Dworek pod Lipami

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Właśnie, miałam cię spytać o ten strych. Hania znalazła tam podobno ciekawe rzeczy. Może zajrzeć do tych pudeł?

– Kochana, rób, co chcesz. Czuj się jak u siebie w domu, a w razie czego dzwoń z pytaniami. I spróbuj myśleć pozytywnie o tym tekście. Zaszalej trochę.

– Co mam zrobić? – spytała rozbawiona Gabriela.

– Pisz dla czystej przyjemności. Nie myśl o oczekiwaniach czytelników czy wydawnictwa, tylko zabaw się w detektywa.

– To znaczy?

– Ta bohaterka to zagadkowa postać. Nie wiadomo, kim jest, co się stało. I skąd ta dziwna amnezja? Wiesz co? Mam pomysł!

– Jaki?

– Dam ci numer do Anki, tej lekarki, którą poznałaś u mnie na grillu. Teraz pracuje u nas w przychodni. Powinnaś z nią pogadać o takim przypadku medycznym. Może coś cię zainspiruje.

– Przestań. Nie będę zawracać ludziom głowy takimi idiotyzmami. Zresztą Anka jest pediatrą.

– Ale to też lekarz!

– Czy ja wiem…

– Nie myśl za dużo. To bardzo dobry pomysł. A teraz jemy ptysie. – Maryla poderwała się z krzesła i wyjęła z lodówki talerz z ciastkami.

– O matko! Kiedy zdążyłaś je upiec?

– Przecież ci obiecałam. – Ciepłe spojrzenie przyjaciółki było dla Maryli wystarczającym podziękowaniem. – I nie patrz na zegarek. Chrzanić zasady zdrowego odżywiania! Będziemy się obżerać cukrem aż do północy – zaśmiała się, nakładając ciastka na talerze. – Wiesz, co myślę?

– Co?

– Za bardzo się starasz dopasować do wszystkich, nie walczysz o swoje. Kompletnie straciłaś ostatnio swoją przebojowość. Zawsze dokładnie wiedziałaś, czego chcesz. Miałaś w sobie energię, chęć działania. A teraz widzę, że oklapłaś jak przebity balon. Powiesz mi, dlaczego?

Gabriela tylko wzruszyła ramionami, ale w jej oczach Maryla dostrzegła coś więcej niż smutek.

– Posłuchaj… – Ciepłym gestem położyła jej dłoń na ręce. – Widzę, że się czymś gryziesz i nie są to bzdury w stylu: wydawnictwo chce innego zakończenia książki. Dobrze cię znam i czuję, że to zaledwie czubek góry lodowej. Cokolwiek się stało, nie powinnaś zbyt długo się tym gnębić, bo zwariujesz. Musisz podjąć decyzję i działać. Nie należysz do osób, które potulnie znoszą to, co im przynosi los.

– Dopóki los nie okazuje się silniejszym przeciwnikiem i nie kopnie człowieka w… cztery litery – mruknęła.

Maryla westchnęła. Bardzo chciała pomóc, a jednocześnie obawiała się, by nie posunąć się za daleko ze swoimi pytaniami. Przez chwilę w milczeniu wygrzebywała ze swojego ciastka puszysty biały krem. Stary ścienny zegar tykał miarowo, gdzieś u sąsiadów zaszczekał pies. Dom powoli zapadał w sen, podobnie jak cała okolica.

Maryla już wcześniej przygotowała sypialnię dla swojego gościa i sama też chętnie położyłaby się spać po całym dniu bieganiny, ale czuła, że to dopiero początek. W końcu zebrała się na odwagę.

– Gabi, nie chcę być wścibska, ale mam nadzieję, że nie pokłóciłaś się z Markiem z powodu mojej prośby.

– No coś ty. Mamy inne problemy.

– Coś poważnego?

– Może.

– Gabi, przepraszam, że o to pytam, ale… – Maryla się zawahała. – Dlaczego interesujesz się kwestią unieważnienia małżeństwa?

– Czym?

– Grzesiek mówił, że czytałaś taki artykuł w ogrodzie, ale chciałaś to przed nim ukryć. Zmartwił się, choć jego rzadko co martwi.

– Ach, to! – Gabriela uśmiechnęła się nieco sztucznie. – Przecież to była wasza gazeta, wzięłam ją przez przypadek.

– To dobrze. Ale nie zapominaj, że na nas oboje zawsze możesz liczyć.

– Wiem. – Gabriela oblizała ubrudzony kremową masą palec i zadumała się.

Maryla w milczeniu zaparzyła kolejny dzbanek herbaty, napełniła puste filiżanki i cierpliwie poczekała, aż przyjaciółka sama się odezwie.

– Nie sądziłam, że to będzie takie trudne – usłyszała w końcu.

– Co?

