Diabeł na wieżyTekst

Z serii: Domenic Jordan #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Odwrócił się, stając twarzą w twarz z księdzem Sauvinem i hrabią d’Andrieux. Z całą pewnością salon, w którym się znajdowali, był znacznie przyjemniejszy niż widok za oknem. Hrabia był bardzo bogatym człowiekiem, a przy tym obdarzonym znakomitym gustem. Pokój wypełniały dzieła sztuki i pięknie tkane kobierce. Świeczniki i kandelabry wyglądały na zrobione ze szczerego złota, a okna sięgające od podłogi aż po sufit musiały kosztować fortunę. Jordan wiedział też, że hrabia jest właścicielem ziem leżących poza Charnavin – właśnie tam, w jednej z wiejskich posiadłości, przed sześcioma tygodniami zginął jego syn.

— Już niemal straciliśmy nadzieję — mówił dalej ksiądz, poważny starszy mężczyzna. — Charnavin to spokojne miasto, nigdy nie mieliśmy tu kłopotów z czarownikami. Co najwyżej jakaś wiejska baba… — Wzruszył ramionami. — Ale to morderstwo… Żadnych dowodów, świadków, nic. Zasięgnęliśmy nawet rady brata Manfreta, który z łaski naszej świętej patronki został obdarzony zdolnością jasnowidzenia zła i występku.

— I cóż brat Manfret ujrzał w kryształowej kuli? — Jedynie najczulsze ucho wychwyciłoby w głosie Jordana ironię.

— On nie patrzy w kulę, lecz w misę wypełnioną wodą — odparł ksiądz Sauvin spokojnie.

— Święconą? — Tym razem ironia była znacznie wyraźniejsza.

Ksiądz obruszył się.

— Proszę nie kpić. Zresztą chodzi o to, że nic nie ujrzał. Dlatego też pozwoliłem sobie napisać do Jego Ekscelencji, prosząc o przysłanie kogoś, kto ma doświadczenie w takich sprawach. — Grymas księdza zdradził, że choć nie śmie głośno podważać decyzji biskupa, to nie uważa Jordana za właściwą osobę. Przysłany z Alestry ekspert wydawał mu się, po pierwsze, nieco zbyt młody, po drugie, cudacznie ubrany (kto to widział, nosić się na czarno niby diabeł z jasełek?), a po trzecie i najważniejsze: nazbyt pewny siebie. Ksiądz, na co dzień przywykły do towarzystwa szlachty, nie prostego ludu, mógł wiele wybaczyć: bogactwo, nawet rozwiązłość, ale jeśli ktoś z niezmąconym spokojem wysłuchał szczegółów makabrycznej śmierci młodego Rainauda, a potem jeszcze ośmielał się żartować z daru świętej, to znaczyło, że nie ma w nim krzty bojaźni bożej.

— Dzisiaj jednak hrabia szczęśliwym przypadkiem odnalazł w biurku syna pewien list. Panie hrabio, jeśli mógłbym prosić…

Hrabia d’Andrieux, zasuszony staruszek, na którego twarzy cierpienie wyryło głębokie bruzdy, pociągnął za sznur dzwonka. Zjawił się barczysty młody sługa, który najwyraźniej już wcześniej uprzedzony, w ręku trzymał rozpieczętowany list. Jordan zaczął czytać napisany ciemnozielonym atramentem tekst, a służący pochylił się nad fotelem hrabiego i troskliwie poprawił starcowi poduszki.

— Dziękuję, Herran. — Hrabia uśmiechnął się ciepło.

W imię łączącej nas w dzieciństwie przyjaźni wszystko mógłbym Ci wybaczyć. Wszystko prócz odebrania mi panny Castaing, którą od dawna kochałem. Wiesz, że zawsze dotrzymuję obietnic. Otóż przysięgam Ci w tej chwili zemstę, która spadnie na Ciebie równie niespodziewanie, jak na mnie wiadomość, że dòna Laura nie należy już do mnie.

Salvair de Fargues

Jordan skończył czytać i uniósł wzrok znad kartki.

— I ten młodzieniec pokłócił się z pańskim synem, hrabio? — zapytał. — O jakąś pannę Castaing?

Hrabia d’Andrieux skinął głową.

— Syn mój, wstyd powiedzieć, był niepoprawnym kobieciarzem — powiedział, a w jego oczach pojawił się błysk gorzkiej dumy. — Nieraz powtarzałem, że ta namiętność go zgubi, i tak się stało.

— Don Salvair jest czarownikiem?

— Jest cudzoziemcem — wyjaśnił d’Andrieux. — Przynajmniej w połowie. Jego ojciec przywiózł sobie żonę zza morza. To była ciemnowłosa, pogańska dzikuska, która ledwo władała naszą mową. Ani chybi to właśnie ona wyuczyła syna czarów.

