Diabeł w maszynieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Tak, a tobie?

— Też.

— Żebyśmy się nawzajem pozabijali i oszczędzili im problemów.

— Żebyśmy się nawzajem pozabijali i oszczędzili im problemów — powtórzył Jordan z błyskiem w oku.

— Zrobimy to? — Ton tamtego był swobodny, mężczyzna sprawiał wrażenie pewnego siebie.

Nie, nie mężczyzna, pomyślał Jordan. Pora nazwać rzeczy po imieniu. To demon, choć zupełnie inny od tych, które widywałem dotychczas.

Skrzywił się lekko.

— Żaden z nas nie ma broni — powiedział. — A obaj wiemy, że nie jesteśmy dobrzy w walce wręcz. W dodatku mam połamane żebra i nie uśmiecha mi się tarzanie po podłodze w takim stanie. Ty zresztą też nie wyglądasz najlepiej. — Spojrzał znacząco na lewą rękę demona, która zwisała bezwładnie.

— W takim razie co proponujesz? Porozumienie?

— Na razie. — Jordan skinął głową.

— A potem co? Każdy z nas pójdzie w swoją stronę? — Demon był poważny, ale gdzieś pod jego jasną skórą czaił się uśmiech.

— Dlaczego nie? Ja wiem, kim ty jesteś, ty wiesz, kim jestem ja. Nie stanowimy dla siebie nawzajem zagrożenia, przynajmniej nie w tej chwili. Nad resztą możemy się zastanowić później.

Jordan nie był pewien, czy pozwoli sobowtórowi tak po prostu odejść. Nie z taką twarzą, nie z całą swoją wiedzą i wszystkimi wspomnieniami. Z drugiej strony nie był też pewien, czy potrafiłby zabić samego siebie. A nie chciał oszukiwać – demon, jeśli istotnie był idealną kopią Jordana, na co wszystko wskazywało, nie dałby się nabrać na jego kłamstwa.

— Świetnie, w takim razie pokażę ci coś.

Podszedł ostrożnie, bo nadal przecież istniało ryzyko, że się pomylił, że sobowtór jednak jest niebezpieczny. Demon obserwował go z cieniem uśmiechu i dopiero po chwili przyklęknął obok plamy na dywanie. Jordan poszedł w jego ślady, starając się oszczędzać poobijany bok. Dotknął miękkiego, wilgotnego włosia. Krwi musiało być bardzo dużo i, co więcej, znajdowała się ona tylko w jednym miejscu: jedna wielka kałuża.

— Co o tym myślisz? — zapytał demon. — Mógł to zrobić pies?

— Nie sądzę. — Jordan potrząsnął głową, świetnie wiedząc, że sobowtór właśnie go sprawdza, i przynajmniej chwilowo postanowił grać według jego reguł. — Rany po pogryzieniu byłyby bardziej przypadkowe, krew bryzgałaby po całym pomieszczeniu. W tym przypadku stawiałbym raczej na czyste, mocne cięcie. Ktoś poderżnął tej kobiecie gardło, prawdopodobnie tak szybko, że nie zdążyła nawet zacząć się bronić, a potem położył ją na podłodze, aby się wykrwawiła.

— De Limayrac mówił o gardle przegryzionym, nie poderżniętym — zwrócił uwagę demon. — Bo przecież rozmawiał z tobą o śmierci Helis?

— Owszem, i pamiętam, że dziwnie się wtedy przejęzyczył. Powiedział: „gardło rozcięte, jakby rozszarpane przez zwierzę”.

— Myślisz, że wiedział?

Jordan potrząsnął głową, podchodząc do kominka. Sięgnął po leżące obok wystygłego paleniska szczypce i przeciągnął po nich palcem. Na skórze została smuga, która w innym oświetleniu prawdopodobnie miałaby kolor brudnej czerwieni.

— Myślę, że wicehrabia zobaczył to, co chciał zobaczyć, ale jednocześnie jakaś część jego świadomości zarejestrowała prawdę, stąd przejęzyczenie. Teraz twoja kolej.

