Dworek pod Lipami

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Chłopak podniósł się zdziwiony i wyszedł bez słowa.

– Bardzo panią przepraszam. Młodzi zwykle niewiele wiedzą o fachowej robocie, a zachowują się tak, jakby zasiadali na stołku prezesa.

– Nic się nie stało – mruknęła Gabriela.

– Wracając do sprawy, chciałabym osiągnąć jakiś kompromis.

– Ja także, ale…

– Proszę pomyśleć, jak bardzo uszczęśliwi pani swoje czytelniczki pogodnym zakończeniem – Wolicka weszła jej w słowo. – Takie książki powinny nieść ludziom wytchnienie i napełniać radością. Większość czytelników szuka w nich właśnie happy endu, bo tego często brakuje im w życiu.

Gabriela czuła, że to próba zagrania na jej uczuciach, ale jednocześnie wiedziała, że Wolicka ma rację. Do tej pory odsuwała od siebie dylemat: ja albo czytelniczki – dopiero teraz to zrozumiała. To nie było miłe uczucie.

– Przecież nikt nie zmusi pani do napisania kolejnego tomu serii – ciągnęła redaktorka. – Gdyby jednak w przyszłości zechciała pani do niej wrócić, będziemy mieli otwartą furtkę. Ja wiem, wiem… – dodała szybko, widząc, że Gabriela chce zaprotestować. – Właśnie tego chciała pani uniknąć. Ale chyba lepiej nie palić za sobą mostów? Jednocześnie obiecuję, że czym prędzej przygotujemy umowę na tę nową książkę, o której pani wspominała. Z większą zaliczką, oczywiście.

– A jeśli nie zmienię zdania?

– No cóż… Będziemy nieco rozczarowani. Nasza współpraca układała się przecież wzorcowo. – Wolicka była spokojna, ale ton jej wypowiedzi wyraźnie się ochłodził.

– Dziękuję za szczerość. – Gabriela poczuła się nagle bardzo znużona tą rozmową. – Zdaję sobie sprawę, że pani lepiej ode mnie zna prawa tego rynku i musi działać dla dobra wydawnictwa.

– Proszę nie mieć do nas żalu za to, że musimy się trzymać twardych realiów.

– Oczywiście. Przemyślę sprawę Julii. Dam odpowiedź w ciągu dwóch, trzech tygodni.

ROZDZIAŁ II

PÓTY DZBAN WODĘ NOSI…


Gabriela stała na chodniku. Chłodny wiatr owiewał jej twarz i uspokajał nerwy. Nie chciała jeszcze wracać do domu, ale straciła ochotę na zakupy, choć planowała odwiedzenie sklepu z wyposażeniem łazienek. Od dawna marzyła się jej narożna wanna z hydromasażem, ponieważ wielogodzinne siedzenie przy laptopie źle wpływało na jej kręgosłup. Chciała jednak sama obejrzeć kilka modeli, nim wyciągnie Marka na zakupy, bo wiedziała, jak on tego nie lubił. Po spotkaniu w wydawnictwie nie miała już siły zajmować się tą sprawą. Ruszyła wolno przed siebie.

„Co ja mam z tym fantem zrobić? – westchnęła w duchu. – Rozumiem stanowisko wydawnictwa, ale nikt nie ma prawa mi dyktować, jak powinnam pisać książki! Jeśli uszczęśliwię czytelniczki, dostanę kolejną umowę i większą zaliczkę. I nie będę podłą zołzą, która morduje ulubioną bohaterkę. Ech… Może zadzwonię do Marylki? – zastanawiała się, omijając kałuże na chodniku. – Tylko z nią mogę szczerze o tym pogadać”.

Zatrzymała się obok przejścia dla pieszych wyłącznie dlatego, że kilka stojących osób tarasowało chodnik. Wyrwana z zamyślenia rozejrzała się wokół. Okazało się, że nieświadomie poszła znaną sobie trasą – po drugiej stronie ulicy zobaczyła kamienicę z wysoką witryną, na której widniał napis: Prawdziwa książka i prawdziwa kawa. Zapraszamy.

Nie zastanawiała się. Gdy zapaliło się zielone światło, ruszyła w stronę ulubionej księgarni. Wewnątrz poczuła znajomy zapach papieru, farby drukarskiej i starej drewnianej podłogi. Bardzo lubiła to urokliwe miejsce, gdzie można było w spokoju obcować z literaturą. Na małej przestrzeni tłoczyły się setki tomów upchniętych w staroświeckich dębowych regałach, a nieliczna obsługa zawsze wiedziała, gdzie znaleźć konkretny tytuł.

– Dzień dobry – powitała ją od progu uśmiechnięta dziewczyna w zielonej bluzce. – W czym mogę pomóc?

