Diabeł na wieżyTekst

Z serii: Domenic Jordan #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziewczyna, którą przywołał gestem, miała jasne włosy i wielkie błękitne oczy. Zapytał ją o imię.

— Rosita — odparła wysokim głosem.

Imię brzmiało tak typowo kurewsko, że natychmiast poczuł przypływ złości. Wszystko w tej dziewczynie było udawane: i niewinne spojrzenie, i naiwny wyraz buzi. Ale zmieszany z goryczą gniew niespodziewanie podziałał na niego jak silny afrodyzjak. Napiętnowana grzechem Rosita budziła jego pożądanie i nie potrafił jej się oprzeć.

* * *

Ostatnia świeca mrugnęła czerwonym ślepiem i zgasła, w górę uniosła się smużka szarego dymu. Słońce na zewnątrz rozbłysło mocniej, wypełniając hol półcieniami i złotymi plamami blasku. W Reix wstawał świt.

Znużony Petre trwał na posterunku. O tej porze, gdy życie w dzielnicy zamierało, nie spodziewał się żadnych kłopotów. Sięgnął więc po flaszkę wina, pociągnął solidny łyk i z ulgą odnalazł w głębokim fotelu najwygodniejszą pozycję. Przymknął oczy, pogrążając się w czujnym półśnie. Wyjątkowo czujnym, bo Petre wart był pieniędzy, które mu płacono.

Słysząc lekkie kroki, uniósł powieki. Przez hol szedł szczupły chłopiec ubrany w jasnozielone spodnie i nieco ciemniejszy kaftan. Petre podniósł się i odprowadził go wzrokiem.

Nieznajomy podszedł do dòny Orsuli i szepnął jej parę słów. Ze swojego miejsca Petre widział, jak twarz kobiety zmienia się i blednie. Zrozumiał, że życzenie spóźnionego klienta nie przypadło dòny Orsuli do gustu. Jeszcze zanim zdążyła dać mu dyskretny znak, znalazł się przy chłopaku i złapał go za kołnierz.

— Chodź, mały — powiedział, starając się, żeby zabrzmiało to w miarę ciepło. Żal mu było chłopca i nie chciał używać siły. Jeszcze nie. — Wracasz do domu.

Dzieciak odwrócił się. Wyglądał dokładnie tak, jak Petre się spodziewał. Przesadnie bogaty strój dodawał mu nieco powagi, ale nic nie mogło ukryć gładkiej twarzy szesnastoletniego najwyżej wyrostka. Jedynie głęboko osadzone czarne oczy i zrośnięte u nasady nosa brwi budziły lekki niepokój.

Chłopak podniósł ręce i pchnął Petra w pierś. Mężczyzna z przekomicznym wyrazem zdziwienia w oczach wylądował na podłodze. Zerwał się zaraz sprężyście, czując, jak gniew wypełnia mu żyły.

Nic nie zdążył zrobić. Następny cios – tym razem kantem dłoni w głowę – odebrał mu przytomność. Dòna Orsula wrzasnęła. Chłopak pochylił się nad leżącym, rozpiął mu koszulę i położył dłoń na piersi. Wyglądał teraz jak doktor szukający pulsu chorego pacjenta.

Dòna Orsula zwilżyła językiem wyschnięte wargi.

— Co ty ro… — urwała, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.

Długie palce chłopca kończyły się spiłowanymi w szpic paznokciami. Teraz paznokcie te wbiły się w skórę Petra. Dzieciak wepchnął dłonie w ciało bez wysiłku, zupełnie jakby było to miękkie ciasto. Zgiął palce pod żebrami i szarpnął w górę.

Dòna Orsula zaczęła wyć. Na jedną straszną chwilę jej świat ograniczył się do krzyku i tego koszmarnego widoku, który miała przed oczami. Otrzeźwił ją dopiero huk strzału. Chłopak upadł na pierś Petre’a, twarzą wprost w odsłonięte, wciąż pulsujące serce.

Ktoś podtrzymał ją, podprowadził do kanapy. Rozpoznała bladolicego medyka, któremu hrabia d’Andrieux polecił okazać „jak największe względy”. Mężczyzna odłożył pistolet, zwilżył w fontannie chusteczkę i przetarł jej twarz. Dòna Orsula szybko przychodziła do siebie.

— Nie żyje? — spytała.

— Obaj już nie żyją — odparł po chwili wahania.

— Kto to… Ja nie rozumiem… — zająknęła się bezradnie. Lecz zaraz jej umysł zaczął pracować. Nieważne, kim był ten dzieciak. Ważne, co teraz powinna zrobić. Powiadomić straż miejską? W życiu! Aż wzdrygnęła się na ten pomysł. Rozgłos mógłby tu jedynie zaszkodzić. Trzeba dyskretnie pozbyć się ciał…

Jordan – kobieta przypomniała sobie nazwisko gościa hrabiego – zdawał się odgadywać jej myśli.