Demon roześmiał się.

— Moja teoria wygląda tak: Huca zagryzł pies, być może istotnie w wyniku wypadku, a może dlatego, że zwierzę ktoś poszczuł – ponoć chłopak był bezczelny, więc mógł się komuś narazić. Tego prawdopodobnie już się nie dowiemy. Za to w przypadku Helis jestem pewien, że mamy do czynienia z morderstwem. Ktoś tej kobiecie poderżnął gardło, a potem wystraszył się i przypominając sobie śmierć Huca, wziął z kominka szczypce, po czym poszarpał nimi brzegi rany tak, by zatrzeć cięcie od noża i żeby do złudzenia przypominało ślady po psich szczękach. Mistyfikacja kiepska dla każdego, kto zna się na rzeczy, ale sam powiedziałeś, że ludzie najczęściej widzą to, co chcą zobaczyć. Może zresztą z tego powodu wicehrabia zdecydował się tak szybko pogrzebać oba ciała.

— Dlaczego stara służąca musiała umrzeć?

— Ponieważ była nie tylko służącą, lecz także nianią wszystkich młodych de Limayraców. Nie wiedziałeś?

— Nie. — Jordan musiał przyznać z niechęcią, że pod pewnymi względami demonowi udało się go wyprzedzić.

— A nianie sporo wiedzą, prawda? Rodzice potrafią być bardzo zaślepieni, lecz piastunki, które opiekują się dzieckiem, zawsze wiedzą, co naprawdę w nim tkwi. I być może ta konkretna piastunka zdecydowała, że pora zrobić z tym wreszcie porządek?

— Kto z nich? — zapytał Jordan, ale w odpowiedzi otrzymał jedynie skrzywienie wąskich warg, które codziennie widywał w lustrze.

— Przecież wiesz. Obaj wiemy.

* * *

Na korytarzu rozległ się dźwięk kroków, wyraźnie zmierzających w stronę komnaty. Domenic Jordan sięgnął po odłożone przed chwilą szczypce do węgla, demon wziął pogrzebacz i uśmiechnął się lekko, unosząc brwi. Po chwili przez uchylone drzwi wpadł blask świecy, a w plamie światła pojawił się cień – najpierw głowa, potem szerokie ramiona.

— Co tu robicie? — Andreu stanął w progu, przenosząc spojrzenie z jednego Jordana na drugiego. W ręce, zwisającej na razie luźno wzdłuż boku, trzymał pistolet. — I jakim cudem wydostaliście się ze swoich komnat?

— Pana siostra dała nam klucze — wyjaśnił demon, podczas gdy Jordan obserwował twarz chłopaka. Zdumienie na niej wyglądało najzupełniej prawdziwie.

Dopiero po chwili Andreu wzruszył ramionami.

— Wszystko jedno — mruknął. — Skoro już i tak się wydostaliście, to może wykorzystacie wolność w lepszym celu niż kręcenie się po zamku? Pokażę wam drogę do stajni, a potem otworzę bramę.

— A jeśli odmówimy? — zapytał Jordan.

Pistolet w ręku chłopaka drgnął, a potem się uniósł. Andreu zacisnął szczęki.

— Przykro mi, ale ta kwestia nie podlega dyskusji. Znikniecie stąd jeszcze tej nocy albo… — Młody wicehrabia zawahał się, a demon wykorzystał okazję, by wtrącić:

— Zamierza nas pan zastrzelić?

— Jeden z was nie jest człowiekiem — odparł Andreu, nadal mierząc gdzieś pomiędzy obu Jordanów. Jego dłoń drżała, groteskowo wyolbrzymiony cień pistoletu podskakiwał na ścianie. — To żaden grzech zabić istotę z tamtego świata, zresztą one tak naprawdę nawet nie umierają, tylko porzucają stare ciało i wracają do siebie, tak nasz ksiądz mówi…

— Ale jeden z nas jest człowiekiem — przypomniał Jordan. — I ten umrze naprawdę. Jest pan pewien, że chce pan zostać mordercą?