Gabriela automatycznie odwzajemniła uśmiech i pokazała pracownicy kartę stałego klienta.

– Jeśli macie miejsce na pięterku, to chętnie napiję się kawy i przejrzę katalog nowości.

– Oczywiście. – Dziewczyna zaprosiła ją gestem. – Stolik przy balustradzie właśnie się zwolnił.

Gabriela wspięła się na półpiętro po kręconych żeliwnych schodach. Był to rodzaj podpartej dwiema kolumnami obszernej antresoli, na której mieściła się mała sofa i cztery niewielkie stoliczki ze stylizowanymi krzesłami. Usiadła tuż przy ażurowej balustradzie, zdjęła płaszcz i przewiesiła go przez poręcz stołka. Z tego miejsca miała doskonały widok na ciemną drewnianą ladę w dole, drzwi wejściowe oraz fragment ulicy widoczny przez witryny. Gdzieś pod antresolą pomiędzy regałami kręcili się klienci, którzy ostatecznie zawsze podchodzili do kasy, by zapłacić za towar lub zapytać o coś dziewczynę w zielonej bluzce, stojącą za wypolerowanym na błysk kontuarem.

Wysoki młodzieniec w skórzanej kurtce, który właśnie wszedł, wpuszczając do środka zimny podmuch wiatru, najwyraźniej docenił urodę sprzedawczyni. Żując gumę, zapytał z nieco obleśnym uśmieszkiem:

– Gdzie znajdę autorów na S?

– Dzień dobry, panu – odparła spokojnie sprzedawczyni. – Te publikacje jak zwykle stoją na półkach tuż za książkami autorów na R. – Ponieważ inteligentny młodzieniec nie zareagował, nadal gapiąc się na jej biust, dodała: – Tam, proszę pana, trzeci regał na lewo. – Wskazała ręką, aby rozwiać wszelkie wątpliwości.

Gabriela uśmiechnęła się nieznacznie. Lubiła to miejsce. Delektując się czarnym jak noc, gorzkim espresso, sięgnęła po katalog drukowany w księgarni raz na miesiąc. Podobnie jak właścicielka ksiegarni Gabriela uważała, że taki staroświecki papierowy folder, który można spokojnie przeglądać, popijając kawę, bardzo pasował do tego miejsca. Trzy lata temu w jednym z takich katalogów znalazła się pierwsza z cyklu powieść o weterynarz Julii.

Przeglądając folder, Gabriela wróciła myślami do swojego dylematu. Rozumiała, że znalazła się w patowej sytuacji. Na jednej szali leżała jej duma, niezależność i zawodowe ambicje, a na drugiej zadowolenie czytelniczek i szansa na wydanie kolejnej powieści w renomowanym wydawnictwie. Wiedziała, że cokolwiek zrobi, nie będzie zadowolona. Poza tym do szewskiej pasji doprowadzało ją kwestionowanie jej decyzji. Jako osoba niezdecydowana zawsze bardzo długo analizowała wszystkie za i przeciw, ale gdy już coś postanowiła, rzadko zmieniała plan.

W swoim mężu zakochała się między innymi dlatego, że szanował jej zdanie i nie dziwił się osobliwym nawykom, co dawało Gabrieli poczucie wolności i akceptacji. Cieszyło ją, że nie musi się tłumaczyć z różnych zachowań, nawet jeśli bywały dziwaczne. „Jeśli tak wolisz, niech tak będzie” – mawiał, a ona za każdym razem czuła wdzięczność do losu, że wreszcie spotkała człowieka, który kocha ją taką, jaka jest, bez zbędnych wyjaśnień. W zamian za to starała się odwdzięczać mu tym samym: nie wtrącała się zbytnio do spraw dotyczących rodziny ani nie wypytywała o powody różnych decyzji Marka – jeśli sam o nich nie mówił – choć czasami miała na to wielką ochotę. Szybko dostrzegła jednak, że mąż uznaje swoją czołową pozycję w rodzinie za oczywistość, zwłaszcza jeśli coś dotyczyło jego dzieci lub pracy. Wychodząc za czterdziestosześcioletniego mężczyznę po przejściach, obarczonego rodziną, przypuszczała, że na początku nie będzie jej łatwo, ale dopiero wspólne życie pod jednym dachem pokazało Gabrieli, na co się porwała. Mimo to wciąż próbowała taktownie dopasować się do nowej sytuacji. Wmawiała sobie, że po wielu latach życia w pojedynkę dopiero uczy się trudnej sztuki kompromisów małżeńskich i uparcie trzymała się nadziei, że „jakoś się w końcu ułoży”.

