Diabeł na wieżyTekst

Z serii: Domenic Jordan #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
Diabeł na wieży
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Powtarzając więc w myślach słowa starego sługi, wyszedł do ogrodu. Przy fontannie zastał Roberta Darnisa.

— Widzę — powiedział Jordan — że również i pana fascynuje to miejsce.

Pulchny medyk zjeżył się.

— Wyszedłem tylko zaczerpnąć świeżego powietrza — odparł opryskliwie. — Pokojówka opowiedziała mi właśnie niesamowitą historię, jakoby syn pani Marivel został zaduszony przez diabła, który rok w rok pojawia się na wieży. Słyszał pan o tym?

Jordan skinął głową.

Darnis usiadł na cembrowinie fontanny i otarł pot z czoła.

— Nie znoszę takich opowieści — wyznał. — To znaczy, lubię słuchać o duchach i demonach, gdy siedzę sobie bezpiecznie przy kominku i popijam grzane wino. Ale tutaj… rozumie pan, tutaj takie historie brzmią aż nazbyt wiarygodnie jak na mój gust. A dòna Juliana – uwierzy pan? – ponoć ukrywa pod tą czarną woalką ślad po trzech diablich pazurach.

— Pięciu — poprawił Jordan. — Tak przynajmniej ja słyszałem. Ciekawe — uśmiechnął się — tyle razy spoglądałem diabłu w twarz, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, by policzyć jego palce.

Darnis odpowiedział niepewnym uśmiechem, po raz kolejny myśląc, że poczucie humoru Domenica Jordana zdecydowanie rozmija się z jego własnym.

Jordan zbliżył się, zamierzając usiąść obok Darnisa, jednak zrezygnował, gdy zobaczył przykrywającą cembrowinę warstwę zimowego błota. Patrzył przez chwilę na zabawki.

— Dlaczego mordercy wydzierają swoim ofiarom oczy? — zapytał.

Darnis spojrzał na niego zdumiony.

— A skąd ja mam to wiedzieć?

— To bardzo popularny przesąd. Pan także musi go znać.

Darnis wzruszył ramionami.

— Ach, o to chodzi? Niektórzy wierzą, że w oku ofiary odbija się obraz zabójcy. To nieprawda. W rzeczywistości…

Umilkł, spostrzegłszy, że Jordan wcale go nie słucha. Zimny dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa.

— Ma pan na myśli te… zabawki? Że niby ktoś wyłupił im oczy, by nie mogły świadczyć przeciwko mordercy, czy coś w tym rodzaju?

— Uhm — mruknął Jordan. — Właśnie coś w tym rodzaju.

* * *

W jadalni zastał Julianę Marivel. Pochylała się nad stołem, chusteczką ścierając atrament, który wyciekł z przewróconego kałamarza. Chusteczka była maleńką koronkową szmatką, a plama atramentu rozlewała się aż po brzeg stołu. Praca dziewczyny nie miała wiele sensu.

Jordan chwycił ją za nadgarstek. Podskoczyła i próbowała się wyrwać, ale trzymał mocno.

— Ja… — dobiegł go spod woalki zalękniony głos — przewróciłam kałamarz. Taka jestem niezdarna…

Spojrzał na stół i puścił jej rękę.

— Rozmazuje pani tylko tę plamę. A może właśnie o to chodzi? Może chce pani zatrzeć wiadomość, którą ktoś tu dla pani pozostawił?

— Ja… jaką wiadomość? Od kogo?

— Od kogoś, kto próbuje się z panią w ten sposób skontaktować. Pisząc, nie mówiąc, bo mówić nie potrafi. Czego brat chce od pani?

— Mój brat nie żyje! — wrzasnęła i cofnęła się gwałtownie.

Woalka przekrzywiła się. Jordan spokojnie wyciągnął rękę, zdjął kapelusik i cisnął w kąt. Juliana krzyknęła raz jeszcze i zasłoniła twarz rękami, jednak zdążył dostrzec blizny na policzku dziewczyny – nie trzy i nie pięć, lecz cztery głębokie zadrapania, jakby ktoś przejechał jej po twarzy uzbrojoną w pazury łapą.

— Czego chce od pani Alan Marivel?

Sięgnęła po typowo kobiecą broń – rozszlochała się dramatycznie. Ale na Jordanie łkania nie robiły wrażenia. Chwycił ją za ramiona i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Wytrzymała jego wzrok nie dłużej niż przez kilka uderzeń serca.

— Chce, żebym powiedziała prawdę! — krzyknęła.

— Prawdę o tym, jak zginął?