— A don Salvair? Przyznał się?

— Nie. List odnalazłem przed dwiema godzinami. Nikomu prócz księdza jeszcze o nim nie mówiłem.

— Na razie niech więc tak zostanie. Sam wypytam go o te groźby. Wieczorem, nie teraz. Na razie zaś chciałbym panów przeprosić.

Stojąc już w drzwiach, Domenic Jordan odwrócił się. Czekał na słowa protestu, na żądania, aby natychmiast aresztować mordercę. Nie doczekał się.

Gdyby przyszło mu wyrokować na podstawie tej jednej rozmowy, powiedziałby, że hrabia nie tylko zna nazwisko zabójcy syna – i to nie od dwóch godzin – ale w dodatku wcale nie pragnie dlań kary.

* * *

Domenic Jordan nie kazał zaprzęgać do powozu. Poszedł pieszo, nie chcąc ściągać na siebie uwagi. Lepiej, aby na razie nikt nie wiedział o drugiej sprawie, dla której przybył do tego miasta.

Idąc ulicami, z ciekawością rozglądał się wokół. Charnavin nie bez podstaw uważano za prawdziwą perłę. Niemal wszystkie ulice były tu brukowane i dobrze oświetlone, a na placach stały marmurowe fontanny. Pałace, nawet niektóre mieszczańskie kamienice imponowały przepychem, w kościołach zaś większą uwagę niż ołtarz przyciągały posągi i obrazy ufundowane przez bogatych mieszkańców. Charnavin było miastem spokojnym, może odrobinę swawolnym – tu w końcu znajdowało się Reix, słynna na cały kraj dzielnica rozpusty – ale bezpiecznym. Dbano tutaj nawet o najuboższych, bo w mieście założono więcej przytułków i szpitali dla biedoty niż w dwa razy większej Alestrze.

Jordan zatrzymał się na moście i przez chwilę patrzył w leniwy nurt Czarnej Saissy. Potem przeniósł wzrok na grupę mężczyzn uwijających się przy brzegu. Jeden z nich bosakiem zahaczył coś, co wyglądało na kupę przegniłych szmat zmieszaną z wodorostami i śmieciami. Powoli, ostrożnie zaczął ciągnąć znalezisko do siebie. Wokół zaczynał się już gromadzić tłum.

Woda zabulgotała, zakotłowała się. Wśród śmieci i wodorostów pojawiło się pasmo długich czarnych włosów. Jakaś kobieta krzyknęła, inna zaintonowała modlitwę, której nikt nie podchwycił.

Mężczyzna z czułością, jakby dziecko jeszcze żyło, wyciągnął na brzeg ciało małej dziewczynki. Jej głowa ledwo trzymała się szyi, z brzucha ktoś wyciął płat skóry i wyjął część wnętrzności. Mężczyzna schylił się i spróbował odgarnąć włosy przesłaniające twarz. Pod wpływem dotyku sinogranatowa napuchnięta skóra zsunęła się jak rękawiczka, odsłaniając nagą czaszkę.

Kobieta, która przed chwilą krzyczała, teraz łkała spazmatycznie, ta zaś, która próbowała się modlić, upadła na kolana, wypuszczając z rąk koszyk z zakupami, i zakryła oczy dłońmi.

— Dwudziesta siódma — szepnął ktoś obok Jordana. — Niech nas Bóg ma w swojej opiece, to już dwudziesta siódma.

* * *

W Charnavin nawet dzielnica biedoty wyglądała tak, że władze miejskie nie miały się czego wstydzić. Jordan minął rząd drewnianych, w miarę solidnych domów, przeszedł obok kościoła – niewielkiego, ale murowanego – i zastukał w drzwi plebanii.

Otworzyła mu kobiecina pomarszczona jak suszona śliwka. Wokół niej unosił się silny zapach ługu, przez który przebijała delikatnie woń starczego ciała.

— Witajcie, matko — zagaił Jordan. — Mam sprawę do tutejszego proboszcza, ojca Fabresse’a. Zastałem go może?

Staruszka cofnęła się w cień.

— To wy nic nie wiecie, panie? — szepnęła trwożnie. — Ojciec Fabresse nie żyje. Dwa dni temu go pochowaliśmy.

— Co się stało?

Staruszka otarła oczy.

— Utonął, biedaczysko. Czarna Saissa dostała jeszcze jedną ofiarę.

Jordan zacisnął wargi. Śmierć proboszcza była zbyt dużym zbiegiem okoliczności, by uznać ją za naturalną. Bardziej prawdopodobne, że ksiądz istotnie odkrył jakąś zbrodnię. Odkrył, a potem wygadał się nieostrożnie i ktoś na zawsze zamknął mu usta.