Andreu poruszył się niespokojnie, cień pistoletu na ścianie znowu zadrżał. Na czole młodego wicehrabiego perlił się pot, twarz była blada. Jordan mógłby się założyć, że chłopak po raz pierwszy celuje w człowieka, ale to wcale nie czyniło go mniej niebezpiecznym. Wręcz przeciwnie, roztrzęsieni ludzie często okazywali się groźniejsi niż ci spokojni i w pełni panujący nad sytuacją. Jordan miał świadomość, że jeden nieostrożny ruch może go teraz kosztować życie, ale miał też przewagę – on słyszał ciche, ostrożne kroki na korytarzu, a Andreu, cały skupiony na pistolecie i obu celach, nie.

Sądząc po lekkim drgnięciu mięśni na twarzy demona, on również zrozumiał, że lada moment będą mieć w komnacie kolejnego nocnego gościa.

— Możemy się jakoś porozumieć — powiedział Jordan, a demon zawtórował mu swobodnie:

— Nie ma potrzeby grozić nam bronią. To w końcu pana dom – jeśli nie życzy pan sobie naszej obecności, wystarczy o tym powiedzieć.

Zdezorientowany Andreu opuścił broń. Tylko trochę, może cal albo dwa – ale to wystarczyło, by znajdujący się bliżej demon jednym susem pokonał odległość dzielącą go od chłopaka i pogrzebaczem podbił mu rękę. Huknął strzał. Jordan skoczył w stronę Andreu i niemal w tej samej chwili kolejna kula, tym razem wystrzelona od strony drzwi, świsnęła mu koło ucha. Andreu krzyknął krótko i zaczął się osuwać na posadzkę. Domenic podtrzymał go, a potem, ponieważ ranny przelewał się przez ręce, położył ciało i spojrzał na nowego gościa. W progu stał Grigori z dymiącym pistoletem w ręku i wyrazem oszołomienia na twarzy.

— Przepraszam, ja… myślałem, że chce was pozabijać… — Szeroko otwartymi oczami patrzył na brata. — Żyje?!

Jordan pochylił się nad rannym, z drugiej strony ukląkł demon, którego najwyraźniej ominęła wystrzelona przez Andreu kula. Grigori obserwował ich, oparty o framugę i drżący. W oczach wciąż miał pytanie.

— Twojemu bratu nic nie będzie — uspokoił go Jordan, przyjmując od sobowtóra kawałek materiału wydarty z koszuli i przyciskając go do rany na ramieniu Andreu. — Niedługo powinien odzyskać przytomność.

— Ja proponuję zniknąć, zanim zjawi się tu ktoś zwabiony strzałami — wtrącił się demon.

Jordan skinął głową, wstając. Podszedł do Grigoriego i delikatnie wyjął mu z ręki pistolet.

— Zaprowadzisz nas do stajni? — zapytał.

— Wyjeżdżacie? — Młodszy z bliźniaków nadal wyglądał na mocno oszołomionego.

— Ty wyjeżdżasz — poprawił go demon. — My cię tylko odprowadzimy.

* * *

— Przecież chciałeś to zrobić — powiedział demon, kiedy Grigori siodłał klacz o wdzięcznym imieniu Nasturcja. — Przygotowałeś się do wyjazdu i gdyby nie śmierć Helis, dawno byłbyś w Alestrze.

— Tak, ale myślałem… — Chłopak zawahał się. — Sam nie wiem, to wszystko dzieje się zbyt szybko… Mogę przynajmniej spakować trochę rzeczy?

— Nie ma na to czasu. — Jordan oddał mu broń. — Dam ci adres pewnego człowieka w stolicy, on ci pomoże, tak jak kiedyś pomógł mnie.

— Nie poradzę sobie — jęknął Grigori, dopinając popręg. — Nigdy wcześniej nie wyjeżdżałem tak daleko.

