zrezygnować, była kawa, ale w tym względzie zawsze mogła liczyć na uprzejmość sprzedawczyni, która dla „pani nauczycielki” odkładała jedną paczkę czy dwie, albo na jakiegoś rodzica wdzięcznego za przepchnięcie pociechy do następnej klasy.

Gdy wracała, kruków nad polem już nie było, za to zobaczyła dwie sarny. Kiedy ją dostrzegły, odwróciły się i potruchtały w stronę lasu, ale bez szczególnego pośpiechu.

Przy furtce Marię przywitał czarny kot. Wpuściła go do domu – po raz pierwszy wszedł do środka – i dała trochę parówki. Zjadł, a potem obserwował, jak kobieta przygotowuje skromny posiłek dla siebie. Nie miauczał, nie domagał się więcej. Ostrożnie powąchał wyciągniętą rękę, pogłaskać się jednak nie pozwolił.

– Koniec tego dobrego – mruknęła do zwierzaka, gdy skończyła jeść. – Pora wracać na zimno.

Do szpitala dotarła przed trzecią. Był to nowoczesny, pomalowany na optymistyczną zieleń budynek, któremu bez trudu udawało się sprawiać ponure wrażenie. Cicha winda wyniosła ją na trzecie piętro. Pachniało tu wykrochmaloną pościelą, środkami do mycia linoleum, lekami i jedzeniem bez smaku. Zapach choroby i straconych nadziei.

Emilia Orawska leżała w trzyosobowym pokoju, w którym oprócz niej umieszczono jeszcze jedną kobietę, teraz pochrapującą pod kołdrą. Maria usiadła przy łóżku ciotki i wzięła ją za rękę. Staruszka patrzyła w sufit wyblakłymi oczami, które kiedyś, dawno temu, miały barwę chabrów i łamały męskie serca. Pomiędzy rzadkimi siwymi włosami widniały placki różowej skóry, pomarszczona dłoń była tak lekka, że Maria miała wrażenie, jakby trzymała martwego ptaka.

– Witaj, ciociu – powiedziała. Zawsze w takich chwilach dopadała ją osobliwa mieszanka litości, niechęci i lęku.

„Czy ja też będę tak umierać?”, przemknęło jej przez myśl.

– Nie uwierzysz, ale chyba będziemy miały nowego lokatora. To czarny kot, dziki, ale chyba da się oswoić. Nie masz nic przeciwko, prawda?

Dziwnie się czuła, tak paplając, bo nigdy nie była pewna, ile staruszka z tego słyszy i rozumie. Emilia umysł wciąż miała bystry, ale środki przeciwbólowe sprawiały, że niemal przez cały czas tkwiła zawieszona pomiędzy snem a jawą. Tylko czasem poznawała siostrzenicę, a jeszcze rzadziej mówiła do niej coś, co miało sens.

Ciotka Marii dobiegała osiemdziesiątki i cierpiała na kilka różnych chorób, jakby w jej ciele trwała nieustająca bitwa, komu ostatecznie uda się zabrać ją z tego świata. Jeszcze niedawno wydawało się, że zwycięstwo będzie należeć do cukrzycy albo kolejnego zawału, ale tuż przed Bożym Narodzeniem rak trzustki zdecydowanie wysforował się na prowadzenie. „Dwa–trzy tygodnie”, przyznał z niechęcią młody lekarz, kiedy przycisnęła go podczas ostatniej wizyty, po czym zaproponował, żeby zabrać starszą panią do domu. Mówił długo i ładnie o tym, że chorej łat­wiej będzie odejść w znajomym otoczeniu, a Maria przy pomocy pielęgniarki poradzi sobie z podawaniem środków przeciwbólowych. Ona jednak odmówiła. „W szpitalu ciocia będzie miała lepszą opiekę”, powiedziała, nie patrząc sympatycznemu lekarzowi w oczy. Bo on oczywiście wiedział, że Maria była tchórzem i egoistką, że nie zniosłaby w domu obecności umierającej kobiety.

Ostrożnie położyła na kołdrze pomarszczoną dłoń i pogłaskała staruszkę po policzku. Nigdy nie były sobie jakoś szczególnie bliskie. Emilia należała do przedwojennego pokolenia wyznającego raczej kult dyscypliny niż miłości. Nie ukrywała też, że siostrzenica trochę ją rozczarowała: została co prawda nauczycielką, ale za mąż nie wyszła, a stara panna to wiadomo – wstyd.

Maria westchnęła. Czemu nie zadała jednego z pytań, które naprawdę chciała zadać?