— Ksiądz proboszcz miał może pomocnika? — zapytał Jordan. — Wikarego?

— Nie, panie. Ojciec Fabresse tylko mnie miał do pomocy, a teraz całkiem sama zostałam. Jutro ma przyjechać nowy proboszcz, trzeba dom wysprzątać…

— Chciałbym zajrzeć do jego papierów. Być może ojciec Fabresse zostawił dla mnie jakąś wiadomość. Proszę zaprowadzić mnie do gabinetu księdza proboszcza.

Jordan liczył na nawyk posłuszeństwa, jaki służba ma wyrobiony wobec wyżej postawionych osób przemawiających rozkazującym tonem. Nie pomylił się, bo gospodyni, choć z miną pełną wątpliwości, ustąpiła i poprowadziła go w głąb mieszkania.

W skromnie urządzonym gabinecie, na zbitych z desek półkach stało zaskakująco dużo książek. Przejrzał je pobieżnie. Kazania, traktaty dotyczące ogrodnictwa i hodowli trzody – ksiądz proboszcz pochodził chyba ze wsi – tomik Myśli chrześcijańskie na każdy dzień. Nic ciekawego. Nic, z wyjątkiem oprawionej w skórę księgi wciśniętej skromnie w kąt półki. Jordan spojrzał na tytuł i z trudem udało mu się zachować obojętny wyraz twarzy. O naturze świętych. Traktat Carla Villaniego, jednego z założycieli Charnavin. Dzieło to, w którym uczony ośmielał się twierdzić, że święci mają ludzkie słabości, zostało uznane za herezję.

Jordan odłożył księgę. Sprawdził jeszcze – ku wyraźnej dezaprobacie gospodyni – zawartość biurka, ale nie znalazł nic, co mogłoby mu pomóc.

— Ojciec Fabresse nie wspominał może, że coś go martwi? — zagadnął.

— Ano — kobieta skinęła głową — jakaś troska zżerała księdza proboszcza, to prawda. Ale mnie nie mówił, co go gryzie. Raz jeno powiedział coś dziwnego, że niby ludzie Upiora za demona mają, ale tak naprawdę w tym mieście każden jeden szlachcic to diabeł wcielony.

Gospodyni zamilkła. Jordan podniósł głowę i nadstawił uszu.

— Ktoś puka — powiedział.

— Nic nie słyszę.

— A ja wam mówię, matko, że słyszałem stukanie w drzwi. Lepiej idźcie i sprawdźcie.

Raz jeszcze instynkt posłuszeństwa okazał się silniejszy niż nieufność. Kobieta, ociągając się, podreptała do drzwi. Chwilę później dołączył do niej Jordan.

 

— Musiałem się pomylić — powiedział, wciskając w pomarszczoną dłoń monetę. — Wybaczcie, matko.

Wyszedł, ścigany zaniepokojonym spojrzeniem starczych oczu.

* * *

Położył księgę na kościelnej ławie, ukląkł i zmówił modlitwę, prosząc o wybaczenie za to, co właśnie uczynił. Potem wstał i rozejrzał się. Jego uwagę zwróciły świece płonące po prawej stronie ołtarza. Ponad nimi zamiast obrazu czy rzeźby wisiały zapisane karty. Jordan zbliżył się.

Każda karta to było jedno dziecięce imię, jeden opis straszliwej śmierci, jedno błaganie o sprawiedliwość.

Słowa zostały wykaligrafowane na pergaminie, nie na zwykłym papierze, tym samym ozdobnym pismem, najprawdopodobniej przez urzędnika pocztowego, który za niewielką opłatą służył pomocą ubogim analfabetom.

Jordan zaczął czytać:

Marietta, córka Bruna, sześć lat, zginęła siedemnastego kwietnia. Morderca poderżnął jej gardło, a potem rozciął brzuch i wywlókł wnętrzności. Patronko nasza, błagam Cię, klęcząc u Twych stóp, nie odmawiaj nam słusznej zemsty.

Amelia Cabirol, pięć lat, zginęła dwudziestego trzeciego kwietnia. Upiór poderżnął jej gardło i rozpruł brzuch. Ja, matka, która ją urodziła i wykarmiła, nie pragnę niczego ponad należną mi sprawiedliwość. Święta patronko, spraw, by cierpiał, jak cierpiało moje dziecko.

