Zostań ile chceszTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojemu synowi Remigiuszowi za słowa:

„Przemek, kiedy ożenisz się z moją mamą?”.

Mojej córeczce LiliAnnie za pojawienie się

w najwłaściwszym życiowym momencie.

Bez Was nigdy nie wypowiedziałabym słów:

„Zostań, ile chcesz”.

Oraz… mojemu drugiemu i ostatniemu

mężowi, który pachnie jak tata Madzi.

CZĘŚĆ PIERWSZA

A gdy się zejdą, raz i drugi,

Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach,

bardzo się męczą, męczą przez czas długi,

co zrobić, co zrobić z tą miłością?


Agnieszka Osiecka

ONA


Krzyczałam głośno i entuzjastycznie, motywując moją grupę do jeszcze większego wysiłku. Szał endorfin unoszący się w przestronnym, jasnym pomieszczeniu mieszał się z kroplami potu zmaterializowanymi w okolicy mojego czoła i nie tylko.

– Nie ma słabych ciał, są słabe charaktery – powiedziałam, patrząc w oczy pulchnej dziewczyny, która dawała z siebie dwieście procent. Była bardziej mokra niż ja, co zakrawało o miano niemożliwego, a jednak. – Fitness to nie jest walka o ciało… – kontynuowałam – …chociaż na początku może ci się tak wydawać. Przychodzisz tu i myślisz, że jak zgubisz parę kilogramów, to twoje życie się zmieni. Odrę cię ze złudzeń już na dzień dobry. Kaloryfer na brzuchu nie znaczy nic, jeśli twoja dusza płacze. Zrób porządek w głowie, a ciało pójdzie za nią. Kiedy ćwiczysz, nawet nie wiesz, że zyskujesz siłę za pomocą tego. – Dotknęłam palcem wskazującym czoła.

Grupa spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

– Tak! Dokładnie tak! Twoje ciało zrobi tylko to, na co zezwolisz mu w swojej głowie. To tam mieszka twój największy przeciwnik. Nie porównuj się do sąsiada z maty obok. Każdy z nas jest inny.

Skończyłam swój wywód, wyciskając ostatnią z serii pompek. Opadłam na matę, ciężko dysząc. Godzina minęła w mgnieniu oka. W tej pracy czas nigdy się nie dłużył. Zamknęłam oczy, wzdychając z ulgą. Jeszcze godzinę temu tak bardzo chciało mi się płakać, ale teraz nie miałam już na to siły. Może dlatego tak bardzo kochałam bycie trenerem? Na sali znajdowało się kilkadziesiąt osób, które w tym momencie leżały na brzuchu. Nikt nie miał nawet siły ruszyć dużym palcem w bucie. Nikt oprócz mnie. „Jak ja lubię ten moment” – pomyślałam, wstając i nie ściągając z twarzy maski uśmiechu, ruszyłam w kierunku grającego sprzętu. Po chwili wszyscy usłyszeli niosący się z głośników głos dziewczyny, którą błogosławiłam za śpiewanie słów mojej modlitwy. Natalia Grosiak, pisząc tekst i muzykę do tego utworu, musiała czuć to, co ja. Tego byłam pewna.

Panie losie, daj mi kogoś, kto nie zmąci wody w mym stawie.

Kogoś, kto nie pryśnie jak zły sen,

gdy ryb w mym stawie zabraknie.

Gdzie znajdę takiego pięknie dobrego?

Gdzie znajdę takiego pięknie dobrego?

Daj chłopaka,

nie wariata, daj

nie palacza,

nie biedaka, daj

nie pijaka,

nie Polaka, daj

nie brzydala.

Prześlij mi chłopaka.

Nie wariata, daj

nie cwaniaka,

nie pajaca, daj

nie pijaka,

nie Polaka, daj

nie biedaka.

Prześlij mi.

– Głęboki wdech – powiedziałam, wznosząc ramiona.