– Małżeństwo, zbudowanie rodziny.

– Nie rozumiem.

– Ja też.

– Przecież byłaś taka szczęśliwa, wychodząc za Marka. To dobry człowiek. Sama mówiłaś, że całe życie czekałaś właśnie na niego.

– O matko! Naprawdę powiedziałam coś tak ckliwego? Gdybym pisała takie teksty w książkach, już dawno przestaliby mnie wydawać. Co zresztą niedługo może stać się faktem.

– Nie żartuj.

– Wiesz, co mnie najbardziej dręczy? – spytała cicho Gabriela. – Że powinnam być szczęśliwa z tym, co mam i nie oczekiwać zbyt wiele. W mojej sytuacji…

– W jakiej sytuacji?

– Noo… że… wyszłam za wdowca – wykręciła się.

Choć po minie przyjaciółki zorientowała się, że jej nie przekonała, brnęła dalej.

– Powinnam być szczęśliwa i inni też tak myślą. Mam dobrego męża, bezpieczeństwo finansowe, ciekawą pracę i nawet gosposię na zawołanie. W podróż poślubną pojechaliśmy do Grecji, bo zawsze o tym marzyłam. Za dwa miesiące będzie pierwsza rocznica naszego ślubu, a ja… Gdyby bohaterka mojej powieści zachowała się w taki sposób, pomyślałabym, że zwariowała. I wykasowałabym ją z komputera. Nigdy nie lubiłam romansideł i płaczliwych żoneczek. A jednak…

Znów zapadło milczenie. Maryla upiła łyk herbaty i roztargnionym gestem sięgnęła po kolejnego ptysia, ale oprzytomniawszy, cofnęła rękę.

– Więc dlaczego? – spytała.

– Co dlaczego?

– Dlaczego nie jesteś szczęśliwa? Nie kochasz go?

– Och, Boże, co za dziwna rozmowa! Oczywiście, że go kocham. Przecież mnie znasz, nigdy nie związałabym się z żadnym facetem z rozsądku.

– Niektóre nasze znajome do dziś uważają, że właśnie dlatego wyszłaś za Marka.

– Jak to? – Gabriela aż wyprostowała się na krześle, wytrącona ze smętnego tematu.

– Pomyśl sama. Ty, taka niezależna, robiąca niecodzienną karierę, szalona i zawsze uśmiechnięta, po tylu latach przebierania w facetach wychodzisz nagle za mąż za statecznego wdowca z dwójką dzieci. Prawie dorosłych, ale jednak. Jak myślisz, co mówiły?

– Mogę sobie wyobrazić. Myślą, że poleciałam na jego kasę – uśmiechnęła się pobłażliwie na wspomnienie rozmów z mężem o gnębiących go kredytach.

– Czy ja wiem? Raczej na życiową stabilizację. Wszyscy uważają, że na tych swoich bestsellerach sama zarabiasz niezłą kasę.

– Jasne – skwitowała Gabriela, a Maryla wyrozumiale pokiwała głową.

– Nieważne, zostawmy temat pieniędzy, bo szkoda nerwów. Czy w takim razie chodzi o dzieci Marka? Masz z nimi problemy?

– Właściwie nie. Jacek jest już niemal samodzielny. Za dwa lata kończy studia na tej swojej weterynarii i pewnie założy własną praktykę. Zresztą nigdy nie miał nic przeciwko mnie. Nawet pomagał mi przy ostatniej książce.

– To co? Marysia jest o Marka zazdrosna?

– Nie, chyba nie. Nawet pochwaliła moją ostatnią książkę.

– Więc?

– Ona potrzebuje ojca, a dla niego córka zawsze będzie na pierwszym miejscu. Szanuję to. Wiele przeszli jako rodzina. Ale nie mamy ze sobą prawdziwego kontaktu. Niby jest dobrze, a jednak żyję tak trochę jakby obok nich.

– Co masz na myśli?

Gabriela zagryzła wargi. Nie miała ochoty opowiadać przyjaciółce o tym, jak obco czuje się w domu Marka. Właśnie tak o nim myślała – dom Marka. I dzieci. I Zosi. To dla niej go wybudował.

Miała swój gabinet, swoje szafki, półki w łazience, a nawet miejsce w piwnicy, gdzie trzymała opony zimowe. Ale w domu nie czuła się u siebie, wciąż była gościem. Bała się cokolwiek zmienić czy przestawić. Nawet przewieszenie lustra w przedpokoju czy nowy dywan w salonie budziły zdziwienie Marysi, Lidii lub Franciszki. Na szczęście babcia Franciszka nie gościła u nich zbyt często, ale każda taka wizyta kończyła się nieprzyjemnym zgrzytem, o czym Marek nie wiedział, bo wszystko zawsze pozostawało w gronie kobiet. Po każdym takim incydencie Gabriela cieszyła się w duchu, że przed ślubem zmusiła Marka do podpisania u notariusza intercyzy. Dzięki temu jego dzieci nigdy nie miały do niej pretensji, że coś im zabiera. Jednak paradoksalnie właśnie dlatego ten dom wydawał się jej obcy.