— Mężczyznę — wskazał zwłoki Petre’a — pozostawiam pani. Chłopca zabiorę ze sobą.

— Ależ po co? — zdumiała się.

Uśmiechnął się lekko.

— Cóż, jestem lekarzem. Interesują mnie wszelkiego typu anomalie, a ten dzieciak wygląda mi na bardzo interesujący przypadek.

— On jest martwy — przypomniała rozsądnie dòna Orsula.

Uśmiech Jordana stał się szerszy i bardziej kpiący.

— Z mojego punktu widzenia martwi są czasem więcej warci niż żywi.

* * *

— Wejdź, panie.

Młoda czarownica cofnęła się, przepuszczając Domenica Jordana. Raz tylko spojrzała na ciało, które dźwigał na rękach, jednak nic nie powiedziała. Przeprosiny zbyła machnięciem ręki. Najwyraźniej postanowiła zagrać rolę osoby, której nic w życiu już nie zaskoczy.

Wnętrze domku było przytulne, schludne i wcale nie ubogie. Jordan położył chłopca na łóżku, zawrócił i zamienił parę zdań z czekającym na zewnątrz stangretem. W tym czasie Modesta Veran cisnęła w kąt otulającą jej ciało chustę i pospiesznie zmieniła koszulę nocną na domową suknię. Potem dopiero podeszła do chłopca. Skinieniem dłoni przywołała Jordana, który stanął właśnie w drzwiach izby.

— Nie potrafię mu pomóc — powiedziała. — Przykro mi. Skona w ciągu najbliższych minut.

— Nie sądzę.

Przewrócił chłopca na brzuch i rozerwał mu koszulę. Garbata czarownica uniosła lekko brwi na widok okrągłej rany w plecach, dokładnie na wysokości serca.

Jordan kazał jej rozdmuchać żar w piecu i zagrzać wody. Pół godziny później do drzwi zapukał Peyretou. W ręku trzymał skórzaną torbę. Jordan zdjął kaftan, podwinął rękawy koszuli i sparzył wrzątkiem narzędzia chirurgiczne. Peyretou, zagryzając wargi, patrzył na żmudny proces wydobywania kuli. Od czasu do czasu łowił wzrokiem zdumione spojrzenie kobiety stojącej po drugiej stronie łóżka. Dla niej nic tu nie miało sensu. Nawet jeśli chłopiec jakimś cudem przeżył strzał prosto w serce, to grzebanie w jego ciele z pewnością mogło jedynie przyspieszyć nieunikniony koniec. Jednak ranny żył nadal, a gdy Jordan z lekkim uśmiechem triumfu zważył w dłoni płaski kawałek ołowiu, wydało jej się nawet, że chłopiec odetchnął z ulgą.

* * *

Jordan zostawił Peyretou u czarownicy, a sam wrócił do pałacu hrabiego d’Andrieux. Wykąpał się, przebrał i poprosił o możliwość zatrzymania jeszcze na ten dzień pożyczonego powozu, bo jego własną karetę przystosowano raczej do dłuższych podróży niż do jazdy po mieście.

Po śniadaniu stangret zawiózł go do domu dòny Patricii, ubogiej krewnej hrabiego d’Andrieux, która fatalnego dnia była świadkiem śmierci swego kuzyna.

Rudowłosa dziewczyna zrobiła na nim jak najlepsze wrażenie. W krótkich, wyważonych zdaniach opowiedziała mu wydarzenia tamtego popołudnia, ani razu nie okazując przy tym własnych uczuć. Jordan, który obawiał się szlochów i mdlenia, podziwiał jej opanowanie. Rozpłakała się za to stara matka Patricii, i to tak bardzo, że córka musiała wyprowadzić ją z pokoju.

— Proszę wybaczyć — powiedziała po powrocie. — Rainaud był ulubieńcem mamy.

Jordan pominął tę uwagę milczeniem.

— Kto najczęściej bywał gościem u pani kuzyna? — zapytał.

Patricia zaczęła wymieniać imiona i nazwiska. Przy siódmym z kolei Jordan roześmiał się cicho.

— Czy pani kuzyn miał wyłącznie przyjaciółki, nie przyjaciół?

Odwzajemniła uśmiech.

— O tak, Rainaud uwielbiał otaczać się dziewczętami.

Jordan zastanowił się, jak sformułować kolejne pytanie.

— A czy któraś z nich była mu… szczególnie bliska?

Patricia, jak wiele dziewcząt ze zubożałych rodzin, potrafiła nazywać rzeczy po imieniu, bez fałszywego wstydu:

— Nie przez dłuższy czas. Rainaudowi potrzebna była nie tyle kochanka, ile adorujące go stadko wielbicielek.