Przytaknęła. Domenic Jordan pomyślał o wiszącym w bibliotece portrecie. O synu, uwielbianym przez matkę, i jego nieładnej, zawsze spychanej na drugi plan starszej siostrze. O córce, dla której pozostały jedynie okruchy matczynej miłości.

Juliana wydawała się odgadywać jego myśli. Jej oczy zaokrągliły się ze strachu.

— Niech pan sobie nie wyobraża, że… że ja… że któraś z nas mogłaby go skrzywdzić. Kochałam Alana. Obie go kochałyśmy…

Patrzył na nią przez chwilę w milczeniu.

— Zabiłyście go tą waszą miłością — powiedział w końcu.

* * *

To dzisiaj jest ta noc, pomyślał Robert Darnis, spoglądając z niepokojem w ciemność za oknem. Dziś na wieży będzie można spotkać diabła.

No, w każdym razie ja nie zamierzam się tam pchać, dodał w myślach, przeciągnął się i wrócił do łóżka.

Długo nie mógł zasnąć. Zegar stojący na kominku wybił jedenastą, potem wpół do dwunastej. Cicho zaskrzypiały drzwi pokoju sąsiadującego z sypialnią Darnisa. Medyk nadstawił uszu. Tak, nie pomylił się. Ktoś szedł korytarzem.

To Jordan, pomyślał w zdumieniu. Jak nic lezie na tę diabelską wieżę.

Naciągnął kołdrę na głowę, nie chcąc już słyszeć niczego. Zasnął, nim wybiła północ.

* * *

Ranek wstał pogodny, choć mroźny. Ziemię pokrywał gruby, białosrebrny kożuch, który skrzył się w promieniach słońca. Oszronione gałęzie drzew i krzewów wyglądały jak posypane cukrem lodowe łakocie.

Na ten widok, po raz pierwszy od dwóch dni, Darnis uśmiechnął się z prawdziwą radością. Nocne strachy wydały mu się teraz błahym, niegodnym wspominania incydentem.

Zmarkotniał na powrót, gdy minęła dziesiąta, a Jordana nadal nigdzie nie było widać. Cicho zapukał do drzwi jego pokoju. Nikt nie odpowiedział, nacisnął więc klamkę i wszedł.

Domenic Jordan bez wątpienia lubił porządek. Przez uchylone drzwiczki szafy medyk mógł zobaczyć złożone w równiutkie kostki koszule, a łóżko było starannie zasłane i przykryte barwną narzutą. Albo Jordan, nie czekając na pokojówkę, sam posłał łóżko, albo, co znacznie bardziej prawdopodobne, w ogóle nie spał tej nocy w pokoju.

Darnis odwrócił się. Stojąca w drzwiach służąca podskoczyła na jego widok. On również drgnął nerwowo, ale w porę zdążył się opanować.

— Gdzie pan Domenic Jordan? — spytał, starając się, aby zabrzmiało to surowo.

— Pan Jordan wczesnym rankiem kazał osiodłać konia. Chłopak ze stajni mówił, że pytał o drogę do Savajol. To duży majątek, po sąsiedzku leży. Jego właścicielem jest hrabia Valadour.

Do Savajol? Po cóż Jordan miałby tam jechać?

Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, ale słowa służącej trochę go uspokoiły.

W południe przybył sługa, wioząc zamówione przez Darnisa składniki. Medyk przyrządził miksturę i dał ją pannie Marivel. Chwilę później dziewczyna zjawiła się w salonie, oznajmiając, że czuje się już znacznie lepiej. Darnis za grosz jej nie wierzył.

Skutek nie mógł być tak szybki, poza tym lekarstwo miało uspokajać, nie ożywiać. Najpewniej Juliana w ogóle nie tknęła mikstury.

Mimo radosnego, nieco nawet nerwowego szczebiotu dziewczyny, w salonie panowała ciężka atmosfera. Dòna Emma była zła, choć starała się to ukryć pod maską chłodnej dumy. Najwyraźniej nie podobało jej się, że Domenic Jordan przepadł gdzieś, zabierając bez pytania jednego z jej koni.

Darnis nie miał pojęcia, co teraz robić. Czy czekać na Jordana, który nie wiadomo kiedy wróci, czy też może pożegnać się grzecznie i wyjechać, skoro wykonał już swoje zadanie?

Przeprosił więc i pobiegł do stajni. Mroźne powietrze kłuło go w płucach, gdy zdyszany stanął obok chłopca czyszczącego konia.

— O której pan Jordan wyjechał? — wyrzucił z siebie. — Jak daleko stąd do Savajol? Zdąży wrócić przed zmierzchem?

Chłopak spojrzał na niego zdziwiony.

— Ano, czemu nie. Savajol niedaleko. Ale jaśnie pan już z powrotem jest. Przyjechał jakiś kwadrans temu.

