Diabeł w maszynieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W ciemności
wtorek, 27 czerwca

— Porucznik Magatou zachwalał pana jako jednego ze swoich najlepszych ludzi. — Biskup spojrzał z namysłem na siedzącego przed nim mężczyznę. — Podobno jest pan skuteczny, uczciwy, a także dyskretny.

— Porucznik był nazbyt łaskaw — zaszemrał cichy głos, dziwnie niepasujący do postawnego mężczyzny, który obracał w dłoniach kieliszek z winem, jakby nie do końca wiedział, co z nim zrobić. — Ale nie przeczę, że zdarzyło mi się odnieść kilka sukcesów.

— Jest pan również, jak mniemam, człowiekiem wierzącym?

— Oczywiście. W dzieciństwie byłem nawet przeznaczony do stanu duchownego, ale On — w głosie Martisa Chatzberta wyraźnie dało się słyszeć wielką literę — miał wobec mnie inne plany.

Biskup obrzucił gościa jeszcze jednym uważnym spojrzeniem. Postawa pełna szacunku, choć bez uniżoności, ubranie niezbyt drogie, acz w dobrym gatunku. Do tego starannie związane na karku jasne jak len włosy i szczera, piegowata twarz, którą nieśmiały uśmiech odmładzał o dobre dziesięć lat – dzięki niemu Chatzbert wyglądał bardziej na studenta niż na dobiegającego trzydziestki urzędnika alestrańskiej policji konnej.

Biskup musiał przyznać, że spodobało mu się to, co widział. Na tyle, na ile mógł ocenić po tak krótkiej rozmowie, jego gość był człowiekiem skromnym, a jednocześnie dobrym w policyjnym fachu i niewątpliwie czerpał z tego satysfakcję. Cała jego postawa mówiła: oto człowiek, który odnalazł swoje miejsce na ziemi, a wraz z nim spokój ducha.

Cóż, chyba zaryzykuję, pomyślał, kiwając dłonią na chłopca w liberii lokaja, który stał pod drzwiami wyprężony jak struna.

— Dorzuć do ognia, a potem wyjdź — powiedział.

Chłopiec sięgnął po polano i ostrożnie ułożył je na dogasającym w kominku stosie. Tego czerwca wieczory bywały jeszcze chłodne, a biskup, którego od pewnego czasu dręczyły dolegliwości reumatyczne, lubił ciepło.

Gdy mały lokaj zniknął za drzwiami, Chatzbert uniósł wzrok i uśmiechnął się odrobinę szerzej. W oczach jasnowłosego mężczyzny na krótką chwilę pojawił się swawolny błysk.

— Zastanawia się ojciec, czy jestem odpowiednią osobą, prawda?

— Zastanawiam się, istotnie. — Malartre nie uznał za stosowne wspomnieć, że właściwie już podjął decyzję.

— Jestem. — W głosie gościa zabrzmiała spokojna pewność siebie. — Nie dlatego, że porucznik Magatou mnie ceni, i nie z powodu moich sukcesów. A przynajmniej nie tylko dlatego. Widzi ojciec, ja już od jakiegoś czasu interesuję się dokonaniami don Domenica Jordana. U nas, w policji, sporo się o nim mówi. Jestem, jeśli wolno mi to powiedzieć, jego wielbicielem i dlatego jeśli ktokolwiek mógłby go odnaleźć, to tylko ja.

czwartek, 15 czerwca

Loís de Pontos zapukał do mieszkania Domenica Jordana o dziewiątej rano, co było przyjętą godziną wizyt na wsi, lecz w Alestrze uchodziło za poważny nietakt. Był to pękaty człowieczek o czerwonej twarzy i spracowanych dłoniach, które zdradzały, że de Pontos więcej czasu spędza w polu z chłopami niż w swojej posiadłości. Typowy zubożały szlachcic, pomyślał Jordan, gdy bez większego przekonania proponował niespodziewanemu gościowi śniadanie i kawę.

Pontos odmówił pasztetu z dziczyzny, polewki na winie, sera i słodkiego rogala, napił się jednak kawy – tylko łyk, który wystarczył, by twarz mężczyzny wykrzywiła się w grymasie obrzydzenia. Jordan nie wątpił, że zamorska nowinka nie przypadła gościowi do gustu. Pontos odsunął pośpiesznie filiżankę, a gospodarz podał mu kubek z wodą. Był w kiepskim humorze, nie tylko dlatego, że musiał wstać wcześniej, niż zamierzał, ale także z wielu innych powodów. Był w kiepskim humorze od tak dawna, że z trudem przypominał sobie czas, gdy potraktowałby gościa z prawdziwą sympatią. Nie zamierzał jednak z tego powodu rezygnować z uprzejmości. Czekał cierpliwie, aż wiejski szlachcic napije się wody i skończy wycierać usta. Potem – po raz kolejny – Pontos przeprosił za kłopot i zapewnił, że jego sprawa należy do niecierpiących zwłoki. Domenic Jordan powstrzymał się od stwierdzenia, że w takim przypadku lepiej byłoby, aby gość przeszedł do rzeczy, zamiast tracić czas na powtarzanie czegoś, co zostało już powiedziane.