Przez ten jeden moment mogłam czuć się panią sytuacji. Nieważne, że moje życie przypominało rozbitą przypadkowo cukierniczkę, z której wysypało się coś, co tylko na pozór było słodkie. A miało być tak pięknie…

– Ściągamy ramiona, prostujemy plecy. Splatamy dłonie – klepałam po raz milionowy to samo. – Jeszcze raz głęboki wdech i wydech. Zaokrąglamy grzbiet i chowamy głowę między ramionami. Ponownie wdech i wydech, wdech i wydech, wdech i wydech. Dziękuję bardzo i wielkie brawa dla was!

Oklaski brzmiały jeszcze przez kilkadziesiąt sekund. Nie słyszałam ich. W zamian za to zatopiłam się w słowach piosenki, którą zwykle włączałam na zakończenie treningu.

Panie losie, daj mi kogoś, kto nie zerwie róż w mym ogrodzie.

Kogoś, kto nie zeżre jabłek wszystkich i ucieknie za morze…

Końcówkę piosenki uwielbiałam najbardziej. Nie wiem dlaczego, przecież nie uważałam się za desperatkę. Wręcz przeciwnie, ja nie chciałam związku. To znaczy chciałam, ale nie teraz. Może trochę później, jak się pozbieram i ogarnę z bałaganem, który w sobie nosiłam. Tylko kiedy ja się miałam ogarniać, jak ciągle byłam w pracy i… ciągle byłam głodna. Ech, ta piramida Maslowa. Moje życie oscylowało wokół dwóch pierwszych pięter. Potrzeby fizjologiczne i potrzeby bezpieczeństwa. Na nic innego nie miałam czasu.

Prześlij mi chłopaka.

Daj Polaka,

tak, chcę wariata,

chcę pijaka,

tak, daj siłacza,

daj brzydala,

tak, daj Polaka.

Prześlij mi chłopaka,

takiego chłopaka…

Wiem, że z fizjologicznego punktu widzenia nie istnieje coś takiego jak kąt oka, lecz u mnie akurat istniało i pracowało na wzmożonych obrotach. Właśnie tym kątem oka zauważyłam zbliżającego się do mnie osobnika płci męskiej.

– Oto jestem – rzekł przystojny, dobrze zbudowany brunet.

– To znaczy? – zapytałam zdziwiona.

Usłyszawszy moje pytanie, zmieszał się i mogłabym przysiąc, że rumieniec na jego policzkach nie był wywołany odbytym przed chwilą treningiem. Czyżbym uraziła jego męską dumę?

– No… nie zerwę róż w tym ogrodzie, mogę je co najwyżej dla ciebie kupić. Jabłek też nie zeżrę, wolę mięso.

„Całe szczęście” – pomyślałam, nie rozchylając ust. Cisza, która zapanowała na sali, stopniowo odbierała nieznajomemu pewność siebie.

– Jestem pięknie dobry, nie wariat, nie palacz, silny jestem – kontynuował swoją prezentację, napinając wzorowo wyrzeźbione mięśnie klatki piersiowej.

„Ciekawe, czy nie pryśniesz, gdy ryb w mym stawie zabraknie” – przemknęło mi przez głowę. Nadal milczałam.

– To jak?

– Co jak?

– Spotkasz się ze mną w piątek wieczorem?

Otarłam pot z czoła i zawiesiłam ręcznik na szyi. Pan był miły, ładny i namawiał mnie na spotkanie już od dłuższego czasu, lecz… jakiś taki mało przekonujący był. Intuicja podpowiadała mi, że chleba z tej mąki nie będzie. Postanowiłam jej posłuchać.

– W piątek pracuję. – Spojrzałam wymownie na grafik wiszący na ścianie fitness clubu GymFit.

Przestępował z nogi na nogę, co chwila popijając wybełtany z mlekiem proszek mający na celu przyspieszenie regeneracji i budowy masy mięśniowej.