Marek nie zwracał uwagi na takie drobiazgi. Gdy próbowała z nim rozmawiać o domowych sprawach, zwykle kończyło się na „przesadzasz, kochanie”. Czuła się źle, a jednocześnie miała wyrzuty sumienia, że jest niewdzięczna wobec swojej nowej rodziny. Nie umiała tego wyjaśnić przyjaciółce.

– Po prostu czuję się tam obco – stwierdziła ogólnikowo.

– To zrozumiałe. Mieszkasz w ich domu, z jego córką i gosposią, weszłaś w ich dawne życie jako nowy element. Ale sądziłam, że świetnie sobie radzisz.

– Też tak myślałam. Gdyby tylko Marek chciał zrozumieć, że on również musi zmienić dla mnie swoje życie, stanąć po mojej stronie w domowych sprawach, może byłoby łatwiej. Ale on ciągle nie ma czasu. Wszyscy są ważniejsi. Nawet Zosia, chociaż już nie żyje.

– Ach, o to ci chodzi – Maryla zaczynała się powoli domyślać. – Masz „syndrom drugiej żony”?

– Co? Nie wiem. Może… Kiedy tak mówisz, to wydaje się głupie.

– Nie, skądże! Każda kobieta chce być dla męża tą jedyną – powiedziała szybko Maryla, bo nie wiedziała, jak ma ją pocieszyć.

Powoli z tych urywanych zdań i przygnębionych spojrzeń tworzyła sobie obraz problemów Gabrysi, o których nie miała pojęcia. Czuła jednak, że to wciąż nie wszystko.

– A jak teściowa? Spędziliście u niej Wielkanoc. Jak było?

– Moja teściowa? – Gabriela przez moment zastanawiała się, kogo dotyczy to pytanie. – Masz na myśli Halinę? To fantastyczna, ciepła kobieta i świetnie się rozumiemy. Co innego pierwsza teściowa Marka. Babcia Franciszka jest jak wojskowe biuro śledcze. Zobaczy nawet przewieszony obrazek w najciemniejszym kącie domu, a potem w bardzo kulturalny sposób się zdziwi „nowym porządkom”, tak że człowiekowi aż w pięty pójdzie – stwierdziła sarkastycznie.

 

– A twoja mama? Pogodziłyście się? – Maryla niespodziewanie zmieniła temat, nieco na oślep szukając sedna problemów przyjaciółki.

– Co? – Gabrysia się zmieszała. – Noo… U rodziców wszystko w porządku. Moja siostra odwiedzała ich na święta i mówiła, że są w dobrej formie. Wystarczy już tych ploteczek, pora spać. Przecież jutro rano wyjeżdżacie – trochę nieudolnie spróbowała zakończyć rozmowę, ale Maryla była nieugięta.

– Siadaj. Wyśpię się w samochodzie.

– Ale…

– Gabi, nigdzie nie wyjadę, dopóki się nie upewnię, że nie będzisz mi tu oczu wypłakiwać w samotności.

– Obiecuję, że nie będę.

– Bądź poważna. Martwię się o ciebie, ale nic nie rozumiem. Skoro nie zbankrutowaliście, wszyscy są zdrowi, dogadujesz się jakoś z własną i Marka rodziną, to o co chodzi? Przecież te domowe drobiazgi nie są aż tak istotne. Najważniejsze, że się kochacie.

Gabriela nagle poczerwieniała z emocji.

– Tylko że ja nie wiem, czy on mnie kocha – rzuciła.

– Słucham? – Maryla zdębiała.

– Nie chce mieć ze mną dzieci.

Ciche, spokojnie wypowiedziane zdanie zawisło przez chwilę w półmrocznej przestrzeni kuchni, po czym opadło jak kurz po bitwie na głowy obu kobiet.

– Ale Gabi, przecież…

– Nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat – rzuciła cicho Gabriela. – Przed ślubem to było dla mnie zupełnie oczywiste.

– Co?

– Że kiedy zakłada się nową rodzinę, to planuje się wspólne dzieci. Jeśli jest miłość, to myśli się i o dzieciach. Ja bardzo chciałabym mieć z nim dziecko.

– Gabrysiu, mówiłaś, że nie możesz mieć dzieci – skołowana Maryla patrzyła na rozżaloną przyjaciółkę całkowicie zaskoczona.

– Nie. Mówiłam, że nie powinnam. A to nie to samo. Zupełnie nie to samo.

– O Boże… Jesteś chora?