Artur, syn wdowy Germondy, z ojca Jeana, lat sześć, zamordowany drugiego maja…

Słowa, całe mnóstwo słów, a z każdego wyzierał ból po strasznej śmierci dziecka. Upiór atakował od tyłu, dzieci nie widziały go i żaden jasnowidz nie potrafił odnaleźć obrazu zabójcy zapisanego w krwi zamordowanych – bo obraz ten, wbrew powszechnemu przesądowi, pozostaje właśnie we krwi, nie w oczach. Dopiero ostatniej ofierze udało się uciec, a wcześniej jeszcze ujrzeć go i – co więcej – rozpoznać. Znakiem charakterystycznym były poderżnięte gardła i głębokie rany podbrzusza, czasem też ślady zębów na wyjętych z ciała organach wewnętrznych. Dwadzieścia siedem ofiar zabitych w niespełna dziewięć tygodni, od początku kwietnia do pierwszych dni czerwca. Jasnowidz z pewnością nie badał wszystkich ciał i Jordan podejrzewał, że od pewnego momentu na konto Upiora zaczęto zaliczać po prostu każde martwe, okaleczone dziecko, ale nawet gdyby od liczby dwadzieścia siedem odjąć pięć, dziesięć ofiar, to i tak Upiór z Charnavin był ponurym rekordzistą.

Jordan czytał dalej, czując, jak na jego gardle zaciska się obręcz. Imiona, przytłaczająco wiele dziecięcych imion i precyzyjnie opisany koszmar każdej śmierci.

Za jego plecami rozległ się jękliwy zgrzyt. Opanował się z wysiłkiem i spojrzał w stronę wejścia. Przez chwilę w świetle słońca widział wyraźnie zgarbioną kobiecą postać, potem z kolejnym zgrzytem drzwi zatrzasnęły się i nieznajoma znikła w mroku.

Coś w jej lekkich, ostrożnych krokach podpowiedziało mu, że nie chce być widzianą. Cofnął się więc poza żółty krąg światła. Teraz, gdy jego oczu nie oślepiały już płomienie świec, widział ją dość wyraźnie.

Kobieta, tak pochylona ku ziemi, że nie mogło to być spowodowane wiekiem, lecz raczej jakąś deformacją, stanęła na palcach i z wysiłkiem sięgnęła święconej wody. Zabulgotało i chwilę później sporych rozmiarów bukłak znikł pod warstwą chust otulających drobną sylwetkę.

Garbuska, nadal stąpając ostrożnie i cicho jak kot, zbliżyła się do ołtarza. Nożykiem ucięła kawałek prostego białego obrusu i ruszyła w stronę świec, które płonęły pod kartami z imionami dzieci.

Jordan wynurzył się z mroku i złapał ją za kołnierz. Była tak drobna i lekka, że uniósł ją w górę jedną ręką. Fiknęła nogami.

— Nie wiem, po co ci to wszystko, wiedźmo — warknął — ale od tych świec trzymaj się z daleka, pojmujesz?

Postawił ją na ziemi. Zaśmiała się nieoczekiwanie czystym, wolnym od lęku głosem.

— To świece zapalone za zamordowane dzieci — wyjaśniła. — Złe świece, w których zbyt wiele jest bólu i nienawiści. Ja nie uprawiam magii, w której potrzebne byłoby coś takiego. Tutaj przyszłam jedynie się pomodlić, podumać nad okrucieństwem tego świata. Tak jak i ty, panie, przynajmniej tak sądzę.

Jordan zdumiał się, bo garbuska mówiła jak osoba wykształcona. Z całą pewnością nie urodziła się w tej dzielnicy.

— Nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim zwyczajem — powiedział już znacznie łagodniej.

— Patronką naszego miasta jest przecież święta Alamanda, opiekunka sędziów, katów, jasnowidzów, a nawet straży miejskiej, wszystkich, którzy walczą ze złem. Nic więc dziwnego, że ludzie zwracają się do niej z prośbami o sprawiedliwość.

— Ale to jest kościół pod wezwaniem świętego Ignacego, nie Alamandy — zwrócił jej uwagę,

— Prawda. — Skinęła głową, a jemu się zdawało, że w mroku uśmiecha się lekko. — Kościół naszej patronki stoi na rynku, w samym środku Charnavin. Tam właśnie ludzie zanoszą swe prośby. Ale gdy Upiór zaczął zabijać, kartek zrobiło się tak dużo, że ojciec Sauvin powiedział w pewnym momencie: dość. Nie w smak mu było, że jego bogaci, szlachetnie urodzeni parafianie każdej niedzieli będą spoglądać na ścianę zapełnioną imionami ubogich dzieci. Tak więc nasz świętej pamięci proboszcz zabrał karty i przeniósł tutaj.

— Upiór mieszkał w tej okolicy?

Znów wybuchnęła tym czystym, butnym śmiechem, który powinien należeć raczej do pięknej dziewczyny niż do zdeformowanej garbuski.