— Moja córka — oznajmił wreszcie Pontos — najbliższa mi osoba na świecie, po śmierci jej matki, a mojej żony, światło moich oczu i jedyna moja radość… Moja Sancia…

— Co z nią? — Domenic Jordan czuł, że zaczyna tracić cierpliwość. Nie po raz pierwszy pomyślał, że powinien koniecznie zatrudnić służącego. Prawdziwego służącego, nie takiego jak matka Janseranda, która utrzymywała mieszkanie w nienagannej czystości i świetnie gotowała, ale zupełnie nie znała się na tym, którego gościa można wpuścić do salonu, a którego należy odprawić z kwitkiem.

— Sancia została porwana — szepnął Pontos, wyciągając z rękawa niezbyt czystą chustkę. — W biały dzień, na środku najbardziej ruchliwej z alestrańskich ulic.

— Polecam w takim przypadku zwrócić się do policji konnej. Jeśli byli świadkowie…

— Policja w niczym nie może pomóc. Świadkowie widzieli tylko… — mężczyzna głośno wytarł nos — powóz, czarny kocz z zasłoniętymi oknami, do którego wsiadła moja córka.

— Wsiadła z własnej woli?

Pontos rzucił znad chustki zaskakująco bystre spojrzenie. Ten człowiek, pomyślał Jordan, nie jest wcale takim prostym chłopem, za jakiego można by go wziąć w pierwszej chwili.

— Sądzisz, panie, że Sancia mogła uciec z jakimś nicponiem? W takim razie nie zna pan mojej córki.

— Istotnie, nie miałem okazji jej poznać. Może uda mi się naprawić ten błąd, jeśli będzie pan dalej mówił z sensem.

Pontos zamrugał.

— A więc pomoże mi pan?

— Zastanowię się nad tym, gdy usłyszę całą historię.

— Tak, oczywiście… Moja wdzięczność… — Gość zreflektował się, dał spokój wdzięczności i wepchnął chustkę z powrotem do rękawa. — Już przechodzę do rzeczy. Widzisz, panie, Sancia uczyła się u niepokalanek. Zna pan ten klasztor? Położony jest niedaleko, na wsi pod Alestrą. To spokojne, ciche miejsce, z dala od niebezpieczeństw stolicy. Dlatego je wybrałem siedem lat temu, gdy zmarła moja żona. Oddałem wtedy córkę do zakonnic, bo sam nie byłem w stanie się zająć jej edukacją. Sancia skończyła naukę tydzień temu, tak jak to jest przyjęte, czyli w wieku lat szesnastu. Sam ją odebrałem. Mieliśmy wracać do Basteny, do naszego majątku, ale córka błagała, żebyśmy spędzili jeszcze kilka dni w Alestrze. Na moją zgubę… Na moją zgubę uznałem, że to nie taki zły pomysł. Dziewczynie po tych wszystkich latach należała się odrobina rozrywki, a poza tym tak czy inaczej musieliśmy obstalować nową garderobę i równie dobrze mogliśmy to zrobić tutaj.

— Sancia, jak rozumiem, miała opiekunkę?

Pontos skinął głową.

— Miguelę, dawną niańkę. To prosta, ale uczciwa kobieta. Ufam jej jak sobie samemu. Miguela była z Sancią, kiedy to się stało. Wybrały się na rynek kupić atłas na suknię. Był wtorek, dzień targowy, i Sancia zgubiła się w tłumie. Miguela krążyła przez jakiś czas, szukając jej, a potem pobiegła do gospody, by mnie zawiadomić. Ja z kolei od razu udałem się na policję. Porucznik Magatou był bardzo miły, poszedł ze mną i tak długo wypytywał ludzi, aż wreszcie znaleźli się tacy, którzy widzieli, jak Sancia wsiada do powozu. Rozpoznali ją po błękitnej sukience, którą miała tego dnia na sobie. I fryzurze – moja dziewczynka zgodnie z klasztornym zwyczajem nosiła jeszcze czepek i warkocze, a w Alestrze wszystkie panny biegają teraz z rozpuszczonymi włosami…

— A więc Sancia zwracała na siebie uwagę i łatwo było ją zauważyć. Ma pan świadków, którzy widzieli ją wsiadającą do powozu… Dobrowolnie wsiadającą. Jak pan to wytłumaczy?