ROZDZIAŁ V

KOBIETA W TARAPATACH


Otworzyłam oczy i w niemałym popłochu poderwałam się z poduszek. W dużej obcej sypialni byłam sama. Przez krótką chwilę nie mogłam pojąć, gdzie jestem, a serce biło mi tak szybko, jak nigdy dotąd. Niemiłe to uczucie taką pustkę przerażającą mieć w głowie.

Dopiero gdy w lustrze zobaczyłam swoje odbicie, przestrach powoli mnie opuścił, bo powróciły wspomnienia z dnia wczorajszego. Dziwny to był dzień i pełen przykrych doznań, ale zawsze to lepiej wiedzieć, kiedy i gdzie na spoczynek się ułożyło, niż obudzić się bez pamięci w nieznanym miejscu.

Chłopiec, którego matka nazywała Pietrkiem, mądrze mnie wczoraj doprowadził do kuchennych drzwi od strony ogrodu i konia od razu sam zabrał do stajni. Byłam już zupełnie przemoczoną od ulewy, ale choć zimno mnie na wskroś przenikało, przez kilka chwil stałam oszołomiona w strugach deszczu. Pojęłam nareszcie, czemu okolice dworu tak obce mi się zdały.

Nie u wujostwa byłam! Ten park i ten dom znałam, ale nie mogłam nazwać znajomym. Ledwo raz tu w odwiedziny przyjechałam z wujostwem, na wyraźne życzenie mojej ciotki, by obejrzeć dwór i folwark, które do mojego narzeczonego – pana Ludwika, należały, od kiedy po zmarłych rodzicach je odziedziczył.

Patrząc na obrączkę, wciąż trudno mi było uwierzyć, że to, co zaczęłam podejrzewać, mogło być prawdą. Jeszcze trudniej – pojąć, dlaczego Pan Bóg miałby odebrać mi pamięć o tak ważnym w życiu panny wydarzeniu, jak złożenie przed ołtarzem małżeńskiej przysięgi. Dlatego w głębi mojej duszy wciąż tliła się nadzieja, że kiedy przestąpię próg tego domu, wszystko okaże się jedynie omyłką.

Raptem we drzwiach stanął lokajczyk i zastygł zaskoczony moim widokiem. Co się potem działo, dobrze nie pamiętam, bo służki podniosły lament, czemu się dziwić nie można. Przemoczona, zmarznięta, ledwie że zębami nie szczękająca, istotnie wydawać się musiałam u kresu sił.

Aż wstyd wspominać te chwile, bo stan mój doprawdy musiał być żałosny i najlepiej byłoby schować się czym prędzej przed wzrokiem ludzkim. Nie było to jednak możliwe. Naprzód bowiem ciągnęły się za mną mokre ślady na posadzkach, a po wtóre głosy służby umyślnie podniesione, pomocy wzywające, pół domu na nogi postawiły, jakbym już była śmiertelnie chorą. Dopiero gdy do buduaru weszłam i zobaczyłam moją garderobianą, kamień spadł mi z serca.

Zuzia także na mój widok załamała ręce, ale spiesznie wszystkich odprawiła, jedną tylko pokojówkę zostawiając sobie do pomocy, i we dwie prędko ze mnie mokre suknie oraz halki pościągały. Tymczasem inna służka szkandelą wygrzała pościel i niebawem leżałam w suchym, ciepłym łóżku. Byłam bezpieczna, lecz wciąż nie mogłam pojąć, co się właściwie wokół mnie dzieje.

Na korytarzu najwięcej spraw się toczyło, bo podniesione głosy konferowały tam donośnie, zarówno w żeńskich, jak i w męskich tonach. Nad wszystkim górował rezolutny głosik Zuzi, która od dwóch lat w służbie u mnie będąc, tak się przywiązała, że czasem wręcz despotyczną otaczała mnie opieką. Domyśliłam się, iż stanęła na straży przy drzwiach i przystępu do mnie broniła jak lwica, żądając wezwania lekarza i jaśnie pana.

Kiedy to usłyszałam, aż gorąco mi się zrobiło, bo przed tym właśnie największy strach mnie zdejmował. Pan Ludwik jednak nie nadszedł, tylko doktor z Zuzią i z jakąś starszą, na czarno ubraną kobietą, która stanęła w półmroku buduaru, by przez otwarte drzwi od sypialni patrzeć na poczynania doktora. Pokoje te bowiem były ze sobą połączone, choć każdy z nich miał również własne drzwi na korytarz.

Miły staruszek osłuchał moje płuca, obejrzał gardło i dopiero gdy siniec na mojej głowie zobaczył i skroń rozciętą, zatroskał się.

– Jak to się stało? – spytał.

– Spadłam z konia. Chyba wystraszył się pioruna – odparłam nieśmiało.