— Nigdy nie dochodziło na tym tle do żadnych konfliktów? Słyszałem, że don Rainaud pokłócił się ze swoim przyjacielem Salvairem de Fargues’em z powodu dòny Laury Castaing.

— Któż panu nagadał takich bzdur? — spojrzała na niego w zdumieniu. — Po pierwsze, Rainaud i Salvair nigdy nie byli przyjaciółmi. Mój kuzyn nawet w dzieciństwie wolał się bawić z dziewczynkami niż z chłopcami, a de Fargues… Cóż, jego wychowywał stryj, człowiek bardzo apodyktyczny i nieznoszący sprzeciwu. Lubi trzymać go blisko siebie, w domu, i w rezultacie chłopak niewiele ma okazji, by spotykać się z rówieśnikami. Po drugie, dòna Laura, owszem, należała do orszaku mojego kuzyna, ale Salvaira ledwo znała. Nie sądzę, by zamienili ze sobą więcej niż parę zdań. Trudno więc przypuszczać, by Rainaud i Salvair pokłócili się z jej powodu.

Mówiła z wielkim przekonaniem, choć przecież nie mogła mieć pewności. Mimo to Jordan był skłonny jej uwierzyć. Pamiętał o tamtym liście, który pokazał mu hrabia d’Andrieux. Uderzał w nim nie tylko kolor atramentu, ale także dobór zdań. Wydawały się nazbyt sztuczne, jakby wzięte z książki, nie z serca. Brakowało w nich pasji, której można by się spodziewać po zdradzonym kochanku. Teraz słowa dòny Patricii potwierdziły podejrzenia Jordana – jeśli nawet de Fargues rzeczywiście zabił Rainauda, to powodem z pewnością nie była panna Laura Castaing.

— A słynny Upiór? Czy pani kuzyn znał syna barona de Mareuila?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

— To niezbyt duże miasto, tu wszyscy się znają. Prawdopodobnie więc i oni zostali sobie przedstawieni, ale, o ile wiem, nie łączyła ich bliższa znajomość.

Nie była to odpowiedź, jakiej oczekiwał, ale z drugiej strony niczego jeszcze nie przekreślała. Rainaud mógł mieć przed kuzynką sporo sekretów. Jordan postanowił przy najbliższej okazji spytać hrabiego, choć nie liczył zbytnio na uczciwą odpowiedź.

* * *

Domenic Jordan przykazał Peyretou pomagać w pielęgnowaniu rannego chłopca, ale wyglądało na to, że ani służący, ani garbata czarownica nie będą mieli wiele do roboty. Pacjent spał spokojnie, a z twarzy nie schodził mu lekki, zdrowy rumieniec. Zbudził się tylko raz, na chwilę, ale jego oczy patrzyły na wpół przytomnie. Modesta Veran wykorzystała ten moment na wlanie mu do gardła jakiegoś ziołowego, niezbyt miło pachnącego wywaru i chłopiec na powrót zapadł w sen.

 

Widząc to, Peyretou zdecydował się zostawić rannego z czarownicą i wyjść na miasto. Domenic Jordan dbał nie tylko o własną elegancję – zależało mu też na dobrej prezencji służącego i Peyretou, pusząc się jak paw, spacerował teraz po gwarnych ulicach Charnavin w błękitnym kaftanie i wysokich, błyszczących butach. Nie dostrzegał nic z tego, co wczoraj zwróciło uwagę Jordana – ani pustych oczu przechodniów, ani niepewnych uśmiechów na ich wargach. Dla niego Charnavin było uroczym miasteczkiem, akurat odpowiednim, by przystojny, ładnie ubrany chłopak z naprawdę dużego miasta, czyli z Alestry, mógł tu zrobić właściwe wrażenie.

Trafił na zatłoczony plac targowy, zatrzymał się przy straganie z amuletami i czarodziejskimi akcesoriami. Sprzedająca była śliczną młodą kobietą i Peyretou, niewiele się zastanawiając, spytał o cenę pierwszego z brzegu przedmiotu: zawieszonego na rzemyczku kawałka bazaltu. Rozpoczęły się chytre targi, obficie okraszone okrzykami udawanego oburzenia i zalotnymi uśmiechami. Wkrótce jednak Peyretou musiał ustąpić miejsca jakiejś staruszce, bo Domenic Jordan był wprawdzie panem hojnym, ale nie rozrzutnym i jego sługa nie miał aż tylu pieniędzy, by pozwalać sobie na spełnianie wszystkich zachcianek. Staruszka podniosła kryształową kulę i przez chwilę obmacywała ją jak połeć mięsa. Potem zupełnie niespodziewanie krzyknęła, rzuciła kulę i spojrzała na opinający jej biodra pas. Twarz wykrzywiło jej przerażenie, a zaraz później gniew. Powiodła wzrokiem po kłębiącym się przy straganach tłumie.