Pontos potrząsnął głową.

— Wysłałem córkę do klasztoru, żeby zachować jej dziecięcą niewinność. Nie chciałem, żeby zbyt szybko zetknęła się ze złem tego świata. I obawiam się, że siostrzyczki wykonały swoje zadanie aż nadto dobrze. Sancia… Sancia jest niezwykle naiwna, jak dziecko właśnie. Jeśli zgubiła się na rynku, mogła przyjąć pomoc od kogoś, kto obiecał, że zawiezie ją do gospody Pod Skrzyżowanymi Toporami. Tam się zatrzymaliśmy — wyjaśnił niepotrzebnie. — To dobre miejsce, czyste i niezbyt drogie, nad rzeką… Nieważne zresztą. Cała moja nadzieja…

Jordan machnął ręką.

— Do nadziei dojdziemy za chwilę. Najpierw chciałbym zadać kilka pytań. Czy mylę się, sądząc, że w Bastenie czeka na Sancię mężczyzna, którego ma poślubić?

Pontos zawahał się, a potem z ociąganiem skinął głową.

— Skąd…

— Domyśliłem się. — Aranżowane małżeństwa zdarzały się częściej na wsiach, gdzie odpowiednich kandydatów było na tyle mało, że dziewczęta, ledwo odrosły od ziemi, obiecywano takiemu czy innemu sąsiadowi. Poza tym szlachcic tak ubogi jak Loís de Pontos prawdopodobnie pozwoliłby córce na suknię z atłasu jedynie w przypadku, gdyby dziewczyna miała się w niej prezentować potencjalnemu narzeczonemu.

— Będę zgadywał dalej. Ten mężczyzna jest od Sancii sporo starszy, a dziewczyna nigdy nie darzyła go jakąś szczególną sympatią. Mam rację?

Kolejne kiwnięcie głową. Pontos zacisnął usta, najwyraźniej wiedząc już, do czego gospodarz zmierza.

— Sancia jest posłuszną córką — powiedział. — Nigdy jeszcze nie sprzeciwiła się mojej woli. I wie, że szczęście małżeńskie przychodzi z czasem. Pan jej…

— Nie znam jej, wiem. Już to ustaliliśmy. Pytanie natomiast brzmi, czy pan zna własną córkę? Oddał ją pan do klasztoru, kiedy miała dziewięć lat, i odebrał, gdy skończyła szesnaście. Jak często odwiedzał ją pan w tym czasie? Jest pan pewien, że to wciąż ta sama osoba? Dziewięcioletnia Sancia z pewnością nie nawiązałaby niestosownej znajomości i nie umówiła się z jakimś przystojnym młodzieńcem, że wybawi ją od niechcianego małżeństwa. Ale czy nie zrobiłaby tego również Sancia szesnastoletnia?

 

Pontos otworzył usta i zaraz je zamknął.

— Mylisz się, panie. Wiem, do czego moje dziecko byłoby zdolne, a do czego nie. Poza tym — spojrzał chytrze i na chwilę zdeterminowany ojciec zmienił się w twardogłowego chłopa — u niepokalanek nie ma żadnego młodzieńca, przystojnego czy nie. Dziewczęta są tam chronione i pilnowane i nie mają żadnej okazji, żeby – jak pan to określił – zawierać niestosowne znajomości.

— Nastoletnie panny potrafią być zaskakująco pomysłowe, jeśli chodzi o takie kwestie.

— A więc nie mogę na pana liczyć?

— Przykro mi. — Jordan nie zadał sobie nawet trudu, by zabrzmiało to szczerze.

— Przecież pan obiecał!

— Obiecałem, że rozważę to, jeśli opowie mi pan wszystkie szczegóły.

— I opowiedziałem!

— A ja nie znalazłem w pana opowieści niczego, co mogłoby mnie zainteresować. Nie zajmuję się poszukiwaniami nastoletnich panien. Od tego jest policja.

Loís de Pontos otwierał usta i zamykał je niczym wyrzucona na brzeg ryba. Twarz miał czerwoną, Jordan napełnił mu więc kubek ze stojącego na stole dzbana. Mężczyzna napił się odruchowo, chlapiąc wodą na zawiązany pod szyją halsztuk.

— Zainteresować? — powtórzył z wyraźnym niedowierzaniem. — Nie znalazłeś, panie, w tej historii niczego, co mogłoby pana zainteresować?

