Diabeł w maszynieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

De Limayrac wstał i kontynuował już przy drzwiach:

— Gdyby pan czegoś potrzebował, służący będzie czekał na korytarzu. Uczyniłem też mojego najstarszego syna osobiście odpowiedzialnym za bezpieczeństwo obu panów. Jeśli pod moim dachem któremuś z was stanie się krzywda, Andreu za to odpowie.

— Dziękuję. — A więc pan zamku doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gościowi – czy raczej w tym przypadku obu gościom – może grozić niebezpieczeństwo. Dobre i to.

Gdy wicehrabia pożegnał się i wyszedł, Jordan zdecydował się wreszcie wstać. Powoli, bardzo ostrożnie podszedł do okna, po czym przymknął oczy i oddychając ciężko, oparł czoło o zimną szybę. Cieszył się, że nikt go w tej chwili nie widzi. Był słaby jak nowo narodzone jagnię, które z trudem trzyma się na nogach. Dopiero po chwili wyjrzał przez okno – tak jak się spodziewał, komnata, w której go umieszczono, znajdowała się wysoko nad wyschniętą fosą. Piętnaście, może nawet dwadzieścia stóp gładkiego muru, po którym zdołałby zejść chyba jedynie akrobata cyrkowy – a Jordan, nawet w najlepszej formie, akrobatą przecież nie był. Podszedł do drzwi i również bez zdziwienia przekonał się, że to solidny kawał dębowego drewna.

Podróż powozem do Alestry trwała dwanaście godzin, śpieszący się konny posłaniec bez większego trudu przebywał tę drogę w sześć–siedem. Prawdopodobnie więc już dziś przed wieczorem Ipolit Malartre zostanie powiadomiony o całej sytuacji. Jeśli zareaguje szybko, jutro ktoś z biskupiego dworu zjawi się w Limayrac.

Domenic Jordan postanowił, że do tego czasu sam rozwikła sprawę i kiedy posłaniec przybędzie, przedstawi mu gotowe rozwiązanie.

* * *

Minęła trzecia po południu, kiedy zjawił się siwowłosy służący z rzeczami Jordana – a ściślej biorąc, z połową rzeczy, bo wicehrabia dotrzymał słowa i bagaż podzielił sprawiedliwie pomiędzy dwóch nietypowych gości. Pistoletów, rzecz jasna, w przyniesionej stercie nie było. Gdy sługa wyszedł, Domenic ubrał się, posykując z bólu, po czym blady i spocony opadł na fotel. Kwadrans później drzwi znowu się otworzyły i zanim służący wszedł do środka, Jordan zdążył zobaczyć na korytarzu uzbrojonego pachołka.

Starzec postawił na stoliku miskę z zupą i kolejny kubek rozwodnionego wina. Jordan zawahał się, ale doszedł do wniosku, że może jeść bez obaw – trucizny, których nie da się wyczuć smakiem, były na tyle rzadkie, że nikt z rodziny wicehrabiego raczej nie miał jednej z nich pod ręką. Zjadł więc, próbując nawiązać rozmowę, sługa jednak wszystkie pytania zbywał niechętnymi pomrukami. Może był milkliwy z natury, a może pouczono go, by nie wdawał się w pogawędki z więźniem – tak czy inaczej wyglądało na to, że z tego źródła Domenic niczego się nie dowie.

Staruszek wyszedł, a Jordan usiadł w fotelu i cierpliwie czekał. Był pewien, że prędzej czy później ciekawość przygna tu kogoś, z kim będzie można porozmawiać.

Nie mylił się. Wkrótce drzwi skrzypnęły znowu i do komnaty wszedł jasnowłosy młodzieniec, tak podobny do wicehrabiego, że Jordan ani przez moment nie miał wątpliwości, że to jeden z jego synów.

— Andreu, Grigori czy Johan? — zapytał.

— Andreu — odparł chłopak, siadając naprzeciwko Jordana. — Nie powinien pan tu przyjeżdżać. Tamten drugi też nie, kimkolwiek jest.

— Przyszedł pan specjalnie po to, żeby mi to powiedzieć?

Andreu zacisnął usta. Podobnie jak ojciec, miał broń i, podobnie jak ojciec, dłoń bezustannie przesuwał coraz bliżej tkwiącego za pasem pistoletu – tyle że Symeon de Limayrac sprawiał wrażenie po prostu ostrożnego, podczas gdy jego najstarszy syn był raczej wystraszony i pełen niechęci tak wyraźnej, że Jordan odczuwał ją niemal fizycznie.