 

— Miałem niespełna piętnaście lat, kiedy przyjechałem do Alestry bez pieniędzy, a jakoś sobie poradziłem. — Jordan kątem oka uchwycił wzrok demona. Było w nim coś, co zdecydowanie mu się nie podobało, ale nie miał teraz czasu się nad tym zastanawiać. — Wskakuj na siodło — rzucił do chłopaka.

— Dlaczego muszę wyjeżdżać akurat teraz? Andreu nie widział mojej twarzy…

Demon zirytował się.

— Andreu powie, że próbowałeś go zabić, niezależnie od tego, czy cię widział, czy nie. Nie rozumiesz? Twoje rodzeństwo już zdecydowało, że odpowiesz za śmierć Huca i Helis. Potrzebowali kozła ofiarnego, a ty doskonale się nadałeś.

— Moglibyście mi pomóc…

— Właśnie pomagamy — powiedział Domenic Jordan, otwierając drzwi stajni.

* * *

Ledwo Grigori zniknął za bramą, gdy przez pusty dziedziniec przeszedł służący z latarnią i zatrzymał się przed dwoma Jordanami.

— Wicehrabia życzy sobie, żeby panowie poszli za mną — powiedział.

Pistolet, który trzymał w drugiej ręce, nie pozostawiał wątpliwości – tego zaproszenia nie można było odrzucić. Domenic pomyślał, że ostatnio wiele osób groziło mu bronią.

Sługa zaprowadził ich do komnaty, w której na kominku dogasał żar. Zapalił świecę, potem wyszedł, przekręcając w zamku klucz. Jordan i demon podeszli do okna, a mężczyzna uniósł brwi na widok ozdobnej rynny, biegnącej obok parapetu. Z jakiegoś powodu – być może przez roztargnienie służącego zaaferowanego innymi sprawami – zostali zamknięci w pomieszczeniu, z którego ktoś sprawny fizycznie bez większego trudu zdołałby się wydostać.

— Masz szansę uciec — powiedział demon zachęcająco. — Być może powinieneś ją wykorzystać, póki mam dobry humor i pozwalam ci odejść.

W oczach wciąż miał to coś, co Jordanowi bardzo się nie podobało. Czy to możliwe, że aż tak się pomylił?

W zamku zazgrzytał klucz i do komnaty wszedł wicehrabia de Limayrac. Pozornie nie zmienił się ani odrobinę – ta sama dumna wyprostowana postawa, te same niewzruszone rysy człowieka, który przywykł do ukrywania swoich uczuć. Być może jednak postawa była aż nazbyt sztywna, a twarz przesadnie nieruchoma, bo Jordan nie miał wątpliwości, że patrzy na kogoś, kto właśnie otrzymał druzgoczącą wiadomość.

— Andreu odzyskał przytomność, wezwałem już lekarza — oznajmił. — A służący powiedział mi, że nie ma ani Grigoriego, ani jego konia. — Zacisnął usta w grymasie charakterystycznym dla rodziny de Limayraców. — Może to i lepiej. Bóg mi świadkiem, że nie miałbym sumienia wydać własnego syna katu.

— Co pana zdaniem wydarzyło się w zamku? — zapytał z ciekawością demon.

Wicehrabia przeniósł wzrok z jednego Jordana na drugiego, rozsądnie trzymając się od obu w bezpiecznej odległości. Tym razem jego dłoń nie sięgała już odruchowo do pasa, choć miał przy sobie broń.

— To chyba oczywiste. Mój drugi syn splamił nazwisko swojego rodu, odprawił magiczny rytuał i wezwał demona, który na jego polecenie zabił Huca i Helis. Nie chcę nawet wiedzieć dlaczego. Od tej chwili jego imienia nie będzie się w tej rodzinie wymawiać. Co do panów, to liczę, że jutro przybędzie wysłannik biskupa i rozwiąże problem. Prawdziwy Domenic Jordan odjedzie wolno, drugi natomiast zostanie odesłany tam, skąd przybył. — Skrzywił się lekko. — Przyznaję, zdumiało mnie, że ten z panów, który jest człowiekiem, nie ma nic przeciwko przebywaniu w towarzystwie demona, skoro jednak tak świetnie się rozumiecie, myślę, że możecie także spędzić resztę nocy w jednym pomieszczeniu. To wszystko, dziękuję.