Jordan za późno zorientował się, że użył niewłaściwego słowa. Z drugiej strony nie miało to przecież większego znaczenia. Tak sądził, gdy uprzejmie, acz stanowczo odprowadzał gościa do drzwi.

Mylił się, oczywiście, ale o tym też miał się przekonać, gdy było już zbyt późno.

niedziela, 18 czerwca

— Taaa, Loís de Pontos, pamiętam go. — Porucznik Magatou wsunął do ust łyżkę z potrawką cielęcą. — Wpadł do nas jak burza pięć dni temu i od progu zażądał, żebyśmy szukali jego córki. No to poszukaliśmy, ale jak się okazało, że sama wsiadła do tego powozu, daliśmy sobie spokój. Zresztą czarnych koczów jest w Alestrze sporo, kto by tam odróżniał jeden od drugiego?

— Rozumiem, że ostatni raz widział pan Pontosa w środę? Potem już do was nie wracał?

Magatou pokręcił głową. Chciał coś powiedzieć, jednak na przeszkodzie stanął spory kęs mięsa, który miał właśnie w ustach. Wymruczał więc tylko coś przepraszająco i przysunął sobie cynowy kubek z winem. Dochodziła ósma wieczorem, porucznik od rana nic nie jadł i kolacja zafundowana przez Domenica Jordana spadła mu jak z nieba. Może tylko wybrałby inną gospodę, bo Pod Czerwonym Lwem, w swoim zakurzonym ubraniu i z niezbyt wyszukanymi manierami, czuł się odrobinę niepewnie. Z drugiej strony musiał przyznać, że to dobre miejsce. Nie było tu ani hałaśliwych żaków świętujących zakończenie roku, ani natrętnych kobiet lekkich obyczajów. Stoliki zajmowali głównie rozmawiający przyciszonymi głosami bankierzy oraz elegancko ubrane mieszczańskie rodziny, posilające się przed przedstawieniem, które miało rozpocząć się za pół godziny w pobliskim teatrze.

Dobre miejsce, żeby usiąść w rogu sali, przy stoliku oświetlonym jedną tylko świecą, zamówić kolację oraz dzban basteńskiego wina i dyskretnie porozmawiać.

Porucznik przełknął.

— Nie, potem już go nie widziałem. Prawdę mówiąc…

— Tak?

— Myślałem, że albo córka sama się znalazła, albo pan zgodził się mu pomóc.

— A więc to pan wysłał do mnie tego człowieka?

Magatou poczerwieniał.

— Nie ja, tylko jeden z moich ludzi… Młody taki, bardzo pana podziwia…

— Ale pan uznał, że to niezły pomysł.

— Taaa, trochę tak. — Nieszczęsny porucznik spocił się i nie był to tylko wpływ wina czy bijącego z kominka ciepła. Domenic Jordan, jeśli chciał, potrafił wyrazić dezaprobatę bez jednego słowa, samym tylko wyrazem twarzy. A tym razem chciał.

— Pomyślałem, że przyda się panu zajęcie — ciągnął Magatou, odsuwając kubek z winem. Instynkt podpowiadał mu, że tę rozmowę lepiej będzie odbyć na trzeźwo.

— Tydzień temu miałem zajęcie — przypomniał Jordan.

— A dzisiaj jest pan tutaj. — Porucznik wystraszył się, że tym razem przesadził. Jordan zacisnął usta, przez jego twarz przemknął grymas tłumionego gniewu. A potem mięśnie rozluźniły się i mężczyzna spojrzał w okno, zza którego dobiegał śpiew żaków. Część wyjechała już do domów, ale część wciąż włóczyła się po Alestrze, pijąc i urządzając burdy.

— Dzisiaj jestem tu — potwierdził.

W jego głosie nie było słychać gniewu i Magatou odetchnął z ulgą. Domenic Jordan, cokolwiek by o nim powiedzieć, potrafił się przyznać do błędu. A porucznik miał przecież rację. Gdy na alestrańskim uniwersytecie dobiegł końca letni semestr, Jordan został wolnym człowiekiem. Dotąd większość czasu zajmowały mu przygotowania do zajęć ze studentami, uzupełnianie wiedzy – bo alestrańscy żacy bywali dociekliwi – egzaminowanie i poprawianie prac. W sobotę obudził się ze świadomością, że tego dnia nie musi robić nic, i ta myśl przeraziła go bardziej, niż chciałby sam przed sobą przyznać. W mieszkaniu wytrzymał sześć godzin, później wyszedł na miasto i krążył bez celu po ulicach, co niewiele mu pomogło. Wieczorem wziął udział w przyjęciu u wicehrabiego de Berenguara, gdzie skupił się na grze w karty, i to pomogło już zdecydowanie bardziej, ale nie mógł przecież robić tego codziennie. Zwłaszcza że Jordan owszem, grał dobrze, ale nawet znakomici gracze zaczynają w końcu przegrywać, jeśli wpadną w nałóg. Następnego dnia odnalazł więc porucznika Magatou i zaprosił go na kolację.