O ile jednak dla swojej nowej rodziny była w stanie poświęcić własne pragnienia i potrzeby, o tyle w kwestiach zawodowych pozostawała do tej pory nieugięta. Tym trudniej było jej zaakceptować nieoczekiwane naciski ze strony wydawcy.

– Macie Balerinę? – Z zamyślenia wyrwał ją pretensjonalny głosik jakiejś nastolatki. – Bo nie mogę znaleźć.

Spojrzała w dół. Przy ladzie utworzyła się kolejka, a na jej początku stała otulona w długi szalik dziewczyna.

– Balerinę? – Sprzedawczyni zdziwiła się nieco. – Obawiam się, że nie mamy tej pozycji. To książka dla młodzieży?

Dziewczyna spojrzała na nią wyniośle i odparła:

– Nie, to lektura do szkoły. Pani wie, Sienkiewicz.

Sprzedawczyni zastygła ze zdziwioną miną, po czym nagle doznała olśnienia. Najuprzejmiej, jak tylko mogła, zapytała:

– A może chodzi o Balladynę Słowackiego? Dramat romantyczny?

– No właśnie, o to mi chodzi. – Niezrażona niczym nastolatka jeszcze wyżej uniosła podbródek. – Gdzie to znajdę?

Sprzedawczyni wskazała jej kierunek, więc dziewczę zniknęło wśród regałów.

„Fantastyczne!” – pomyślała rozbawiona Gabriela.

Wyciągnęła z torebki swój nieodłączny czerwony notes, w którym zapisywała pomysły do kolejnych powieści. Z dołu dobiegł ją kolejny dialog:

– Potrzebuję jakiejś książki o Marilyn Monroe.

Tym razem przy kasie stała paniusia w sztucznym futerku i białych kozaczkach.

– Album czy biografię?

– Eeee… No, nie wiem. Mój narzeczony uwielbia stare filmy i chcę mu kupić na prezent.

– To bardzo miło z pani strony. Mamy duży wybór. Może Blondynka Joyce Carol Oates będzie odpowiednia?

– Czyja blondynka?

– Chodzi o tytuł książki. Woli pani biografię czy album?

– Że co?

Zdesperowana sprzedawczyni wzięła głęboki oddech i spytała wprost:

– Czy to ma być z obrazkami, czy tylko tekst?

– Oczywiście, że z obrazkami! On lubi na nią patrzeć. Tak jak na mnie. Bardzo mu ją przypominam.

 

– Dział albumów jest po prawej stronie w głębi. Moniko! Pomóż pani coś wybrać.

Sztuczne futerko odpłynęło z godnością za drugą sprzedawczynią, a na górze Gabriela o mało nie złamała stalówki, usiłując nie uronić z tej konwersacji ani słowa.

Przeczekała dwóch kolejnych klientów, którzy chcieli zajrzeć do działu reportaży, a potem młodą dziewczynę szukającą tomików wierszy Wisławy Szymborskiej, po czym jak sęp na ofiarę zapatrzyła się na wysokiego, szczupłego mężczyznę. Miał na sobie długi czarny płaszcz, brudne od błota buty, a spod wełnianej czapki wystawały mu nieliczne kępki włosów i nieco dzikie, rozbiegane oczy.

Wyglądał tak obiecująco, że zaintrygowana Gabriela wyobraziła sobie, jak spokojny klient księgarni przeistacza się w nowego Raskolnikowa. Zaczęła się już nawet zastanawiać, czy wybrzuszenie pod jego płaszczem to klasyczna siekiera, czy raczej – bardziej współcześnie – kij bejsbolowy, ale nie zdążyła zatrzymać swojej wizji.

Pan w płaszczu właśnie otwierał usta, by zadać sprzedawczyni pytanie, gdy do lady znów podfrunęła nastolatka od Balladyny. W rękach trzymała dwie książki: grubszą i cieńszą.

– Nie wie pani, czy Dziady i Chłopi to to samo? Bo ta jest strasznie gruba!

Gabriela właśnie upijała łyk kawy, więc omal nie opluła kobiety siedzącej przy stoliku naprzeciw.

„Mój Boże, jak to dobrze, że nie pracuję w szkole! Co to za pokolenie!?” – pomyślała, wycierając usta chusteczką.

Gdy spojrzała w dół, nastolatki już nie było, za to pan w czarnym płaszczu tkwił nadal przy ladzie z grobową miną.

– Słucham pana, w czym mogę pomóc?

– Czy są jakieś książki o martwych ludziach?

– O kim? – W głosie sprzedawczyni zabrzmiało autentyczne zdumienie, choć zapewne niełatwo było ją czymś zadziwić po latach pracy w tym miejscu.

– O martwych ludziach coś chciałem, ze zdjęciami najlepiej.