— To ona! — wrzasnęła, wskazując chudą dziewczynę, która kilkadziesiąt kroków dalej wpinała we włosy kościany grzebyk. — Ukradła mi sakiewkę! Łapać złodziejkę!

Wskazana odwróciła się, zobaczyła wycelowany w siebie palec i niewiele myśląc, wzięła nogi za pas. Staruszka nadal darła się jak opętana, ludzie przepychali się w stronę źródła krzyków. Korzystając z zamieszania, dziewczynie omal nie udało się uciec, ale ktoś przytomny złapał ją za kołnierz i osadził w miejscu. Staruszka podreptała do niej triumfalnie, ciągnąc za sobą gromadkę ciekawskich, wśród których znajdował się także Peyretou. Z drugiej strony już nadchodził strażnik miejski.

— To złodziejka — wysapała staruszka. — Przeszukaj ją, panie, a głowę daję, że znajdziesz moją sakiewkę z niebieskiego płótna.

Dziewczyna ubrana była jak posługaczka: w narzucony na suknię fartuch z głęboką kieszenią z przodu. Strażnik sięgnął do kieszeni i wyciągnął pękatą sakiewkę.

Dziewczyna poczerwieniała, spuściła głowę. Zapanowała groźna cisza, przerwana naraz pełnym potępienia pomrukiem tłumu.

— Chwila — odezwał się nagle mężczyzna, który złapał winowajczynię. — Ja tu czegoś nie rozumiem. Ona — wskazał staruszkę — zaczęła krzyczeć, kiedy tamta — skinienie głową ku dziewczynie — była już daleko. Skoroś widziała, matko, jak panna ci sakiewkę kradnie, to czemuś nie wrzeszczała od razu?

Niechęć tłumu odrobinę zelżała, w oczach złodziejki zabłysła nadzieja. Podejrzliwe spojrzenia skierowały się teraz na staruszkę, ale ta nie straciła głowy.

— W czarodziejskiej kuli ujrzałam, co przed chwilą się zdarzyło — oznajmiła, zadzierając z satysfakcją nos. — Kule, o, przy tamtym straganie sprzedają.

Ładniutka sprzedawczyni amuletów dostrzegła swoją szansę.

— To znakomite kule — powiedziała prędko — przeszłość pokażą, zgubę każdą odnajdą, a jeszcze przyszłość wywróżą…

— Dość tego — przerwał strażnik. — Dziewczyna idzie ze mną, a wy, matko, na drugi raz nie zerkajcie tak chętnie w kryształowe kule, bo dobry Bóg się zagniewa i karę jaką na was ześle.

Tłum powoli się rozchodził. Peyretou złapał za ramię sprzedawczynię amuletów.

— Zaczekaj, pani — poprosił szeptem. — Naprawdę te kule są takie dobre?

Spojrzała niepewnie, zastanawiając się, czy może mu zaufać. Chłopak wydał jej się sympatyczny, zaczęła więc mówić:

— Kule są niezłe, owszem, ale problem polega na tym, że w kuli zobaczyć coś może tylko czarownica, a ta staruszka nie bardzo mi na taką wygląda.

— No więc co się stało?

Kobieta rozejrzała się i pociągnęła Peyretou pomiędzy stragany.

— Mandy się obudziła — szepnęła mu w ucho.

— Mandy? — Chłopak zmarszczył brwi.

— Święta Alamanda — zniecierpliwiła się kobieta. — Tak sobie myślę, że zbrodnie Upiora wyrwały świętą z letargu. Sprawiedliwość zawsze leżała jej na sercu, więc teraz obdarza ludzi zdolnością jasnowidzenia zbrodni, tych poważnych i tych błahych, jak dzisiaj. To zdarza się coraz częściej. Tydzień temu pewna kobieta wskazała zabójcę męża dzięki temu, że jej się wyśnił. Mówię ci, młodzieńcze, za parę tygodni w Charnavin nie będzie ani jednego złodzieja, oszusta czy mordercy, a za to połowę mieszkańców stanowić będą jasnowidze. Nie jestem pewna — z powątpiewaniem potrząsnęła głową — czy będzie mi się podobało życie w takim mieście.

* * *

— Mój przyjaciel, baron de Mareuil. — Hrabia przedstawił starszego, wysokiego mężczyznę, a Jordan natychmiast pomyślał, że oto ma przed sobą ojca osławionego Upiora, a przynajmniej tego, którego za Upiora uważano.