— Sądzi pan, że naprawdę została porwana? — Magatou popchnął rozmowę w bezpieczniejszym kierunku.

Nie tyle sądzę, co mam nadzieję, pomyślał Jordan. Czy uratowanie inteligentnej, pięknej dziewczyny – jeśli oczywiście taka była – mogłoby przynieść mu coś w rodzaju ulgi? Przelotnie ubawiła go ta myśl. Przywykł uważać się za człowieka oryginalnego, ale nawet największe oryginały miewają od czasu do czasu banalne pragnienia.

— Rozważam taką możliwość — odparł dyplomatycznie, przysuwając bliżej talerz. Jadł bez apetytu, bardziej z poczucia obowiązku wobec samego siebie niż z przyjemnością. — I chciałbym, aby pan rozważył ją wraz ze mną. Jeśli dziewczyna nie uciekła z kochankiem, a jej ojciec upierał się, że nie mogła tego zrobić, to gdzie się podziała? Kto i z jakich powodów mógłby porwać szlachciankę w samym środku miasta?

— Ludzie, którzy sprzedają dziewczęta do zamorskich domów rozpusty? Zdarzają się takie przypadki, sam pamiętam…

— Wiem, że się zdarzają. — Jordan nie miał czasu ani ochoty na wysłuchiwanie wspominek. — Ale ofiarą takich praktyk padają najczęściej biedne służące albo wieśniaczki przybywające do Alestry w poszukiwaniu pracy. Dziewczyny, o które nikt się nie upomni, nikt ich nie będzie szukał. Porywanie w takim celu dobrze urodzonej panny byłoby bezsensownym ryzykiem.

— Jeśli dziewczyna była naprawdę ładna, ktoś mógł uznać, że warto podjąć ryzyko.

Jordan powoli skinął głową. Nie do końca przekonywała go taka teoria, ale był to przynajmniej jakiś pomysł.

— Odwiedziłem dzisiaj gospodę Pod Skrzyżowanymi Toporami — powiedział.

Magatou uniósł pytająco brwi.

— Pokój de Pontosa jest wciąż zajęty, ale jego lokator wyszedł rano i nie wrócił. Służąca też gdzieś przepadła.

— Sancia oczywiście się nie zjawiła?

— Nie.

— Może de Pontos i jego służąca szukają teraz panny po całej Alestrze.

— Może. Jutro pojadę do klasztoru i popytam o nią. Jestem pewien, że przyjaciółki znają Sancię znacznie lepiej niż jej własny ojciec.

— Tylko niech pan uważa, takie panny wyglądają jak niewiniątka, ale potrafią nieźle kłamać. — Magatou był ojcem czternastolatki i prawdopodobnie mówił z własnego doświadczenia.

Jordan uśmiechnął się z roztargnieniem.

— Myślę, że dam sobie radę.

— Jest jeszcze jedna sprawa. — Porucznik zawahał się i żeby zyskać na czasie, sięgnął po glinianą fajkę. Nie zapalił jej, tylko obracał w rękach. Wybierające się do teatru rodziny już wyszły i gospoda opustoszała – tylko na chwilę, bo zaraz do środka wpadła grupa młodzieńców w rozchełstanych koszulach i z błyszczącymi oczami. Ci zachowywali się zdecydowanie bardziej hałaśliwie niż wcześniejsi goście i porucznik Magatou musiał podnieść głos. — Chodzi o Emmanuela Lota. Chce się z panem zobaczyć.

— To ma pecha, bo ja nie zamierzam się widzieć z nim.

— Podobno ma panu do przekazania ważną wiadomość.

— Może ją przekazać panu albo któremuś z pańskich ludzi.

Magatou westchnął.

— Podejrzewałem, że pan tak odpowie. Mimo wszystko nie jest pan choć trochę… ciekawy?

— Jestem, ale nie zamierzam grać według jego reguł. Zresztą — głos Jordana złagodniał — obaj wiemy, że Lot nie ma do przekazania niczego ważnego. Zależy mu jedynie na tym, by w ostatnich dniach życia zabawić się jeszcze czyimś kosztem.

— Jest pan tego pewien?