– Hmm… Przykro mi, ale nie sprzedajemy podręczników do medycyny sądowej.

Pan w płaszczu jeszcze mocniej naciągnął czapkę na czoło i wyszedł bez słowa. W drzwiach minął się z chudym młodzianem, który niemal w biegu dopadł do kasy i spytał zasapany:

– Macie może Turecki w 15 minut?

– Chodzi panu o Turecki. 15 minut dziennie?

– Nie, w piętnaście minut!

– W takim razie nie mamy. I obawiam się, że żadne poważne wydawnictwo nie opublikuje takiej pozycji – wyjaśniła sprzedawczyni uprzejmie.

– Dlaczego?

– Bo nie można się nauczyć języka tak szybko.

– Można – oświadczył młodzian z przekonaniem. – Mam w domu Chiński w 15 minut i korzystam.

– A jak długo się pan już z tego uczy?

– No, trochę… Miesiąc… Pół roku – przyznał.

– Sam pan widzi.

Rozbawiona Gabriela zamknęła notatnik.

„Wiedziałam, że to świetne miejsce, ale żeby aż tak? – pomyślała. – Stąd wszystko doskonale słychać. Wystarczyłoby kilka godzin i miałabym materiał na kolejną książkę. Akcja mogłaby się toczyć w księgarni! Może jakaś tragifarsa by mi z tego wyszła? Albo kryminał. Wszyscy teraz piszą kryminały, więc i ja mogę spróbować. Ten nowy Raskolnikow był bardzo obiecujący”.

Dopiła gorzkie espresso i właśnie w chwili, gdy zamierzała zejść między regały, do środka księgarni weszła jej serdeczna przyjaciółka Maryla z córeczką Hanią. Gabriela szybko zebrała swoje rzeczy, zostawiła na stoliku napiwek dla obsługi i zbiegła po schodkach.

– Gabi! – Przyjaciółka ucieszyła się na jej widok. – Co ty tu robisz?

– O! Cześć, ciociu!

– Ciszej, córciu. To jest księgarnia, a nie plac zabaw.

– Cześć, wróbelku. – Gabriela przytuliła dziewczynkę. – Byłam w wydawnictwie i wstąpiłam, żeby się trochę uspokoić.

– Uspokoić się? Poczekaj, kupię tylko lekturę dla Hani i odprowadzisz mnie na parking. Pogadamy chwilę.

– A my za dwa dni jedziemy nad morze! – oznajmiła radośnie Hania, gdy już znalazły się na ulicy.

– Jak to? O tej porze roku?

– Tak – potwierdziła Maryla. – Mój szalony brat wpadł nagle na pomysł, żeby urządzić naszej mamie huczną imprezę urodzinową na sześćdziesiąte urodziny. A że jest długi weekend majowy, to nie protestowaliśmy. Tylko pogoda taka mało przyjemna.

– Fakt. Zimno jak w marcu. Macie już prezent?

– Właśnie kupiłam. W domu czeka mnie jeszcze pakowanie walizek. Musimy wyjechać wcześniej, bo ktoś musi pomóc mojemu bratu przy tej imprezie.

– Domyślam się – Gabriela uśmiechnęła się ciepło.

Znały się od czasu studiów. Maryla przyjechała do Krakowa za Grześkiem – chłopakiem, który potem został jej mężem, a Gabrielę poznała na jakiejś imprezie. Wieloletnia przyjaźń sprawiła, że rodzinne zwyczaje Maryli nie były dla niej żadną tajemnicą.

– Na długo jedziecie? – spytała.

– Na tydzień, może dłużej. To jednak kawał drogi.

– No dobrze, a szkoła? Przecież dzieciaki nie mają jeszcze wolnego.

– Sytuacja jest awaryjna, więc zabiorą książki i pouczą się u babci. A przy okazji trochę jodu się nawdychają. Krystianowi to dobrze zrobi, bo ostatnio jest jakiś blady.

– A twoja praca?

– Musiałam wziąć urlop. Grzegorz się tylko martwi, jak ten nasz stary grat będzie się sprawował na trasie – westchnęła Maryla. – No i nie wiem, co zrobić ze zwierzętami.

– Jak to? Kuzynka Grześka nie może się nimi zająć jak zwykle?

– Niestety. – Maryla rozłożyła ręce. – Jest teraz w jakiejś delegacji czy na szkoleniu i wraca dopiero w połowie maja. Chyba będę musiała poprosić któregoś sąsiada.

– Sąsiada? Wiesz, że kocham twoje zwierzaki, ale potrafią nieźle dać w kość.