– To może w sobotę?

– W sobotę również pracuję. – Tym razem wskazałam palcem na grafik.

Mężczyzna ruszył w jego kierunku, co uznałam za swój prywatny mały sukces.

– Widzę, że w sobotę masz tylko rowery i pilates. Kończysz o dwunastej. To może po zajęciach zechciałabyś zjeść ze mną obiad? Na pewno będziesz głodna.

Już miałam wejść do szatni, kiedy brunet wreszcie zaczął gadać z sensem. Po całym tygodniu pracy perspektywa gotowania spędzała mi sen z powiek. Właściwie w ogóle nie gotowałam, bo po pierwsze nie miałam garnków ani patelni, po drugie nie miałam czasu na zrobienie sensownych zakupów, a po trzecie nie miałam dla kogo gotować. Całe szczęście, że moja sześcioletnia córeczka najadała się w przedszkolu. Wystarczyło raz w tygodniu kupić hurtową ilość jogurtów i jakoś dawałyśmy radę.

– OK – zgodziłam się w mgnieniu oka.

Brunet w jednej chwili odzyskał pewność siebie. Odniosłam wrażenie, że w obliczu szczęścia, które niewątpliwie zaczęło mu sprzyjać, zrobił krok w przód i wyciągnął ramiona w moim kierunku. Wycofałam się gwałtownie. „O nie, co to to nie – pomyślałam. – Obiad chętnie zjem, może nawet i seks zaliczymy, ale przytulanie? Chyba oszalał. Nie ma mowy o miłości, mój drogi”. Spojrzałam na niego spod przysłowiowego byka, a on położył uszy po sobie i tyle było z jego niedawno odzyskanej pewności siebie.

Umówiliśmy się na sobotę, na trzynastą. Nie mogłam się doczekać. Posiłku, oczywiście, bo przecież nie spotkania. Z tego wszystkiego nawet nie zapytałam go o imię. Trudno. Najważniejsze, że miałam w perspektywie darmowe jedzenie.

***

Moje dni były do siebie do złudzenia podobne. Odkąd zdecydowałam się wychowywać Polę sama, zmuszona byłam drobiazgowo wszystko planować i przewidywać. Nie było czasu na spontaniczność. Rano praca, po południu praca, wieczorem praca, a w nocy ogarnianie domowych obowiązków i… praca. Tak, dokładnie tak – praca zawładnęła nawet moimi snami. Potrafiłam całą noc odliczać w podświadomości liczbę przysiadów, pompek, brzuszków, bezgłośnie wypowiadać słowa: „wdech”, „wydech”, „dasz radę” czy „jeszcze tylko trochę”. Sobie też to ciągle powtarzałam, tyle że bardziej świadomie, a nie jako oklepany slogan. Nic przecież nie trwa wiecznie, wszystko, co mam swój początek, musi mieć też koniec. To prawda stara jak świat i nie potrzeba doktoratu, aby ją sobie przyswoić.

 

Marek mnie zostawił. A może to ja zostawiłam jego? No nie wiem… Chyba jednak bardziej on mnie. Nie mogłam mieć do niego o to pretensji. Jak to się mówi? Widziały gały, co brały? No tak… widziały, i to bardzo dobrze, tyle że jak brały, to na gałach klapki miały. Miłość bywa ślepa. Ojciec Poli zapewniał, że mnie kocha i że jestem dla niego najważniejsza. I z pewnością tak było do momentu, w którym na horyzoncie pojawiali się koledzy. Wtedy to oni byli najważniejsi. Marek był dobrym człowiekiem, ale miał jedną, zasadniczą wadę – co innego przeżywał, a co innego opowiadał. Nie mogłam znieść tego rozdwojenia jaźni, dlatego nauczyłam się liczyć na siebie.