– No cóż, najlepszym amazonkom to się zdarza – powiedział z uśmiechem i zbadał mi puls. – Czy nie boli panią głowa? Czy zawroty albo mdłości się nie pojawiły?

A mnie nagle coś zimnego w środku ścisnęło.

– Owszem – odparłam. – Trochę boli, jak to od stłuczenia, ale poza tym dobrze się czuję. Przemarzłam tylko w deszczu i znużona jestem bardzo – skłamałam, po raz pierwszy chyba w życiu.

– W takim razie niech służąca ranę przemyje rumiankiem i zimny kompres na czoło przykłada, a pani niech odpoczywa. – Tu spojrzał na Zuzię. – Herbatę z miodem proszę natychmiast zarządzić w kuchni, a na kolację tylko kilka sucharków i bulion do popicia. I niech dzisiaj nikt pani dziedziczce nie przeszkadza. Potrzebuje odpoczynku. Gdyby w nocy, nie daj Boże, przyszła gorączka, proszę zaraz mnie wezwać.

– Tak jest. – Zuzia dygnęła.

– Przekażę małżonkowi pani, kiedy z folwarku wróci, żeby się nie martwił – mówił dalej doktor. – Dla młodego organizmu sen jest najlepszym lekarstwem na takie przygody. A jutro rano jeszcze raz płuca osłucham i dopiero wtedy powiem, czy wolno pani wstać. Zgoda?

– Oczywiście, doktorze – szepnęłam, bojąc się, by bladości mojej nie wziął za objaw choroby. Byłam pewna, że wszelka krew z mej twarzy właśnie odpłynęła.

Oto dwie ważne rzeczy się rozstrzygnęły – pierwsza, iż brak pamięci za wszelką cenę ukryć powinnam, choć sama nie wiem czemu, lecz przeczucie takie miałam, że to niezmiernie ważne. A druga, że jednak słusznie się domyśliłam: pan Ludwik został moim mężem, a ten dom nieznany był już moim domem.

– To mi jakimś pamiętnikiem pachnie – mruknęła do siebie Gabriela, odrywając się od pisania. – Tylko czy taka forma zaciekawiłaby współczesnego czytelnika? – zastanawiała się na głos. – Wątpię. W przyszłości muszę też poważnie przemyśleć ten styl, ale na razie niech sobie Celina mówi, jak chce. Zaraz, zaraz, Celina? No proszę, mam imię dla bohaterki! – Ucieszyła się.

Ziewnęła i spojrzała na zegarek, była 5:19. Nie wyspała się tej nocy. Śnił się jej Marek, jacyś lekarze i długi ciemny korytarz. Obudziła się nagle około trzeciej, zdenerwowana do tego stopnia, że bała się zamknąć ponownie oczy, choć dokładnie nie pamiętała, czego dotyczył sen. Zapaliła nocną lampkę, napiła się zimnej herbaty i sięgnęła po komputer. Zanurzenie się w wyobraźni zawsze było dla niej dobrym lekarstwem na nerwy, więc pozwoliła słowom przenieść się do tego tajemniczego dworku, w którym jej bohaterka czuła się równie obco jak ona w domu Marka. Od pisania oderwał ją wschód słońca i Fredzio, który nagle zaczął się wydzierać w kuchni.

– Niech będzie Celina. Nawet mi to do niej pasuje – postanowiła, zamknęła laptop i z przyjemnością zanurzyła się na powrót w ciepłej pościeli.

Będąc panną, nocowała już kilkakrotnie u przyjaciółki, znała zatem odgłosy tego domu. Wiedziała, że Maryla za chwilę wstanie, wypuści psa na podwórko, nasypie Fredziowi ziaren do klatki, osiągając dzięki temu błogą ciszę w kuchni, a następnie zabierze się do przygotowywania śniadania.

Później cicho zejdzie z góry Grzesiek, nakarmi rybki w salonie, po czym usiądzie przy stole w kuchni, rozłoży gazetę i niemal bez udziału świadomości skonsumuje podsunięte przez żonę kanapki. Na końcu rozlegną się krzyki dzieci kłócących się o to, kto ma pierwszy wejść do łazienki, a zaraz potem tupot bosych stóp na schodach oraz napominanie Maryli, żeby dzieci natychmiast wróciły na górę po pantofle.

„Ostatnio, kiedy spędziłam tu noc po moim wieczorze panieńskim, było tak samo – przypomniało się Gabrieli, nim zamknęła drzwi do łazienki, którą przed chwilą zwolniła Hania. – Wtedy wszystko wydawało się takie proste”.

Weszła pod prysznic, odkręciła kurek i poczuła, jak ciepła woda spływająca po jej ciele odpręża ją i odgania niewesołe myśli.