Darnis zaklął. Jordan nie raczył zjawić się w salonie i choć w kilku słowach wytłumaczyć pani Marivel swoją nieobecność. Poszedł dokądś, a Darnis miał paskudnie silne przeczucie, że wie, gdzie może go znaleźć.

* * *

Ostrożnie pchnął prowadzące na wieżę drzwi. Uchyliły się lekko. Darnis ani myślał tam wchodzić, przynajmniej nie od razu. Wsunął najpierw głowę.

Wsunął i wrzasnął wniebogłosy. Siedzące na pobliskim drzewie kruki odpowiedziały krzykiem i czarną chmurą poderwały się do lotu.

Darnis klapnął w śnieg. Drzwi otworzyły się szerzej. Stanął w nich Domenic Jordan, śmiejąc się i wymachując trzymaną w ręku karnawałową maską.

— To działa — powiedział z satysfakcją. — Tak właśnie sądziłem.

Nareszcie sprawa jest jasna, pomyślał oszołomiony Darnis. To nie pozer ani ekscentryk. To po prostu kompletny wariat.

Jordan pomógł mu wstać i otrzepać się ze śniegu. Przeprosił przy tym, a Darnis, sapiąc i prychając, czuł, że jego złość powoli topnieje.

— Że też dorosłego mężczyzny trzymają się takie dowcipy — powiedział raczej z łagodną naganą niż z gniewem. — Skąd pan ma tę maskę?

— Należała do syna pani Marivel. Wyrzucił ją razem z resztą zabawek. Obawiam się, że wilgoć trochę jej zaszkodziła. Dwa lata temu musiała robić znacznie większe wrażenie.

Była to prawda. Gipsową maskę wykonano z prawdziwym artyzmem. Bliżej nieokreślony stwór wykrzywiał się w uśmiechu, który nic dobrego nie zapowiadał. Oczy były przekrwione, zęby ostre, a starczą, trochę jakby zwierzęcą twarz, pokrywały czarne wrzody.

Darnis chrząknął i próbował ratować resztki honoru.

— Nie wystraszyłbym się tego paskudztwa, gdyby nie to, że wciąż myślałem o diable i… — Wzruszył ramionami.

— To samo spotkało Christiana Valadour. Chłopcy poszli na wieżę spotkać się z diabłem, a Alan, który z natury był figlarzem, uznał, że to znakomita okazja, aby nastraszyć towarzysza. Zakładam, że wyprzedził Christiana, założył maskę, uprzednio schowaną w komnatce na wieży, i pokazał się przyjacielowi, który dopiero wchodził po schodach. Ten cofnął się w przerażeniu, stracił równowagę i runął w dół, łamiąc sobie kark.

 

— Alan zabił swojego przyjaciela? — z niedowierzaniem spytał Darnis.

— Nieumyślnie, ale szczerze wierzył, że jest mordercą. Ta śmierć mocno ciążyła mu na sumieniu. Spoważniał i dorósł. Wyrzucił też swoje zabawki. A jeśli chodzi o oczy… — Jordan zamilkł.

Tak, mógł to sobie wyobrazić. Alan pochyla się nad suchą cembrowiną fontanny. W ręku trzyma świecę. Za chwilę płomień ogarnie zgromadzone tam zabawki. Oczy pluszowego misia i konika na biegunach spoglądają z wyrzutem, a on nie potrafi znieść ich wzroku. Zabawki trzeba spalić, bo przecież Alan nie jest już małym chłopcem. W sercu nosi mroczną tajemnicę, która uczyniła go dorosłym. Ale nie zmienia to tego, że podpalenie wiernych przyjaciół z dzieciństwa dla Alana równa się niemal morderstwu, a ludzie mówią, że w źrenicach ofiary zawsze pozostaje odbicie twarzy zabójcy. Dlatego chłopiec odkłada świecę, bierze nóż i pomagając sobie paznokciami, tnie i wyrywa guzikowe oczy…

Darnis bezradnie potrząsnął głową.

— A blizna na twarzy dòny Juliany? A diabeł?

Ciemne oczy Jordana zabłysły.

— Chciałbym przeprowadzić pewien eksperyment.

* * *

Domenic Jordan mówił uprzejmie, nie podnosząc głosu. Mimo to Emma Marivel słuchała go z pobladłą twarzą, a Darnis zastanawiał się, kiedy pani domu zdecyduje się wezwać lokaja, który grzecznie wyprosi ich za drzwi. W kącie, kryjąc twarz w cieniu, siedziała Juliana, tym razem – jak zauważył ze zdziwieniem – bez woalki.