— Upiór, mój panie, był czystej krwi arystokratą. Ludzie wołają: Upiór, jakby nie miał imienia, ale on nazywał się Joan Baptiste de Mareuil. Najstarszy syn barona de Mareuil. Pierwszą ofiarą była jakaś mieszczańska córeczka. Potem młodzieniec najwyraźniej doszedł do wniosku, że w naszej dzielnicy znajdzie większe pole do popisu. Tutaj dzieci włóczą się samopas nawet po zmroku. Tak więc uciekł bogatemu tatusiowi i zamieszkał w piwnicy opuszczonego, na wpół spalonego domu. Ludzie, którzy po niego przyszli, mówią, że żył gorzej niż zwierzę w wygrzebanej w ziemi jamie. Wiesz, panie, jak zginął?

Jordan skinął głową. Przypomniał sobie przy tym list ojca Fabresse’a. Być może, pomyślał, najstarszy syn barona de Mareuil w rzeczywistości był niewinny.

— No, śmierć miał taką, na jaką zasługiwał — powiedziała czarownica bez cienia współczucia. — Czasem się zastanawiam, czy aby naprawdę nie wstąpił w tego chłopca demon. Trudno uwierzyć, że ludzka istota mogła robić takie rzeczy. Z drugiej jednak strony, wygląda na to, że on myślał całkiem rozsądnie. Był sprytny, długo nie pozwalał się złapać.

Zamilkła. Jordan nie zadał następnego pytania.

— Znałam go — dodała niespodziewanie. — Niezbyt dobrze, bo moja rodzina to żadna szlachta. Ale spotkałam go parę razy w dzieciństwie, jeszcze zanim ojciec wyrzucił mnie z domu. — Wymownym gestem wskazała zdeformowane plecy.

— I jaki był?

— Nijaki — przyznała otwarcie. — Małomówny, spokojny, z tych, co to ludzie zawsze mówią, że „nigdy by się po nim czegoś takiego nie spodziewali”.

— A Rainaud d’Andrieux? Może i jego znałaś?

— Nie. On także nie żyje, prawda?

Jordan nie odpowiedział.

— A ojciec Fabresse? — zapytał zamiast tego.

Wzruszyła ramionami.

— Trudnię się magią, ale nasz święty Ignacy nie ma, jak widać, nic przeciwko czarownicom. Czasem więc chodziłam na niedzielne msze, i owszem, ale z proboszczem rzadko rozmawiałam.

— A może imię Salvair de Fargues coś ci mówi?

Kobieta skinęła głową.

— Widywałam go tu. Przywoził pieniądze, od czasu do czasu jakieś ubrania i prosił, żeby ojciec Fabresse rozdał to ubogim. Miły chłopak, wcale nosa nie zadziera. Cóż mnie, panie, tak wypytujesz?

Znów nie doczekała się odpowiedzi. Kiedy odezwała się chwilę później, w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiał strach.

— Nie powiesz, panie, nikomu o tym, co robiłam?

— To nie moja sprawa.

Odetchnęła z ulgą.

— Jesteś, panie, dobrym człowiekiem. Powróżę ci w zamian.

— Dziękuję, nie trzeba.

— Nic więcej nie mogę ci dać, panie. Pomyślmy: jedna rzecz z przeszłości, by przekonać cię, iż mówię prawdę, i jedna przepowiednia. Miałeś, panie, bardzo szczęśliwe dzieciństwo i rodziców, którzy cię rozpieszczali. Ale nic dobrego cię nie czeka. Umrzesz, nim skończysz dwadzieścia pięć lat.

— Moje dzieciństwo było paskudne, a lat mam dwadzieścia sześć. Albo więc od roku jestem martwy, czego nie zauważyłem, albo ty, pani, powinnaś poszukać sobie innego zajęcia — powiedział Jordan, bardziej rozbawiony niż zirytowany.

— Skoro tak mówisz, panie — ze śmiechem zgodziła się czarownica. — Gdybyś jednak potrzebował kiedyś pomocy, zapytaj o dom Modesty Veran – pod takim imieniem jestem tu znana. Każdy wskaże ci drogę.

Wyszła z kościoła, a Jordan odczekał chwilę i podążył za nią. Nie zapomniał o księdze, ukradzionej z gabinetu ojca Fabresse’a. Nie miał wyrzutów sumienia. Gospodyni nawet nie zauważy straty, a nowy proboszcz najpewniej wrzuciłby heretyckie dzieło do ognia. Lepiej więc, by traktat Villaniego znalazł się w rękach Jordana, który potrafi zrobić z niego lepszy użytek.

