Dworek pod LipamiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


[…] Nad białą kartką czają się do skoku

litery, które mogą ułożyć się źle,

zdania osaczające,

przed którymi nie będzie ratunku […]

W. Szymborska, Radość pisania

ROZDZIAŁ I

MORDERSTWO NIEDOSKONAŁE


Skrzyżowanie było zupełnie puste. Mimo że zaczęło już świtać, miasto wciąż jeszcze spało. Po mokrej ulicy wiatr popychał kolorowe, jesienne liście, które opadły z drzew gdzieś w niedalekim parku. W beznamiętnym tańcu unosił je do góry, okręcał wokół sygnalizatora mrugającego raz czerwonym, a raz zielonym okiem, po czym jak znudzony kochanek rzucał je prosto w kałuże przy krawężniku.

Senną ciszę ulicy przerwał nagle kobiecy śmiech odbijający się echem od murów kamienic. Julia wybiegła z bramy na chodnik, ciągnąc za rękę zaspanego męża.

– Pospiesz się, już późno! – rzuciła.

Ignorując przepisy, szybko przebiegli na drugą stronę dwupasmowej jezdni, gdzie na parkingu stał ich samochód. Mężczyzna otworzył drzwiczki starego forda, niedbale rzucił na siedzenie małą podróżną torbę, po czym odwrócił się do żony.

– To wszystko twoja wina – mruknął, przyciągając ją do siebie. – Nie trzeba było zakładać wczoraj tej czarnej bielizny. Wiedziałaś, że muszę wstać dzisiaj przed piątą.

– Chciałam powiedzieć ci coś ważnego, ale nie zdążyłam. – Droczyła się z nim.

– Powiedz teraz.

– Tutaj? Na ulicy? Nic z tego, kochany. Musisz poczekać do wieczora – zaśmiała się, rozbawiona jego miną. – Dzisiaj też przygotuję odświętną kolację.

– Ach, te twoje niespodzianki! – sapnął jej prosto do ucha, z rozkoszą wdychając zapach perfum, wciąż ukryty w jasnych włosach. – Wykończysz mnie. Jak mam się w tych warunkach skupić na pracy?

– Poradzisz sobie jakoś. – Przekornie cmoknęła go w nieogolony policzek, choć wyraźnie szukał jej ust. – Jedź, bo oboje się spóźnimy. Poza tym, jeśli sąsiadka nas zobaczy, będzie plotkować przez kolejny miesiąc.

– No tak, racja. A jakie masz plany na dziś? – Ryszard przelotnie zerknął w okna swojej kamienicy, próbując jednocześnie ochłonąć.

– Jadę do schroniska zaszczepić szczeniaki. Całe tabuny malutkich, mięciutkich, ślicznych pieseczków. – Uśmiechnęła się tak promiennie, że mężczyznę aż przeniknął dreszcz. – Hej, co pan robi z tymi rękami? – przekomarzała się, wyplątując się z jego objęć.

– A może byśmy tak…

– Daj spokój, musisz już jechać. Ale wróć na kolację. Będę tęskniła – szepnęła i wreszcie pozwoliła mu się pocałować. – Pa, kochany.

Ryszard bardzo niechętnie się z nią rozstał. Od wczoraj żona nie przestawała go zadziwiać, bo już dawno nie widział jej tak radosnej i szczęśliwej. Miał ochotę natychmiast wrócić z nią na górę do mieszkania i nie wychodzić z łóżka przez cały dzień.

Przez chwilę przyglądał się, jak Julia idzie po chodniku, żwawo stukając obcasami butów. Wiatr rozwiewał jej złote loki i szarpał niedopiętym płaszczem. Wyglądała przepięknie, taka wyrwana z ciepłej sypialni: z nieuczesanymi włosami, w długim prochowcu zarzuconym na nocną koszulkę i w czerwonych szpilkach. W kuchni czekała na nią gorąca kawa, której nie zdążyła wypić.

„Jest zimno – pomyślał zaniepokojony, gdy zatrzymała się na przejściu dla pieszych w oczekiwaniu na zielone światło. – Żeby się tylko nie przeziębiła”.

Latarnie właśnie zgasły. Niebo powoli nabierało pomarańczowej barwy wschodzącego słońca, a z kamienic zaczęli wychodzić ludzie spieszący się do pracy.

Ryszard wsiadł do samochodu. Powinien już dawno ruszyć, ale wciąż nie mógł oderwać wzroku od żony. On również miał dla niej niespodziankę. Nie jechał tego dnia do pracy. Wziął wolne, bo zamierzał spotkać się z człowiekiem, od którego chciał kupić dom na wsi – dom, o jakim Julia marzyła od lat. Uśmiechnął się na myśl o jej reakcji, gdy wieczorem wyzna jej prawdę.

