Salon d'AmourTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Motto

JESTEŚMY W GOTOWOŚCI

NORNY DZIAŁAJĄ PO CICHU

O ZLATANIE I SENSIE ŻYCIA

ŁOWY W DORADCY WAGI SA

O ODWADZE PRZEGRYWANIA

LIST W BUTELCE DO NIEZNANEGO UKOCHANEGO

ABSYNT NIE NADAJE SIĘ DLA WYMOCZKÓW

CIĘŻKI DZIEŃ DLA RICKY’EGO

CZAS MIJA, A MY Z NIM

TAJFUN W SALONIE D’AMOUR

SODOMA I GOMORA

PRZEDSIĘBIORCY POGRZEBOWI WYŁANIAJĄCY SIĘ Z TRZĘSAWISKA MJÖLHATTE

W JEGO RĘKACH LEŻAŁO NAGLE COŚ OŚLIZŁEGO…

RADY NORN

SINDBAD ŻEGLARZ

ARSÈNE LUPIN

MAM PLAN

W PODZWROTNIKOWEJ STREFIE KAKADU

NIEKTÓRE DNI CHCIAŁOBY SIĘ ZGŁOSIĆ DO REKLAMACJI

JEM, WIĘC JESTEM

ŻYCIE SIĘ NIE KOŃCZY, ZANIM KOSTUCHA NIE POWIE „SZACH I MAT”

OBCE MĘSKIE BUTY W PRZEDPOKOJU

POLOWANIE NA OBDARTEGO STEVENA

TO JEST WPIENIAJĄCE, UWAŻA RICKY

PRZYPŁYWY I ODPŁYWY

BANK UCZTUJĄCYCH PRZYJACIÓŁ

WSZYSTKO JEST WZGLĘDNE

Z CHAOSU RODZI SIĘ JESZCZE WIĘKSZY CHAOS

NASZE ŚWIATY SPOTYKAJĄ SIĘ NOCĄ

MAGICZNA NOC

ZAGLĄDA KOMORNIK

PRÓBA WERBOWANIA U CLASA OHLSONA

POWSTAJE GRUPA PIĄTKOWA

OBIETNICA JEST OBIETNICĄ

PICA PICA FENNORUM

PIELĘGNOWAĆ W SOBIE NAWZAJEM WEWNĘTRZNE DZIECKO

KINDFULNESS

ŻYCIE SIĘ HUŚTA, A MY HUŚTAMY SIĘ Z NIM

POJEDNANIE TO NAJPIĘKNIEJSZE SŁOWO, JAKIE ISTNIEJE

PÓJDŹ KU MEJ OWŁOSIONEJ PIERSI!

GRUPA PIĄTKOWA SIĘ SPOTYKA

WŁAMANIE DO ZAKŁADU POGRZEBOWEGO

OSTATNIE POZDROWIENIE

PO NOCNYM WŁAMANIU

POD DRZEWKIEM MORWOWYM

POKAZ I NIESPODZIEWANA WIZYTA

KILKA MYŚLI AUTORKI NA TEMAT JEDZENIA

GARŚĆ PRZEPISÓW NA GORSZE CZASY

Tytuł oryginału

ÖDESGUDINNAN PÅ SALONG D’AMOUR

Copyright © Anna Jansson 2014, by Agreement with Grand Agency, Sweden and ANAW, Poland

Copyright © 2015 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt okładki

Lucyna Talejko-Kwiatkowska

Zdjęcie na okładce

Getty Images

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-138-3

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Janowi Keithowi —

mistrzowi retoryki zaparzaczkowej i ojcu

Szkoda, że wszyscy, którzy naprawdę wiedzą, jak powinno się rządzić krajem, są zajęci prowadzeniem taksówek albo obcinaniem włosów.

GEORGES BURNES

JESTEŚMY W GOTOWOŚCI

Przy Rynku Południowym w Visby znajduje się Salon d’Amour. Widać go od razu po przejściu przez mury obronne i minięciu budki z kiełbaskami. Wisi nad nim szyld w kształcie serca, który po zapadnięciu ciemności rzuca ciepły czerwony blask.