Gdy wróciła do domu, kot czekał na nią pod drzwiami, wpuściła go więc i dała jeść. Obecność innej żywej istoty w domu, choćby i na wpół dzikiego zwierzęcia, podnosiła ją na duchu.

Wieczór spędziła przed telewizorem, przeglądając stare albumy. Tylko od czasu do czasu podnosiła wzrok, żeby poszukać kota, który ostrożnie obszedł mieszkanie, po czym skulił się za fotelem. Potem wracała do zdjęć. Oto ona i ciotka na wakacjach w Międzyzdrojach: starsza pani (która wtedy musiała mieć około pięćdziesiątki, ale dziesięcioletniej Marysi wydawała się bardzo wiekowa) w słomia­nym kapeluszu i okularach przeciwsłonecznych, jej siostrzenica z rożkiem topniejących lodów w ręku. Wycieczka do Zakopanego i koń, który tak bardzo przestraszył małą Marysię, że dorosła Maria nadal nie przepadała za tymi zwierzętami. Maria podczas zawodów pływackich – zdobyte wtedy pierwsze miejsce było jej jedynym sportowym osiągnięciem. A z tyłu, włożone za okładkę, zdjęcie niepasujące do innych: ciotka popija w ogródku lemoniadę z wysokiej szklanki i uśmiecha się do kogoś stojącego poza kadrem. Fotografia musiała być zrobiona niedawno, zanim Emilia poważnie zachorowała; starsza pani wyglądała na szczęśliwą, mimo że podeszły wiek musiał już mocno jej dokuczać.

Sięgnęła po ostatni, najstarszy album. Na wszystkich późniejszych zdjęciach mała Marysia miała krótkie, po chłopięcemu obcięte włosy, na tych natomiast nosiła jeszcze sięgające pasa warkocze. Maria próbowała przywołać w pamięci samą siebie z długimi włosami, ale nie potrafiła.

Ostrożnie dotknęła twarzy dziecka z fotografii, zbyt poważnej, jakby już wtedy przeczuwało przyszłość.

Pytanie, którego nigdy nie zadała ciotce, brzmiało: co takiego przydarzyło się tej dziewczynce?

11 Ogłoszenie ukazało się w sobotę, a do poniedziałku porucznik Bogusz miał ponad czterdzieści zgłoszeń. Część z nich stanowiły dowcipy – biedny Wojtek nawet po śmierci nie przestał być ofiarą szkolnych żartów – parę pochodziło od niezrównoważonych psychicznie osób, które dzwoniły przy każdej tego typu sprawie, ale reszta wyglądała obiecująco. Bogusza szczególnie zainteresowały dwie informacje. Sprzedawca z delikatesów niedaleko rynku powiadomił, że około szesnastej Wojtek kupił u niego bułkę z makiem. Zapytany, czy chłopak wydawał się przygnębiony, stanowczo zaprzeczył i oznajmił, że wręcz przeciwnie, przyszły samobójca sprawiał wrażenie ożywionego i szczęśliwego. Mężczyzna zwrócił na to uwagę, bo kiedy widywał Wojtka wcześniej, chłopak zawsze wyglądał ponuro, uderzyła go więc różnica.

Drugim świadkiem była pewna kobieta, daleka znajoma rodziny, która przed osiemnastą minęła chłopca na ulicy i nawet chciała zagadać, zapytać, co tam u Kapuściaków, jak bliźniacy radzą sobie w szkole i czy dziecko Agaty okazało się chłopcem, czy dziewczynką, ale zrezygnowała, widząc minę Wojtka. „Wyglądał, jakby szedł na ścięcie”, tak powiedziała, a Bogusz nie miał powodu, żeby jej nie wierzyć.

O szesnastej jest radosny i poruszony.

Przed osiemnastą „wygląda, jakby szedł na ścięcie”, i wkrótce kończy, wisząc na drzewie w parku.

Bogusz sięgnął po paczkę carmenów i zapalił. Protokół z oględzin zwłok wykluczał udział osób trzecich. Zgodnie z opinią patologa Wojciech Kapuściak był zdrowym, prawidłowo rozwiniętym czternastolatkiem, który zabił się z niewiadomych powodów. Fizycznie nic mu nie dolegało, może poza zaskakującą skłonnością do nabijania sobie siniaków, bo tych lekarz naliczył kilkanaście, głównie na ramionach, udach i plecach. Ślady ojcowskiego pasa, jak domyślił się porucznik. Niewiele to pomogło.