— Ojciec prosił, żebym zadbał o pana bezpieczeństwo. Gdyby nie to…

— To co? — zapytał uprzejmym tonem Domenic Jordan, zastanawiając się jednocześnie, czy byłby w stanie wytrącić Andreu pistolet z ręki.

Za oknem rozpadał się deszcz, w pokoju pociemniało. Jordan wstał z trudem, dorzucił drew do kominka, a potem odpalił świecę od płonącego polana. Przy okazji przysunął pogrzebacz nieco bliżej fotela – nie była to najlepsza broń, ale jedyna, jaką w tej chwili miał.

— Chciałem tylko powiedzieć, że nie powinien pan tu przyjeżdżać. — Andreu poruszył się niespokojnie.

— Już pan to mówił — przypomniał Jordan. — Zrozumiałem za pierwszym razem. Problem polega na tym, że teraz nic nie da się z tym robić. Chyba że umożliwi mi pan ucieczkę? Mogę zniknąć, jeśli zostawi pan otwarte drzwi i powie mi, gdzie znajdę stajnię.

Wcale nie miał zamiaru uciekać, chciał jedynie sprawdzić, jak na taką propozycję zareaguje jego gość. A młodzieniec zawahał się – najwyraźniej pomysł wydawał mu się kuszący – w końcu jednak pokręcił głową i jeszcze mocniej zacisnął usta.

— Obiecałem ojcu, że będę miał na panów oko. Zadbam o wasze bezpieczeństwo, ale też nie pozwolę, żeby któryś z was uciekł albo kogoś skrzywdził. Czy to jest jasne?

— Jak słońce. Zastanawiam się natomiast, czy nie mógłbym się zobaczyć z moim sobowtórem? Może wtedy doszlibyśmy do porozumienia, który z nas jest prawdziwy.

— Tamten też coś takiego proponował, ale ojciec się nie zgodził. Powiedział, że to zbyt niebezpieczne.

— Wszyscy tutaj robicie to, co każe wam ojciec?

— Oczywiście, że tak. — W głosie Andreu zabrzmiało oburzenie.

Domenic Jordan westchnął.

— W porządku, skoro obaj zgadzamy się, że muszę tu zostać, to może wykorzystajmy ten czas, żeby porozmawiać o tym, co dzieje się w zamku.

— Nic się nie dzieje. — Wyraz twarzy młodego dziedzica był jednocześnie odpychający i pełen rozpaczy.

— Dwa trupy z rozerwanymi gardłami to dość ekscentryczna definicja słowa „nic”.

— To wina psów. Są na wpół zdziczałe, a Ramon prawie każdego wieczoru zapomina porządnie zamknąć kojec, dlatego włóczą się po całym zamku. W zeszłym tygodniu jednego znalazłem przy schodach kuchennych, więc równie dobrze mógłby wejść na trzecie piętro. Ojciec powinien zrobić z tym porządek, ale on kocha te bestie, a Ramon to jego dawny piastun, co z tego, że prawie ślepy…

Zamilkł nagle, najwyraźniej przerażony własnymi słowami.

— A magiczna księga? — pomógł mu Jordan.

Andreu otrząsnął się i wzruszył ramionami.

— Mamy dużą bibliotekę, ale do większości książek nikt nie zaglądał od lat, bo z naszej rodziny tylko Grigori i Losaneta lubią czytać. Co z tego? Założę się, że w każdym starym domu znalazłaby się jakaś magiczna księga, którą ktoś kiedyś kupił na targu dla żartu, a potem całkiem o niej zapomniał. Może któryś ze służących szukał w niej leku na kurzajki albo na nieszczęśliwą miłość?

— Uważa więc pan, że wicehrabia podjął pochopną decyzję, wysyłając list do biskupa?

Młodzieniec zamrugał.

— Co? Oczywiście, że nie. Mój ojciec to mądry człowiek i zawsze wie, co robi.

— Nawet kiedy do dwóch zwykłych wypadków wzywa specjalistę od demonologii? — Tytuł Jordan przyznał sobie trochę na wyrost, ale nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. Potrzebował teraz całego szacunku, jaki mógł zdobyć.

Andreu zacisnął szczęki. Przez moment wyglądał absurdalnie młodo, zakłopotany i wściekły.

— W porządku, zostawmy to — powiedział Domenic. — A więc Grigori i Losaneta lubią książki, tak?

Syn wicehrabiego wstał gwałtownie.

— Nie muszę z panem rozmawiać. Jak pan śmie podejrzewać kogoś z mojej rodziny o coś tak haniebnego?