Kupiłam salon siedem lat temu od pewnego starszego pana. Zapach pomady do włosów dawnego właściciela jeszcze nie do końca się ulotnił. Jest to ładny i nieduży lokal z tapetami w różyczki pamiętającymi przełom dwóch poprzednich stuleci i z dwoma fotelami fryzjerskimi obitymi bordową skórą. Na tylnej ścianie wiszą cztery obrazy, które wypatrzyłam na targach staroci i na aukcjach. Motywem przewodnim ich wszystkich jest pierwsza wojna światowa. Jeden przedstawia mężczyznę w mundurze, z sumiastym wąsem, całującego na pożegnanie swoją żonę. Na następnym mężczyzna z obandażowaną głową opuszcza pole bitwy jako bohater. Na trzecim żołnierz wraca z wojny cały i zdrowy, witany w domu przez kobietę z małym dzieckiem na ręce. Na ostatnim obrazie widać zakochaną parę w pergoli z bzu już razem z gromadką dzieci. Bardzo lubię, gdy różne historie kończą się szczęśliwie. Szczęśliwiej niż w moim życiu.

Mówi się, że to właśnie tutaj, w starym, średniowiecznym domku balwierza duński król Waldemar Dojutrek postanowił zapuścić sobie brodę po spustoszeniu Visby w 1361. Kiedy spoglądam przez duże okno, widzę, w którym miejscu rycerze wdarli się przez mur. Co drugi kamień na jego szczycie jest usunięty dla upamiętnienia tamtego potwornego dnia, gdy tysiąc ośmiuset gotlandzkich chłopów zostało wyciętych w pień przez duńską armię. Jak wieść niesie, krew lała się strumieniami i zabarwiła ziemię na czerwono aż po skraj morza. Nic nie przemawia przeciwko mojej teorii, że to właśnie tutaj Waldemar kazał się ogolić, poza faktem, że król Danii stałby się krótszy o głowę, gdyby balwierz miał naostrzoną brzytwę i był Gotlandczykiem.

A ZATEM TU, przy Rynku Południowym, mam swój salon. Jeśli będziesz przechodzić obok, serdecznie zapraszam. Czekając na swoją kolej, zostaniesz poczęstowany herbatą z mięty i czarnego bzu z mojego ogrodu. Przyjrzę ci się uważnie w lustrze, aby zrozumieć, jak najlepiej mogłabym ci pomóc. Moje nożyczki to czarodziejska różdżka. A moje farby dopełnią całkowitej metamorfozy, jeśli na tym ci zależy. Kiedy więc usiądziesz na fotelu, a ja otulę cię specjalną pelerynką, w głowie będę już miała konkretną propozycję. Mimo to moje pierwsze pytanie zawsze brzmi niezmiennie: Co mogę dla ciebie zrobić? Gdy je zadaję, nie chodzi mi wyłącznie o twoje włosy. Ja mam na myśli: Co mogę dla ciebie uczynić w twoim życiu? W salonie bowiem stoją dwa fotele i to, obok kogo się znajdziesz, siadając na jednym z nich, nigdy nie jest przypadkowe. To jest starannie zaplanowane. Ale do tego wrócę później.

Mój salon odwiedzają trzy rodzaje klientów: klienci typowi, którzy przychodzą na standardowe strzyżenie; klienci narcystyczni, pogrążeni w samouwielbieniu lub samoudręczeniu. I w końcu zdesperowani, którzy przekraczając próg, mówią: „Proszę mnie odmienić”. Nierzadko mam wrażenie, że chodzi im o całe ich życie. Nowa fryzura i przefarbowanie włosów na rudo to często rozpaczliwy początek nowego i może lepszego życia w pojedynkę. Powtarzam: może lepszego. To temat do dalszej dyskusji.