Latem budzik dzwonił bladym świtem, zimą dzwonił w środku nocy. Dokładnie tak określiłabym godzinę piątą, chcąc wpasować ją w kalendarium pór roku. Zwlekałam się od razu, nie przestawiając go na kolejne drzemki. Na taki luksus nie mogłam sobie pozwolić. Wystarczyło, że wypadł jeden trybik z dobrze funkcjonującej maszyny i wszystko się sypało.

– Polciu, wstawaj, kochanie. – Całowałam córeczkę po rękach, nogach, policzkach, włosach. – No już, pobudka. Musimy wstawać.

Każdego ranka moje dziecko budziła miłość matki, która musiała mu wystarczyć za oboje rodziców. Pocałunki działały na Polę wręcz magicznie. Momentalnie otwierała oczy, zarzucała mi na szyję małe ramionka i była gotowa przeżyć kolejny dzień naszego życia, nie tracąc entuzjazmu. Nigdy nie marudziła, że jej się nie chce, ani też nigdy nie miała tak zwanych fochów, często przypisywanych dzieciom w jej wieku. Byłam jej za to niezmiernie wdzięczna.

Wynajmowałyśmy mieszkanko liczące niespełna trzydzieści metrów kwadratowych. Lubiłam sobie wyobrażać, że mieszkamy w domku jednorodzinnym. Schody prowadzące do znajdującej się pod sufitem antresoli, służącej nam za sypialnię, były niezwykłe przydatne w pielęgnowaniu mojego wyobrażenia. Byłam taka dumna ze swojej zaradności. Znalazłam to mieszkanie w ciągu jednego dnia, zaraz po tym, jak po powrocie z basenu (krótko przed północą), gdzie prowadziłam aqua aerobik, zastałam Marka kompletnie pijanego, otoczonego barwnym wianuszkiem różnego rodzaju puszek po piwie. Obok stała płacząca Pola, próbująca nakłonić ojca do podania butelki mleka. Nie mogłam tak żyć i nie chciałam. Los niekiedy nie pozostawia nam wyboru. Ten widok uświadomił mi, że z Markiem…

Jedyny problem w tej sytuacji polegał na tym, że ja tego drania naprawdę kochałam. To było najgorsze. Kochałam go na przekór sobie, w sposób, na który nikt nie miał wpływu… Do czasu… Moje ciało obezwładnił wstrząs, gdy zobaczyłam, jak zasikana i zapłakana Pola okładała swojego ojca plastikowym bąkiem, wypowiadając piskliwie: „Tatuś, mlećko!”. Miłość do Marka w tym właśnie momencie zastąpiło uczucie złości, a złość stała się prowodyrem zmian.

Już trzy dni później mieszkałyśmy przy Mazowieckiej. Kuchnia połączona z pokojem, z którego schody wiodły do usytuowanej pod sufitem „sypialni”, oscarowo odgrywała rolę domku jednorodzinnego, upiększanego przez moje marzenia. Ja naprawdę przy wejściu do klatki schodowej widziałam przepiękne białe filary… Na razie wyobraźnia musiała mi wystarczyć.

– Ubieraj kapciuszki, Polciu, bo mamusia spóźni się do pracy – mitygowałam córkę.

Kwadrans przed siódmą byłyśmy już w przedszkolu. Odstrzelona w wysokie szpilki, nienagannie wyprasowaną sukienkę, otulającą szczelnie moje szczupłe ciało, gotowa byłam do podbijania świata. Roznoszący się w przedszkolu zapach Dolce Vita miał informować otoczenie o tym, że jestem samowystarczalną kobietą sukcesu.

– Będziesz po podwieczorku? – zapytała Pola.

– Tak jak zawsze, kochanie. Wychodzę z urzędu o piętnastej trzydzieści. Będę po ciebie zaraz po podwieczorku. Obiecuję. – Położyłam dłoń na piersi, by nadać swoim słowom powagi.

Twarz Poli rozjaśnił uśmiech. Przytulała do siebie maskotkę podarowaną pewnego dnia przez szanownego tatusia, który po tygodniowej libacji przypomniał sobie o istnieniu córki.