„Nie wszystko naraz – postanowiła. – Tydzień samotności dobrze mi zrobi. Dzisiaj zajmę się problemami Celiny, a jutro lub pojutrze… pomyślę o tym wszystkim, co nie daje mi spać”.

* * *

Zanim cała rodzina usadowiła się w zapchanym bagażami aucie, przejęta wyjazdem Maryla obeszła z Gabrielą dom. Po raz kolejny tłumaczyła, gdzie znajdują się karma dla zwierząt oraz worki do segregacji śmieci oraz dlaczego drzwi na taras trzeba dopychać kolanem. Sprawdziła trzy razy, czy zostawiła zapasowe klucze, a na koniec pokazała jej zamrażarkę wypełnioną po brzegi gotowymi daniami.

– Nie będziesz musiała się o nic martwić – uspokajała bardziej siebie niż Gabrielę. – Tu są pierogi ruskie i z kapustą, tu bigos, to są naleśniki z serem, a to mięso na pieczeń, gdybyś miała ochotę sama coś upichcić. A to… Nawet nie wiem, co to jest. – Zajrzała do plastikowego pojemnika. – To chyba jakiś sos, ale lepiej go nie jedz, bo nie pamiętam, kiedy go tu włożyłam.

– Dobrze, Marylko.

– A tu są pyzy i wiejska kiełbasa na kolację. I uszka z mięsem, tylko barszcz musiałabyś sobie ugotować. Tylko błagam cię, nie spal garnka!

– Nie spalę – Gabriela uśmiechnęła się ze zrozumieniem. – Przysięgam, że podczas gotowania nie będę nic pisać. A jeśli czegoś nie będę mogła znaleźć, po prostu zadzwonię. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku.

– Ja na pewno, ale z tobą to różnie bywa – odparła przyjaciółka. – Ty przebywasz najczęściej w tym miejscu, o którym właśnie piszesz.

– Oj, Marylko!

– Wiem, że panikuję, ale nie chcę, żebyś miała kłopoty. Aha, zapomniałabym na śmierć! Nie daj się wciągnąć w jakieś sąsiedzkie pogawędki. Prawie nikogo tu nie znasz, a niektórzy są dość ekscentryczni. Nic nikomu nie obiecuj i na nikogo się nie skarż. I broń Boże, nie zamawiaj żadnych obrazów!

– Czego?

– Gabi, nie mam czasu wyjaśniać. Po prostu mi zaufaj. A poza tym…

– Tak?

– Gdybyś chciała pogadać, to bez względu na porę dnia zadzwoń.

– Nic z tego – odparła Gabriela z ciepłym uśmiechem. – Jeszcze jedna taka zarwana noc, a Grzesiek oskarży mnie o spowodowanie rozpadu pożycia małżeńskiego.

– Cieszę się, że masz dziś lepszy humor, Gabi. Ale pomyśl o tym, co ci powiedziałam. Jeśli chcesz się przekonać, czy twoje małżeństwo jest trwałe, to pytanie nie brzmi: czy porozmawiać z Markiem. Tylko: kiedy i jak mu to powiedzieć. Przemyśl to.

– Spróbuję…

Na podwórku rozległ się dźwięk klaksonu, więc wyszły na zewnątrz. Grzesiek opuścił szybę w samochodzie i krytycznie spojrzał na żonę.

– Jeżeli zaraz nie wyjedziemy, nie dotrzemy tam nawet do jutra rana. A odnoszę wrażenie, że nocleg w drodze nie był przewidziany.

– Już, już! – Maryla odwróciła się jeszcze do przyjaciółki. – Śmieciarze przyjeżdżają we wtorek, nie zapomnij wystawić worków. I jeszcze jedno.

 

– Tak?

– Wszystko będzie dobrze. – Maryla przytuliła ją niespodziewanie, a potem, słysząc kłótnię dzieciaków w samochodzie, szybko wsiadła do środka.

Auto ruszyło i zniknęło za zakrętem. Wydawało tak dziwne odgłosy, że Gabriela nabrała złych przeczuć, choć z uśmiechem machała dzieciakom.

Lizak stojący przy jej nodze spojrzał na nią i zaskomlił.

– Nie martw się. Wrócą. Ale do tego czasu musimy zawrzeć umowę. – Pogładziła psa po głowie. – Żadnego rzucania się z jęzorem! Ani na mnie, ani na ludzi za siatką. Nie mam ochoty wykłócać się z sąsiadami.

Pies przyglądał się jej smutno, więc przykucnęła i wtuliła się w jego futro.

– Za to pozwalam ci obszczekiwać ich do woli – szepnęła mu do ucha. – W końcu ktoś musi mnie bronić.