Odwróciła się, jakby wyczuła jego wzrok oraz myśli. Pomachała mu, a potem przesłała pocałunek. Opuścił szybę, by też do niej pomachać, a wtedy zauważył, że lewą dłoń położyła na brzuchu, w jakiś dziwny, troskliwy sposób przytrzymując poły niedopiętego płaszcza. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, na co patrzy. Znał ten czuły gest, wiedział, co on zwykle oznacza.

– To niemożliwe! – szepnął uradowany. – Chciała mi powiedzieć, że jest… że będziemy mieli…?

Światło zmieniło się na zielone, więc Julia weszła na pasy. W tym samym momencie w oddali rozległ się warkot silnika. Wielki czarny motocykl pojawił się nagle nie wiadomo skąd.

Uszczęśliwiony niespodziewanym odkryciem Ryszard poczuł raptem, że w twarz uderza go lodowaty powiew wiatru. W jednej chwili serce zamarło mu w piersi.

Jakaś potężna moc wyssała nagle z niego całe powietrze, całą krew, siłę i życie. Przez ułamek sekundy, trwający wieczność, nie miał żadnej władzy nad swoim ciałem – nie oddychał, nie ruszał się, nic nie czuł. Mógł tylko patrzeć przed siebie, jakby oglądał nierealny film w zwolnionym tempie.

Po ulicy z ogłuszającym zgrzytem prześlizgnęła się potężna czarna maszyna, ciągnąc za sobą snopy iskier. Koziołkujący tuż za nią człowiek w kasku zatrzymał się dopiero na betonowej latarni.

Kilka metrów wcześniej drobna kobieca sylwetka, która lekko i z gracją wykonała w powietrzu niesamowity piruet, łagodnie opadła na ulicę, jak porzucony liść, którym bawił się wiatr.

Gdy ciało kobiety z cichym plaśnięciem dotknęło mokrej jezdni, oddech gwałtownie powrócił do zdrętwiałego ciała Ryszarda. Zadziałała adrenalina.

Biegł, nie wiedząc, że biegnie. Opadłszy ciężko na kolana przy leżącej na jezdni Julii, brutalnie odepchnął kogoś, kto również się nad nią pochylał. Chciał się tylko upewnić, że to, co przed chwilą zobaczył, było przewidzeniem, a groteskowo niekształtna postać leżąca bez ruchu z rozrzuconymi rękoma nie była prawdziwą kobietą. Nie była jego Julią. Nie mogła być!

Jeszcze przed chwilą machała do niego, dając nadzieję na największe szczęście, jakie mógł sobie wyobrazić. Jej promienne oczy obiecywały, że od tej chwili już nie będą sami, we dwójkę. A teraz…

„Niemożliwe. Niemożliwe! TO NIEMOŻLIWEEE!!!” – coś w jego głowie wrzeszczało jak opętane.

Przez kurczowo zaciśnięte szczęki Ryszarda nie wydobywał się jednak nawet cichy jęk. Skostniały z przerażenia powoli uniósł ciężką jak ołów rękę. Sztywnym ruchem niezdarnie odgarnął pukiel jasnych włosów zasłaniający twarz kobiety. Zadrżał.

Błękitne oczy patrzyły wprost na niego. Były puste. Nieruchome, obce, bez śladu życia…

„Nie wierzę! To się nie wydarzyło naprawdę!” – huczało mu w głowie.

Cudownie czułe, ciepłe ciało, które jeszcze pół godziny temu obejmował w sypialni, wyglądało teraz jak porzucona przez dziecko zepsuta lalka – nieruchoma kukiełka bez duszy. Tylko z rozchylonych ust wypływała strużka czerwonej krwi, plamiąc kołnierz jasnego prochowca.

Wiatr bawiący się włosami Julii litościwie pogładził również twarz skamieniałego mężczyzny – nieogoloną, białą jak kreda, z rozszerzonymi oczyma, którymi patrzył na tę dziwną, cichą postać leżącą przed nim na ulicy.

Wokół zaczęli się gromadzić ludzie, ktoś krzyczał do telefonu, podając nazwę ulicy, ktoś inny usiłował podnieść Ryszarda z kolan. W oddali rozległo się wycie syreny karetki pogotowia.

Słońce wychyliło się zza chmur, oświetlając swym blaskiem powiększające się zbiegowisko. Miasto jak co dzień budziło się do życia.

KONIEC

– Koniec? Jak to koniec? – wysapała tęga kobieta wciśnięta w skórzany fotel za biurkiem.