Dziwne, ale przy zgarbionym, złamanym nieszczęściem hrabim d’Andrieux baron wyglądał niemal na okaz siły i zdrowia. O bólu, jaki przeżył, świadczyły jedynie głębokie bruzdy wokół ust i pustka w szarych oczach.

Hrabia d’Andrieux zaproponował, by wyszli do ogrodu. Odprowadził ich Herran, który podtrzymywał wolno drepczącego gospodarza. Tym razem Jordan przyjrzał się służącemu uważniej. Troskliwość, jaką ten okazywał starcowi, a także pewne podobieństwo rysów twarzy pozwoliły Jordanowi odgadnąć prawdę. Herran był nieślubnym synem hrabiego. Ubrany zbyt elegancko jak na swój stan, ze szpadą przy boku, wyglądał bardziej na młodego panicza niż na sługę. Być może, pomyślał Jordan, sprytny Herran zajmie wkrótce miejsce zmarłego Rainauda d’Andrieux.

Usiedli w niewielkim murowanym pawiloniku znajdującym się w głębi ogrodu, Herran sięgnął do drewnianej skrzyni po kieliszki, odkorkował butelkę, którą przyniósł ze sobą, rozlał wino i odszedł.

Hrabia zwrócił się do barona de Mareuila:

— Powtórz, proszę cię, co mi mówiłeś. Pan Jordan — wymawiał, jak wszyscy Okcytańczycy, „Jourdain” — powinien to usłyszeć.

Ojciec Upiora upił łyk wina.

— Widzisz, panie, tuż przed śmiercią nieszczęsnego Rainauda byłem świadkiem jego kłótni z młodym Salvairem de Fargues’em. Don Salvair groził Rainaudowi, krzyczał, że wkrótce go zabije. Chodziło, jeśli dobrze pamiętam, o jakąś dziewczynę. Nie zwróciłem na to wtedy większej uwagi, wszak gwałtowne sprzeczki to cecha młodości. Dopiero dziś, gdy hrabia powiedział mi o liście, pojąłem, że zamiary don Salvaira były jednak poważne.

Jordan milczał, spoglądając pod światło na rubinowozłoty płyn w kieliszku.

— I cóż pan na to? — przerwał ciszę zniecierpliwiony hrabia. — Czy nie czas kazać aresztować tego młodzieńca?

Jordan postawił nietknięte wino na drewnianym stoliczku.

— Czy panowie także zamierzają wyprowadzić się z miasta? — zapytał uprzejmie.

Hrabia skrzywił się, jakby w słowach Jordana było coś niestosownego.

— Tak, istotnie — odparł zimno. — Pod koniec sierpnia pożegnamy się z Charnavin. Nie rozumiem jednak…

— I stać panów na stratę tylu pieniędzy? — przerwał mu Jordan. — Dzielnica jest niemal opustoszała, ceny domów muszą tu spadać na łeb na szyję.

— Doprawdy, drogi panie — równie chłodno odezwał się baron de Mareuil. — Sądzisz, że to ma jakieś znaczenie? To miasto jest przeklęte, cóż w tym dziwnego, że ucieka stąd każdy, kto może sobie na to pozwolić?

Jordan skłonił głowę, na pozór pokonany siłą argumentacji rozmówcy. Baron podniósł kielich z winem. Promień słońca padł na szkło, wtopił się w rubinowy płyn. Wino w kielichu barona wydało się Jordanowi nagle mętne niczym brudna, rzeczna woda. Uznał, że musiała to być mamiąca oko gra świateł.

* * *

Jeszcze tego samego dnia Salvair de Fargues poprosił Jordana o spotkanie. Na powrót znaleźli się w tym samym przytulnym saloniku, w którym rozmawiali ostatnim razem. Dziś jednak młodzieńcowi towarzyszył stryj, don Elias, wysoki i oschły mężczyzna w średnim wieku. Był to jedyny obecnie mieszkaniec Charnavin, którego Jordan pamiętał ze swej poprzedniej wizyty w tym mieście.

— Chcę się przyznać. To ja zabiłem Rainauda d’Andrieux — powiedział cicho, ale pewnie stojący przy parapecie Salvair. Jego profil rysował się ostro na jasnym prostokącie okna. Jordan i don Elias siedzieli przy zielonym stoliczku, spoglądając na młodzieńca.

— Aha. — Skryta w cieniu twarz Jordana nie wyrażała niczego. — Opowiedz mi o tym.

— Czy to konieczne? — spytał don Elias, marszcząc brwi.

Jordan skinął głową, gestem poprosił o milczenie i spojrzał wyczekująco na Salvaira.

— Opowiedzieć? Jak to? — W głosie młodzieńca zabrzmiało tyle dziecinnego zdumienia, że Jordan uśmiechnął się mimowolnie.