— Niepotrzebnie jesteś, pani, tak skromna — mówił Jordan. — Dlaczego opowiadasz, pani, o bohaterstwie syna, gdy nieporównanie większą odwagą i przytomnością umysłu wykazała się pani córka?

— Córka? — spytała dòna Emma dziwnie napiętym głosem.

— Tak, córka. Dòna Juliana oczywiście nie brała udziału w nocnej wyprawie na wieżę. Chłopcy rzadko dopuszczają do swych tajemnic starsze siostry. Ale gdy tylko dowiedziała się o tym nieszczęsnym wypadku, nie wahała się działać. Jeśli o północy na wieżę wchodzą dwie osoby, a o świcie jedną z nich znajduje się ze skręconym karkiem, a drugą całą i zdrową, to – zgodzisz się, pani, ze mną – może to wyglądać podejrzanie. Lecz jeśli na wieżę wchodzą trzy osoby: jedna ginie, druga jest ranna, a trzecia szczęśliwie uchodzi cało, a ponadto słowa młodego chłopca poświadcza starsza, rozsądna dziewczyna, to… No cóż, wtedy nawet historia o diable brzmi prawdopodobnie. Ten pomysł z ranami na twarzy był doskonały, rzekłbym iście… szatański. Hrabia Valadour nie miał wątpliwości, że jego syna zabił diabeł, a trudno dochodzić sprawiedliwości, gdy w grę wchodzą siły piekielne. Dòna Juliana wiedziała, że za cenę bólu i oszpecenia może zapewnić bratu bezpieczeństwo. I nie zawahała się. Szczerze ją podziwiam. Powinnaś być, pani, dumna raczej z córki niż z syna.

Emma Marivel podeszła do Jordana i spojrzała na niego płonącym z wściekłości wzrokiem. Darnis przez chwilę bał się, że go uderzy.

— Skoro wie pan już tyle, panie medyku, czy kim tam pan naprawdę jest, to niech się pan też dowie, że ja to wymyśliłam! Całą zasługą Juliany było nadstawienie policzka i powiedzenie tego, co powiedzieć jej kazałam! To strachliwe biedactwo miałoby wykazać się odwagą?! Przytomnością umysłu?! Śmieszne! Ja ocaliłam mego syna i mnie on dziękował, całując moje ręce!

— Dziękował! — wrzasnęła Juliana, zrywając się z fotela. Rzuciła się w kierunku matki. — Tak ci dziękował, że w rocznicę śmierci Christiana powiesił się na tej przeklętej wieży! Ale ty nawet wtedy nie pozwoliłaś mu spocząć w spokoju. Kazałaś mi zniszczyć sznur i list, który zostawił. Po śmierci Christiana chwaliłaś się wszystkim, jakiego to masz dzielnego syna, który ocalił siostrę i próbował ratować przyjaciela. A on nie mógł tego znieść! Twój ukochany syn podziękował ci, zakładając sobie sznur na szyję!

Dòna Emma uderzyła ją w twarz. Juliana krzyknęła i rzuciła się na matkę, młócąc drobnymi piąstkami, ale z postawną kobietą nie miała szans. Pani Marivel chwyciła córkę i potrząsnęła nią jak słomianą kukłą.

— Zamknij się, głupia dziewczyno! Ani słowa więcej, rozumiesz?! — Uderzyła ją raz jeszcze, i znowu, w drugi policzek. Twarz Juliany napuchła od ciosów i łez. — Bzdury wygadujesz, i dobrze o tym wiesz! To nieprawda!

— Prawda! Prawda! — krzyczała dziewczyna piskliwie.

Rozdzielił je dopiero Jordan. W jego oczach widniało zdziwienie człowieka, który trącając kamień, wywołał lawinę.

Emma Marivel odetchnęła głęboko. Szybko odzyskała spokój, w przeciwieństwie do córki, która opadła na podłogę i zwinęła się w kłębek, łkając i kryjąc twarz w zgiętym łokciu.

— Powóz czeka przed domem. Odwiezie panów do gospody. Żegnam i mimo wszystko proszę przyjąć podziękowania. Moja córka — tu rzuciła pogardliwe spojrzenie szlochającej dziewczynie — z pewnością czuje się już znakomicie, skoro ma siłę urządzać takie przedstawienie.

Wyszła z dumnie uniesioną głową, szeleszcząc piękną, jedwabną suknią. Darnis odetchnął i pomknął do drzwi. Myśl, że za chwilę znów zobaczy przytulne wnętrze gospody i poczciwe, niezbyt mądre gęby swego lokaja i stangreta, podtrzymywała go na duchu.

Juliana usiadła i dłonią przetarła zapuchnięte oczy. Potem wysmarkała się w chusteczkę. Gdy uniosła głowę, jej wzrok padł na stojącego w drzwiach Jordana.