W rękach trzymała zadrukowaną stronę, u dołu której wyraźnie dużymi literami napisane było słowo „KONIEC”. Starannie ułożony stos podobnych kartek leżał tuż przed nią na blacie.

– Dopiero trzeci tom cyklu, a ona zabija główną bohaterkę?! Ci pisarze mnie kiedyś wykończą! Są kompletnie oderwani od rzeczywistości.

Zdenerwowana chwyciła za telefon, wcisnęła guzik i warknęła do słuchawki:

– Natychmiast połącz mnie ze Strzelecką!… Jak to z jaką? Z Gabrielą Strzelecką, autorką naszego bestsellera o weterynarz Julii… Nie, nie poszukam numeru w smartfonie, bo padła mi bateria. Na pewno jest gdzieś zapisany w dokumentach… A skąd mam wiedzieć? Mariola, w końcu to ty prowadzisz sekretariat w tym cholernym wydawnictwie!… Co z tego, że była przeprowadzka? To poszukaj w komputerze, wszystko mi jedno!… Przecież jestem spokojna, jestem niesłychanie spokojna!… Dobrze, zaparz mi tych cholernych ziółek, ale najpierw znajdź mi jej numer! – sapnęła, rozłączając się. – Co za czasy! Jak tu pracować z tymi młodymi?! Królestwo za profesjonalistów!

* * *

Choć wąski pokoik wygospodarowany specjalnie dla Gabrieli na strychu jednopiętrowego domu nie zasługiwał w pełni na miano gabinetu, lubiła w nim pracować. W samotności i z dala od domowego rozgardiaszu łatwiej mogła się skupić na opisywaniu losów swoich bohaterek. Przywiozła tu ze swojego mieszkania stare biureczko i wygodny fotel, a mąż zamontował jej półki, na których ustawiła kolekcję ulubionych książek. Puchaty dywan oraz okno, przez które rozpościerał się piękny widok na ogród i starą lipę, dopełniały całości.

 

Mimo że dom jej męża był duży i wygodny, tylko w gabinecie czuła się naprawdę swobodnie. Mogła rozrzucać gdzie chciała pogryzione długopisy, przyklejać na ścianach karteluszki z notatkami bez obawy, że ktoś je uprzątnie, a także wypróbowywać na głos dialogi swoich bohaterów, nie obawiając się śmieszności.

Codziennie rano wspinała się po wąskich drewnianych schodach z filiżanką kawy w ręce i na parę godzin pozwalała wyobraźni przejąć kontrolę nad swoim życiem. Czasem pracowała wieczorami, ale to zdarzało się zdecydowanie rzadziej, bo najlepsze pomysły przychodziły jej do głowy rankiem, zaraz po przebudzeniu.

Marek żartował czasem, że to podświadomość Gabrysi tworzy te wszystkie opowieści, a nie ona sama. W głębi ducha przyznawała mężowi rację – kluczowe dla powieści sceny zwykle po prostu widywała w swoich snach, a potem musiała nad nimi tylko popracować. Coraz częściej zdarzało się jej także śnić na jawie. Zamyślała się wtedy tak bardzo, że nie słyszała, co się do niej mówi. Między innymi z tego powodu porzuciła swój wyuczony zawód pielęgniarki i od kilku lat zajmowała się wyłącznie pisaniem książek. Uważała to za jedyne odpowiedzialne wyjście z sytuacji.

Swoją nową pracę traktowała jednak z równie dużym szacunkiem, nie pozwalając sobie na lenistwo. Gdy natchnienie nie przychodziło zbyt długo, czytała książki popularnonaukowe, wertowała czasopisma, przeszukiwała Internet i robiła masę notatek, gromadząc na zapas potrzebne informacje. Sama narzuciła sobie tę surową dyscyplinę, bo wiedziała, że liczy na nią nie tylko wydawnictwo, lecz również rzesza czytelników, którzy tak niespodziewanie pokochali bohaterki jej książek. Nie mogła sobie zatem pozwolić na bezczynność.

Wcześniej czy później przychodziło jednak znużenie. Gabriela nie lubiła tych „pustych tygodni”, podczas których nie była w stanie napisać nawet jednego sensownego rozdziału. Irytowała ją taka strata czasu, lecz doświadczenie nauczyło ją, że walka z tym zmęczeniem twórczym nie miała sensu. Jedyne, co mogła wtedy zrobić, to zamknąć gabinet na jakiś czas i zająć się zwykłymi sprawami dnia codziennego.