— Prawie pewien — odparł Jordan uczciwie.

— I to jest pana ostateczna odpowiedź?

Domenic skinął głową, a potem zamówił jeszcze jeden dzban wina. Magatou uznał najwyraźniej, że na dalszą część wieczoru może zrezygnować z trzeźwości, bo odłożył fajkę i napełnił sobie kubek.

poniedziałek, 19 czerwca

Następny ranek Jordan zaczął od wizyty Pod Skrzyżowanymi Toporami, gdzie powiedziano mu, że od wczorajszego popołudnia sytuacja nic się nie zmieniła: nie wrócili ani de Pontos, ani Miguela, ani Sancia. Zaczynało to wyglądać niepokojąco, choć wyjaśnienie wciąż mogło być niewinne: może szlachcic i jego służąca zapędzili się w swoich poszukiwaniach tak daleko, że postanowili spędzić noc w innej gospodzie.

Wsunął właścicielowi w garść kilka eccu, a ten, choć z kwaśną miną, pozwolił mu przejrzeć rzeczy de Pontosów. Do Sancii należał większy pokój, z widokiem na połyskującą za linią drzew Mercię. Jordan nie znalazł tu niczego ciekawego: tylko ubrania, rozpięty na tamborku niedokończony haft, przedstawiający polne kwiaty, i zniszczoną Biblię. Jeśli dziewczyna miała ambicje wykraczające poza klasztorną edukację, nie było tego po jej sypialni widać. W pokoju de Pontosa znalazł natomiast leżący na stoliku list, datowany na piątek, 16 czerwca. Jego treść była krótka, prosta i prawdę powiedziawszy, mniej więcej taka, jakiej Jordan się spodziewał.

Jeśli pragniesz, panie, dowiedzieć się, co stało się z pana córką, przyjdź jutro w południe na plac Trzech Krzyży i wsiądź do czarnego kocza. Służącą odprawani pan, ani panna Sancia nie będziecie już jej potrzebować.

Jordan wpatrywał się w kartkę, marszcząc brwi. Papier był w dobrym gatunku, pismo wyrobione, bez błędów. Autor najwyraźniej należał do ludzi wykształconych i zapewne majętnych, a to z dużym prawdopodobieństwem wykluczało zbirów porywających panny dla przyjemności zamorskich sułtanów.

Wsunął list do kieszeni i dla porządku przeszukał resztę rzeczy, ale nie znalazł w nich nic, co by świadczyło o tym, że Pontosowie mieli wrogów albo wpadli ostatnio w takie czy inne tarapaty.

Z gospody pojechał do niepokalanek: konno, nie powozem, bo nie miał pojęcia, w jakim stanie będą podmiejskie drogi. Pogoda była piękna, przesiane przez gałęzie promienie słońca rzucały na leśny trakt rozkołysane lekkim wiatrem złote cętki. Pachniało kurzem i świeżą, wciąż jeszcze wiosenną zielenią, ale Jordan niczego z tego nie zauważał. Ocknął się z zamyślenia, dopiero gdy dotarł do wioski, składającej się z kilku krzywych chałup i jednego warsztatu kowalskiego, w którym pracował spocony brodacz. Z tego, co wiedział, była to jedyna osada położona w sąsiedztwie klasztoru.

Zsiadł z konia, uwiązał go przy płocie i kręcił się przez chwilę po wsi, rozmawiając z mieszkańcami o zbiorach z zeszłego roku, porywających owce wilkach i nadciągającej sobótkowej zabawie. Odpowiedzi niewiele mu dały, bo wieśniacy byli zbyt zdumieni, by mówić z sensem, ale też Jordanowi nie chodziło o zbiory, wilki czy tańce ludowe. Chciał trafić na miejscową plotkarę i wreszcie na nią trafił. Kwadrans później wiedział już, że w wiosce mieszkało jedynie trzech mężczyzn poniżej czterdziestego roku życia: jeden miał sześcioro dzieci, zeza i zajęczą wargę, drugi był mocno przygłupi, a trzeci niedawno się ożenił i stan ten najwyraźniej bardzo mu odpowiadał. Żaden z nich nie wyglądał na kogoś, kto zdołałby zbałamucić uczącą się w klasztorze pannę, a potem porwać ją zdobytym jakimś cudem powozem.

 

Dał więc spokój chłopom i udał się do klasztoru.