— Zwyczajnie. Opisz mi po kolei wszystkie czynności, które wykonałeś od momentu, gdy powziąłeś ten niezbyt… hm, chrześcijański zamiar. Opowiedz, w jaki sposób twoje ciało zmieniło się w ciało orła, jak zaatakowałeś don Rainauda i tak dalej.

— To nie tak. — Salvair potrząsnął głową. — Człowiek nie może zmienić się w zwierzę. Trzeba…

— Od początku — przypomniał łagodnie Jordan.

— Tak więc najpierw odwiedziłem menażerię doktora Caffy’ego. Tam można kupić różne egzotyczne stworzenia: jadowite skorpiony, ptaki, nawet lwy i tygrysy. Ja kupiłem orła. Zaniosłem go do domu, wziąłem kawałek kredy i na podłodze wyrysowałem ochronny krąg, bo w opuszczone ciało łatwo może wtargnąć jakiś zbłąkany duch czy demon. Potem położyłem się pośrodku, a klatkę z orłem ustawiłem tuż obok głowy…

— Klatka była zamknięta na kłódkę?

— Och, nie. To nie miałoby sensu. Zamknąłem ją na prostą zasuwkę. Ptak nie mógłby jej otworzyć, ale człowiek w ciele ptaka już tak, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że do dyspozycji ma jedynie dziób i pazury. Potem przeniosłem swoją świadomość w ciało orła. Nauczyła mnie tego moja matka. Później… Czy muszę mówić, co było później?

— Nie, wystarczy. — Podobną wiedzę mógł posiadać tylko człowiek praktykujący magię albo ewentualnie ktoś taki jak Jordan, interesujący się czarami jedynie teoretycznie. Ale niewiele było osób, dla których magia stanowiła dyscyplinę naukowych dociekań. — Dlaczego to zrobiłeś?

Salvair zacisnął usta w wąską kreskę i wyzywająco spojrzał w oczy Jordana.

— Czytał pan list, który napisałem do Rainauda. Każde słowo to prawda.

— Tym dziwniejsze jest, że za grosz ci nie wierzę.

De Fargues wzrokiem poszukał pomocy u stryja.

Mężczyzna wstał i objął go, ale w geście tym niewiele było miłości czy choćby tylko sympatii. Don Elias przypominał raczej człowieka, który kurczowo ściska swoją własność, chroniąc ją przed zakusami złodzieja.

— Salvair przyznał się i to powinno w zupełności wystarczyć — powiedział chłodno. — Naszą rozmowę uważam za skończoną.

Jordan spojrzał na nich uważnie.

— Cóż, wasza wola. Ostatecznie dla chłopca to żadna różnica, czy w aktach sądowych znajdzie się prawdziwy powód śmierci Rainauda, czy też nie. On i tak zginie pod toporem kata.

* * *

Pod wieczór upał wcale nie zelżał, a tylko zaległ nieruchomo nad miastem, bezwietrzny, suchy, drażniący nos i gardło drobinkami kurzu, wzbijanego stopami przechodniów.

Jordan wysiadł z powozu, odesłał stangreta i zapukał do drzwi domu Modesty Veran. Miał przy sobie parę najniezbędniejszych rzeczy, by zatrzymać się u czarownicy przez jakiś czas. Gdy opuszczał pałac, hrabia d’Andrieux wyglądał na zaniepokojonego. Nic jednak nie powiedział. Stosunki pomiędzy nim a Jordanem były tak napięte, że obaj woleli ograniczyć się jedynie do wymiany nic nieznaczących uprzejmości.

Peyretou otworzył i cofnął się w głąb sieni. Minę miał dość niewyraźną, a Jordan bez większego trudu odgadł przyczynę.

— Obudził się?

Młody sługa skinął głową. Przez zazwyczaj tak spokojną twarz Jordana przemknął skurcz, który uważniejszy obserwator mógłby uznać za grymas lęku.

— Sądziłem, że dłużej to potrwa — wymruczał.

Ciemnowłosy chłopiec, który jeszcze tego ranka wydawał się bliski śmierci, teraz siedział na łóżku wyprostowany i całkowicie przytomny. Rysy twarzy miał napięte, w oczach czaiła się groźba. Przypominał psa, który tuż przed atakiem czujnie obserwuje przeciwnika. Jego górna warga uniosła się, odsłaniając mocne zęby i Jordan niemal spodziewał się, że usłyszy ostrzegawcze powarkiwanie. Jednak gdy chłopiec odezwał się, głos zabrzmiał zdumiewająco normalnie.

 

— Uratowałeś mnie, kiedy tamta kobieta strzeliła mi w plecy — powiedział, a Jordanowi udało się ukryć zaskoczenie. Nie zamierzał wyprowadzać chłopca z błędu. — Dlaczego? Czego ode mnie chcesz? Jeśli spróbujesz zatrzymać mnie siłą, zabiję cię.