Ponieważ nigdy nie działała połowicznie, już po tygodniu takiej przerwy dom lśnił czystością, pachniał pastą do mebli, świeżymi firankami i szarlotką. Wyprasowane na sztywno koszule Marka zapełniały szafy po brzegi, a lodówka i zamrażarka pękały w szwach.

Czasem jednak porządki domowe okazywały się nieskuteczną metodą pokonania frustracji, zwłaszcza gdy wszystko, co Gabriela robiła, spotykało się z krytycznymi uwagami gosposi – pani Lidii. Wtedy Gabriela uciekała z domu do miasta na długie zakupy. Wracała zwykle z bagażnikiem samochodu wypchanym aż po sam czubek, a potem padała na kanapę zmęczona, ale uszczęśliwiona swoimi zdobyczami. Przy takich okazjach nie odmawiała sobie drobnych przyjemności i oprócz prezentów dla domowników przywoziła sterty książek oraz kolejne filiżanki do swojej kolekcji. W odróżnieniu bowiem od wielu innych kobiet Gabriela zamiast nowych torebek czy butów nałogowo kupowała porcelanę.

Wychowana w czasach siermiężnego PRL-u, gdy po zwykłe szklanki trzeba było godzinami stać w długich kolejkach, traktowała porcelanę jak symbol elegancji i luksusu. To, o czym dawniej mogła tylko pomarzyć, czytając jako nastolatka opisy przyjęć w historycznych książkach, w dorosłym życiu znalazło się nagle w zasięgu jej możliwości. Być może dlatego nigdy nie umiała się opanować na widok pięknie zdobionej, delikatnej porcelany – serwisów, figurek, a szczególnie filiżanek – i kupowała bez namysłu, czując przyjemność płynącą z samego patrzenia na swoje zdobycze.

Gdy rok temu przeprowadzała się do domu męża, podjęła jednak próbę zwalczenia tego przyzwyczajenia. Umyślnie wzięła ze sobą tylko jeden zabytkowy serwis, całą resztę kolekcji bez żalu rozdając przyjaciołom i sąsiadom. Nie minęło jednak sześć miesięcy, a kuchenny kredens i szafki zamieniły się w przeładowany towarem magazyn filiżanek. Na szczęście nietypowe kolekcjonerstwo żony zupełnie nie przeszkadzało Markowi.

Zupełnie inne zdanie na ten temat miała Lidia – dobiegająca siedemdziesiątki gosposia, która od lat dbała o dom i osierocone przez matkę dzieci Marka z pierwszego małżeństwa. Lidia uważała, że sterty książek upychane po kątach oraz bezużyteczna porcelana, zawalająca jej kuchenne szafki, „tylko niepotrzebnie zbierają kurz”.

Gabriela początkowo usiłowała w taktowny sposób wpłynąć na zachowanie Lidii, która zdawała się nie rozumieć, że sytuacja w domu uległa poważnej zmianie, od czasu gdy Marek powtórnie się ożenił. Jednak po kilku nieudanych próbach rozmowy po prostu się poddała. Choć czuła się z tym coraz gorzej, nie chciała wywoływać konfliktów ani urazić osoby, która przez wiele lat była prawdziwą podporą dla Marka i jego dwójki dzieci. Jednocześnie złościła się na samą siebie za brak asertywności, z czym nigdy wcześniej nie miała kłopotu.

Z różnym skutkiem próbowała się jednak przystosować do zasad panujących w domu męża, a czasami potrafiła nawet czerpać z tego układu korzyści. Mogła na przykład poświęcić się twórczości bez strachu, że kiedyś przez roztargnienie spali domostwo, usiłując jednocześnie gotować obiad i podążać myślami w ślad za bohaterką. Praca twórcza odbierała bowiem Gabrieli trzeźwość umysłu, czasem bez ostrzeżenia wciągając w świat bohaterek. Choć próbowała sobie tłumaczyć, że jej nowe życie z Markiem i jego rodziną wymaga kompromisów z jej strony, w sercu nosiła jednak coraz głębszy żal do męża, że nie dostrzegał, co ją gnębi i w żaden sposób nie wspierał jej w budowaniu odpowiednich relacji z domownikami: z Lidią, jego dziećmi oraz ich dziadkami, którzy również często gościli w ich domu. Zamiast powiedzieć mu o tym w szczerej rozmowie, milczała, czekając na jakiś cud i coraz częściej zaszywała się na całe dnie w swoim gabinecie, by nad kartkami powieści zapomnieć o kłopotach osobistych.