 

Oprócz nich zdarzają się oczywiście klienci niepasujący do żadnej z tych kategorii — system jest w trakcie rozwoju. Przydałaby się jeszcze specjalna klasa dla wizyt nieplanowanych, lecz spowodowanych koniecznością. Z takim przykładem zetknęłam się w ostatnim tygodniu. W dzień po wieczorze kawalerskim jeden z klientów szukał u mnie pomocy i chciał przefarbować sobie włosy na kolor, który bardziej przystoi w biurze dyrekcji AB Finans. Zielonkawy odcień kupki noworodka nie nadawał się raczej dla osoby zarządzającej pieniędzmi innych.

— TO CZEŚĆ, DO JUTRA! — mówię do mojego kolegi Ricky’ego, który chciał wyjść wcześniej, żeby zdążyć na swoją lekcję tańca na rurze. Właśnie posprzątał nasz pokój socjalny i toaletę, ja zaś zaczynam rundkę ze szczotką po salonie i zmiatam włosy i kurz po całym dniu. Potem czyszczę szczotki do włosów i uzupełniam pomocniki fryzjerskie na następny dzień pracy. Wycieram stolik, przy którym klienci piją kawę, i dosypuję do koszyka szafranowych sucharków. Ponieważ dostałam paczkę z perukami i treskami, zawieszam je w niewielkiej intymnej przymierzalni. Jedna z moich klientek ma niedługo przejść chemioterapię, cieszę się więc, że jej peruka już przyszła i jest tak ładnie zrobiona. Dotarła też część materiału do przedłużania włosów. Ricky uważa, że powinniśmy zacząć to robić. W szkole fryzjerskiej nauczył się trochę nowych rzeczy.

Kiedy tuż przed zamknięciem zabieram się do liczenia utargu, odnoszę nagle dziwne wrażenie, że jestem obserwowana. Za oknem pokazuje się i znika czyjaś twarz. Powinnam założyć alarm. Co prawda i tak zawsze istnieje ryzyko, że mogę zostać napadnięta i ograbiona w drodze do domu. Przypuszczam, że postawa człowieka zwykle zdradza, czy ma w torebce dwadzieścia tysięcy czy tylko parę dziesiątek. Ale alarm jest drogi, a mnie do tej pory zawsze udawało się jakoś wywinąć z problematycznych sytuacji. Bo jeśli jest jakiś talent, który można w sobie wyrobić, wykonując zawód fryzjerki, to jest nim na pewno sztuka komunikacji i osiągania porozumienia. Człowiek uczy się rozmawiać z najróżniejszymi typami ludzi: z chłopami po chłopsku, ze śmieciarzami o latrynach, a z naukowcami po łacinie. Fryzjerki są niedocenioną grupą w świecie negocjacji. To one powinny być zatrudniane zamiast polityków, którzy nie umieją słuchać.

Twarz za szybą przesuwa się znowu szarym cieniem w deszczu. Kiedy usiłuję wyjrzeć przez okno, przy wejściu wyłania się z mroku jakaś bezkształtna postać. Ubrana na ciemno, z kapturem naciągniętym głęboko na czoło. Oczywiście ogarnia mnie strach. Jestem sama w salonie. Ta ponura postać wkracza do środka przez drzwi, których nie zdążyłam zamknąć. Przerażona popycham biodrem szufladę kasy i ukradkiem wsuwam kluczyk do kieszeni fartucha. W spojrzeniu, jakie dosięga mnie spod kaptura, są nerwowość i desperacja. Przez głowę przemyka mi jeszcze myśl, że za chwilę zostanę ograbiona z dziennego utargu. A to sporo pieniędzy.