— Jeszcze pan tu jest?

Nie doczekała się odpowiedzi, skądinąd oczywistej.

— Myślę — poskarżyła się cicho — że wszystko byłoby inaczej, gdyby Alan żył. Tak wiele dla niego poświęciłyśmy, dlaczego i on nie mógł pocierpieć dla nas odrobinę? Dlaczego musiał pójść na tę wieżę i odebrać sobie życie?

— Dałyście mu wszystko. Wszystko prócz możliwości odpokutowania winy.

— A co pan może o tym wiedzieć? — rzuciła ostro, ale mężczyzna nie dał się sprowokować.

— O winie i pokucie wiem wszystko — odparł spokojnie.

Podniosła rękę do oszpeconego bliznami policzka, zapatrzyła się w okno, za którym znów prószył śnieg.

— Uwierzy pan, że w tamtej chwili, gdy matka uderzyła mnie grabkami, naprawdę byłam szczęśliwa? Mówiła do mnie, prosiła, bym była dzielna, tuliła i głaskała. Myślę, że ten jeden jedyny raz w życiu zależało jej na mnie naprawdę…

Juliana spojrzała na drzwi i zorientowała się, że od jakiegoś czasu przemawia do pustki.

* * *

— Po co jeździł pan do Savajol? — spytał Darnis, uchylając okienko powozu. Z ulgą wdychał świeże, mroźne powietrze. Płatki śniegu osiadły mu na dłoni.

— Pojechałem powiedzieć hrabiemu prawdę o śmierci jego syna. Spełniłem w ten sposób życzenie zmarłego Alana.

— O! A skąd pan wiedział, jakie to życzenie?

— Chłopiec sam mi o tym powiedział. Dzisiejszej nocy, na wieży.

— Więc jednak poszedł pan na tę wieżę! A co z diabłem? Widział pan diabła?

Darnis zadał pytanie lekkim tonem, bo odkąd wyjechali z Ferlay, był w znakomitym humorze, ale Jordan pozostał poważny.

— Nie. Zresztą… — Zawahał się, wspominając matkę i córkę zamknięte w starym domu, który dogorywał powoli pod cienką warstwą blichtru. — Nie trzeba wcale diabła, by stworzyć sobie piekło na ziemi.

1. Czarna Saissa

Rainaud d’Andrieux podniósł kieliszek w geście toastu.

Z pięciu bawiących się w ogrodzie dziewcząt tylko jedna, wysoka i rudowłosa, odpowiedziała uśmiechem. Podeszła do zastawionego stołu i sięgnęła po wino.

— Zupełnie jak dzieci, prawda? — rzuciła, spoglądając na koleżanki uganiające się za kolorowym motylem.

Ponad nimi, wysoko na bladobłękitnym niebie, pojawił się czarny punkcik.

Rainaud obserwował swoją trzódkę. Dziewczęta były piękne i młode – żadna nie miała więcej niż osiemnaście lat. Najśmielsza zdjęła buty i pończochy, po czym przebiegła kilka kroków boso. Zaraz jednak usiadła na rozłożonym kocu. Od miesiąca nie padał deszcz i spalona czerwcowym słońcem trawa stała się sucha i szorstka.

W szybko zbliżającym się kształcie można już było rozpoznać jakiegoś dużego ptaka.

Do Rainauda podeszła drobna blondynka i coś mu szepnęła. Zachichotała, odskoczyła, a on wyciągnął rękę i złapał ją zręcznie. Przysunął usta do jej połyskującego złotym kolczykiem ucha. Musiał się nachylić, bo panna, krzepko trzymana w pasie, odginała się do tyłu, jakby chcąc uciec przed przystojnym kawalerem. Śmiała się jednak przy tym wesoło.

Ogromny brązowo-czarny orzeł zniżył lot. Nie krążył w poszukiwaniu ofiary. Pędził wprost na Rainauda d’Andrieux.

Blondynce udało się wreszcie wyrwać. Pogroziła młodzieńcowi palcem i schowała się bezpiecznie za rudowłosą dziewczyną, która małymi łyczkami popijała wino. To właśnie ona pierwsza zauważyła ptaka.

Rainaud rozłożył ramiona, sugerując, że nic nie potrafi poradzić na kobiecą płochość i przewrotność. Zrobił przy tym śmieszną minę bezpańskiego szczeniaczka, moknącego w deszczu i proszącego o wpuszczenie do ciepłego domu.

Blondynka parsknęła śmiechem. Na twarzy jej rudej koleżanki zdziwienie właśnie zmieniło się w niepokój.

— Patrzcie! — zawołała.

Młodzieniec spojrzał w niebo.