Gabriela lubiła zwariowane zwierzęta Maryli: wielgachnego labradora Lizaka, który na każdego rzucał się z mokrym językiem, kota Alberta – skaczącego znienacka ludziom na plecy oraz histerycznego kanarka Fredzia, który w środku nocy zaczynał śpiewać, a przy każdym karmieniu i sprzątaniu klatki wściekle dziobał po rękach. Nie zbliżała się jedynie do akwarium pełnego małych morskich dziwolągów.

– No właśnie, nie wiem, co zrobić. – Maryla wyglądała na zmartwioną. – Ostatecznie psa możemy zabrać ze sobą, ale co z resztą? Moja bratowa ma alergię na koty, a kanarek i akwarium Grześka i tak muszą zostać.

– A sąsiedzi?

– Właściwie to jedynie do Janusza mam zaufanie, ale już mi przed nim wstyd. Pamiętasz Janusza? Mieszka kilka domów dalej. Pokazywałam ci go raz pod kościołem.

– Nie pamiętam. A dlaczego ci przed nim wstyd?

– Bo ciągle go prosimy o jakieś przysługi… – Maryla urwała. Tknięta pewną myślą, spojrzała na Gabrielę z błyskiem w oku. – Najlepiej by było, gdyby ktoś znajomy mógł pomieszkać u nas przez ten czas. Miałabym pewność, że nikt domu nie okradnie, a zwierzaki są pod dobrą opieką. Ostatnio kupiliśmy nowy telewizor. Strach tak to wszystko zostawić bez stróża.

– Ej, Marylka, chyba nie chcesz mnie zmanipulować? – zaśmiała się Gabriela, bezbłędnie odczytując aluzję przyjaciółki.

– No wiesz? Jestem chodzącą szczerością!

– To co sobie wymyśliłaś?

– Kochana! Wszyscy nasi znajomi pracują albo mają małe dzieci. Tylko ty jesteś dyspozycyjna. Nasze spotkanie to istne zrządzenie losu!

– I pomyślałaś, że wprowadzę się do ciebie na cały tydzień? A co by Marek powiedział? Zwłaszcza teraz, kiedy mamy na głowie remont łazienki. Niemożliwe.

– Remont? Nam też by się przydał. I nowa pralka, i piecyk, bo się psuje. Ale skoro masz zamieszanie w domu, tym bardziej nie jesteś tam potrzebna – przekonywała z zapałem Maryla. – To zajęcie dla faceta.

– A kto wybierze płytki i nową armaturę? Nie mogę puścić Marka samego na zakupy, bo jakieś ohydztwo mi do domu przywiezie.

– Nie wierzysz w gust męża?

– Naiwne pytanie – Gabriela znów się roześmiała. – On wejdzie do pierwszego lepszego sklepu i kupi to, co akurat tam zobaczy, żeby mieć z głowy. A skoro wreszcie mam okazję coś zmienić w tym domu, chcę to zrobić po swojemu.

– Oj, to na zakupy umówicie się w Krakowie! To tylko pół godziny jazdy. Zgódź się, proszę.

– Naprawdę chciałabym pomóc, ale nie wiem, czy to dobry pomysł. Mam zostawić męża na pastwę samotności? – Pod wpływem proszącego spojrzenia przyjaciółki Gabriela broniła się coraz słabiej.

– Też mi samotność! – prychnęła Maryla. – Tłumy klientów w stadninie przez cały dzień, a wieczorem w domu córka, gosposia, od czasu do czasu matka i była teściowa. Aha, i jeszcze synek student wpadający na weekendy, żeby zapełnić plecak przetworami troskliwej pani Lidii. Czasami się zastanawiam, jak ty to wytrzymujesz. Tyle lat mieszkałaś sama w kawalerce.

Gabriela zapatrzyła się na czubki swoich czarnych oficerek.

– No właśnie, coraz gorzej.

W tym momencie Hania znudziła się długą rozmową dorosłych.

– Mamo, zimno!

– Już jedziemy, kochanie. Przepraszam cię Gabi, ale sama widzisz. Zadzwoń do mnie wieczorem, to jeszcze pogadamy.

– Postaram się.

– Ale zastanowisz się nad moją prośbą? – spytała Maryla z nadzieją. – W końcu powieści można pisać wszędzie. A ja nie mam remontu w łazience. Jest bieżąca woda, cisza, spokój… No i specjalnie dla ciebie upiekę ptysie – kusiła z uśmiechem.

– Ptysie? Marylka, to nieuczciwe.

– Tylko troszeczkę – potwierdziła rozbawiona przyjaciółka. – Proszę, zgódź się.

– No dobrze, zajmę się twoimi zwierzakami.

– Naprawdę? – Marylę zdziwiło tak łatwe zwycięstwo. – Jesteś kochana!

– Poczekaj. Chciałam powiedzieć, że zajmę się nimi na odległość.