Przed oczami migają mi sceny z makabrycznych kryminałów. Czy ze srebrną taśmą na ustach zostanę przywiązana do krzesła, czy zawiniętą w dywan postawią mnie na głowie w magazynku? Bywały przypadki, że ludzie umierali, gdy zrolowani w dywan stali do góry nogami, i znajdowano ich dopiero wtedy, kiedy zaczynało zalatywać śmiercią i zgnilizną. Jeśli w ogóle ich znajdowano. Bo można wylądować prosto w kontenerze pełnym jakichś rupieci i po wywiezieniu z wyspy być przemielonym na paliwo do centralnego ogrzewania. To już chyba lepszy ten wariant z przywiązaniem do krzesła. Tylko co zrobić, jeśli człowiekowi zacznie kapać z nosa i chciałby się wysmarkać, a ręce ma spętane na plecach? Wciąga wtedy te gile i wciąga, a z nosa i tak wciąż mu leci? Potem zjawia się policja, bo jakiś przechodzień zadzwonił po pomoc, a z policjantami jest także Jonna z gazety, która strzela nieszczęśnikowi fleszem prosto w twarz i uwiecznia go na pierwszej stronie porannego brukowca z glutem do samej brody. To naprawdę mało przyjemne. Takie właśnie obrazy przemykają mi błyskawicznie przez głowę.

A jednocześnie zadaję sobie pytanie, co robi wtyczka elektryczna dyndająca z ramienia temu nieproszonemu gościowi, gdy przemierza on mój salon trzema szybkimi susami.

— Musisz mi pomóc! — Głos jest ochrypły i skrzekliwy jak u ptaka. — Błagam, zapłacę każdą sumę!

Czyli to nie wygląda na napad, wręcz przeciwnie. Zamaskowana kobieta — bo po głosie wnoszę, że mam do czynienia z kobietą — zgadza się, żebym to ja oskubała ją z pieniędzy. „Zapłacę każdą sumę…”. To brzmi w moich uszach jak najwyższa wygrana.

— Co takiego się stało? — pytam, ostrożnie robiąc krok do przodu.

— Stało się, stało, kochana Angeliko, chyba gorzej być nie mogło!

Szybkim ruchem kobieta odrzuca kaptur do tyłu i moim oczom ukazuje się szarobrązowe gniazdo skłębionych włosów, zamienionych w jeden wielki kołtun lokówką. To Rut z komendy policji, jedna ze stałych klientek, jest gotowa zapłacić każdą sumę. Wygląda jak napędzany elektrycznie robot, który chwilowo działa na baterie. Uwolnienie jej od lokówki zajmuje mi dobre czterdzieści minut, a gdy wreszcie mi się to udaje, Rut przyrzeka, że będzie mnie kochać do końca życia.

W SWOIM CZERWONYM NOTESIE stawiam zawsze kreskę, gdy któraś z klientek powie mi: „Uratowała mi pani życie, Angeliko!”. Przez siedem ostatnich lat nazbierało się tych kresek w sumie czterdzieści trzy, czyli czterdzieści trzy uratowane życia. To całkiem niezła statystyka, niemal równie dobra jak średnia straży pożarnej, i dowodzi, jak ważna jest fryzjerska profesja. Pokazuje poza tym, że konieczne jest stworzenie oddzielnej kategorii dla osób z nagłymi problemami. Zamierzam nazwać ją nieszczęśliwe wypadki.

NORNY DZIAŁAJĄ PO CICHU

— Kapujesz teraz? — pytam Ricky’ego, kiedy zjawia się następnego dnia rano. — Cztery główne grupy klientów to: T jak Typowi, N jak Narcystyczni, Z jak Zdeterminowani i NW jak Nieszczęśliwe Wypadki. Wystarczy wpisać odpowiednią literę w kalendarzu, żeby określić kategorię. A jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy w znalezieniu miłości, dodamy jeszcze do litery serduszko.

— A skąd to można wiedzieć? — mówi Ricky, bez żywotnego zainteresowania, na które liczyłam.