Ukłonił się sztywno w przestrzeń między jednym Jordanem a drugim, odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

— Nie zastanowiło pana, dlaczego Grigori, chcąc zabić dwie osoby, wezwał akurat bes-anaire, a nie zwyczajnego demona? — zapytał Domenic. — Po co komuś, kto potrzebuje mordercy, istota zdolna skopiować człowieka w najdrobniejszym szczególe, włącznie z jego charakterem i wspomnieniami?

Wicehrabia zawahał się.

— Nie zastanowiło.

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Jordan usiadł naprzeciwko demona, nie spuszczając go z oczu. Czy w razie potrzeby mógłby pokonać samego siebie? Teoretycznie powinni mieć równe szanse, jednak sobowtór wyglądał na nieco bardziej poobijanego – lewą rękę nadal miał niemal bezwładną i widać było, że każdy ruch sprawia mu ból. Z drugiej strony demon oczywiście mógł się zmienić. Nie w każdej chwili, to nie było tak proste, jak opisywały to groszowe powieści, ale i z taką niespodzianką Jordan musiał się liczyć.

— Powinieneś był uciec, kiedy jeszcze miałeś szansę — oznajmił sobowtór. — Teraz jest za późno, pół zamku już się obudziło.

Istotnie, z dołu dobiegały odgłosy krzątaniny, a dziedziniec rozbrzmiał dźwiękiem uderzających o bruk podków. Jordan nie wstał, żeby zobaczyć, kto przyjechał – prawdopodobnie był to zapowiedziany przez wicehrabiego lekarz.

— Daruj sobie te żarty — powiedział do demona. — Obaj wiemy, że bes-anaire nie potrafi skrzywdzić człowieka.

Sobowtór uśmiechnął się lekko z odrobiną czegoś, co mogło być smutkiem.

— Ty naprawdę nie rozumiesz, prawda? — Pochylił się w stronę Jordana, białka jego oczu lśniły niepokojąco w półmroku. — Przypomnij sobie. Była burza…

Nie zdążył dokończyć – w zamku znowu zgrzytnął klucz i do komnaty weszła Losaneta. Stojący na zewnątrz sługa próbował protestować, ale dziewczyna, jak przystało na córkę arystokraty, jednym gestem zamknęła mu usta. Mężczyzna wycofał się z wyjątkowo nieszczęśliwą miną.

— Będę czekał za drzwiami, gdyby panienka potrzebowała pomocy — wymamrotał.

Losaneta nie zwracała już na niego uwagi. Patrzyła na obu Jordanów, a oni spoglądali na nią z identyczną ciekawością na identycznych twarzach.

— Chciałam zapytać o mojego brata — powiedziała. — Grigoriego. Jest bezpieczny?

— Tak — odparł demon. — Ale nie z jego powodu pani tu przyszła.

Milczała, skupiona, bardzo młoda i niewinna. Maska tak bardzo zrosła się z jej twarzą, że Losaneta nawet teraz nie potrafiła się jej pozbyć.

— W takim razie może któryś z panów powie mi, jaki miałam cel? — odezwała się wreszcie.

— Chciała pani się dowiedzieć, czy pani plan się powiódł, czy nie domyślamy się za dużo, a jeśli tak, to czy zamierzamy zdradzić pani tajemnicę. — Tym razem Jordan ubiegł demona.

— Ja nie mam tajemnic.