– Nie rozumiem.

– To przecież tylko czterdzieści kilometrów – stwierdziła Gabriela. – Dasz mi klucze i przez tych kilka dni będę po prostu do was dojeżdżać. Raz dziennie chyba wystarczy nakarmić ten twój zwierzyniec i wyprowadzić na spacer?

– Jasne! – Maryla nie wydawała się zupełnie przekonana, ale mimo to się ucieszyła. – W sumie to całkiem dobry pomysł. Jeśli tylko chce ci się tak codziennie jeździć tam i nazad.

– Tym się nie przejmuj. I tak nie mam ostatnio natchnienia do pracy. Przynajmniej się do czegoś przydam.

– Dzięki, Gabi. Ale coś widzę, że marnie wyglądasz. Remont cię tak dobija?

– Nie, właściwie nie. Miałam nieprzyjemną rozmowę w wydawnictwie. Nie chcą mojej powieści.

– Jak to nie chcą?

– No, to znaczy chcą. Nawet bardzo. Ale żądają poprawek, które wcale mi się nie podobają.

– Pewnie chodzi o tę ostatnią scenę? Mówiłam ci, że ludzie wolą happy endy.

– Właśnie. Jeśli się ugnę, podpiszą ze mną kolejną umowę. A jeśli nie… – Zawahała się.

– Czemu jesteś taką pesymistką, Gabi? Nie poznaję cię. Przecież każde inne wydawnictwo weźmie od ciebie ten tekst z pocałowaniem ręki.

– Ale ja nie chcę innego wydawnictwa. Wiesz, z jakim trudem przyzwyczajam się do nowych ludzi. A oni są uczciwi i terminowi. I profesjonalni. Niech to gęś kopnie!

– Coś widzę, że naprawdę musimy pogadać – mruknęła Maryla. – Zaczynają ci puszczać nerwy i chciałabym wiedzieć dlaczego.

– Nie przejmuj się. Tak sobie marudzę – mruknęła Gabriela.

– No właśnie, ty zwykle nie marudzisz. To mnie martwi. Z nas dwóch to ty zawsze patrzyłaś na świat przez różowe okulary. Musisz mi się koniecznie wyspowiadać. Obiecuję, że jak wrócę od brata, to spokojnie pogadamy. Okej?

– Jasne.

– Wpadniesz jutro do mnie po klucze? Pokażę ci, co i jak z tym karmieniem.

– Dobrze, Marylko. Nie martw się, dam sobie ze wszystkim radę.

– Tego jestem pewna. Tylko nie wiem, co Marek powie na to, że zwaliłam ci na głowę moje zwierzaki.

– A co ma powiedzieć? Na pewno zrozumie.

* * *

Dom Gabrieli stał na samym końcu wsi w odludnym miejscu. Marek odziedziczył te tereny po dziadkach – dość zamożnych rolnikach – i dostosował je do potrzeb szkółki jeździeckiej, której był właścicielem. Należał do niego mały świerkowy las, rozległe pola, łąka i niewielki staw. Przed laty na fundamentach starej chałupy, położonej prawie na szczycie niewielkiego wzgórza, wybudował dom dla siebie i swojej pierwszej żony, Zosi. Oboje byli instruktorami i zawodnikami jeździectwa, a ta szkółka stała się spełnieniem ich marzeń.

Gdy nagle zabrakło Zosi, zdruzgotany Marek oddał rządy w domu i wychowanie dzieci w ręce swojej matki, teściowej oraz gosposi. Sam rzucił się w wir pracy, by zapomnieć o nieszczęściu, które go spotkało. Wyremontował stajnię, w której trzymał dziesięć koni oraz dwa kucyki, zainwestował w reklamę, zatrudnił dodatkowych pracowników i wybudował mały parking. Po kilku latach szkółka nareszcie zaczęła przynosić niewielkie zyski, zwłaszcza w okresie urlopowym.

 

Pewnego dnia w prowizorycznym biurze, mieszczącym się tuż obok stajni, Marek niespodziewanie zobaczył uśmiechniętą filigranową brunetkę. Nie przypuszczał wtedy, że właśnie patrzy na swoją drugą żonę.

Gabrysia wraz z Marylą i jej dzieciakami przyjechała, by zrelaksować się podczas urlopu i nauczyć się jazdy konnej. Tak bardzo zauroczyła Marka, że zwykła znajomość szybko przerodziła się w uczucie. Dla niego to był wielki przełom – wreszcie, po wielu latach samotności, kolejny raz pomyślał o małżeństwie. Towarzyska i wesoła kobieta bez większego trudu przekonała do siebie prawie całą rodzinę Marka. Choć nie od razu zgodziła się za niego wyjść, zwlekając z decyzją, miał pewność, że będą szczęśliwi. Wreszcie czuł się spełniony i często powtarzał nowej małżonce, że teraz niczego mu już nie brakuje.