— Wystarczy zadać kilka dyskretnych pytań, poskładać informacje i wyciągnąć wnioski. Każdy fryzjer śledzi ludzkie losy i dzieje rodzinne, często przez kilka pokoleń. Tu jakiś przebłysk, tam jakaś iskierka i zaczyna się poufna rozmowa. Dzięki temu zdobywa doświadczenie i wiedzę o życiu. Moje zadanie to sterowanie ścieżkami przeznaczenia. W Salonie d’Amour klienci mogą liczyć na pełną dyskrecję. Tutaj mogą się wygadać i poczuć, że życzymy im dobrze. I mieć pewność, że żaden ich sekret nie wyjdzie poza te ściany.

— Klauzulę poufności podpisałem od razu pierwszego dnia. Żadnego plotkowania. Ale nie bardzo kumam, o co chodzi z tymi cyferkami.

— W środku serduszka wpisujemy cyfrę od jednego do pięciu w skali pilności. Piątka oznacza desperacką potrzebę miłości, podczas gdy jedynki dadzą sobie radę same, wystarczy je jedynie lekko popchnąć we właściwym kierunku.

— Czyli T5… to nie typ samochodu, tylko zwyczajne strzyżenie i rozpaczliwa potrzeba ciupciania — podsumowuje Ricky.

— Coś w tym rodzaju, chociaż ciupcianie czasami bywa wyłącznie ciupcianiem, a ja miałam na myśli miłość.

JAK SIĘ BYĆ MOŻE domyślacie, strzyżenie to czysto zarobkowa przykrywka mojej głównej działalności. Możecie uważać mnie za trenerkę komunikacji interpersonalnej, interlokutorkę albo terapeutkę. Przez chwilę wahałam się nawet, czy na swojej wizytówce nie napisać „Fryzjerka i terapeutka intuicyjna”. Ale obawiałam się, że ludzie mogliby wtedy odbierać moje strzyżenie jako amatorskie. A ja jestem przecież porządnie wykształconą, dyplomowaną fryzjerką. Czy zastanawialiście się może, jak wyglądałby świat, gdyby chirurdzy mózgu, piloci czy elektrycy pracowali intuicyjnie i łączyli kable i przewody trochę na wyczucie? Zgadzam się z wami. Trzeba wiedzieć, co się robi. Na intuicyjne działanie pozwalamy dziś w naszym społeczeństwie jedynie maklerom giełdowym — i jakie korzyści wynikają z tego dla nas, zwykłych drobnych ciułaczy? Gdybym swoje składki na emeryturę trzymała w pudełku po butach pod własnym łóżkiem, miałabym zabezpieczoną starość. Ostatnio rozważam zainwestowanie w kurnik i pole ziemniaków, żeby nie musieć przymierać głodem w jesieni życia. Ale nie o tym mieliśmy rozmawiać. Ty i ja.

Mieliśmy mówić o tym, czego możesz ode mnie oczekiwać, gdy zostaniesz moim klientem. Czy znasz mitologię nordycką i czytałeś Wróżby Wölwy albo słyszałeś o Nornach? Te trzy boginie przeznaczenia — Urd, Werdandi i Skuld — przędły nić ludzkiego życia. Razem zgodnie ustalały, które nici mają splatać się we wspólnym losie, a które mijać się nawzajem jak statki we mgle. Dokładnie to samo robimy ja i moje dwie siostry. Mam większe ambicje niż tylko wyczarowywać ładne fryzury — pragnę zapewnić ci spotkanie. Bo tylko w spotkaniu z innymi ludźmi dojrzewa i kształtuje się nasze „ja”. W ten sposób możemy rozwinąć się w nasze potencjalnie najlepsze „ja” — albo zamienić się we wrak, jeśli będziemy mieli pecha.

Urd, Werdandi i Skuld to przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Norny dają zarówno dobro, jak i zło — nie są zatem aniołami. Warto zdawać sobie z tego sprawę. Ja kieruję się głosem własnego serca. Moje zadanie polega na słuchaniu. Słucham dopóty, dopóki nie dosłucham się w tobie twoich potrzeb. Bo wszystkie odpowiedzi i rozwiązania nosisz w sobie. W większości przypadków wystarczy, że spytam: „Co zamierzasz?”. Potem słucham, jak opowiadasz, i postanawiasz, co zrobisz. Niezdecydowani zatrzymują się w pół kroku. W tym momencie potrzebne jest jedynie lekkie pchnięcie lub some ass kicking, jak wyraził się mój kolega Ricky, gdy opowiedziałam mu o swoich zamiarach.