* * *

Na pierwszy rzut oka Charnavin nie zmieniło się wcale. Przekupki przy straganach nawoływały głośno, koła powozów raźno turkotały na bruku, matki strofowały dzieci, by te nie próbowały taplać się w fontannach, i tylko unoszący się znad rzeki fetor psuł wrażenie piękna i harmonii. Ale Jordan wyczuwał w pozornie zwyczajnych odgłosach miasta fałszywą nutę. W ten gorący sierpniowy dzień Charnavin przypominało psa, który wpełzł w kąt, by w spokoju lizać zranioną łapę.

Na ustach przechodniów widniały przylepione uśmiechy, ale w ich oczach Jordan dostrzegał pustkę, jakby przeżycia minionych dni wypaliły w nich wszelkie uczucia, pozostawiając jedynie coś na kształt przepełnionego bólem zdumienia. Czasem pośrodku wesołej na pozór pogawędki ludzie milkli i pogrążali się w ponurych wspomnieniach, dopóki ktoś desperackim żartem nie podtrzymał gasnącej rozmowy. W Charnavin wciąż żyła pamięć o Upiorze i jego ofiarach. Dlaczego tak się stało? Nie było to jedyne miasto, które dotknęło nieszczęście, a ludzie mają zdolność zapominania. Ale w tym przypadku zbrodnie były zbyt straszne, by szybko powrócić do codziennego życia, może też zaważyło to, że koszmar jeszcze się nie skończył – wciąż przecież znajdowano martwe dziecięce ciała. A może chodziło o coś jeszcze innego. Gdy sprawiedliwości staje się zadość i morderca ginie pod toporem kata, ludzie czują ulgę, ale makabryczna śmierć Upiora jedynie rozjątrzyła ranę.

A na dodatek, uświadomił sobie Jordan, istniała jeszcze możliwość, że Joan Baptiste de Mareuil był niewinny, a prawdziwy morderca wciąż pozostawał na wolności. Przynajmniej coś takiego sugerował w swoim liście ojciec Fabresse. Być może część dzieci, których zwłoki odnaleziono w ciągu ostatniego miesiąca, w rzeczywistości zginęła już po aresztowaniu syna barona de Mareuil. Trudno stwierdzić, czy ciało przebywało w wodzie cztery czy osiem tygodni, a panujący tego lata upał mógł przyspieszyć rozkład. Pozostawało jeszcze pytanie, czy istniał związek pomiędzy zbrodniami Upiora a śmiercią Rainauda d’Andrieux. Jordan mógłby się założyć, że tak. Joan Baptiste de Mareuil i Rainaud d’Andrieux pochodzili z tej samej sfery, byli w jednym wieku, możliwe więc, że dobrze się znali.

Jordan znalazł się w najbogatszej dzielnicy i spacerował teraz wzdłuż rzeki, mijając siedziby charnavińskich wielmożów. Większość pałaców była opustoszała, z jednego właśnie wynoszono meble. Przypomniał sobie ludzi, których poznał podczas poprzedniego pobytu w Charnavin. Markiz de Vic, który bardziej dbał o swoje konie niż o trzech rozbrykanych synów. Urocza wdowa, Estrela de Mireio, u której spotkać można było najmodniejszych malarzy i poetów. Don Fabian, chwalący się, że u niego w domu wszystkie naczynia zrobione są ze szczerego złota. Narcis Rudel i jego przepiękna córka – „partia w sam raz dla księcia”, jak mawiał dumny ojciec. Nieładna, ale zdumiewająco bystra dòna Mirelha, wodząca na pasku swego nijakiego męża. A także don Sicart, don Jironi, hrabia de Liberau… Jordan nie znał ich zbyt dobrze – dwa lata temu spędził w Charnavin ledwo parę dni, ale wszyscy zapadli mu w pamięć. Charnavińczycy, tak jak i samo miasto, mieli swój urok i styl. A teraz okna ich pałaców i domów zabito deskami, a bramy opleciono ciężkimi żelaznymi łańcuchami.

Jordan wszedł do cukierni, kupił posypanego makiem precla i zapytał właściciela o powód tak masowej wyprowadzki.

Mężczyzna strzepnął obrus i rozłożył go na jednym ze stołów.