Spodziewał się piętrowego budyneczku położonego malowniczo w lasach, a tymczasem znalazł coś, co przypominało niewielką twierdzę. Raz jeszcze zsiadł z konia i obszedł dookoła wysoki na dwanaście stóp mur, szukając dogodnego przejścia. Niestety, żadne uprzejme drzewo nie wyrosło wystarczająco blisko, by zakochany młodzieniec mógł wdrapać się po pniu i przeskoczyć na drugą stronę; mur wszędzie był gładki i solidny, bez śladu wyrw czy choćby ukruszonych kamieni, które stanowiłyby oparcie dla rąk i stóp. To oczywiście jeszcze o niczym nie świadczyło: klasztor niepokalanek, choć niewątpliwie dobrze strzeżony, nie był przecież więzieniem. Zręczny i silny człowiek potrafiłby przedostać się na teren klasztoru – wystarczyło przynieść drabinę albo linę z hakiem. Niemniej, był to kolejny problem. Jeśli Sancia de Pontos z kimś się widywała, musiał to być wyjątkowo zdeterminowany chłopak.

Jordan wrócił pod furtę i zakołatał. Chwilę później otworzyła mu przysadzista mniszka w białym habicie, która poprowadziła go do matki przełożonej.

Stara zakonnica słuchała z pochyloną głową. Wpadające przez wąskie okno słońce nie sięgało otulonej cieniem kornetu twarzy i Domenic mógł się jedynie domyślać, że usta matki przełożonej zaciśnięte są w wyrazie dezaprobaty. Widział białe dłonie przesuwające się po paciorkach różańca, słyszał dobiegający z głębi klasztoru śpiew. Salve Regina, jedna z nielicznych kościelnych pieśni, które potrafił rozpoznać. Zapach świeżo wypolerowanego drewna mieszał się z dolatującą z zewnątrz wonią kwiatów, ale ogród, choć niewątpliwie znajdował się gdzieś w pobliżu, wydawał się teraz miejscem odległym o całe mile.

Gdy skończył mówić, matka przełożona uniosła głowę. Tak jak się domyślał, jej wargi zaciśnięte były w wąską kreskę. Jordan musiał się wydawać tej kobiecie uosobieniem wszystkiego, przed czym próbowano tu chronić dziewczęta: zepsutym przedstawicielem arystokracji, którego jedynym zajęciem jest gra w karty i uwodzenie niewinnych panien.

— I spodziewa się pan — głos zakonnicy zadrżał leciutko — że porwanie Sancii może mieć coś wspólnego z nami?

— Zastanawiam się przede wszystkim, jakiego typu osobą była Sancia. Była ładna?

— To ma znaczenie?

— W tym przypadku tak.

— Jej dusza była piękna.

Czyli nie, pomyślał. Cóż, to stawiało pod jeszcze większym znakiem zapytania teorię porucznika Magatou.

— Wyróżniała się czymś szczególnie? Może miała jakiś talent, była bystra albo… samowolna?

— Była dzieckiem posłusznym i bardzo pobożnym.

To również nie zabrzmiało obiecująco. Jakich wrogów mogła mieć niezbyt ładna, nijaka – bo niewątpliwie zakonnica to właśnie miała na myśli – dziewczyna?

— Rozumiem więc, że Sancia raczej nie nawiązałaby kontaktu z kimś z zewnątrz?

— Z całą pewnością nie. Nasze dziewczęta nie kontaktują się ze światem.

— Muszą się z nim kontaktować, choćby przez posłańców, którzy dostarczają jedzenie czy inne potrzebne produkty.

— Jesteśmy prawie samowystarczalne, panie… przepraszam, nie dosłyszałam nazwiska?

Jordan powtórzył je, choć nie wątpił, że matka przełożona usłyszała dobrze.

— Mamy kurnik, chlewik, sad i warzywnik, a także ogród, w którym hodujemy zioła. Same pieczemy chleb, warzymy lekkie piwo i dbamy o naszą garderobę.

— Uczennice też to robią?

Skinęła głową.

— Oczywiście. Praca służy każdemu, nawet dobrze urodzonym.

Szacunek Jordana do matki przełożonej odrobinę wzrósł. Zapędzenie szlachcianek do oporządzania świń czy mieszania w kadzi z piwem nie mogło być łatwym zadaniem.

— A dostawcy cukru, chmielu czy świec? Medycy? Jacyś obcy muszą tutaj od czasu do czasu bywać.

— Po większe sprawunki wybierają się raz w miesiącu siostra Agneta z siostrą Berengarą. Obie Pan w swojej łaskawości obdarzył męską siłą, dzięki czemu nie musimy wynajmować tragarzy. A drobne dolegliwości leczy siostra Plazensa, która doskonale zna się na ziołach. Medyka wzywamy jedynie w poważniejszych przypadkach. Ostatnio, jeśli mnie pamięć nie myli, cztery lata temu, gdy jedna z naszych dziewcząt zapadła na suchoty.