Lizak położył się pod bramą, a Gabriela wróciła do domu. Zrobiła sobie kawę, zapisała na kartce: kupić mleko, ponieważ w lodówce znalazła tylko pusty karton, po czym sięgnęła po smartfon. Przez chwilę wahała się, czy skorzystać z pomysłu Marylki.

– Raz kozie śmierć! – Wystukała numer do Anki.

– Tak, słucham? – usłyszała głos dawno niewidzianej znajomej.

– Ania? Tu Gabryśka Strzelecka. Poznałyśmy się w zeszłym roku na grillu u Marylki, pamiętasz?

– A, pamiętam, pisarka! – Anka się ucieszyła. – Byłaś wtedy z narzeczonym, takim szpakowatym przystojniachą.

– No tak. To właśnie ja. Nie przeszkadzam ci w pracy?

– Nie. A co? Jakiś grill się szykuje?

– Na razie raczej nie. Ale mam do ciebie sprawę.

– Słucham.

– To trochę dziwny problem. – Gabriela zmieszała się nieco.

– Wal prosto z mostu. Nic, co ludzkie, nie jest mi obce – oświadczyła Anka radosnym tonem. – Jakieś choróbsko?

– Trafnie się domyślasz. Tylko że to nie ja jestem chora, a moja bohaterka.

– Bohaterka? Nie rozumiem.

– Bo nie jesteś przyzwyczajona do takich wariactw. Moja bohaterka ma pewne objawy, które budzą moje wątpliwości, a ponieważ lubię być dobrze przygotowana, potrzebuję konsultacji.

– Świetnie! Takiej diagnozy jeszcze nie stawiałam. Co jej jest?

– No cóż, wszystko wskazuje na to, że ma amnezję wsteczną.

– A to zupełnie nie moja działka. Powinnaś się zwrócić raczej do neurologa albo psychiatry.

– Wiem, ale tak się składa, że chwilowo nie dysponuję neurologiem – zażartowała Gabriela. – A to pilne.

– Widzę, że mamy podobne poczucie humoru. To co chcesz wiedzieć?

– Ona ma trochę nietypowe objawy.

– A konkretniej?

– Spadła z konia i uderzyła się w głowę. Kiedy odzyskała przytomność, miała chyba wstrząśnienie mózgu. No wiesz: mdłości, zawroty głowy, trudności z utrzymaniem równowagi. I amnezję.

– A w czym problem?

– Ona pamięta, kim jest. Pamięta swoje dzieciństwo i takie różne drobiazgi, może niezbyt dokładnie, ale jednak. A nie pamięta, że wyszła za mąż.

– Co takiego? – Gabriela usłyszała śmiech.

– Tak, jak mówię. Zdziwiła się, że ma obrączkę na palcu. Zakładam, że ta niepamięć sięga kilku tygodni, bo biżuteria była nowa i lśniąca, ale bohaterka nie poznała kobiety, którą widziała dwa tygodnie wcześniej. Czy to nie za długo jak na objawy amnezji?

– Kilka tygodni wstecz?

– Może nawet trochę więcej, bo to dotyczy dziewiętnastego wieku. Wtedy sam ślub i podróż poślubna mogły trwać dłużej, o przeprowadzce do domu męża nie wspominając.

– Dziewiętnasty wiek? – Anka znów się roześmiała. – Muszę ci powiedzieć, że to najbardziej fascynujący wywiad lekarski, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się przeprowadzić.

– Miło mi, że cię zainteresowałam. A co o tym myślisz?

– Nie spotkałam się, co prawda, z opisem takiego przypadku, ale po pierwsze, to nie moja działka medycyny, a po drugie, ludzki mózg jest tak skomplikowaną strukturą, że nic nie jest wykluczone. Czy przed wypadkiem spotkało ją coś dramatycznego?

– Tego jeszcze nie wiem.

– Więc powiem tak: skoro można wymazać z pamięci konkretne traumatyczne wydarzenie z dzieciństwa, to i taki przypadek by mnie nie zdziwił. Ale przypominam, że nie jestem specjalistą.

– Uspokoiłaś mnie. A nie wiesz, jak to leczono w dziewiętnastym wieku?

– Oj, za dużo ode mnie wymagasz. Pojęcia nie mam, czy w ogóle coś z tym robili. W wielu przypadkach objawy pewnie ustępowały samoistnie. Poszkodowani mogli też trafiać do jakichś domów dla obłąkanych. To pewnie zależało od innych objawów. I nie wykluczam „wyjazdu do wód” i po prostu odpoczynku, jeśli chory należał do zamożnej warstwy.

– Bardzo ci dziękuję. Jeśli znajdziesz chwilę, wpadnij na kawę, to sobie jeszcze porozmawiamy.

– Przecież nie wiem, gdzie mieszkasz.

– Do końca następnego tygodnia jestem u Marylki. Pilnuję jej domu.

– Jak to?