– Tylko nie spóźnij się, bo pani Grażynka się wkurzy – upomniała mnie.

Chwilami czułam się, jakbym to ja była córką swojego własnego dziecka.

– Nie mogę się spóźnić. Na siedemnastą mam zajęcia w GymFit. Dzisiaj piątek, pamiętasz? – Pomogłam córce zapiąć rzep od kapci.

„Powinnam już kupić nowe. Tylko kiedy, skoro ciągle jestem w pracy? – pomyślałam. – O, wiem. Namówię tego, no… jak on miał na imię? Nieważne. Niech będzie «Obiadek». Namówię «Obiadka» na wycieczkę do Koszalina. Tam nikt nas nie będzie widział, a przynajmniej taką mam nadzieję. Zjemy obiad i przy okazji skoczę do sklepu obuwniczego kupić Poli kapcie”.

Mając w głowie cały plan następnych przynajmniej trzydziestu godzin, przytulałam córkę, wdychając zachłannie zapach jej białych, kręconych i miękkich jak jedwab włosków. Dzięki temu dziecku trzymałam się na nogach i miałam siłę wstawać z łóżka po to, by zmierzyć się z każdym kolejnym dniem. Odprowadziłam wzrokiem moje piętnaście kilogramów miłości i uśmiechając się pod nosem, odwróciłam się na pięcie, by podążyć w kierunku wyjścia. Niepostrzeżenie ktoś stanął mi na drodze. Zderzyliśmy się, co sprawiło, że mój biust bezwstydnie otarł się o napięte mięśnie męskiej klatki piersiowej.

– Proszę, proszę, czy mnie oczy nie mylą? Pani od fitnessu? No, no… – Zachwycał się, nie wypuszczając mnie z ramion. – Muszę przyznać, że w stroju niesłużbowym wygląda pani… – Zamyślił się odrobinę zbyt długo, czego nie omieszkałam natychmiast wykorzystać.

– To jest właśnie mój strój służbowy – rzuciłam, chyba trochę nerwowo, czyniąc krok w tył po to, by odkleić swój biust od „Obiadka”, który właśnie prężył się przede mną.

– W takich szpilkach prowadzisz zajęcia?

– Pracuję w urzędzie miasta, trenerem jestem po godzinach. Jak już pewnie zauważyłeś, wychowuję córkę, więc muszę zarabiać.

– Kobieta orkiestra – raczej stwierdził, niż zapytał.

To określenie nawet mi się spodobało. Lubiłam, gdy postrzegano mnie jako wszechstronną i samowystarczalną.

– Można tak powiedzieć. Przepraszam cię, ale muszę już iść, bo zaraz spóźnię się do pracy. Ale… – Przystanęłam na chwilę. – …co ty tu robisz?

– Ja?

– No ty, ty. Widzisz tu kogoś jeszcze? – Rozłożyłam ręce, przewracając oczyma.

Czyżby „Obiadek” był żonaty? Musiał być, skoro spotkałam go właśnie w przedszkolu. Na pewno przyprowadził dziecko. O nie! Jak jest żonaty, to zmienia postać rzeczy – nici z obiadu w Koszalinie. Nie miałam czasu na pogrążanie się w emocjonalnych problemach gościa, którego żona nie rozumie.

– Odprowadziłem syna. Właśnie kończy się mój tydzień. Dziś po południu matka go zabiera i mam wolny weekend. To znaczy zajęty, bo… bo chyba spędzę go z tobą, prawda? Nasz jutrzejszy obiad aktualny?

Odetchnęłam z ulgą. Ufff… Obiad uratowany. Najem się! Wzniosłam oczy ku górze, dziękując Bogu za ten „chleb powszedni”.

– Oczywiście, jak najbardziej. Moja córka idzie jutro do swojego taty. Możesz przyjechać po pilatesie, tak jak się umawialiśmy.