Jordan szeroko otworzył drzwi. Peyretou, który podsłuchiwał przy dziurce od klucza, odskoczył jak oblany wrzątkiem.

— Droga wolna.

Chłopiec nie ruszył się z miejsca. Napięte rysy złagodniały, a w oczach pojawiła się ciekawość.

— Mam dla ciebie propozycję. — Jordan zamknął drzwi i ostrożnie zbliżył się do siedzącej na łóżku postaci. — W zamian za uratowanie życia zostaniesz ze mną, powiedzmy, przez trzy dni. Będę zadawał ci pytania i spisywał odpowiedzi. Potem odejdziesz.

Chłopiec wyszczerzył zęby. Nadal w jego twarzy było coś osobliwie zwierzęcego, choć teraz nie przypominał groźnego psa, lecz skorego do zabawy szczeniaka.

— Czemu nie. Zaczynaj.

— Muszę cię jakoś nazywać. Masz jakieś imię?

— Matka wołała na mnie Fiari.

— Dobrze, Fiari. Pytanie drugie: dlaczego zabiłeś tamtego człowieka w Reix?

— Bo stanął mi na drodze — odparł chłopak bez emocji.

* * *

— Pozwolisz, panie, że spróbuję jeszcze raz? — Modesta Veran wybiegła za Jordanem na próg domu. — Daj mi chwilę… Urodziłeś się w ubogiej rodzinie, tylko własnemu uporowi zawdzięczasz to, że zdobyłeś wykształcenie, a także majątek i możesz teraz uchodzić za szlachcica. Wkrótce jednak stracisz ponad pięćset tysięcy eccu i na powrót zaczniesz klepać biedę.

Jordan zachichotał.

— Kiedy ja naprawdę jestem szlachcicem, a co do mojego majątku, to obawiam się, że trochę go pani przeceniasz. Nigdy w życiu nie miałem pięciuset tysięcy eccu.

Młoda czarownica z urazą obrzuciła spojrzeniem elegancki czarny kaftan Jordana, jakby chciała powiedzieć, że ktoś, kto nie dysponuje taką sumą, powinien bardziej uważać, na co wydaje pieniądze. Potem wróciła do domu, a Jordan i Peyretou ruszyli w dół ulicy. Fiari szedł kilka kroków przed nimi.

W każdym innym okcytańskim mieście letni wieczór był porą, gdy zmęczeni upałem mieszkańcy wylegali na ulice. Lecz w Charnavin zmierzch nie przyniósł ze sobą ani odrobiny chłodu. Ludzie pochowali się po domach, latarnie paliły się jedynie nad drzwiami opustoszałych gospód i tawern. W ciszy i mroku daleko niosło się echo kroków.

— Mogę o coś spytać, panie? — szepnął Peyretou.

— Pytaj.

Sługa rzucił niepewne spojrzenie na Fiariego i jeszcze bardziej zniżył głos:

— Kim on jest?

Jordan zwolnił, zwiększając dystans pomiędzy nimi a idącym z przodu chłopcem. Ciekawość kiedyś mnie zgubi, pomyślał z błyskiem gorzkiego humoru. Zdawał sobie sprawę, że Fiari zgodził się na zaproponowany układ bynajmniej nie z wdzięczności. Chłopcu po prostu pochlebiało zainteresowanie Jordana, który wypytywał go, a odpowiedzi starannie zapisywał w notesie. Dla niego był to rodzaj zabawy, ale jak każda zabawa, tak i ta mogła mu się wkrótce znudzić. A wtedy Fiari odejdzie, zabijając każdego, kto spróbuje mu przeszkodzić. Niewiele w tym chłopcu pozostało ludzkich cech. Był całkowicie amoralny, pozbawiony wyrzutów sumienia, a także o wiele silniejszy i zręczniejszy niż przeciętny człowiek. Jordan bał się, że w razie czego, pomimo dwóch pistoletów, które przezornie zabrał z domu, nie zdoła sobie z nim poradzić. Nie miał też pojęcia, co zrobi, gdy minie wyznaczony termin.

— Niewykształceni ludzie nazywają takich jak on wilkołakami. Nie zmienia się w zwierzę w czasie pełni księżyca, to bajki, ale jest bardzo silny, szybki, a jego rany, nawet te poważne, goją się ze zdumiewającą łatwością. Sam zresztą widziałeś. Niezwykle interesujący przypadek, ofiara klątwy rzuconej na niego najprawdopodobniej jeszcze w dzieciństwie.

— Czy to można by zdjąć? Znaczy, tę klątwę?

Jordan zastanowił się.

— Myślę, że tak, choć wymagałoby to sporych umiejętności magicznych. Kłopot jedynie polega na tym, że Fiari wcale nie chce być człowiekiem.