Dwadzieścia funtów piór, mięśni i pazurów jak z żelaza spadło na jego twarz. Rainaud wrzasnął i zatoczył się do tyłu. Orzeł sięgnął szponem lewego oczodołu, wyrwał gałkę oczną. Krzyk Rainauda, przez chwilę piskliwy jak odgłos noża tnącego szkło, złamał się i przeszedł w chrapliwy skowyt. Wyć zaczęła również jedna z dziewcząt, monotonnie i długo. Dwie inne pobiegły w stronę domu, a blondynka opadła na kolana i wpatrywała się w młodzieńca szeroko otwartymi, pustymi oczami.

Najdzielniej, choć może nie najrozsądniej, zareagowała ruda. Chwyciła butelkę wina i rzuciła nią. Nie trafiła, szkło tylko musnęło orła i rozprysło się na kamieniu, a ptak na jeden krótki moment zamarł w bezruchu. Potem odwrócił głowę i spojrzał na rudowłosą.

Dziewczyna, która w swoim życiu miała opowiadać tę historię setki, jeśli nie tysiące razy, nigdy nie pominęła przy tym tego, co zobaczyła w jego oczach.

To była ludzka inteligencja, zaprawiona nie gniewem czy nienawiścią, ale goryczą.

Ptak sięgnął szponami szyi ofiary. Rudowłosa cisnęła kieliszkiem. Tym razem także chybiła. Orzeł, nie zwracając już na nią najmniejszej uwagi, wzbił się w powietrze.

Dziewczyna podskoczyła, by pomóc Rainaudowi, ale zaraz cofnęła się na widok zmasakrowanego oblicza. Młodzieniec, wyciągając ręce, spoglądał na nią ocalałym okiem, jakby błagał o pomoc. Przez dziurę w lewym policzku prześwitywała biel zębów, z poszatkowanych, wciąż poruszających się warg ciekła krew. Rudowłosa zaszlochała głucho, zasłaniając twarz.

Rainaud zatoczył się i runął na stół.

Rozlane na śnieżnobiały obrus wino było czerwone, ale nie tak czerwone jak krew, która tryskała z przeciętej tętnicy.

* * *

— Lucie otrułem strychniną, skonała w ciągu dwóch godzin. Zgon poprzedziły silne drgawki. Otworzyłem jej ciało, proszę spojrzeć na te charakterystyczne krwawe wybroczyny w tkance mózgowej i w obrębie mięśni. Gosiemu zaaplikowałem podskórnie wyciąg z czarciego oka, Bercie to samo, tyle że roztwór zmieszałem z tłuszczem, którym natarłem ogoloną skórę. Gosi już skonał, Berta jeszcze się trzyma, choć pół godziny temu nastąpił paraliż mięśni.

Siwy jak gołąb profesor Parmenes podreptał do klatek z łaciatymi króliczkami. Był na wpół ślepy i żeby cokolwiek zobaczyć, musiał niemal wtykać nos pomiędzy oczka siatki.

— Świetnie, świetnie — wymamrotał. — Szkoda tylko, że nie możemy prowadzić badań na czymś większym.

— Na przykład na ludziach.

Profesor spojrzał ostro. Brakowało mu poczucia humoru, a nawet gdyby miał naturę wesołka, to żarty asystenta prawdopodobnie i tak wprawiałyby go w konsternację. Domenic Jordan wyglądał bowiem na podręcznikowy wręcz przykład melancholika – był blady, spokojny, a każde zdanie wypowiadał z tak absolutną powagą, jakby słowo „żart” znał jedynie z opowieści.

Parmenes odwrócił się z powrotem w stronę klatek.

— A to co? — W jego głosie zabrzmiała nagle podejrzliwa nuta.

— Królik, panie profesorze — odparł Domenic. — Martwy królik, jeżeli mi się nie zdaje.

— Mój? Jak ma na imię?

Przez twarz Jordana przemknął lekki wyraz irytacji.

— Zapisałem go w dzienniku pod nazwą „królik numer cztery”. Nie widzę sensu w nadawaniu imion zwierzętom, zwłaszcza jeśli tak czy inaczej skazane są na śmierć.

 

— Nie widzisz sensu, co? Wydaje ci się, mój ty bezczelny młodzieńcze, że skoro jesteś moim asystentem, to już wszystko ci wolno?

— Profesor sam dał mi pozwolenie na zajmowanie się moimi własnymi badaniami. Zaznaczam, iż w żaden sposób nie przeszkadza mi to w wypełnianiu obowiązków, jakie mam wobec profesora.