— To przecież nie ja podejrzewam, tylko pan. Zastanawiam się tylko kogo. Siostrę? Nie, chyba nie. Pozostaje więc Grigori.

— Oczywiście, że nie podejrzewam mojego brata — odparł Andreu, tym razem jednak oburzenie na jego twarzy było zdecydowanie mniej wiarygodne. Chwilę później młody wicehrabia pożegnał się i wyszedł.

Domenic Jordan znowu został sam.

* * *

Nie musiał czekać długo, kwadrans później do komnaty wszedł drugi młodzieniec. Również jasnowłosy, ale o łagodnych, trochę jakby dziewczęcych rysach. Z wdziękiem opadł na fotel przed Jordanem i wlepił w niego spojrzenie niebieskich oczu.

— Naprawdę jesteście identyczni — oznajmił zamiast przywitania. — Znacznie bardziej do siebie podobni niż ja i Andreu.

— Wolałbym, żeby choć raz ktoś przyszedł najpierw do mnie, zamiast do tamtego. — W głosie Jordana zabrzmiała uraza.

Grigori zachichotał.

— Zazdrość, co? Znam to. Mój brat jest starszy o kilkanaście minut. Niewiele, ale wystarczy, żeby to on odziedziczył tytuł i wszystkie ziemie. Nie żeby mi na tym jakoś szczególnie zależało.

— A na czym panu zależy?

— Och, możemy mówić sobie po imieniu. Nie jesteś przecież dużo starszy ode mnie.

Grigori musiał dostrzec zdziwienie Jordana, bo znowu się roześmiał.

— Zaskoczony? Cóż, jestem trochę rodzinnym buntownikiem.

— Nie odpowiedziałeś na pytanie — przypomniał Jordan, rezygnując z formy „pan”. Grigori miał rację, dzieląca ich różnica wieku była niewielka, co w niczym nie zmieniało tego, że drugi syn wicehrabiego de Limayraca nieodparcie przywodził na myśl duże dziecko.

— Co mnie interesuje? Pomyślmy. — Grigori zmarszczył zabawnie brwi. — Wino, kobiety, najlepiej ładne i chętne. Albo przynajmniej niezbyt drogie. Tak, to chyba wyczerpuje zakres moich zainteresowań.

Jordan nie mógł się nie uśmiechnąć.

— Chyba niewiele tu tego masz?

— Znalazłoby się trochę dobrego towarzystwa. Oczywiście to nie to samo co Alestra, ty pewnie bawisz się znacznie lepiej.

— Myślałeś o tym, żeby pojechać do stolicy?

Chmura przesłoniła twarz chłopaka. Bliźniacy nie byli identyczni, jednak odruchy mieli zaskakująco podobne – Andreu w taki sam sposób zaciskał szczęki. Oczywiście młodszy brat również był wystraszony i również nie pałał do Jordana sympatią, co bez powodzenia starał się ukryć pod uśmiechem.

 

— Nie. Jesteśmy bardzo tradycyjną rodziną. Matka i ojciec chcą nas mieć blisko siebie.

Domenic mógłby odpowiedzieć, że to nie ma nic wspólnego z tradycją – zwyczajowo przecież najstarsi synowie dziedziczyli ziemię, a młodsi poświęcali się karierze w wojsku albo w Kościele. Wicehrabia dawno już powinien pomyśleć o przyszłości swojego drugiego dziecka. Fakt, że tego nie zrobił, świadczył… o czym właściwie?

Grigori poczęstował Jordana jeszcze jednym nerwowym uśmiechem.

— Nie przeszkadza mi to — dodał. — Jak mówiłem, tu też jest dobre towarzystwo. Ale ty pewnie tęsknisz za Alestrą, zgadza się? Nie chciałbyś tam wrócić?

— A jeśli tak?

— Mogę ci to umożliwić. Człowiek przed drzwiami jest idiotą, oszukamy go bez trudu. Potem zaprowadzę cię do stajni i dam naszego najlepszego konia. Co ty na to?

— Nie skorzystam, ale dziękuję za propozycję.

W oczach Grigoriego pojawił się i zaraz zniknął błysk złości.

— Proponuję ci ucieczkę z więzienia, a ty wolisz zostać? Dlaczego?

— Ponieważ intryguje mnie odpowiedź na pytanie, dlaczego tak bardzo chcesz się mnie pozbyć.

Chłopak zacisnął usta.

— To ja zszedłem na dół do przepaści i uratowałem wam życie.

— Bardzo chrześcijański uczynek — przyznał Jordan. — Oczywiście żałowanie, że się kogoś nie zabiło, jest już trochę mniej chrześcijańskie.