— Naprawdę? Panna, którą brat uważa za oderwaną od rzeczywistości artystkę, a która jednocześnie była na tyle inteligentna, żeby przynieść nam klucze, zamiast grozić czy namawiać do ucieczki. Wszyscy, cała czwórka, chcieliście się nas pozbyć w obawie, że wasze sekrety wyjdą na jaw, ale tylko pani była wystarczająco bystra, by znaleźć właściwy sposób…

— … który zadziałałby bezbłędnie, gdyby nie to, że przywołany przez Grigoriego demon nie jest zwyczajnym demonem — wtrącił się Jordan. — Od początku odniosłem wrażenie, że o ile wicehrabia rzeczywiście nie wie, co się dzieje w zamku – w przeciwnym wypadku nie wysyłałby listu do biskupa – o tyle czwórka jego dzieci znakomicie się we wszystkim orientuje. Przy czym trójka z was postanowiła złożyć winę na barki czwartego, czarnej owcy, która miała zamiar wyłamać się i opuścić rodzinę.

— Ma pan na myśli Grigoriego? — Losaneta uniosła brwi. — Ależ on jest winny.

— Tylko tego, że chciał pójść swoją drogą, a jednocześnie nie potrafił zadać wam bólu. Dlatego wezwał bes-anaire, który miał go zastąpić tak, żeby nikt się nie zorientował. Ale wy oczywiście wiedzieliście. Dòna Ysabeau ma rację: od lat żyjecie tak blisko ze sobą związani, że w pewnym sensie naprawdę zaczęliście myśleć jak jedna istota, co jest fenomenem tym większym, że jednocześnie niewiele ze sobą rozmawiacie – zbyt jesteście konwencjonalni, zbyt przywiązani do wizji waszej kochającej się chrześcijańskiej rodziny, by omawiać plany zrzucenia winy na waszego brata albo rozważać poszczucie demona na niewinnego przybysza. W przeciwnym wypadku Andreu wiedziałby, że dała nam pani klucze i że w nocy możemy swobodnie wyjść z naszych komnat.

— Grigori odprawił rytuał. — Losaneta bez trudu wytrzymała wzrok obu Jordanów. — Temu chyba panowie nie zaprzeczą. To zła, czarna magia…

— Czarna magia to magia nieakceptowana przez Kościół — odpowiedział sobowtór. — Niekoniecznie zła. Mogę panią zapewnić, że wszystkie rytuały w tej książce są całkiem niewinne. Tak, wiem — machnął niecierpliwie ręką, gdy dziewczyna chciała coś powiedzieć — te wszystkie rysunki niewątpliwie robią na dyletantach wrażenie. Ale to tylko zasłona dymna, prawdziwie niebezpieczne księgi nie mają na ilustracjach diabłów ani nagich kobiet.

— W takim razie kto jest mordercą? — Pytanie zostało zadane spokojnym tonem, twarz Losanety ani drgnęła, choć w oczach widać było napięcie. Dziewczyna miała stalowe nerwy.

Demon spojrzał na Jordana, przekazując mu pałeczkę.

— Johan, oczywiście — odparł Domenic.

Odwróciła się, w oknie odbiła się jej blada, piękna twarz. Przez krótką chwilę Losaneta nie wyglądała już jak dziecko i po raz pierwszy Jordan docenił jej kobiecy urok.

— Dlaczego?

— Ponieważ tak desperacko udaje pani, że to brat opiekuje się panią, podczas gdy jest akurat odwrotnie. Zgaduję, że Johan nie znosi, kiedy traktuje się go jak dziecko, że pragnie się czuć dorosłym, odpowiedzialnym i potrzebnym. W przeciwnym wypadku, zlekceważony, potrafi zabić. Być może już wcześniej zdarzały się w zamku różne drobne… wypadki, bo tego typu skłonności nie pojawiają się z dnia na dzień. Pani rodzice uważają Johana za niewinnego chłopca, Andreu i Grigori znają prawdę, ale nie wiedzą, co tak naprawdę ich młodszym bratem kieruje. Tylko pani rozumie to doskonale i dlatego odgrywa rolę potrzebującej opieki siostry. Nie wiem, od kiedy to pani robi, może zrosła się pani z tą rolą tak bardzo, że sama już tego nie pamięta. Nie wiem także, dlaczego Johan jest, jaki jest: czy to wasza rodzina uczyniła go moralnym kaleką i mordercą, czy wręcz przeciwnie, zwarliście w tak dziwaczny sposób szyki, kiedy dotarło do was, kim jest Johan. Wiem natomiast, że to, co pani robi, nie ma najmniejszego sensu – niezależnie od tego, jak bardzo gorliwie będzie pani odgrywać swoją rolę, Johan prędzej czy później znowu zabije.