Uprzejmy ton zamiast uspokoić staruszka, tylko rozpalił jego gniew. Profesora i asystenta łączyło jedynie zamiłowanie do nauki. Poza tym różnili się pod każdym niemal względem. Parmenes był pozbawionym rodziny i przyjaciół samotnikiem, który mury uniwersytetu opuszczał jedynie wtedy, gdy naprawdę musiał. Jordan natomiast – niezależnie od tego, czy był szlachcicem, czy tylko takiego udawał – ubierał się i zachowywał jak młody hrabia, prowadził światowe życie i miał wysoko postawionych przyjaciół.

O tym ostatnim profesor Parmenes przypomniał sobie, gdy jego starcze oczy zauważyły niewątpliwą przyczynę śmierci królika numer cztery: zawieszony w klatce pęk suszonych ziół związanych nitką, z której zwisała czaszka jakiegoś drobnego ssaka. Prosty wiedźmi amulet wzmocniony śmiertelnymi zaklęciami. Zbyt słaby, by zabić człowieka, ale na drobnego królika w zupełności wystarczający.

* * *

— Czerwony — stwierdził z leciutkim uśmiechem Ipolit Malartre, biskup Alestry. — Jak krew. Bardzo piękny.

Domenic Jordan podziękował łagodnym skinieniem głowy i wsunął pierścień z powrotem na palec. Czekał na dalsze słowa biskupa, bo Jego Ekscelencja z pewnością nie wezwał go po to, by dyskutować o klejnotach.

Ten zaś sięgnął po leżący na orzechowym biurku list.

— Czytaj.

Jordan rozłożył kartkę i skrzywił się na widok bladego, seledynowego atramentu. Ale zwięzła treść pisma sprawiała już znacznie lepsze wrażenie.

Dòna Patricia położyła rękę na Biblii i przysięgła, że Rainauda d’Andrieux nie zaatakował ptak, lecz człowiek — przeczytał na głos.

— Ksiądz Sauvin prosi o przysłanie kogoś, kto pomógłby odnaleźć mordercę. Pomyślałem o tobie.

— Czy nie lepszy byłby jakiś kapłan obdarzony łaską jasnowidzenia?

— W Charnavin jest ktoś taki, pewien mnich, którego imienia nie pamiętam. Skoro on nie zdołał pomóc, to sądzę, że w tej sprawie przydadzą się raczej inteligencja i wiedza niż zdolność jasnowidzenia.

Jordan wiedział, że nie może odmówić. Kościół tolerował magię – choć w tym przypadku niechętnie używano tego słowa – jedynie gdy umiejętność uzdrawiania czy jasnowidzenia pochodziła od jakiegoś świętego, a obdarowany używał jej dla ludzkiego dobra. Ale nawet wtedy nie wolno było analizować tego daru ani zastanawiać się nad jego naturą. Ludzi, którzy próbowali zgłębiać magię metodami naukowymi, skazywano na śmierć jak czarowników. Przynajmniej tak nakazywało prawo kościelne. Lecz w praktyce często zdarzało się, iż uczeni znajdowali poparcie jakiejś wysoko postawionej osoby, która zapewniała im bezpieczeństwo.

Domenic Jordan z wykształcenia był lekarzem. Interesowały go przede wszystkim zmiany, jakim pod wpływem magii podlega organizm – w tym wszelkiego rodzaju deformacje, ponadnaturalne zdolności, a także choroby i w końcu śmierć. Swoje badania mógł prowadzić jedynie dzięki opiece, jaką otaczał go biskup Alestry – człowiek w miarę uczciwy, a przy tym wystarczająco rozsądny, by od czasu do czasu w imię wyższego celu przymknąć na coś oczy. Opieka ta jednak miała swoją cenę – Jordan nie mógł odmówić Jego Ekscelencji. Skądinąd zresztą wcale nie chciał odmawiać. Sprawa zainteresowała go, a wiedział też, że zostanie odpowiednio wynagrodzony.

— To nie wszystko. — Biskup, w milczeniu przyjąwszy zgodę Jordana, sięgnął po kolejny list. — Chciałbym, abyś rzucił okiem i na to, choć nie sądzę, żeby to było coś ważnego.

Autor pierwszego listu, ksiądz Sauvin, był człowiekiem wykształconym, który potrafił jasno formułować myśli. Autor drugiego – również duchowny – pisał dziecinnymi kulfonami, robił błędy ortograficzne i całą stronę poświęcił na przeprosiny za to, że ośmiela się niepokoić tak ważną personę jak Jego Ekscelencja. Właściwy powód napisania listu Jordan znalazł dopiero w trzecim akapicie.