– Przyjadę wcześniej na rowery.

– Na pilates też? – odparłam zalotnie.

Uznałam, że muszę się trochę postarać, aby poziom testosteronu mojego rozmówcy wskoczył na wyższy level. Chyba zadziałało, bo znów się naprężył.

– O nie, nie. Pilates to nie moja bajka.

– Dlaczego? Zwiększa elastyczność ciała, podnosi jego świadomość. Można potem, no, wiesz… – Mrugnęłam do niego, podkreślając dwuznaczność sytuacji.

Na moich oczach „Obiadek” zagotował się z podniecenia.

– Zastanowię się – odpowiedział, czerwieniąc się po same uszy.

Jeden zero dla mnie. Wiedziałam, że należy podgrzewać atmosferę i zachowywać się obiecująco, jednocześnie niczego nie obiecując. Mężczyźni to uwielbiali. Wyglądało na to, że sporo wiedziałam o flirtowaniu, chociaż… wcale nie oznaczało to, że znam się na mężczyznach.

– OK, żartowałam tylko. – Ponownie puściłam oczko.

Mężczyzna odetchnął z ulgą. Gdybym była normalna, pewnie zrobiłoby mi się go żal, ale ja nie byłam normalna. Byłam kosmicznie poturbowana przez Marka, a – jak wiadomo – każdy następny facet cierpi za błędy poprzednika. Tak więc wcale „Obiadka” żal mi nie było.

– Po zajęciach będę potrzebowała około pół godzinki.

– Czyli dwunasta trzydzieści? – upewnił się.

– Czyli dwunasta trzydzieści – powtórzyłam, zarzucając na bok swoje gęste blond włosy.

Nie było mężczyzny, który by się za mną nie obejrzał. Piękna, młoda, samowystarczalna. Moje ciało nie było pokryte skórą, lecz niewidzialnym magnesem, do którego płeć przeciwna lgnęła niczym pszczoły do miodu. A ja nie potrzebowałam niczego oprócz chwili zapomnienia. W głębi duszy pragnęłam pełnej oddania miłości i kogoś, komu mogłabym zaufać, lecz… poczucie lęku przed porażką było silniejsze. Byłam pełna sprzeczności. Z jednej strony marzyłam o uczuciu, a z drugiej – nie dawałam sobie zgody na to, by komuś zaufać. Było miło, dopóki „Obiadki” były tylko obiadkami. Czasami nawet przeciągały się do kolacji. Nigdy nie pozwalałam, aby trwały do śniadania. Żadnych męskich szczoteczek w moim domu ani aranżowanych akcji w celu poznania mojej córki. Pola była święta i nietykalna. Nie przedstawiałam jej nikomu. Broń Boże, żadnych wujków zmieniających się z miesiąca na miesiąc. Chyba spaliłabym się ze wstydu przed własnym dzieckiem, gdybym miała na jej oczach opłakiwać kolejnego pseudotatusia. Randka – tak, obiad – owszem, kolacja – może być, seks – dlaczego nie, ale śniadanie? Nie ma mowy. Fajnie było, późno się skończyło i każdy idzie do siebie.

Uśmiechnęłam się zachęcająco, obdarowując mężczyznę ostatnim tego dnia wyuczonym ciepłym spojrzeniem i ruszyłam w kierunku wyjścia. Jeszcze chwila, a spóźniłabym się do urzędu.

– Alicja! – Usłyszałam swoje imię.

Odwróciłam się, odgarniając z czoła kosmyk włosów.

– Będę czekał.

Ponownie uśmiechnęłam się serdecznie. Próbowałam być dla niego miła. Okruchy normalności chciały przedrzeć się przez maskę ochronną, przywdzianą z powodu lęku przed zranieniem.

– Jak ci na imię? – zapytałam, trochę wbrew sobie. Tak naprawdę niekoniecznie byłam ciekawa.

– Cezary.