— Niczego nie żałuję — warknął Grigori, ale zdradziły go ton głosu i mina. — Chociaż mój brat wolałby pewnie, żebym wam wtedy poderżnął gardła.

— Dlaczego?

— Andreu bardzo nie lubi, kiedy obcy wtrącają się w nasze rodzinne sprawy.

— Na przykład takie jak mordowanie służących?

Zamiast odpowiedzi Grigori odwrócił się w stronę okna.

— Porozmawiajmy o czymś innym — zaproponował po chwili. — Tamten drugi mówi, że ubiera się na czarno, bo dzięki temu demony nie widzą go w ciemności. To prawda?

Jordan zamrugał. Nosił się na czarno, ponieważ ciemne materiały dobrej jakości były tańsze niż modne jasne, ale spodobało mu się wyjaśnienie sobowtóra.

— Prawda.

— O! — Chłopak najwyraźniej był pod wrażeniem. — I rzeczywiście znasz się na demonach?

— Interesuję się magią — odparł dyplomatycznie Jordan.

Grigori przełknął ślinę. Wyglądał teraz na tak nieszczęśliwego, że Domenicowi prawie było go żal.

— One nie zawsze… nie zawsze są złe, prawda?

— Nie zawsze. Ale najczęściej tak.

Chłopak pochylił się w stronę Jordana.

— Jesteś nim? — zapytał z napięciem. — Mnie możesz powiedzieć prawdę.

— Kim jestem? Demonem? O coś takiego jeszcze nikt mnie nie podejrzewał. — To nie była do końca prawda, jednak Grigori nie musiał o tym wiedzieć. — Być może mam fatalny charakter, ale pochlebiam sobie, że do demona mi daleko.

Młodzieniec przygarbił się, jakby nagle uszło z niego całe powietrze.

— Pójdę już — mruknął, wstając z fotela

— Andreu sądzi, że to ty jesteś odpowiedzialny za te dwie śmierci — zatrzymał go Jordan.

— Ja? — Grigori wytrzeszczył oczy. — Z powodu książki?

Domenic skinął głową.

— Książka to tylko głupi żart — oznajmił młodszy syn wicehrabiego, stojąc już w progu. — Nie ma nic wspólnego ze śmiercią Huca i Helis.

Bliźniakom daleko było do dobrych aktorów i gdyby Jordan miał zgadywać na podstawie zachowania Grigoriego i tonu jego głosu, powiedziałby, że pierwsza część tego zdania była kłamstwem, druga natomiast prawdą. Ale oczywiście mógł się mylić.

* * *

Po południu Jordan dostał następny talerz zupy – widać w Limayrac bardzo wierzono w leczniczą moc rosołu z kury. Zjadł, a potem przez chwilę stał przy oknie, obserwując zamkowy dziedziniec. Deszcz przestał padać, ale wiał porywisty wiatr, który szarpał płaszczami spacerującej rodziny. Przodem szli wicehrabia z żoną, za nimi czwórka dzieci. Jasnowłosy chłopiec – prawdopodobnie Johan – prowadził pod rękę śliczną dziewczynę, Grigori z ożywieniem mówił coś do Andreu. Zachodzące słońce rzucało długie cienie na kamienne płyty dziedzińca. Cała ta scena wyglądałaby zwyczajnie w parku, ale tutaj sprawiała dziwnie nienaturalne wrażenie. Kto spaceruje po własnym zamku, w dodatku w taką pogodę? Uwagi Jordana nie uszło, że członkowie rodziny trzymają się blisko siebie, jak kurczęta stłoczone w obawie przed lisem. Tylko Grigori wyłamał się odrobinę i szedł teraz dwa kroki z tyłu. Nie trwało to długo – ojciec odwrócił się, posłał synowi surowe spojrzenie, a ten natychmiast przyspieszył.

Jordan drgnął lekko, gdy klucz zazgrzytał w zamku. Do komnaty wszedł znajomy już służący, tym razem na szczęście nie z zupą, lecz ze starą książką. Położył ją na stoliku i wyszedł. Domenic usiadł w fotelu i zaczął przeglądać nadpalony tom. Na szczęście większość tekstu ocalała. Z pierwszej strony wyszczerzyła się do Jordana starannie wyrysowana czaszka, dalej było jeszcze gorzej. Każdy rozdział zaczynał się od ozdobionego pająkami i nietoperzami inicjału, każdy rytuał zilustrowany był ryciną, na której widniały rogate bestie, nagie kobiety ze sterczącymi sutkami oraz wyrywane serca. Domenic Jordan przeczytał książkę od deski do deski, bardziej z nudów niż z prawdziwej potrzeby, i kiedy już miał ją odłożyć na stolik, doczekał się kolejnych gości, w komnacie zjawiła się bowiem dwójka najmłodszych de Limayraców. Dziewczyna miała włosy wciąż rozwiane wiatrem i zarumienione policzki, chłopiec wniósł na butach błoto z dziedzińca. Jordan pomyślał, że tym razem przynajmniej chyba jego odwiedzili jako pierwszego.