Nie spędzali ze sobą tak wiele czasu, jak by tego pragnął, ale jako właściciel szkółki musiał wszystkiego dopilnować, mimo że zatrudniał pracowników. Gabrysia również znikała w swoim gabinecie na całe dnie, więc czasem widywali się tylko w wieczorami. Marek nie narzekał. Żona pisarka niezmiennie budziła w nim dumę i ciekawość z powodu artystycznego charakteru jej pracy oraz zupełnie innego sposóbu postrzegania świata i ludzi. On był realistą, ona raczej marzycielką i idealistką. Choć od ich ślubu minął niemal rok, Gabrysia nadal potrafiła go zaskoczyć swoimi reakcjami, więc nigdy się przy niej nie nudził.

Ona także zauroczyła się Markiem. Był pierwszym mężczyzną, który w pełni aprobował jej dziwny styl życia, wyznaczony pasją pisania i w niczym jej nie ograniczał. Szarmancki, zaradny, zrównoważony – szybko zdobył jej serce. W przeciwieństwie do niej miał bardzo realistyczne podejście do życia i być może właśnie dlatego poczuła, że doskonale się uzupełniają. Zmiany, jakie małżeństwo wprowadziło w jej życie, przyjęła na początku z radością, nawet konieczność przeprowadzenia się z miasta na wieś. Sądziła, że to jej pomoże w pisaniu, bo cisza, spokój i bliskość natury zwykle sprzyjały skupieniu. Tymczasem z każdym upływającym miesiącem coraz wyraźniej uświadamiała sobie, że czuje się źle w miejscu, które musiała nazywać swoim domem. Powodów przybywało każdego dnia.

Tego feralnego popołudnia przyczyną jej gniewu po raz kolejny stała się dziurawa droga prowadząca do ich gospodarstwa. Mały miejski samochód Gabrieli pokonywał trasę z wysiłkiem, ponieważ asfaltowa jezdnia kończyła się beztrosko tuż za urzędem gminy. Najgorszy odcinek zaczynał się już na ich własnym terenie. Po minięciu niewielkiego parkingu, który Marek przygotował dla swoich klientów, należało wjechać grząską drogą na wzgórze. Wystarczyło kilka deszczowych dni, by jazda autem bez napędu na cztery koła stawała się prawdziwie karkołomnym zadaniem. Marek już zimą sugerował, że należałoby zmienić samochód Gabrysi na mocniejszy, ale ona nie potrafiła się rozstać ze swoim panieńskim nabytkiem. Wmawiała sobie i mężowi, że nie lubi jeździć dużymi samochodami, a poza tym czuje sentyment do pierwszego w życiu auta, który kupiła po długim okresie oszczędzania. Uważała, że to raczej droga do domu wymaga naprawy. Nie chciała przyznać, że ma już dość ciągłego rezygnowania z własnych przyzwyczajeń i tego, że to właśnie ona musiała tak wiele w swoim życiu zmienić, by być z Markiem.

– A niech to jasna przepiórka trzepnie! – zaklęła po swojemu, uderzając dłonią w kierownicę. – Powinnam raczej kupić helikopter niż nowy samochód! No jedź!

Nacisnęła mocniej pedał gazu. Pojazd niemrawo ruszył do przodu i utknął krzywo w następnej koleinie.

Chciała jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju i przemyśleć wydarzenia całego dnia, ale pojazd ślizgał się po drodze, a koła wciąż grzęzły w rozmiękłej ziemi. Kątem oka zauważyła spóźnionych jeźdźców, którzy kłusowali obok drewnianego ogrodzenia oddzielającego podjazd od terenu dla koni. Ponieważ szarość na niebie zaczynała się zamieniać w półmrok, pomyślała, że to musi już być ostatnia grupa klientów Marka. Kilka osób obróciło się w jej kierunku i z ciekawością przyglądało się zmaganiom samochodu z grzęzawiskiem.

– Świetnie, pośmiejcie się trochę, bo jest z czego! – syknęła Gabriela przez zęby, uśmiechając się jednocześnie, by nie dać nic po sobie poznać. – Udręczona kobieta za kierownicą to doskonały powód do żartów!

Była senna, głodna i marzyła o prysznicu. Dokładnie w momencie, gdy przemknęło jej to przez głowę, przypomniała sobie, że remont łazienki potrwa jeszcze co najmniej kilka dni.

„Cudownie! Jeśli nie podłączyli ciepłej wody, pozostanie mi kąpiel w miednicy albo w kuchennym zlewie” – pomyślała niezadowolona.