– Ładne imię. Do zobaczenia jutro, Cezary.

– Pa.

ON


Czerwień wina, wypełniająca dużą lampkę, z minuty na minutę stawała się coraz bardziej blada. Tak jak moja codzienność. Żadnego harmonogramu. No bo po co harmonogram, skoro nie miałem żadnych obowiązków, no, może z wyjątkiem jednego – musiałem chodzić do pracy. Praca była jedynym stałym punktem mojego życia i gdyby nie to, że dzięki niej zarabiałem na rachunki i doskonałej jakości wino, które lubiłem, dałbym sobie z nią spokój.

Gapiłem się w laptop, przeglądając po raz setny tę samą stronę w internecie. Co jakiś czas zerkałem w telewizor, by sprawdzić, czy właśnie przed chwilą nie zmieniło się coś w snookerze, którego rozgrywki oglądałem pasjami. Relaksowała mnie ta królewska gra w bilard. Podziwiałem umiejętność planowania ruchów graczy. Precyzja i strategia… Taaak, właśnie tego zabrakło w moim życiu.

Sięgnąłem po telefon. Mirek odebrał po drugim sygnale.

– No cześć, Mirullek. Co tam, chłopie? – Siliłem się na radosny ton.

– Cześć, Maciej. Wszystko gra.

– Co robisz? Może wpadnę? Przywiozę jakieś żarcie od chińczyka? Albo możemy wyskoczyć gdzieś w miasto?

– Nie dzisiaj. Kaśka się źle czuje. Wiesz, ta bliźniacza ciąża trochę jej dowala. Muszę być na podorędziu. – Przyjaciel ściszył głos. – Raz chce pomarańcze, raz kotlety. Zwariować można.

Wymieniliśmy jeszcze kilka zdawkowych uprzejmości, po czym się pożegnałem. Mirek obiecał zadzwonić, a ja wiedziałem, że nie powinienem na ten telefon czekać.

Później zatelefonowałem do Piotrka, też nie miał czasu. Aneta po raz kolejny robiła przemeblowanie i ciągnęła go na zakupy do Berlina. Jakby u nas, w Szczecinie, sklepów nie było.

– Wiesz, jakie są baby. Jak się odezwę, będę miał problem… – próbował się tłumaczyć Piotr.

Już nigdy nie miałem zamiaru dowiadywać się, jakie są baby. Obok mnie nie było aktualnie żadnej.

Wybrałem numer Dominika, chociaż wiedziałem, że nie mam co liczyć na spotkanie, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie poprosi kumpla z Niemiec, aby przyjechał napić się piwa w Szczecinie tylko dlatego, że ma kiepski nastrój.

 

– Nie mam czasu się po dupie podrapać. – Usłyszałem, zanim zdążyłem wydusić, co mi leży na wątrobie. – Ty wiesz, ile roboty jest przy małym dziecku? Rita ciągle narzeka na karmienie piersią. Mała pogryzła jej cycki. A idź ty z taką robotą! Zwariować można. Ile ja bym dał, żeby się zimnego browarka napić. – Przyjaciel wyraźnie się rozmarzył. – Nie ma szans, nie ma szans, nie ma, i tyle!

Wiedziałem, że Dominik wymachuje rękami. Nie musiałem go widzieć, aby móc to sobie wyobrazić. Wziąłem głęboki wdech, aby wbić się między jedno a drugie słowo kumpla, lecz niestety nie dał mi na to szansy.

– Babę sobie znajdź, stary, zaraz ci czas wypełni i od razu będziesz wiedział, co robić. – Usłyszałem dobrą radę.

– Wiesz, po tym, co powiedziałeś wcześniej, to jakoś nie brzmisz przekonująco.

– Oj tam, oj tam. Nie ma nic ważniejszego od rodziny.

– Nie zapominaj, że już jedną miałem – rzuciłem z rezygnacją, chcąc uciąć rozmowę.