— Przyszliśmy zobaczyć, czy pan czegoś nie potrzebuje — powiedział Johan, niezbyt umiejętnie ukrywając, że gapi się z ciekawością.

Podobnie jak bliźniacy, sprawiał wrażenie młodszego, niż był naprawdę, to samo zresztą dotyczyło jego siostry. Była piękna, z niewątpliwie kobiecą już figurą, a jednak coś w niej nakazywało myśleć o jedynej córce wicehrabiego jako o wyjątkowo urodziwym dziecku, nie o pannie na wydaniu.

— Dziękuję, mam wszystko, czego mi potrzeba. — Domenic odłożył na stolik księgę. Johan rzucił na nią niespokojne spojrzenie, a potem wrócił wzrokiem do Jordana.

— Przyjechał pan, żeby zabić demona? — zapytał, szeroko otwierając błękitne oczy. — Tego, który zamordował Huca i Helis?

— Wasz brat twierdzi, że to dwa tragiczne wypadki.

Dziewczyna energicznie potrząsnęła głową.

— Pan nie wie… — urwała nagle i zadrżała, wzrokiem szukając pomocy u Johana.

Chłopak objął ją, a potem spojrzał wyzywająco na Jordana, zupełnie jakby to on chciał skrzywdzić dziewczynę.

— Czego nie wiem?

Losaneta milczała, Johan tulił siostrę i głaskał, chociaż ta wcale już nie drżała. Jordan miał dość całej tej sceny.

— Musi być coś więcej — powiedział. — Znam takich ludzi jak wicehrabia i wiem, że człowiek jego typu nie prosiłby o pomoc biskupa z powodu dwóch tragicznych wypadków i książki z rysunkami czaszek. Co jeszcze się wydarzyło?

Losaneta wreszcie przestała tulić się do brata i spojrzała na Jordana. Oczy tak jak Johan miała wielkie, błękitne i niewinne.

— Służąca widziała w korytarzu Grigoriego — powiedziała, odwracając wzrok.

— Co w tym dziwnego?

Panna pociągnęła nosem.

— Grigori był wtedy z nami w salonie i grał w karty. Nie mógł wyjść tak, żebyśmy tego nie zauważyli.

— To się zdarzyło raz?

Losaneta zaprzeczyła.

— Kilka.

— I za każdym chodziło właśnie o Grigoriego? Znajdował się w dwóch miejscach jednocześnie?

— Mhm. — Tym razem w odpowiedzi otrzymał niewyraźny pomruk i nieco wyraźniejsze skinienie głową.

— W takim razie gdzie jest teraz drugi Grigori?

Losaneta potrząsnęła jasną czupryną, a Johan znowu spojrzał na Jordana z wyrzutem.

— Czemu pyta pan moją siostrę o takie rzeczy? Czy ona się zna na czarach i demonach?

— W tym przypadku nie trzeba się znać, wystarczy odrobinę pomyśleć.

Dziewczyna rozpłakała się, wyrzut w oczach Johana zmienił się w furię.

— Pan jest… pan jest…

Jordan nie dowiedział się, co chłopiec chciał powiedzieć, bo w tym momencie do komnaty weszła dòna Ysabeau, postawna blondynka, wciąż przystojna, choć nie robiła niczego, by oszukać upływający czas. Włosy miała związane w zwyczajny węzeł, niebieską suknię więcej niż skromną. Między brwiami kobiety rysowała się zmarszczka.

— Kto wam pozwolił tu przyjść? — zaczęła od progu. — Nie wiecie, że to niebezpieczne? Losaneto, naprawdę się tego po tobie nie spodziewałam. I jeszcze brata wciągasz w swoje eskapady!

Dziewczyna pokornie schyliła głowę.

— Johan się zgodził mi towarzyszyć, bo bałam się przyjść sama. To nie jego wina.

— Oczywiście, że nie jego, tylko twoja. Powinnaś być mądrzejsza. A teraz zmykajcie. Porozmawiamy później o odpowiedniej karze.