Ekscelencja słyszał zapewne o martwym już Upiorze z Charnavin. Którzby zresztą nie słyszał o tym, kogo prosty lud do dziś uwarza za Demona, i o jego straszliwej śmierci? Otóż ja, którym jest ledwo skromnym sługą Kościoła i który wierzyłem, że może jedynie płakać nad pomordowanymi w okrótny sposób, ja w dzień śmierci Upiora z łaski Boga i naszej Świętej pojąłem, iż Charnavin stało się sceną ochydnej zbrodni, będącej policzkiem dla Sprawiedliwości, a ten policzek jest tym samym dla świętej patronki naszego miasta, Alamandy, która wszak tak wielką opieką daży przedstawicieli prawa.

— Wielki Boże — powiedział Jordan, gdy skończył czytać. — Czy ojciec Fabresse nie mógłby pisać odrobinę krótszych zdań? I cóż on właściwie sugeruje?

— Że Upiór był niewinny. — Biskup wzruszył ramionami. Nie wyglądał na zbyt przejętego niejasnymi rewelacjami poczciwego księdza.

Jordan złożył list i schował go do kieszeni.

— Porozmawiam z ojcem Fabresse — obiecał. — I dla jego własnego dobra mam nadzieję, że będzie miał do powiedzenia coś interesującego.

* * *

— To są rękawy alestrańskie — mówił Jordan. — A to zwykłe, zwężane. To natomiast jest jedwab, a to adamaszek. Naprawdę nie widzisz żadnej różnicy?

Peyretou słuchał, wbijając wzrok w równiutko rozłożone kaftany. Wszystkie były czarne i może dlatego wydawały się młodemu słudze identyczne. Jego pan właśnie boleśnie mu uświadomił, że trudno o bardziej mylne przekonanie.

Służący wymamrotał coś niewyraźnie.

— Usiądź — polecił Jordan.

Chłopak przycupnął na brzeżku krzesła. Wytrzeszczone błękitne oczy wyglądające spod jasnych jak len włosów nadawały jego twarzy głupkowaty wyraz, ale Jordan miał nadzieję, że to raczej efekt strachu niż ociężałości umysłowej. Wciąż jeszcze nie zdecydował, czy zatrzyma go na stałe, i Peyretou próbował udowodnić, że jest znakomitym służącym – tak desperacko, że niemal odbierało mu to zdolność jasnego myślenia.

Domenic Jordan długo wpatrywał się w chłopaka. Pod wpływem tego wzroku młodzieniec kulił się i dygotał, nieświadom, że jego pan błądzi teraz myślami gdzieś bardzo daleko.

Czy powinien zabrać Peyretou do Charnavin, czy może lepiej poszukać sobie nowego służącego i jaką, u licha, ma gwarancję, że nie trafi na kogoś jeszcze gorszego?

— Wyjeżdżam jutro — powiedział. — Chciałbyś mi towarzyszyć?

Peyretou gorliwie skinął głową.

— To może być… — Jordan celowo zawiesił głos — niebezpieczna podróż.

W oczach chłopaka dostrzegł błysk, który stanowił odpowiedź na niezadane pytanie. A więc mały Peyretou w głębi duszy był awanturnikiem. Znakomicie, pomyślał Jordan. Przynajmniej nie będę miał wyrzutów sumienia, ciągnąc ze sobą kogoś, kto wolałby raczej wygrzewać się na słońcu.

— Dobrze, pojedziesz ze mną — powiedział.

Peyretou padł na kolana i spróbował pocałować chlebodawcę w rękę. Jordan podniósł go, szarpiąc za ramię.

— Nigdy więcej tego nie rób. Wystarczy zwykłe „dziękuję”.

— Dziękuję, panie — odparł po chwili chłopak powściągliwie, a Jordan pomyślał, że być może dokonał jednak dobrego wyboru.

— I… panie?

— Tak?

— Ja się nie boję niebezpieczeństwa. Doskonale umiem strzelać z procy — pochwalił się Peyretou, wciąż wbijając wzrok w podłogę. Gdyby uniósł teraz głowę, ujrzałby, że jego pan uśmiecha się lekko.

* * *

— Wygląda na to — powiedział ksiądz Sauvin — że sprawa jest jednak całkiem prosta.

Jordan stał przy oknie, spoglądając na rzekę. Tego roku lato było wyjątkowo upalne, deszcze padały rzadko i Saissa, wbrew swej nazwie nie czarna, lecz brudnożółta, płynęła leniwie, niosąc więcej śmieci i błota niż wody. Do nozdrzy medyka dochodził nieprzyjemny fetor zgnilizny. Charnavińscy notable, jak hrabia d’Andrieux, który zaproponował mu gościnę, pobudowali swoje pałace właśnie wzdłuż rzeki, ale w taki dzień jak dziś trudno było uznać to za szczęśliwy wybór.