Zgłoszenia wciąż napływały, ale było ich zdecydowanie mniej niż na początku i Bogusz wiedział, że wkrótce ludzie przestaną dzwonić. Za dwa­–trzy dni Łaszkiewicz wezwie go do swojego gabinetu, a potem każe zająć się czymś innym i zamknie sprawę. Przyczyna samobójstwa: „problemy w szkole”, napisze porucznik w raporcie, żeby uniknąć upokarzającego słowa „nieznana”.

Zdusił w popielniczce niedopałek, po czym spojrzał na zdjęcie zmarłego, które wisiało przypięte pinezką do tablicy korkowej obok pocztówki wysłanej z Bułgarii przez jedną z kadrowych oraz niewiadomego autorstwa karykatury Łaszkiewicza w laurowym wieńcu. Wojtek spoglądał w bok spod zbyt długiej grzywki, usta miał zaciśnięte, na policzku plamę, która mogła być równie dobrze paskudną egzemą, jak i kolejnym w życiu chłopaka sińcem. Na fotografii sprawiał wrażenie jednocześnie nieszczęśliwego i złego, niczym zapędzony w kąt szczur, który wreszcie dojrzał do tego, żeby kogoś ugryźć. „Chyba niełatwo go było polubić”, pomyślał Bogusz.

Zmrużył oczy, jakby chciał wydrzeć chłopcu skrywaną tajemnicę.

„Gdzie byłeś w ciągu tych dwóch godzin? Co się wtedy stało?”

12 „Na pogrzebie powinno padać”, pomyślała Maria. Lejący się z nieba deszcz, tłum żałobników podążających pod czarnymi parasolami przez cmentarz, rozmiękła od wilgoci ziemia gościnnie przyjmująca ciało – czy nie tak wyglądały pogrzeby na filmach? Teraz jednak był styczeń, zimowe słońce odbijało się w wypolerowanych okuciach trumny, a aniołki na sąsiednich grobach spoglądały smutno spod białych czap śniegu.

Oprócz rodziny Wojtka przyszła delegacja ze szkoły, wybrani nauczyciele oraz kilkoro uczniów, którzy stali z tyłu i wyglądali, jakby już zaczęli się nudzić. Zlodowaciałe grudy uderzyły o drewniane wieko, dyrektorka w futrze i z nową, jeszcze sztywną trwałą koloru jajecznicy położyła wieniec, a potem podeszła do zapłakanej matki Wojtka. Za plecami rodziców stali bliźniacy i młoda, może dwudziestoletnia kobieta, pewnie siostra.

Maria ustawiła się w ogonku ubranych na czarno postaci, żeby złożyć kondolencje. Miała kompletną pustkę w głowie i kiedy nadeszła jej kolej, potrafiła tylko wymamrotać: „Bardzo mi przykro”. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Marzła w swoim szarym wiosennym płaszczu – zimowy był zielony, więc nie nadawał się na pogrzeb – buty ślizgały się na oblodzonej drodze. Tłumek składających kondolencje osób topniał, żałobnicy powoli odchodzili od świeżego grobu i zbijali się w grupki pod lipami, z których podmuchy wiatru strącały śnieg. Maria wyłapała strzępy rozmów o naprawie dachu i o tym, czy dozorca, który ostatnio zapomniał napalić w świetlicy, pije, czy może tylko jest leniwy. Ktoś nawet się roześmiał, ale zaraz umilkł, najwyraźniej speszony. Jeśli nawet samobójstwo Wojtka wstrząsnęło Szkołą Podstawową imienia Róży Luksemburg, to nie na długo. Nie była to pierwsza śmierć wśród uczniów. W zeszłym roku siódmoklasista zderzył się na motorynce z rozwożącym węgiel wozem i zginął na miejscu, a wcześniej zmarła na białaczkę dziewczynka z czwartej klasy. Życie toczyło się dalej mimo takich czy innych tragedii.

Karol Górny próbował wyciągnąć na piwo nieśmiałego Ryśka, Jadzia spoglądała na zegarek, myślami najwyraźniej będąc już zupełnie gdzie indziej. „Szybko o Wojtku zapomną – pomyślała Maria – zwłaszcza że nie udowodniono, by śmierć chłopca miała cokolwiek wspólnego ze szkołą”.

Nie miała im tego za złe, jednak ona nie potrafiła uwolnić się od wspomnień. Chłopiec stojący w klasie ze spuszczoną głową, jakby usiłował schować się we własnych ramionach, jego dziwaczny rysunek.

„Pani wie…”

– Wracasz do domu? – Dziewczęcy głos wyrwał Marię z zamyślenia.