Zgarbiony Johan ruszył do drzwi. Dziewczyna dogoniła go, po czym wsunęła mu rękę pod ramię. Matka przepuściła oboje w progu, zamknęła drzwi, a potem spojrzała na Jordana surowo.

— Powinien pan się wstydzić. To jeszcze dzieci.

— Znam dziewczyny młodsze od pani córki, które już są zamężne — zwrócił jej uwagę Jordan. — A ja miałem mniej lat niż Johan, kiedy opuściłem rodzinny dom.

Dòna Ysabeau zacisnęła usta. Była w tej chwili zaskakująco podobna nie tylko do swoich dzieci, lecz także do męża. Kuzynostwo? Na prowincji, gdzie trudniej o dobrą partię, małżeństwa wśród krewnych zdarzały się częściej.

Dopiero po chwili Jordan zorientował się, że grymas na twarzy kobiety nie oznacza złości, tylko litość.

— Mogłam się tego spodziewać — powiedziała. — Człowiek, który zajmuje się takimi wstrętnymi rzeczami, musiał mieć bardzo nieszczęśliwe dzieciństwo. Żal mi pana. Żyjemy tutaj zupełnie inaczej niż w wielkim świecie, do którego pan jest przyzwyczajony: prościej, bardziej po chrześcijańsku, tak blisko siebie, że czujemy i myślimy jak jedna istota. Nie sądzę, żeby potrafił pan zrozumieć taką miłość.

Mógł odpowiedzieć, że wcale nie urodził się w Alestrze, lecz w górach podobnych do tych, w których teraz się znajdowali. Że tam ludzie również żyli „prościej i bardziej po chrześcijańsku”, przynajmniej we własnym mniemaniu. Nie powiedział nic, bo w jednym dòna Ysabeau miała rację – Jordan rzeczywiście nie rozumiał takiej miłości. I prawdę powiedziawszy, wcale nie chciał zrozumieć.

* * *

Po ósmej dostał kolejną porcję zupy, co powoli zaczynało zakrawać na znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. Mimo to zjadł, a potem przez jakiś czas ze znudzeniem kartkował czarnomagiczną księgę, zastanawiając się, czy tego wieczoru może spodziewać się jeszcze jakichś gości.

Uznał, że tak, i nie pomylił się, bo przed dziewiątą do komnaty wsunął się mocno zarumieniony Johan.

— Nie powinien pan tak mówić do mojej siostry — oznajmił od progu, zupełnie jakby wcześniejszej rozmowy nikt im nie przerwał. — Ona nie jest taka jak inne dziewczęta.

— Tylko jaka? — zainteresował się Jordan.

— Losaneta jest bardzo delikatna. Ona… ona żyje w swoim świecie, rozumie pan? Nie bardzo rozróżnia prawdziwą rzeczywistość od rzeczywistości z książek i sztuk teatralnych.

— I dlatego nie wolno jej pytać o demony? Bo w książkach i sztukach ich nie ma?

Chłopiec poczerwieniał jeszcze bardziej.

— Dlatego wszyscy próbujemy ją chronić. Wiedziałby pan o tym, gdyby… gdyby…

— Gdyby co?

— Gdyby miał pan odrobinę serca! — Johan okręcił się gwałtownie na pięcie i wyszedł.

Jordan potrząsnął głową. Rodzina de Limayraców była zdecydowanie dziwaczna.

Pytanie, jak bardzo niebezpiecznie dziwaczna.

* * *

Domenic Jordan oparł czoło o zimną szybę. Na zewnątrz szemrał drobny deszcz, padające z okien zamku światło odbijało się drżącą łuną w głębokich kałużach. Pogoda jak w październiku, pomyślał. Trudno było uwierzyć, że wczoraj jechał w pełnym słońcu przez łąki, na których bujnie kwitły pachnące już latem kwiaty.

Przymknął oczy. Monotonne bębnienie budziło w nim wspomnienia. Błotnista droga, parskanie koni, pierwsze krople deszczu uderzające w ziemię. A potem błysk światła rozcinający mrok i słowa:

 

Dlaczego tu stoisz, chłopcze?

— Panie Jordan? — Dziewczęcy głos za plecami wyrwał go z zamyślenia. Mężczyzna drgnął i odwrócił się. Losaneta musiała poruszać się cicho jak kot, bo nie słyszał, kiedy weszła. Tym razem była sama, bez brata, który ochroniłby ją przed okropnym charakterem Domenica Jordana. Nie wyglądała na wystraszoną.

— Przyniosłam panu to. — Położyła na stoliku srebrny klucz. — Pasuje do drzwi, może pan je otworzyć w każdej chwili.