— To z powodu Upiora — wyjaśnił. — Tak mi się zdaje. Mówią, że to nie był człowiek, jeno diabeł czy demon jakowyś. A teraz jeszcze ta pogoda. Ani kropli deszczu, Czarna Saissa sam brud niesie. Zarazy tylko patrzeć. — Wzdrygnął się. Był wystarczająco stary, by pamiętać epidemię sprzed dwudziestu pięciu lat: upał i unoszący się nad miastem smród, ciała, których nie miał kto pochować, leżące w coraz węższym i płytszym nurcie Saissy. — Mówię ci, panie, czekają nas ciężkie czasy. W mieście dzieją się dziwne rzeczy. Mojemu sąsiadowi przyśniło się, że jego pomocnik pieniądze z kasy podbiera. I, wyobraź pan sobie, okazało się, że to prawda. Znam też dziewczynę, do niedawna całkiem zwyczajną, która teraz bezbłędnie potrafi rozpoznać, czy ktoś kłamie, czy nie. A wczoraj usłyszałem o pewnym kupcu, ten z kolei bez ważenia każdą fałszywą monetę pozna. To znak, pojmujesz pan? Znak od Boga, żebyśmy się opamiętali, zanim będzie za późno. Ani chybi wkrótce spadnie na nas kara boża.

 

— Kara za co?

— Za Reix, rzecz jasna. Za rozpustę, która tam się odbywa. Z całego kraju ludzie przyjeżdżają, żeby wydać pieniądze u jakiejś dziwki albo zagrać w karty. Pomyślałbyś pan tylko? Z całego kraju!

Jordan zapłacił i wyszedł, wyrzucając po drodze niedojedzonego precla. Zmierzając w stronę pałacu hrabiego d’Andrieux, minął szeroki plac, przy którym stał gmach sądu. Tu właśnie zginął Upiór. Nie było procesu, wyroku ani czekającego z toporem kata. Rozwścieczony tłum przedarł się przez kordon strażników, którzy nie stawiali zresztą zbytniego oporu, i rozszarpał Joana de Mareuil na strzępy.

* * *

Po powrocie Jordan z zadowoleniem stwierdził, że Peyretou rozpakował już jego rzeczy. Przebrał się więc i chwilę później, odświeżony i w znacznie lepszym humorze, siedział w fotelu, czytając znaleziony na sekretarzyku list.

Pozwalam sobie przesłać Ci, panie, zaproszenie na dzisiejszy wieczór do domu dòny Orsuli – najlepszego domu w całym Reix. Ufam, iż propozycja ta nie zostanie zrozumiana fałszywie. Moim życzeniem jest jedynie, aby Pan wywiózł z Charnavin jak najlepsze wspomnienia.

Jordan zmiął kartkę w kulkę i cisnął za siebie. W ślad za listem podążył czarny prostokącik. Za kogo on mnie ma?, pomyślał, czując, jak wzbiera w nim gniew. Z chęcią złapałby teraz starego hrabiego za koszulę i powiedział mu w oczy parę przykrych rzeczy.

Opanował się, podniósł zaproszenie i wrzucił je do szufladki, którą zatrzasnął z taką siłą, jakby pragnął w ten sposób odgrodzić się od przeczytanych słów.

* * *

Spotkali się w domu Eliasa de Fargues’a, stryja młodego Salvaira. Jordan, który poprosił o możliwość porozmawiania z młodzieńcem sam na sam, usiadł w małym saloniku. Gdy Salvair pojawił się w drzwiach, wskazał mu miejsce naprzeciw siebie. Dzielił ich tylko okrągły stoliczek z blatem z zielonego szkła, tak niski, że Jordan bezustannie uderzał w niego kolanami. Sięgnął po list.

— Ty to napisałeś?

Salvair, śniadoskóry i ciemnowłosy, o twarzy, która wciąż jeszcze nie straciła dziecięcej miękkości, ostrożnie skinął głową.

— I wszystko to prawda? Rainaud zabrał ci ukochaną, a ty obiecałeś mu zemstę?

Kolejne skinięcie.

— I zabiłeś go?

Był przygotowany na gorący protest, na przerażenie, nawet na przyznanie się do winy. Ale nie na udrękę i rozpacz, które odmalowały się na twarzy Salvaira.

Chłopak milczał długo. Zbyt długo.

— Nie. Ja tylko… napisałem list.

— Jednym słowem: miałeś powody, by go zabić, ale tego nie zrobiłeś.

— Tak. — Tym razem w głosie Salvaira zabrzmiała nuta ulgi i wdzięczności, jakby Jordan podpowiedział mu właściwą kwestię.

— Często zdarza ci się grozić ludziom już po ich śmierci?

— Nie rozumiem.

Jordan rozłożył na stoliku dwa listy.

— Ten — wskazał list ojca Sauvina do biskupa — został napisany osiem dni temu, ten zaś, z twoim podpisem, przed sześcioma tygodniami. Przynajmniej tak wynika z daty. Oba napisano bardzo modnym ostatnio atramentem w kolorze igieł świerku. Jest bardzo elegancki, ale ma jedną wadę: blaknie po trzech, góra czterech dniach. Widzisz, pismo w liście do biskupa już przybrało seledynową barwę, w twoim zaś litery nadal mają piękny ciemnozielony kolor. Jak to możliwe?