Jej nastrój wpływał jednak na zawodowe decyzje. Choć nikomu o tym nie wspominała, miała już dość swojej ostatniej bohaterki – szczęśliwej i pogodnej pani weterynarz Julii, której wszystko się w życiu udawało. Niespodziewanie zamarzyła się Gabrieli książka zupełnie niepodobna do jej wcześniejszych powieści. Gdy tylko oddała do wydawnictwa wydruk ostatniego tomu o Julii, poczuła ulgę i postanowiła bez zwłoki znaleźć nową, zupełnie inną bohaterkę, która znacznie bardziej ją zaciekawi i oderwie od codzienności.

Poszukiwania szły jednak opornie. Minął już prawie miesiąc, a Gabriela wciąż nie miała dobrego pomysłu, co tylko wzmagało jej frustrację i odbierało wiarę we własne zdolności. By zmusić wyobraźnię do pracy, postanowiła w końcu stworzyć dla nowej bohaterki jakiś niezwykły, odległy od współczesnego świat. Szukając inspiracji, sięgnęła po mitologię słowiańską, którą zakupiła jakiś czas temu, bo przyszło jej do głowy, że ten legendarny, nieco magiczny świat jest wystarczająco inny od rzeczywistości, by ją zaciekawić. I nie pomyliła się. Gdy tylko skończyła czytać tę książkę, w nocy przyśnił się jej gęsty, złowieszczy las, a w nim samotna kobieta ubrana w staroświecki strój, która zatrzymała się nad brzegiem zimnego strumienia.

Rano Gabriela pobiegła na górę do gabinetu, nie zjadłszy śniadania. Nie chciała tracić nawet chwili, by tajemnicza kobieca postać nie uleciała jej z pamięci. Otworzyła w laptopie nowy plik dokumentu i po krótkim zastanowieniu na samej górze napisała słowo „Kapłanka”.

– To dobry trop – mruknęła do siebie. – Na razie jako tytuł roboczy, a potem się zobaczy. A zatem kapłanka… Dziewczyna oddana na służbę słowiańskim bóstwom… Ile ma lat?

Długą chwilę przyglądała się tytułowi, usiłując dopasować do niego obraz kobiety ze snu. Nic się jednak nie działo. Palce zawieszone w bezruchu nad klawiaturą bezczynnie czekały na impuls, który nie przychodził.

Gabriela westchnęła. Zniecierpliwiona wyjęła z szuflady jeden z wielu leżących tam jednorazowych długopisów i powoli, marszcząc czoło, zaczęła obgryzać jego końcówkę. To dziwne przyzwyczajenie wyniosła jeszcze ze szkoły, gdzie zawsze robiła to podczas klasówek, co pomagało jej w koncentracji. Tym razem jednak nie przyniosło to efektu. Po kilkunastu minutach bezczynności z irytacją wrzuciła długopis do kosza, po czym otuliła się szczelniej puchatym szlafrokiem.

„Ależ tu zimno! A przecież już wiosna” – pomyślała, czując na twarzy powiew rześkiego powietrza, które wpadało do środka gabinetu przez uchylone okno.

Bębniąc palcami po blacie biurka, zapatrzyła się na ogród. Tuż za oknem rosła stara lipa, którą Marek przyciął w zeszłym roku tak, aby nie przesłaniała światła w gabinecie. Gabriela zawsze wyczuwała dobrą aurę, jaką roztaczało to drzewo i lubiła na nie spoglądać, gdy rozmyślała o fabule swoich powieści. Niestety tego ranka nawet ten widok jej nie uspokoił.

Ogarnął ją nagle dziwny nastrój rozdrażnienia, jakby podświadomie czuła, że zdarzy się wkrótce coś niedobrego. Choć nie chciała się do tego przyznać, właśnie to przeczucie nie pozwalało jej skupić się na pracy.

Łyknęła zimnej kawy i wystukała na klawiaturze pierwsze zdanie: Stara kapłanka stała niezdecydowana nad brzegiem…

– Nie, to bez sensu! – mruknęła, kasując zapis.

Zaczęła jeszcze raz: Stara kapłanka zatrzymała się nagle niezdecydowana nad brzegiem rwącego kamienistego strumienia.

– O matko! A więcej epitetów w jednym zdaniu się nie da? – rzuciła samokrytycznie. – Może lepiej tak: Stara kapłanka przystanęła z wahaniem nad brzegiem rwącego strumienia.

Przesuwający się po monitorze kursor zatrzymał się na dłuższą chwilę.

„No dobrze, niech tak zostanie – pomyślała niezadowolona. – Jakoś przecież muszę zacząć. A więc strumień… Właściwie potok. Dość szeroki, by stanowił przeszkodę, a jednocześnie nie był rzeką. Zimna woda gładko prześlizguje się po kamieniach, szumi… A kobieta? Co z nią? – zastanawiała się, usiłując rozruszać uśpioną wyobraźnię. – Kim jest? Jak wygląda? Ubranie musi podkreślać jej funkcję, musi ją charakteryzować. Chwileczkę, a jaka to właściwie jest pora roku? Czy w dawnych wiekach klimat był taki jak współcześnie, czy zimniejszy?… Trzeba to sprawdzić”.