* * *

Rosa Duprat, jedyna ocalała ofiara Upiora, miała czternaście lat, a wyglądała na co najmniej siedemnaście. W ramionach kołysała maleńkie niemowlę. Jordan nie bardzo mógł uwierzyć, że gustujący w dzieciach poniżej dziesiątego roku życia Upiór zainteresował się tą wyrośniętą pannicą, która na początku czerwca musiała być w ostatnim miesiącu ciąży.

— Czego panowie ode mnie chcecie? — hardo rzuciła Rosa, ale na dnie jej oczu pozostał cień niepokoju.

Dziecko zbudziło się i zapłakało. Do pokoju weszła starsza kobieta ubrana już w nocny strój i zabrała niemowlę. No proszę, dziewczynę stać nawet na niańkę, pomyślał Jordan, z premedytacją przedłużając milczenie i jednocześnie rozglądając się wokół.

Dom, w którym się znajdowali, do złudzenia przypominał dom garbatej czarownicy. Położony w podłej dzielnicy i na pozór skromny, wewnątrz urządzony był bardzo przytulnie. Rosa Duprat, sierota, która do niedawna szorowała podłogi w pałacu barona de Mareuila, z pewnością nie cierpiała biedy.

— Chciałbym wiedzieć — powiedział Jordan spokojnie — kto zapłacił ci za oskarżenie Joana Baptiste’a de Mareuila?

Oczy dziewczyny przypominały teraz okrągłe spodki. Z sąsiedniego pokoju dobiegał coraz głośniejszy płacz dziecka. Opiekunka ostrożnie uchyliła drzwi, wysunęła głowę i spojrzała na młodziutką matkę.

— Ona jest głodna — szepnęła.

— Wynoś się i zamknij drzwi! — wrzasnęła Rosa. — I nie waż się tu więcej przychodzić!

Chwilę później z dziecięcym płaczem zmieszał się nerwowy nieco głos nucący kołysankę.

Domenic Jordan podszedł do dziewczyny i spojrzał jej w oczy.

— Posłuchaj mnie, panienko — powiedział spokojnie, ale tonem tak zimnym, że Peyretou odruchowo skulił ramiona. — Wybrano cię prawdopodobnie ze względu na to, że jesteś dość bystra. W przeciwnym wypadku nie potrafiłabyś wiarygodnie kłamać przed sądem. Spróbuję więc odwołać się do twego rozsądku. Ktoś dał ci ten dom i pieniądze, ktoś zapewnił opiekę tobie i dziecku. W zamian chciał tylko, byś oskarżyła syna barona de Mareuila, a potem trzymała buzię na kłódkę. Nie mam pojęcia, kim jest ten człowiek, ale dowiem się, z twoją pomocą czy bez niej. A w całym Charnavin nie ma nikogo, kto mógłby przeciwstawić się woli biskupa Alestry. Rozumiesz mnie dobrze, panienko? Pójdziesz na dno razem z twoim tajemniczym opiekunem, a twoje dziecko zostanie sierotą. Będzie dorastać jak ty, w ochronce, a nim skończy dziesięć lat, pójdzie na służbę szorować podłogi. Dokładnie tak jak ty. Chciałabyś tego? Nie sądzę. Dlatego daję ci szansę. Chcę usłyszeć nazwisko tego człowieka, nic więcej.

Dopiero teraz w przerażonych oczach zamigotała iskierka zrozumienia. Jordan poczuł przypływ niechęci do samego siebie. Rosa była jeszcze dzieckiem, więc zastraszenie jej przyszło mu zdumiewająco łatwo. Żałował tego, ale nie cofnął się.

Dziewczyna poruszyła ustami.

— Nazwisko. Teraz. Zaraz — powtórzył, nadal nie podnosząc głosu.

Spuściła głowę i pociągnęła nosem.

— Baron de Mareuil — szepnęła. — To baron de Mareuil kazał mi oskarżyć swego własnego syna. Panie, co ja mam teraz zrobić?

* * *

Rozmowa z Rosą przekonała Jordana o jednym: Joan Baptiste de Mareuil był jednak Upiorem. Żaden ojciec, nawet najmniej kochający, nie mógłby pragnąć skazania niewinnego syna. Jordan uświadomił sobie, że już na początku popełnił błąd, pozwalając zasugerować się słowom biskupa Alestry, podczas gdy w rzeczywistości ojciec Fabresse wcale nie twierdził, że nazywany Upiorem człowiek był niewinny. Niewykształcony proboszcz miał kłopoty z jasnym formułowaniem myśli, a z jego listu dało się wywnioskować tylko tyle, że odkrył jakąś mroczną tajemnicę związaną ze śmiercią Upiora.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?