– To dłuższa historia. Jak przyjedziesz, opowiem ci dokładnie.

– Okej, postaram się w takim razie. Miłego pisania!

– Dzięki. Do zobaczenia.

Gabriela się zamyśliła. Rozwiązała jeden problem, ale pozostawało jeszcze mnóstwo innych.

„Co ja właściwie wiem o dziewiętnastym wieku? Tyle co nic. Muszę przede wszystkim ustalić czas akcji. Ale jak?… Wiem! Trzeba się przyjrzeć strojom. Moda to najlepsza wskazówka, bo co chwilę się zmieniała. Potrzebne mi porządne forum historyczne. Albo jeszcze lepiej, książka z ilustracjami”.

Szybko znalazła w Internecie pozycje książkowe, które mogłyby jej pomóc, ale stwierdziła, że na pewno nie dostanie ich w gminnej bibliotece.

– Muszę pojechać do miasta – postanowiła.

Nim wyszła z domu, stoczyła jeszcze walkę z prychającym kotem. Gdy wyciągnął na nią swoje pazury, spojrzała na niego wojowniczo.

– Lepiej uważaj! – zażądała. – Bo pozwolę Lizakowi wyjadać z twojej miski. Skoro ja wychodzę, ty też idziesz na podwórko.

Kot furknął niezadowolony.

– No, chyba nie spodziewałeś się, że zostaniesz w domu z kanarkiem i rybkami? – Uśmiechnęła się złośliwie i otworzyła mu wyjście na taras. – No już! – Poczekała, aż kot majestatycznie wymaszeruje na zewnątrz, po czym zgodnie z instrukcją Maryli dopchnęła od wewnątrz drzwi do futryny.

Zaskrzypiały, ale zamek zaskoczył. Przebierając się, przypomniała siebie jeszcze o czymś. Zeszła do kuchni, wzięła kartkę i do punktu kupić mleko obgryzionym ołówkiem dopisała: ryba dla kota i długopisy. Po chwili zastanowienia na samym dole nabazgrała jeszcze: myjnia.

Schowała kartkę do torebki i wyszła z domu, upewniając się trzy razy, czy wszystko dobrze zamknęła.

* * *

„Wiedziałam, że tak będzie – pomyślała rozbawiona Gabriela, mimowolnie wciskając pedał gazu. – Z tamtej księgarni nie da się wyjść bez tony książek”.

Spojrzała na reklamówkę leżącą na siedzeniu pasażera. Półprzeźroczysta folia kryła w swoim wnętrzu dwa opasłe tomiska oraz cztery nieco cieńsze książki. Na twardej okładce jednej z nich widniał tytuł: Tysiąc lat ubiorów w Polsce.

Gdy wyjechała z myjni, postanowiła wstąpić gdzieś na kawę, zanim powędruje do miejskiej biblioteki. Zajrzała więc do swojej ulubionej księgarni z nadzieją, że znów usłyszy coś zabawnego. Ponieważ wszystkie stoliki na antresoli były chwilowo zajęte, weszła między półki z książkami i przepadła.

Sytuacja powtórzyła się w sklepie, gdzie wpadła jej w oko śliczna filiżanka o chińskim wzorze oraz uroczy porcelanowy komplecik ręcznie malowanej zastawy dla lalek.

„Hania będzie miała po powrocie miłą niespodziankę” – uśmiechnęła się do swoich myśli, zjeżdżając z głównej ulicy w gminną drogę, oświetloną nielicznymi, dającymi słabe światło latarniami.

Choć była trochę zła na siebie, że wydała tyle pieniędzy na przyjemności, w głębi duszy cieszyła się na nocną lekturę tych wszystkich tekstów opisujących stroje i życie codzienne w epoce jej nowej bohaterki. Nie chciała się przyznać sama przed sobą, że postać Celiny bardzo ją zainteresowała, więc szkoda jej było tak po prostu schować tę opowieść do szuflady.

Rozmyślając o tajemniczej Celinie, skręciła przy drogowskazie. Ulica prowadziła między budynkami, których oświetlone okna rzucały słabą poświatę na trawniki oraz krzewy i drzewa rosnące na poboczu. Gabriela zwolniła, żeby w ciemności nie przegapić domu Maryli i tylko dzięki temu w ostatniej chwili dostrzegła po prawej stronie kobietę jadącą na nieoświetlonym rowerze.

– Boże! – jęknęła i ostro szarpnęła kierownicę w lewo.

Koła przyhamowane wciśniętym do podłogi pedałem wzbiły tuman kurzu na osuszonej wiatrem drodze, a na rowerzystkę poleciały drobne kamyczki. Kobieta zachwiała się i niezgrabnie przewróciła się na trawnik w taki sposób, jakby za wszelką cenę chciała chronić rower, by nie upadł.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?