Kliknęła w ikonkę Internetu, ale w tym samym momencie gdzieś z dołu dobiegł ją potężny rumor. Drgnęła przestraszona.

– A niech to kuropatwa zadepcze! – zaklęła i ze złością odgarnęła z twarzy opadające na oczy pasma nieuczesanych włosów.

Przez chwilę walczyła z nimi nerwowo, ale przypomniała sobie o spince w kieszeni szlafroka, więc szybko upięła ciemne kosmyki w coś na kształt luźnego koka.

Niespodziewany hałas z dołu i walenie w rury nie zdziwiły jej. Już od trzech dni w łazience naprawiano poważną awarię, co utrudniało życie wszystkim domownikom. Tego ranka robotnicy przyszli jednak wcześniej niż zwykle, dlatego zaskoczona Gabriela nie zdążyła nawet wziąć prysznica, nim odcięli ciepłą wodę. Uzyskawszy od nich obietnicę, że: „za jakie dwie godzinki wszystko będzie w porządeczku”, uciekła do gabinetu tak, jak stała: w szlafroku i w kapciach.

– Dam radę się skupić! – mruknęła zdesperowana, patrząc na laptop jak na wroga przed bitwą. – Choćby się waliło i paliło.

Szybko wpisała w wyszukiwarce odpowiednią frazę i zaczęła przeglądać wyniki. W tym momencie przez kolejny huk na parterze przedarł się sygnał telefonu, a chwilę później do gabinetu zastukała Lidia.

– Niech Gabrysia odbierze, to z wydawnictwa. Pewnie coś ważnego. – Siwa starsza pani podała jej słuchawkę i stanęła wyczekująco obok biurka.

– Dziękuję, pani Lidziu – Gabriela postarała się nadać głosowi uprzejme brzmienie. – Czy może pani zejść i sprawdzić, co się dzieje w łazience? Hydraulicy obiecali, że dziś skończą z tą rurą i będzie można pomyśleć o reszcie remontu.

– Ale Gabrysia naiwna. – Lidia uśmiechnęła się zadowolona nie wiadomo z czego. – Dziś skończą? Już pół łazienki rozwalili i zimną wodę też nam odcięli. Kranu na razie nie mamy, tylko wielgachną dziurę w ścianie, ale ja żem się przygotowała. Mam w kuchni spory zapas wody w garnkach, więc nie ma co panikować. Gabrysia może sobie spokojnie pisać, ja się wszystkim zajmę. Zostanę dziś do wieczora, żeby po nich posprzątać, bo nakurzyli, że hej!

Gabriela zdenerwowana tym, że ktoś z wydawnictwa czeka na nią po drugiej stronie słuchawki, podsunęła na brzeg biurka filiżankę z resztką zimnej kawy.

– W takim razie pani Lidziu, proszę to zabrać. Za chwilę zejdę na śniadanie, to zaparzę sobie herbaty.

Lidia poruszyła się niespokojnie na myśl o posprzątanej kuchni, którą uważała za swoje królestwo.

– To ja zaraz coś przyszykuję – rzuciła i już jej nie było.

Gabriela odczekała, aż drzwi się zamknęły.

 

– Słucham, Strzelecka przy telefonie.

– Witam serdecznie, pani Gabrielo. Mówi Magdalena Wolicka. Właśnie skończyłam czytać pani ostatni tekst o naszej ulubionej weterynarz.

– Coś jest z nim nie tak?

– Nie, skądże. Ale mam olbrzymią prośbę. Czy mogłaby pani zajrzeć do nas w najbliższych dniach? Mam kilka pytań do tekstu i chcę to przedyskutować, zanim zaczniemy korektę. Przepraszam, że fatyguję, ale to nie jest sprawa na telefon, choć bardzo pilna.

Gabriela się zdziwiła. Do tej pory zdarzało się jej osobiście dyskutować z korektorkami swoich tekstów, ale nie z naczelną redaktorką. Pomyślała, że musiało się zdarzyć coś ważnego, skoro pani Wolicka zapraszała ją na spotkanie w tak ekspresowym tempie.

– Oczywiście – odparła uprzejmie. – Postaram się wpaść do wydawnictwa jeszcze dzisiaj.