Podskoczyła lekko.

– Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć. – Alicja Danielewska stropiła się.

– Nie wystraszyłaś, tylko… Mniejsza z tym, ostatnio chyba rzeczywiście jestem trochę nerwowa.

– Pytałam, czy już wracasz. Jeśli nie, możemy wstąpić gdzieś na kawę. Niedaleko jest Bajka, dają tam pyszne ptysie ze śmietaną.

– Czemu nie? – Maria nie miała ochoty wracać do pustego domu. – Nie wiedziałam, że Bajka jeszcze istnieje. Chodziłam tam jako dziecko.

– Istnieje, istnieje. – Niebieskie oczy Ali błyszczały, jasnorude włosy powiewały na wietrze.

Nauczycielka wyglądała bardzo młodo, prawie jak nastolatka. Jako jedyna założyła płaszcz, którego barwa niebezpiecznie balansowała na granicy brązu i niestosownej w tych okolicznościach czerwieni. Może po prostu nie miała innego, jednak Maria z jakiegoś powodu zakładała, że nie o to chodziło. Co właściwie wiedziała o tej dziewczynie? Że uczyła w młodszych klasach, że dzieci ją uwielbiały – gdy dwa lata temu Alicja przechodziła operację wycięcia wyrostka, trójka przedsiębiorczych ośmiolatków urwała się rodzicom i pojechała na drugi koniec miasta, żeby odwiedzić ją w szpitalu. Była ładna i radosna. Zdecydowanie niepasująca na przyjaciółkę dla nauczycielki takiej jak Maria: zamkniętej w sobie, znerwicowanej i niezbyt lubianej.

 

– Dlaczego? – wyrwało się Marii, kiedy siedziały w kawiarni, która była tym samym, zapamiętanym z dzieciństwa lokalem, jakby czas zatrzymał się tu ćwierć wieku temu.

O tej godzinie Bajka świeciła pustkami, tylko przy stoliku pod oknem tuliła się do siebie młoda para. Maria zastanowiła się, czy właśnie nie patrzy na uciekinierów ze szkoły, ale ponieważ oboje najwyraźniej osiągnęli wiek licealny, nie był to jej problem.

– Co dlaczego? – Ala dmuchnęła w szklankę z kawą.

– Dlaczego wtedy dla mnie skłamałaś? Nie musiałaś tego robić.

– Kiedy źle się poczułaś? – Wzruszyła ramionami. – Naprawdę kiepsko wyglądałaś. Nie wiem, co ci było, ale sprawiałaś wrażenie, jakbyś pilnie potrzebowała pomocy.

– Zawsze tak się litujesz nad ludźmi?

– Nie lituję się nad tobą, jeśli o to ci chodzi. – Ala roześmiała się, pokazując drobne zęby. – Powiedzmy, że z pewnych względów wydajesz mi się… interesująca.

– Naprawdę? – Maria zamrugała.

– No wiesz, przyjeżdżasz do tej dziury z wielkiego świata, prawie z nikim się nie widujesz, w szkole rzadko otwierasz usta i wyglądasz, jakbyś miała jakieś tajemnice. – Oblizała łyżeczkę z kremu, po czym wbiła ją z powrotem w ptysia. – Masz tajemnice?

Czy to możliwe, żeby Alicja jako jedyna nic nie wiedziała? Maria spojrzała podejrzliwie, ale blondynka bez trudu wytrzymała jej wzrok. Wyglądała przy tym tak niewinnie, że kobieta skapitulowała.

– Nie, nie wydaje mi się. Poza tym Warszawa to żaden wielki świat. I wychowałam się tutaj, wyjechałam dopiero na studia.

– Ja nigdy nie byłam dalej niż sto kilometrów od miejsca, gdzie się urodziłam. Może dlatego – Ala przechyliła głowę – nie miałabym nic przeciwko odrobinie sensacji i przygody. Jeśli masz okrutnego i zazdrosnego męża, przed którym uciekasz, możesz mi powiedzieć. Razem dobierzemy mu się do skóry.

– Czytasz za dużo romansów. A ja nigdy nie byłam zamężna.

– To tak jak ja. W Mgielnicy raczej nie ma wielkiego wyboru.

Maria zmarszczyła brwi. Alicja co prawda nie nosiła obrączki, ale Marii obiło się o uszy, że mieszka z jakimś mężczyzną.

– Opiekuję się bratem – wyjaśniła blondynka niecierpliwie. – Uważasz, że to dziwaczne?

– Nie, dlaczego?