— Na korytarzu stoi strażnik.

Uśmiechnęła się tak lekko, że niemal niedostrzegalnie.

— Już nie. Nie próbował pan uciekać, więc strażnik uznał, że nie ma sensu sterczeć tam przez całą noc, i poszedł do czeladnej napić się piwa.

Uznał albo ktoś go o tym przekonał, pomyślał Jordan.

— Dlaczego pani to robi? — zapytał.

— Ponieważ mi pana żal. Jest pan w poważnym niebezpieczeństwie, musi pan uciekać jak najszybciej.

Jordan wziął do ręki chłodny, ciężki klucz.

— Nie odpowiedziała pani na moje pytanie — powiedział.

Dziewczyna zamrugała. Jej twarz znów miała dziecięcy, aż do przesady naiwny wyraz.

— Jakie pytanie?

— Gdzie jest teraz sobowtór Grigoriego.

— Nie wiem. Nie interesuje mnie to.

— Oczywiście, panią interesują tylko książki i sztuki teatralne. — W głosie Jordana zabrzmiała ironia, ale Losaneta chyba jej nie dostrzegła. — Nigdy nie czytała pani żadnej historii o zmiennokształtnych demonach? Takich, które potrafią przejąć nie tylko wygląd, ale i sposób zachowania, a nawet wspomnienia drugiego człowieka?

Dziewczyna zawahała się.

— Pan myśli, że drugi Domenic Jordan to właśnie taki demon? I że wcześniej udawał mojego brata?

— No proszę, wcale nie jest pani tak oderwana od rzeczywistości, jak chciałaby to widzieć pani rodzina. Tak, myślę, że mój sobowtór to lustrzany demon, bes-anaire. Ale kłopot polega na tym, że tylko ja mam pewność, który z nas jest prawdziwy. Pani nie może tego wiedzieć, jeśli tamten istotnie w najmniejszych szczegółach mnie przypomina, miała pani pięćdziesiąt procent szans, by wybrać właściwą osobę. Pytanie więc brzmi: dlaczego dała pani klucz akurat mnie?

Potrząsnęła głową.

— Rozmawiałam z tamtym i on… ma w oczach coś, co próbuje ukryć, ale nie potrafi. Pan wygląda bardziej ludzko.

— Dziękuję, to niewątpliwie najoryginalniejszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem. — Jordan zastanowił się przelotnie, czy w identycznej sytuacji jego sobowtór powiedziałby to samo. A może już miał okazję? — Nie interesuje pani, skąd demon z zamku wziął się w moim powozie?

— Nie.

Ale Jordana interesowało i – co więcej – chyba potrafił znaleźć na to pytanie odpowiedź.

Ktoś demona posłał, by dowiedział się, jakie są zamiary Domenica Jordana i ile ten wie. Wystarczyło, że przybysz z zaświatów przybrał postać któregoś z młodszych służących, a potem zszedł górską drogą do miasteczka i tam czekał na powóz.

Dlaczego tu stoisz, chłopcze?

Mój pan wysłał mnie, żebym pokazał drogę do zamku. Mogę wsiąść?

Tak właśnie mogło to wyglądać, choć z całej rozmowy Jordan pamiętał tylko pierwsze zdanie.

Losaneta zadrżała lekko.

— Pójdę już — powiedziała. — Nie lubię przychodzić do tego skrzydła. Wie pan, że pokój, w którym zginęła Helis, jest właśnie tutaj, prawie dokładnie nad panem?

— Naprawdę?

— Wystarczy pójść schodami w lewo, żeby go znaleźć. Oczywiście ja tam nie chodzę. Za bardzo bym się bała.

— Bez Johana.

Dziewczyna zarumieniła się.

— Bez Johana, tak. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby się mną nie opiekował. Do widzenia, panie Jordan. Mam nadzieję, że bezpiecznie dotrze pan do Alestry.

Ukłoniła się jeszcze w drzwiach i zniknęła. Mężczyzna wciąż obracał w dłoniach klucz. Nie zapytał, gdzie są stajnie, bo wcale nie miał zamiaru uciekać, ale przecież Losaneta, tak bardzo dbająca o bezpieczeństwo więźnia, sama mogła o tym wspomnieć. Zamiast tego wolała jednak powiedzieć, gdzie Jordan znajdzie komnatę Helis.

Johan stwierdziłby zapewne, że siostra jest zbyt oderwana od rzeczywistości, by pamiętać o takich szczegółach. Było to jakieś wyjaśnienie.

Problem polegał na tym, że nie pasowało ono do niczego innego.