Nie myśl tylko sobie, że wszyscy ludzie bez wyjątku chcą, aby im pomagać w przygodach miłosnych. W grupie narcystycznej na przykład jest mnóstwo męczenników, którzy całą swoją egzystencję budują na tym, że są ignorowani, wykorzystywani i niesprawiedliwie traktowani. Może zwróciłeś uwagę na klienta, który właśnie wszedł w drzwi i usiadł na fotelu przed lustrem. Chudy mężczyzna o półdługich, rozkudłanych włosach i dużej głowie, której nie jest w stanie trzymać całkiem prosto. Ubrany w spraną koszulę bez kołnierzyka w niebiesko-białą kratkę, pewnie z wyprzedaży z końca lat siedemdziesiątych, i w workowate dżinsy z domu wysyłkowego. To kategoria N5 w moim kalendarzu. Narcyz o desperackiej potrzebie miłości. Chociaż on sam jeszcze tego nie wie, od tej chwili jego życie może być tylko lepsze. Nazywa się Gunnar Wallén i jest reporterem w Radiu Gute1.

Zawiązuję mu pelerynkę wokół cienkiej szyi. Gunnar jest rozeźlony, że dzień w dzień musi zmywać kubki po swoich kolegach z pracy i że ciągle zaświniają cały zlew. Jak się domyślam, nie należy do jego obowiązków sprzątanie po nich, ale jest to brzemię, które sam wziął na siebie. Niektórzy nawet próbowali myć własne kubki po kawie, ale kiedy nie robili tego porządnie, a dziennikarz z działu sportowego usiłował wypucować zlew ręcznikiem, Gunnar dał im odpowiednią lekcję.

W uważnym słuchaniu wywodu Gunnara przeszkadza mi w jakimś momencie widok Ricky’ego, który w połowie schowany za kotarą oddzielającą nasz pokoik rekreacyjny trzyma w ręku zaparzacz do herbaty, taki z rączką i zamykanym okrągłym sitkiem na końcu. Gdy Ricky na zmianę otwiera je i zamyka, sitko wygląda jak rozdziawione usta. A robi to dokładnie do wtóru przedłużonych samogłosek w potoku wzburzonej przemowy Gunnara: „Tyyylko jaaa zmyyywam. I tyyylko jaaa wyyycieram zleeew. Kto, do choleryyy, mi zaaa to podziękujeee?”.

Jak wspomniałam, Gunnar należy do kategorii N5, i jest to największe wyzwanie, jakie Norna może wziąć na siebie. Dzisiaj jest zdecydowanie bardziej zrzędliwy niż zwykle. Delikatnie masuję mu więc sztywny kark i głowę u nasady włosów, żeby trochę go rozluźnić. Moi klienci zazwyczaj ubóstwiają taki masaż. Gunnarowi też sprawia przyjemność ten zabieg, ale prędzej by przeszedł na bosaka po potłuczonym szkle, niż się do tego przyznał. Prawdopodobnie nikt poza dentystą i mną nie dotykał go od wielu lat. Wychodząc, posyła mi nieznaczny uśmiech i mówi „dziękuję”. W tym momencie czuję, że może jednak jest iskierka nadziei, iż pewnego dnia znajdę dla niego towarzyszkę życia.

Ricky’ego zatrudniłam u siebie dlatego, że jego mama, która strzyże się u mojej siostry Very w Hemse, załamała się w końcu. Po dwudziestu pięciu latach ciągłego meblowania głowy synowi dostała wreszcie ataku furii, chwyciła szczotkę do sedesu i goniła go przez trzy kwadranse, dopóki nie zauważyła ich Vera.