Losaneta przygryzła lekko wargę. Inteligentna dziewczyna, prawdopodobnie najbystrzejsza z rodzeństwa, która dobrowolnie skazała się na udawanie naiwnej gąski – w dzień i w nocy, bez chwili przerwy. I miało to trwać jeszcze długo, być może całe lata, bo mało prawdopodobne, by Limayracowie szybko pozwolili jej odejść. Jordan nie potrafił zdecydować, czy bardziej dziewczynę podziwia, czy może nią gardzi. A może jej zwyczajnie żałował?

— Nie macie dowodów, prawda? — zapytała.

— Nie — odparł uczciwie.

— A bez dowodów mój ojciec nie zechce was wysłuchać.

— Mniejsza z tym — zirytował się demon. — Chodzi o pani bezpieczeństwo…

— Dziękuję za troskę. — Losaneta dygnęła, jak przystało na dobrze wychowaną panienkę. — Poradzę sobie. A poza tym w jednym mieli panowie rację: nie chciałam tylko zapytać o Grigoriego. Przyszłam także powiedzieć, że do Limayrac przyjechał biskup, który pragnie się z oboma panami widzieć. Służący zaprowadzi was do niego. Ja i tak już zmarnowałam panom wystarczająco dużo czasu.

* * *

Domenic Jordan był pod wrażeniem – żeby zjawić się tak szybko, biskup Malartre musiał wyruszyć od razu po otrzymaniu wiadomości. Co więcej, przyjechał sam, zamiast wysłać któregoś z licznych podwładnych. Być może świadczyło to o tym, że Jego Ekscelencji zależało na protegowanym bardziej, niż byłby to skłonny przyznać.

— I co ja mam z wami zrobić? — zapytał biskup, wodząc spojrzeniem od mężczyzny w czerni, który siedział w fotelu, do tego, który stał przy oknie. — Rozumiem, że każdy z was upiera się, jakoby był prawdziwym Domenikiem Jordanem?

Westchnął, gdy w odpowiedzi otrzymał dwa skinienia głową, po czym odłożył na stolik czarnomagiczną księgę otwartą na stronie z rytuałem przywołania. Tkwiący za plecami biskupa uzbrojony pachołek leniwie uniósł jedną powiekę, obrzucił spojrzeniem komnatę, po czym, uznawszy najwyraźniej, że nie ma niebezpieczeństwa, wrócił do drzemki na stojąco. Jordan niespecjalnie mu się dziwił: pora była późna, podróż z Alestry męcząca, a bębniący o szyby deszcz działał wyjątkowo usypiająco.

Wyjrzał przez okno. Po drugiej stronie dziedzińca, dokładnie naprzeciwko, była komnata, w której nie zaciągnięto zasłon. Domenic dostrzegł w niej Andreu z obandażowanym ramieniem, mówiącego coś do Johana, i Losanetę, która usadowiła się niedaleko łóżka z książką na kolanach, prawdopodobnie gotowa poczytać cierpiącemu bratu, gdyby ten sobie tego zażyczył. Jordana uderzyło, jak bardzo zwyczajnie wszyscy wyglądali – typowa rodzinna scena, jaką można zobaczyć w wielu domach. Młodzi de Limayracowie wydawali się konwencjonalni, zamknięci w swoim bezpiecznym życiu niczym owady w słoju. Nie, nie wydawali się, teraz – kiedy zagrożenie minęło – chyba po prostu tacy byli. Rodzeństwo, nieco zbyt dziecinne jak na swój wiek, ale poza tym niewiele różniące się od rówieśników, sprzeczające się i pocieszające nawzajem. Jordan założyłby się, że nie mówią o niczym ważnym, że z ich ust padają same banalne słowa i frazesy, jakich można by się spodziewać w takiej sytuacji po każdej rodzinie. Łączący ich mroczny sekret zepchnęli tak głęboko, że sami ledwo o nim pamiętali. Na co dzień, dopóki nic nie zagrażało tajemnicy, dzieci wicehrabiego de Limayraca były po prostu nieciekawe.