Chwila milczenia, gdy chłopak zbierał myśli, a potem już nie rozpacz, ale wręcz panika pojawiająca się w jego oczach.

— Ja… nie wiem. To musi być jakaś pomyłka.

— Nie ma żadnej pomyłki. Mogłeś napisać ten list, nie przeczę, ale z pewnością nie przed śmiercią Rainauda.

Salvair wpatrywał się w niego szeroko otwartymi, przerażonymi oczami. Potem spuścił głowę, jego ramionami wstrząsnął szloch. Ten wyrośnięty, szesnasto- lub siedemnastoletni młodzieniec płakał jak dziecko.

Jordan milczał. Wygląda na to, że sprawa jest prosta – tak powiedział ksiądz Sauvin. Potem pokazał mu list, osobliwy list, który musiał zostać napisany już po śmierci adresata.

A teraz autor owego listu siedział przed nim niczym skazaniec z rezygnacją czekający na ścięcie. Nie buntował się, nie próbował zapewniać o swej niewinności. Salvair de Fargues, niezależnie od tego, czy naprawdę zabił Rainauda d’Andrieux, czy też nie, pogodził się już z losem. Jordan wiedział, że wystarczy jedno tylko pytanie, a chłopak przyzna się do winy. Prosta sprawa, zupełnie tak, jak powiedział ojciec Sauvin.

Ale Jordan nie wierzył, by naprawdę była to prosta sprawa, i dlatego nie zadał już żadnego pytania.

* * *

Minęła północ, gdy Jordanowi udało się jednak przekonać samego siebie, że wizyta w Reix nie jest wcale złym pomysłem. To tylko ciekawość, nic więcej, rozgrzeszył się, bo dla Jordana właśnie pragnienie wiedzy – nawet jeśli dotyczyło rzeczy najbardziej błahych – mogło usprawiedliwić większość win.

Reix było sporych rozmiarów dzielnicą leżącą na obrzeżach Charnavin. Część ulic – dostępnych tylko dla pieszych – przykryto dachem tak, że tworzyły długie, szerokie tunele, rozświetlone ciepłym blaskiem kolorowych latarni: zielonych, czerwonych i żółtych. Po lewej i prawej stronie ciągnęły się rzędy podobnych kamienic. Na parterze każdej z nich znajdował się wielki hol, z oknami tak wysokimi i szerokimi, że przechodzący ulicą człowiek bez trudu sięgał wzrokiem aż do szklanych fontann, przetykanych złotem kobierców i donic z egzotycznymi kwiatami. Na piętrze natomiast pomieszczenia były mniejsze i bardziej przytulne, pełne miękkich foteli i kanap, a jeszcze wyżej znajdowały się po prostu dyskretne, zamykane na klucz pokoje. Na tym nie koniec, bo w Reix każdy dom miał także ogród. Niektóre połączono z budynkiem tak przemyślnie, iż nikt nie potrafił rozpoznać, gdzie kończy się naturalna zieleń, a gdzie zaczyna hol wypełniony roślinami w donicach. Inne, tak jak ulice, przykryto dachem. Były to mroczne, pełne cieniolubnych ziół i kwiatów ogrody, w których płonęły przedziwne latarnie w kształcie zwierząt czy otwartych do krzyku ust. W jeszcze innym Jordan ujrzał okrągłe sztuczne jezioro. Pływały po nim wysmukłe łodzie, w których wylegiwali się na wpół rozebrani ludzie, podczas gdy ukryta w krzewach orkiestra przygrywała rzewnie.

Roześmiał się, czując, jak opuszcza go napięcie. Reix stanowiło przedziwną mieszankę wyobrażeń o niewinności rajskiego ogrodu z marzeniami o pełnej przepychu rozpuście i egzotycznych rozkoszach. Wszystko to było czasem naiwne, czasem pretensjonalne i zabawne, ale, do licha, robiło wrażenie. Jordan raz jeden w życiu odwiedził dom publiczny i doskonale pamiętał tę wizytę. Rozkosz była tam podszyta poczuciem grzechu, w oczach kobiet zamiast miłości – choćby i udawanej – widniały jedynie chciwość i zmęczenie, a wino piło się po to, by utopić w nim smutek. W Reix natomiast panowała atmosfera karnawałowej zabawy, porozbierane dziewczęta sprawiały zaś raczej wrażenie frywolnych nimf niż dziwek.

Spróbował poddać się radosnemu nastrojowi, ale nawet siedząc w saloniku dòny Orsuli, na kanapie obitej różowo-czerwonym atłasem, nie potrafił do końca wyzbyć się goryczy.