* * *

Domenic Jordan poczekał, aż w zamku ucichną odgłosy krzątaniny, a potem wziął lichtarz ze świecą i wyszedł na korytarz. Być może powinien zostać, jednak ciekawość okazała się silniejsza. Poza tym wcale nie miał pewności, że w swoim więzieniu będzie bezpieczniejszy.

Na korytarzu panował mrok, rozjaśniany jedynie żółtawym blaskiem świecy odbijającym się w zalanej deszczem szybie. Jordan rozejrzał się, zamknął za sobą drzwi, a potem ruszył w kierunku schodów, mijając po drodze portrety dawnych panów tych ziem. Wszyscy byli jasnowłosi, z marsowymi obliczami, chętnie pozowali konno i w zbrojach albo w towarzystwie psów myśliwskich na tle zakrwawionej zwierzyny. To zamiłowanie do wojowniczości sprawiło, że Jordan zaczął się zastanawiać, czy Limayracowie nie trudnili się aby kiedyś rozbojem. Zbudowane nad przełęczami zamki często należały do rycerzy-rozbójników, którzy wykorzystując dogodne położenie swoich siedzib, grabili przejeżdżające traktem karawany kupieckie. W Tanabrii, gdzie urodził się Domenic, połowa arystokracji miała w swojej historii takie właśnie niechlubne karty i tu prawdopodobnie było tak samo.

Na trzecim piętrze ścian nie zdobiły już portrety, lecz ciężkie od kurzu, zetlałe kobierce, a światło świecy wyławiało zwisające z okiennych wnęk pajęczyny. W tym także nie było nic dziwnego – stare posiadłości podupadały, większość arystokracji przenosiła się do miast, a ci, którzy zostawali, rzadko mogli sobie pozwolić na rzeszę służących potrzebną do utrzymania w porządku kilkudziesięciu pomieszczeń. Stąd „mniej reprezentacyjne” piętra czy komnaty albo całkiem zamykano, by w spokoju porastały kurzem, albo lokowano w takich miejscach ubogich krewnych czy wiernych służących w podeszłym wieku – jak w zamku Limayrac.

Stara, szanowana rodzina, której niechlubne początki zostały dawno zapomniane. Rodzina, w której od pokoleń dominowali mężczyźni – Jordan nie widział ani jednego kobiecego portretu – chełpiący się tężyzną fizyczną, a mniej lub bardziej gardzący pracą umysłową. Rodzina nieco podupadła i choć dziś nie była tak majętna jak niegdyś, pozostała wystarczająco bogata, żeby z uporem trzymać się rodowej siedziby.

Nic niezwykłego, nic, czego nie widziałby w dziesiątkach innych zamków.

A przecież de Limayracowie z pewnością typowi nie byli i ten kontrast najzupełniejszej zwyczajności z ewidentnym dziwactwem drażnił Jordana.

Tradycyjna rodzina, w której wszyscy „myśleli jak jedna istota”. W której dorośli synowie i dorosła córka wciąż sprawiali wrażenie dzieci. W której domu padły już dwa trupy, a Jordan podejrzewał, że jeśli nie zachowa ostrożności, może zostać trzecim.

Bez trudu znalazł komnatę Helis – była jedyną, w której nie panował mrok. Blask stojącego na dywanie lichtarza podkreślał bladość mężczyzny, który klęczał tuż obok, najwyraźniej szukając jedną ręką czegoś na podłodze. W żółtawym świetle jego rysy wydawały się jeszcze bardziej ostre, a oczy niemal czarne. Wydłużony, chudy cień przecinał dębową etażerkę, by na suficie rozłożyć się gęstą plamą ciemności, w której z trudem można było rozpoznać ludzką głowę.

Cień drgnął, gdy jego właściciel odwrócił się w stronę przybysza.

Domenic Jordan zatrzymał się w progu. Przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu, obaj identycznie uczesani i bardzo podobnie ubrani, z bliźniaczymi rysami twarzy. Różniło ich to, że prawą dłoń mężczyzny w komnacie pokrywały smugi, w świetle świecy czarne, choć Jordan podejrzewał, że tak naprawdę są ciemnoczerwone. Poza tym Losaneta miała rację – w oczach tamtego rzeczywiście było coś nieludzkiego.

— Nie zrobię ci krzywdy — powiedział sobowtór, po czym pobiegł wzrokiem w ślad za spojrzeniem Jordana. — To krew, owszem. Na dywanie jest plama, wciąż jeszcze nie całkiem zaschnięta, co oznacza…

— … że krwi było naprawdę dużo. Losaneta dała ci klucz?