Jordan darował sobie pytanie o lekarza. Cztery lata temu Sancia była dzieckiem.

— Czy to już wszystkie pytania, jakie chciał pan zadać? Jeśli tak, siostra Innocenta odprowadzi pana…

— Chciałbym porozmawiać z przyjaciółkami Sancii.

— Nie. — W głosie zakonnicy zabrzmiała stalowa nuta. — Zgodziłam się spotkać z panem jedynie ze względu na Sancię, ale z całą pewnością nie pozwolę, aby bałamucił pan niewinne dziewczęta.

Jordan w całym swoim życiu nie zbałamucił nigdy żadnej dziewczyny – winnej czy nie – ale nie zamierzał tego matce przełożonej mówić. I tak by zresztą nie uwierzyła. Wyciągnął więc z rękawa kartę atutową, powołując się na biskupa Malatre’a. Poskutkowało i tym razem, bo stara zakonnica po chwili wahania skinęła niechętnie głową.

W ten sposób znalazł się w klasztornym ogrodzie, w sielskiej scenerii rozkwitłych róż, irysów i dzwonków, otoczony grupką nastoletnich dziewcząt. Nosiły skromne szare sukienki i czepki, spod których wymykały się starannie zaplecione warkocze, ale oczy im błyszczały, a policzki jednej z nich, najwyższej i prawdopodobnie najstarszej, wyglądały na uróżowane. Być może dziewczyna użyła odrobiny ceglanego pyłu zeskrobanego ze ściany, a może przecięła palec i wtarła w skórę parę kropli krwi. Jak powiedział niedawno Jordan, panny w tym wieku bywały pomysłowe.

Całą grupę obserwowała siedząca na ławce siostra Innocenta, zaczął więc od niewinnych tematów, wypytując o upodobania Sancii de Pontos, o to, jakie książki czytała i czy tęskniła za rodzinnym domem. Dziewczęta odpowiadały chętnie, same nie zadając pytań, jak przystało na dobrze wytresowane uczennice. Trwało to dłuższą chwilę, aż wreszcie znudzona zakonnica wyjęła z fałd habitu modlitewnik i pogrążyła się w lekturze.

Panna z uróżowanymi policzkami szybciej nawet niż Jordan zorientowała się, że teraz mogą rozmawiać w miarę swobodnie.

— Czy Sancii coś się stało? — szepnęła. — Dlaczego pan o nią pyta?

Jordan przyłożył palec do ust, a potem bez wahania złamał obietnicę, którą złożył matce przełożonej.

— Sancia została porwana — powiedział, zniżając głos.

Pięć par oczu powiększyło się do rozmiarów srebrnych monet. Z ust jednej z dziewcząt wyrwał się okrzyk, ale koleżanki natychmiast ją uciszyły.

— Dlatego muszę wiedzieć o niej wszystko — dodał. — Czy kogoś się obawiała, czy wspominała może, że ona albo jej rodzina mają wrogów, czy utrzymywała kontakt z kimś spoza klasztoru…

Przy każdym pytaniu kręciły głowami, a nadzieja Jordana gasła.

— I Sancia nie miała żadnego… wielbiciela? — Omal nie powiedział „kochanka”, ale nie był pewien, czy te dziewczyny wiedziałyby w ogóle, o czym mówi.

— Kogoś, za kogo chciałaby wyjść za mąż? — odezwała się pulchna brunetka, na oko mniej więcej czternastoletnia.

— Na przykład — potwierdził dyplomatycznie.

— Miała — zaskoczyła go najstarsza dziewczyna. — Nie znamy jego imienia, ale widziałyśmy twarz… No co? — Odwróciła się do pulchnej koleżanki, która szturchnęła ją łokciem. — To ważne. A pan przecież nas nie zdradzi przed matką przełożoną, prawda?

Rzuciła Jordanowi uśmiech, w zamierzeniu zapewne uwodzicielski, a w rzeczywistości tylko nieporadny. Z trudem zmusił się, żeby odpowiedzieć uśmiechem. Te dziewczęta były jeszcze dziećmi, ale próbowały już flirtować, zupełnie nie wiedząc, jak to robić. Pontos miał rację: jeśli Sancia była choć trochę do nich podobna, porwać ją mógł każdy, kto powiedziałby jej kilka banalnych komplementów.

— Nie zdradzę.

— Widzisz, panie, my… — Nerwowo przełknęła ślinę. Nie starała się już być uwodzicielska i to przekonało Jordana, że panna ma do powiedzenia coś naprawdę ciekawego.