– No rusz się! – sapnęła na głos, usiłując wyjechać z koleiny. – Nie mam już do ciebie siły.

Wrzuciła wsteczny bieg, ale koła tylko zabuksowały, pryskając błotem. Mrucząc coś pod nosem, szarpnęła za drążek skrzyni biegów i wcisnęła pedał gazu niemal do podłogi.

Silnik zawył. Gdy auto gwałtownym zrywem ruszyło do przodu, przed maską mignąła nagle jakaś niewyraźna postać. Spanikowana Gabriela z całej siły wcisnęła hamulec. Samochód wpadł w poślizg, obrócił się tyłem do przodu i łagodnie zsunął się do niewielkiego rowu po lewej stronie drogi.

Wygrzebanie się z przechylonego pojazdu zabrało Gabrieli dłuższą chwilę. Dopiero gdy stanęła na drodze, niemal po kostki w błocie, uświadomiła sobie, jak mocno bije jej serce.

– Co to było, do cholery? – Wzburzona rozejrzała się wokół, ale nikogo nie zauważyła, choć przysięgłaby, że drogę zajechała jej jakaś dziwna kobieta na koniu.

Mignęła jej przed oczyma tylko przez ułamek sekundy, ale Gabriela była pewna, że ta niewyraźna postać miała na głowie staroświecki damski cylinder z błękitną woalką powiewającą na wietrze. Na dodatek jechała w damskim siodle, a Marek nigdy nie miał na wyposażeniu tak niecodziennego i kosztownego sprzętu.

– No ładnie! – szepnęła oszołomiona, pocierając dłonią stłuczoną głowę. – Z głodu mam chyba przewidzenia. – Ze skruchą uświadomiła sobie, że od śniadania nic nie jadła, bo nie miała okazji. Spojrzała na oświetlony dom widoczny na wzgórzu.

„Marek znowu będzie marudził o samochodzie” – westchnęła w duchu i poczłapała przed siebie na piechotę.

Nim dotarła na podwórko, błotnista maź oblepiała ją już niemal do kolan. Ponieważ miała nadzieję, że jakimś cudem uniknie tego wieczoru rozmowy o aucie pozostawionym w rowie, musiała doprowadzić się szybko do porządku. Przemknęła więc cicho pod lampą oświetlającą ganek.

Przez uchylone kuchenne okno dobiegł ją szmer rozmowy. Z postukiwania talerzy Gabriela wywnioskowała, że gosposia przygotowuje kolację, było więc oczywiste, że Lidia znów zamierzała zostać u nich na noc, choć mieszkała zaledwie trzy kilometry dalej.

„Pewnie od samego rana będzie wisieć nad głowami robotników. Może to dobrze – pomyślała. – Ja nie mam na to siły. Muszę tylko porozmawiać z Markiem o tej wannie. Trzeba ją kupić czym prędzej, żeby nam robotnicy nie uciekli do innego klienta”.

Weszła cicho do domu, brudne buty zostawiła obok wycieraczki na werandzie i niezauważona przez nikogo na palcach wspięła się na piętro, żeby się przebrać.

Gdy położyła dłoń na klamce, niespodziewanie usłyszała głos Marka dobiegający z pokoju:

– Nie. Uważam, że to zły pomysł… Wiem, że miałaby blisko do liceum i że zawsze troskliwie się nią zajmujecie, ale dom Marysi jest tutaj. – Marek najwyraźniej rozmawiał z kimś przez telefon. – Nie przekonacie mnie. Ona ma dopiero szesnaście lat i nie widzę powodu, żeby się wyprowadzała z domu… Wiem, że jestem często zajęty, ale jest tu Lidzia i Gabrysia, więc niech mi mama nie wmawia, że… Przepraszam, ale nie rozmawiamy teraz o Gabrysi, tylko o mamy wnuczce. Gdybym chciał, żeby Marysia mieszkała bliżej szkoły, umieściłbym ją u swoich rodziców. Oni też mają doskonałe warunki mieszkaniowe… I co z tego, że jest remont?

Gabriela cofnęła rękę, ale nie ruszyła się z miejsca. Domyśliła się, że Marek rozmawia ze swoją pierwszą teściową i nie chciała podsłuchiwać, ale gdy padło jej imię, mimowolnie zastygła w bezruchu.

– Jakie gorsze warunki nauki? Marysia chyba wyjaśniła, że łazienkę skończą za parę dni, więc… Nie planujemy generalnego remontu domu… A po co nam więcej miejsca? – Marek milczał przez chwilę, po czym cicho się roześmiał. – Kolejne dziecko? Nie, oczywiście, że dziecka też nie planujemy. Wystarczy mi kłopotów z tą dwójką, którą już mam…