– To cudownie! Będę bardzo zobowiązana. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia – mruknęła Gabriela, choć połączenie zostało już przerwane. – Zdaje się, że wiem, o co chodzi. Pewnie nie spodobało się im zamordowanie Julii. Jeszcze tylko tego mi dzisiaj brakowało – westchnęła przy akompaniamencie metalicznego hałasu z parteru.

* * *

– Przyszła Gabriela Strzelecka.

– Tak szybko? – Tęga kobieta w gustownym bordowym kostiumie podniosła wzrok znad sterty papierów rozłożonych na szerokim biurku.

Jej pokój dosłownie zawalały dokumenty i maszynopisy, które w nierównych stosach leżały na podłodze pod każdą ścianą.

– Mam ją zaprowadzić do sali konferencyjnej?

– A jak myślisz, dziewczyno? Chcesz ją zaprosić do tego bałaganu po przeprowadzce?

– No tak. Zrobić kawy?

– Mariola, zadajesz dziś zdumiewające pytania. Co się ostatnio z wami dzieje, ludzie? Biomet macie niekorzystny czy co, do licha?! A może znowu się zakochałaś?

– Nooo…

Wolicka zerwała się z fotela i machnęła ręką.

– Nie chcę nic wiedzieć! Twoje życie prywatne jest bardziej zawiłe od przepisów podatkowych. Jesteś moją chrześnicą, ale naucz się wreszcie, że tutaj się pracuje. Zaprowadź gościa na piętro i spytaj, czego się napije. A po drodze powiedz temu nowemu stażyście, żeby zaczekał na mnie na korytarzu.

– Tomkowi? – Mariola się rozpromieniła. – Oczywiście. A po co?

– Potrzebna mi obecność kogoś trzeciego, a dziś zostaliście mi tylko wy. Niestety – stwierdziła Wolicka z przekąsem. – Zresztą może się czegoś przy okazji nauczy, bo jest kompletnie zielony i do niczego się nie nadaje.

– Naprawdę? Przecież to taki fajny chłopak.

– Doprawdy? – Wolicka spojrzała na dziewczynę podejrzliwie. – To przez niego jesteś taka rozproszona?

– Ja?

– Nie mam do ciebie siły, idź już. I postaraj się nie zakochać po drodze – mruknęła redaktorka.

Wzięła z biurka gruby plik kartek, poprawiła włosy i zapięła guzik od żakietu. Przed drzwiami sali konferencyjnej poinstruowała jeszcze młodego chłopaka, który już na nią czekał:

– Słuchaj i ucz się, żebyś więcej nie popełniał takich gaf jak w zeszłym tygodniu. Aha, i przede wszystkim nie odzywaj się.

– Tak jest, pani redaktor.

– Przejrzałeś tekst, który przyniosła ci rano Mariola?

– Bardzo pobieżnie, ale zdążyłem się zorientować w temacie. Kurs szybkiego czytania nie poszedł na marne. – Chłopak wypiął dumnie chuderlawą pierś.

– Powiedzmy…

Gdy weszli do środka, Gabriela wysyłała właśnie esemesa.

– Witam serdecznie, pani Gabrielo. To jest Tomek, nasz stażysta – wyjaśniła Wolicka. – Czy jego obecność nie będzie pani przeszkadzała?

– Dzień dobry. Oczywiście, że nie – Gabriela pospiesznie schowała smartfon. – Przepraszam, musiałam napisać do męża. Nie wiedział, że wybrałam się do Krakowa.

– Jestem bardzo wdzięczna, że przyjechała pani tak szybko.

– Na szczęście nie mam daleko z tej mojej wsi. W jakiej sprawie się spotykamy?

Wolicka poruszyła się nerwowo na krześle.

– Przeczytałam tekst pani powieści. – Położyła dłoń na lekko sfatygowanych kartkach, które przyniosła ze sobą. – Gratuluję, jest równie ciekawy jak poprzednie. Losy Julii cieszą się wielkim zainteresowaniem naszych czytelniczek, więc jestem pewna, że i ten tom sprzeda się znakomicie.

– Dziękuję. Niedawno dostałam raport ze sprzedaży i rzeczywiście sytuacja wygląda obiecująco.

– Tak… No cóż, planujemy kolejne działania promocyjne w związku z cyklem o Julii. Tym właśnie zajmuje się Tomek. W najbliższym czasie prześlemy pani konkretne projekty. Sytuacja na rynku wciąż się pogarsza, więc musimy szukać nowych dróg promocji. Reklama i spotkania autorskie to teraz za mało. Moi współpracownicy przedstawili mi ostatnio ciekawy pomysł połączenia naszej akcji z działaniami zaprzyjaźnionej fundacji broniącej praw zwierząt. Mamy w planach kilka tytułów nawiązujących do tego tematu, a trzecia część przygód Julii doskonale wpisuje się w tę koncepcję. Chodzi mi o wątek z okaleczeniem psa i z końmi przeznaczonymi na ubój, które Julia uratowała.