 

Ricky faktycznie nie jest czyścioszkiem. Do tej pory nie był w żadnym stałym związku. I ja mam pomóc mu zrozumieć, dlaczego tak mu się nie szczęści. To jest moje zadanie. Pracujemy nad tym. Przedstawienie z sitkiem do herbaty było zabawne, ale jeśli dobrze zrozumiałam Verę, właśnie takie zachowania doprowadziły jego matkę do tego, że go w końcu wyrzuciła z domu. Ona pisze kryminały i ma niejakie skłonności do dramatyzowania.

Ricky jest dobrym fryzjerem, zbyt długo jednak mieszkał pod jednym dachem z mamą i korzystał z pełnej obsługi. Nasza umowa przewiduje, że do jego obowiązków należy między innymi sprzątanie kuchenki i toalety. Okazuje się, że on wcale nie jest ograniczony, tylko leniwy. U mnie pucuje wszystko bez problemu, ponieważ nie dostanie zapłaty, jeżeli nie zrobi tego, co do niego należy. W tym sensie nie jest więc głupi, a jeśli chodzi o pracę, nawzajem się uzupełniamy. On ma odwagę, żeby wypróbowywać nowe rzeczy, ja natomiast mam doświadczenie.

Mieszkam w Visby przez całe życie, niedługo skończę czterdzieści osiem lat, a własny salon prowadzę od lat siedmiu. Ricky ma dwadzieścia pięć lat. Jest ciemnym blondynem z mocnymi, postrzępionymi włosami, poza tym jest cienki jak krawat z lat pięćdziesiątych i pochodzi z Grötlingbo. W czasie wolnym tańczy na rurze. Chce w grudniu zostać mistrzem kraju.

Kiedy zatrudniłam Ricky’ego i opowiedział mi o swoim hobby, myślałam, że taniec na rurze jest równoznaczny z tańcem erotycznym i striptizem. Bardzo się oburzył, słysząc ten przesąd. Pole dance to akrobatyka. Teraz nauczyłam się już nawet kilku fachowych terminów: invert to wiszenie głową w dół, firefighter to zwykły zjazd po rurze z jedną nogą przed nią, a drugą za nią; i crying bird — czyli siedzenie na niej jak ptak z jedną nogą luźno zwisającą. Są jeszcze gemini i boomerang oraz cała masa innych figur, których jeszcze nie ogarnęłam. Ricky jest jedynym chłopakiem na kursie. Uważa, że to idealne miejsce do spotkania zadowolonych z życia kobiet. Jednym z powodów, dla którego zatrudniłam go u siebie, jest to, że on prawidłowo myśli.

— To, czego brakuje Gunnarowi z Radia Gute, to miłość — mówię do Ricky’ego, który wciąż jeszcze nie odłożył sitka na herbatę, mimo że klient już dawno poszedł. Ochrzciliśmy tę jego pantomimę zaparzaczkową retoryką. Sitkowa retoryka znajduje zastosowanie także w kontekście politycznym, chociaż bez sitka, gdy oponentowi przypisujemy niezbyt godne podziwu rzeczy. W retoryce określa się to jako guilt by association. „To tyyylko wy chcecie marnotrawić pieniądze. Tyyylko wy myślicie, że emeryci mogą jeść puszki dla kotów”.

— To, czego potrzebują wszyyyscy ludzie, to miiiłość — mówi Ricky i rozdziawia szeroko sitko.

Pomaganie ludziom w znajdowaniu miłości uważam za swoje zadanie życiowe. Od kiedy jestem właścicielką Salonu d’Amour, czyli w ciągu siedmiu lat, udało mi się skojarzyć ni mniej, ni więcej, tylko dwadzieścia sześć par. W domu na pianinie leży specjalny album. Umieszczenie w nim zdjęcia Gunnara z Radia Gute u boku wybranki serca to chwalebne zadanie.

1 Gute — potoczna nazwa mieszkańca Gotlandii. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Inne książki tego autora