– Mamy dom po rodzicach, ja jestem samotna i on też, czemu więc nie mielibyśmy mieszkać razem? Poza tym Piotrek jest chory, nie może wychodzić i potrzebuje mojej pomocy…

– Nie musisz się przede mną tłumaczyć.

– Wiem. – Ala odgarnęła z czoła grzywkę i dopiła kawę. – Ty jako ostatnia rozmawiałaś z Wojtkiem?

Nagła zmiana tematu zdezorientowała Marię i przez moment nawet wydała jej się niestosowna. Jednak na Alicję trudno było się gniewać.

– Tak, ja.

„Teraz zapyta, czy zauważyłam w jego zachowaniu coś dziwnego – pomyślała Maria. – Albo nawet, czy nie nawrzeszczałam przypadkiem na chłopaka, tak że postanowił się zabić”. Lecz Ala tylko potrząsnęła ze smutkiem głową.

– Biedaczek.

– Biedaczek – przyznała Maria. – I w dodatku wydaje się, że nikt tak naprawdę go nie lubił.

– Ja lubiłam. – Ala ją zaskoczyła. – Uczyłam Wojtka przez trzy lata, to była pierwsza klasa, jaką dostałam. Był wtedy… inny.

– Naprawdę?

– Niezbyt bystry, to prawda, jednak zaradny i bardzo samodzielny jak na siedmio- czy ośmiolatka. Zawsze trzymał się trochę z boku, z nikim się nie przyjaźnił, ale budził szacunek wśród innych dzieciaków. Dopiero w trzeciej klasie coś zaczęło się psuć. Dzieci śmiały się z niego, bo wciąż nie umiał czytać, a on coraz bardziej zamykał się w sobie, prawie jakby cofał się w rozwoju. Wcześniej chętnie zgłaszał się na ochotnika przy różnych zabawach i nagle zaczął udawać idiotę, wiesz, mówił, że nie potrafi tego czy tamtego, nawet jeśli doskonale by sobie poradził. To było jak śniegowa kula, a ja przegapiłam moment, kiedy zrobiło się naprawdę źle. Na początku jeszcze się łudziłam, że to nieszkodliwe żarty, potem próbowałam rozmawiać z klasą, ale chyba nie bardzo mi wychodziło. Aż wreszcie było za późno. Dalej jednak chciałam coś zrobić, jakiś czas temu nawet zaprosiłam Wojtka na herbatę, żeby porozmawiać z nim tak od serca. Nie mów nikomu, dyrektorka nie lubi, kiedy nauczyciele spoufalają się z uczniami.

– Ale to nie pomogło?

– Nie, nie pomogło. Mówiłam Wojtkowi, że pięknie rysuje, że wszyscy ci, którzy się z niego śmieją, nigdy by tak nie potrafili, i że kiedy pójdzie do zawodówki, będzie lepiej, bo tam umiejętność czytania czy pisania nie jest najważniejsza. Ale on mnie chyba nie słuchał, nie patrzył mi w oczy, tylko od czasu do czasu coś dukał. Czułam się tak, jakbym zupełnie straciła z nim kontakt. Szkoda chłopaka… Naprawdę miał talent, wiesz?

– Wiem. Narysował na mojej lekcji obrazek: czwórkę dzieci z jakimś potworem w lesie. Dziwaczny, ale na swój sposób rzeczywiście ładny.

Ala westchnęła.

– Nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam dla niego więcej…

„Ja też”, pomyślała Maria, a potem, ponieważ nie miała pojęcia, co powiedzieć, z wahaniem wyciągnęła rękę i uścisnęła dłoń Alicji. Młodsza kobieta uśmiechnęła się smutno.

– Dość tych żalów – oznajmiła po chwili, wstając energicznie. – Muszę wracać do domu, bo Piotrek będzie się niepokoił.

Kiedy pożegnały się na przystanku, Maria odprowadziła ją wzrokiem. Miło było wiedzieć, że istniała choć jedna osoba, która czuła do Wojtka sympatię. Z drugiej strony to, czego się dowiedziała, czyniło historię chłopca na swój sposób jeszcze bardziej tragiczną. Wojtek zaradny i samodzielny? Cieszący się szacunkiem wśród innych dzieci?

Jak nazywali się przyjaciele, których wymienił wtedy w klasie? Paweł, Jasna i ten trzeci, którego imienia wciąż nie potrafiła sobie przypomnieć?

Jeszcze wczoraj Maria mogłaby przysiąc, że to fikcyjne postacie, ale teraz wcale nie była tego pewna.