– To rzeczywiście świetny pomysł – pochwaliła Gabriela. – Cieszę się, gdy moje książki wywierają jakiś wpływ na rzeczywistość, nawet jeśli to są drobnostki. Na przykład moja pasierbica Marysia przeszła ostatnio na wegetarianizm i powiedziała, że to dzięki Julii. – Uśmiechnęła się, by rozluźnić napiętą atmosferę.

– O właśnie! – podchwyciła Wolicka. – Jak widać, postać Julii inspiruje ludzi. To bardzo ważne.

Gabriela upiła łyk herbaty i spokojnie czekała na dalszy ciąg przemowy. Była pewna, że Wolicka wcale nie chciała z nią rozmawiać o planie promocji.

– Zatem tekst się pani spodobał – zagadnęła, usiłując naprowadzić rozmowę na właściwe tory.

– Tak, oczywiście, tylko…

– Tylko?

– No cóż. Nie będę ukrywać, że jestem rozczarowana zakończeniem serii na trzecim tomie. Wiele sobie obiecywaliśmy po tej bohaterce.

– Umowa zobowiązywała mnie do napisania trzech części. Nie ukrywam, że pracuję właśnie nad kolejną powieścią, ale chcę, żeby to była zupełnie inna książka.

– Wspaniale. Nowym tytułem również będziemy zainteresowani. Nie zmienia to jednak faktu, że po cichu liczyliśmy na kolejne tomy przygód Julii. Przecież pani wie, że zainwestowaliśmy sporo pieniędzy, aby wypromować tę serię. Przy kolejnych częściach moglibyśmy już odcinać kupony od naszej ciężkiej pracy, ale… uśmiercenie głównej postaci niestety wszystko kończy. To wielce niekorzystne. – Wolicka westchnęła.

Siedzący sztywno młodzieniec nagle się ożywił.

– To jak zabicie kury znoszącej złote jajka! – Wypalił. – Taką literaturę śniadaniową czytają głównie żony i matki. Zabicie kobiety w ciąży na pewno się im nie spodoba.

Wolicka aż podskoczyła na krześle. Szybkim ruchem obróciła się do swojego pracownika i wbiła w niego piorunujący wzrok. Chłopak speszył się tylko trochę.

– Chciałem powiedzieć, że kobiety wolą szczęśliwe zakończenia, więc…

– Nasz niedoświadczony pracownik chciał tylko zauważyć, że bylibyśmy niezmiernie wdzięczni, gdyby zechciała pani jeszcze raz przemyśleć koncepcję finału – przerwała mu.

Gabriela poczuła, że rośnie jej ciśnienie, a na twarz wychodzą rumieńce. Zawsze gdy starała się ukryć zdenerwowanie, czerwone plamy na policzkach zdradzały jej prawdziwie myśli.

– Pani Magdaleno, nie wiem, czy pani pamięta, ale już przed rokiem mówiłam, że chciałabym napisać wreszcie coś innego. Zajmuję się Julią od kilku lat i czuję, że stoję w miejscu. Specjalnie dla czytelniczek wymyśliłam tak dramatyczne zakończenie, jak tylko mogłam, by dostarczyć im odpowiedniej dawki emocji na finał.

– Rozumiem pani intencje. Oczywiście nie można zadowolić wszystkich, ale czytelniczki kochają pani książki za ich optymizm – Wolicka wpadła w ciepły, przyjacielski ton. – Nikt nie lubi czytać o śmierci ulubionego bohatera. Mam podstawy przypuszczać, że sprzedaż spadnie po pierwszych recenzjach blogerek, a ja muszę działać w interesie wydawnictwa. Jeśli naprawdę nie chce pani kontynuować tej serii, to może mogłaby pani wymyślić coś mniej drastycznego niż śmierć.

– Bo dla nas najważniejsza jest sprzedaż. – Tomek nie wytrzymał.

Irytowało go, że szefowa tak się patyczkuje z autorką zwykłych babskich czytadełek. Tym razem to Gabriela spojrzała na niego wściekłym wzrokiem, a redaktorka, zgrzytając zębami, syknęła:

– Tomaszu, jak widzę, niczego się nie nauczyłeś. Bądź tak uprzejmy i zanieś ten tekst Marioli. – Z rozmachem podała mu plik papierów. – Natychmiast! I poczekaj tam na mnie. Musimy omówić pewne procedury, których najwyraźniej jeszcze nie poznałeś.