 

Odwrócił się od okna, gdy Jego Ekscelencja zadał kolejne pytanie:

— Odpowiedzialny za morderstwa w zamku Limayrac jest Johan, najmłodszy syn wicehrabiego, tak? Na co żaden z was nie ma dowodu?

— Przyznaję, w tym przypadku po prostu zgadywaliśmy — powiedział Domenic, siadając w fotelu obok sobowtóra. — Ale możemy udowodnić, że mordercą nie jest Grigori. Bes-anaire nie wzywa się, żeby kogoś zabił. To jedna z nielicznych istot z zaświatów, która nie potrafi skrzywdzić człowieka. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mają jakieś pojęcie o demonach.

— Tak, tylko ile takich osób jest? Ja to wiem i ty to wiesz… wy to wiecie… — Biskup poprawił się. — Ale dla wicehrabiego demon to demon, podobnie z pewnością będzie myślał każdy sędzia, któremu przedstawilibyśmy tę sprawę.

— A więc ojciec nie zamierza nic zrobić?

Jego Ekscelencja westchnął.

— Sporo się jeszcze musisz nauczyć, Domenicu. Jeśli wicehrabia uznał winę swojego drugiego syna i nie dopuszcza innej możliwości, to obawiam się, że mam związane ręce. W tych stronach słowo szlachcica, zwłaszcza głowy rodziny, jest prawem.

— Co będzie z nami? — zainteresował się demon.

— Wyślę was do Romady, jest tam pewna dziewczyna, która niedawno zyskała łaskę świętego Donata i potrafi rozpoznawać demony. Mam nadzieję, że obaj się zgadzacie?

Jordan skinął głową. Wyprawa do Romady oznaczała prawie dwutygodniową podróż – długo, ale przynajmniej będzie miał czas, żeby porządnie przemyśleć błędy, które popełnił. Było ich kilka, jednak najbardziej zawiodła go w tej sprawie jego własna pamięć. Nadal nie potrafił sobie przypomnieć, co wydarzyło się w czasie burzy, i nadal miał wrażenie, że to ważne, może nawet najważniejsze.

— Zgadzasz się? — Biskup spojrzał na sobowtóra, który niecierpliwie bębnił sprawną ręką w oparcie fotela.

— To nie będzie konieczne — powiedział demon, wstając nagle.

Przyskoczył do sługi, kiwającego się za plecami biskupa, i zanim mężczyzna zdążył zareagować, wyrwał mu zza pasa broń.

Domenic Jordan po raz trzeci w ciągu kilku godzin spojrzał w lufę pistoletu. Prawdziwy pech.

— Dałem ci szansę na ucieczkę — powiedział sobowtór. — Szkoda, że z niej nie skorzystałeś.

Ulewa wciąż bębniła o szyby, przywołując wspomnienia.

Najpierw nie było nic, tylko rozjaśniana błyskawicami ciemność, błoto i cierpliwe czekanie. A potem, akurat gdy spadły pierwsze krople deszczu, nadjechał powóz, zmęczone konie parskały, z brązowych boków unosiła się para. Woźnica ściągnął lejce i gniadosze stanęły. Drzwi powozu otworzyły się, oświetlając samotną postać na drodze. Oświetlając jego.

Dlaczego tu stoisz, chłopcze?

— Teraz już rozumiesz?

Chciał skinąć głową, ale Domenic Jordan nie czekał na odpowiedź.