W słuchawce nastała cisza. Mógłbym teraz spróbować się zwierzyć, ale jakoś chęci mi odeszły.

– Przepraszam, Maciek. Czasami zapominam o tym, co cię spotkało. Ale wiesz… – Dominik nigdy nie wygłaszał górnolotnych mów i nie spodziewałem się, że z jego ust padnie teraz coś wartego zapamiętania. – Nie uważasz, że już pora przestać myśleć o Marcie?

– Ja o niej nie myślę, stary. Przestań o niej gadać! – Broniłem się, nie zauważając, że mówię coraz głośniej.

– OK, dobra, nie myślisz. Nie wydzieraj się, ja tak tylko chciałem coś poradzić.

– Wiesz co, Wiśnia? W dupę sobie te swoje rady wsadź. Idź gotować kapustę lepiej.

– Kapustę? A po co?

– Żeby żonie na cycki przykładać. Przy laktacji to pomaga.

Nastała cisza. Dominik Wiśniewski, Wiśnia, Wisien, potrzebował chwili, aby przyswoić sobie zasłyszaną informację.

– Ty, a skąd ty to wiesz? – wypalił, zdumiony.

– Nie trzeba mieć żony w połogu, żeby wiedzieć takie rzeczy, matole. Cześć.

Wisien coś tam jeszcze krzyczał, ale przerwałem połączenie. Rzuciłem z całej siły kieliszkiem o podłogę. Dźwięk rozbijanego szkła przyniósł mi chwilową ulgę, która potem zmieniła się we wściekłość z powodu konieczności sprzątania. Zawsze coś, zawsze coś, zawsze, kurna, coś! Za złość zawsze trzeba płacić pokorą. Człowiek w nerwach robi różne głupie rzeczy, a potem jak ten dureń musi paść na kolana i sprzątać. Całe szczęście, że tym razem wyżyłem się na kieliszku, a nie na żywej istocie. Kieliszka nie trzeba było przepraszać. Czerwone plamy powstałe na ścianie, można zamalować i wszystko będzie jak wcześniej. Z żywą istotą nie poszłoby mi tak łatwo. Dziś już to wiedziałem, tyle że co mi po tej wiedzy, skoro byłem sam? Wiedza przydatna jest tylko wtedy, kiedy można ją wykorzystać. Schowana w kieszeni złudzeń jest niczym ciepły płaszcz w środku upalnego lata – potrzebna jak dziura w moście.

Nalałem sobie wino do nowej lampki, odpaliłem YouTube i włączyłem sobie hymn swojej nicości. Po chwili słowa Andrzeja Mogielnickiego pisały w mym wnętrzu usprawiedliwienie dla tego, co czułem.

Nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę ci dam.

Nic gorszego na świecie nie przytrafia się nam.

Nie wierz nigdy kobiecie, nie ustępuj na krok,

Bo przepadłeś z kretesem, nim zrozumiesz swój błąd.

Ledwo nim dobrze pojmiesz swój błąd, już po tobie…

Gość stworzył ten tekst w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku. Miałem wtedy sześć lat i dziwiłem się, kiedy ojciec słuchał tej piosenki po kłótni z matką. Moja matka była przecież idealna, jak można było jej nie wierzyć? „Może od osiemdziesiątego drugiego zaczną przychodzić na świat kobiety, którym warto będzie zaufać? – zastanawiał się głośno mój staruszek. – W każdym razie twoja matka przesłania Mogielnickiego nie zrozumiała i raczej nigdy nie zrozumie. Także pamiętaj, synek, żonę to ty sobie weź taką, co to w osiemdziesiątym drugim się urodziła albo później”. Byłem chłopcem z pełnej rodziny, nie wiedziałem, co to rozwody i kłótnie rodziców o prawo do wychowywania dziecka. Ojciec miał warsztat samochodowy, matka była krawcową. Żyliśmy jak pączki w maśle. Nie brakowało nam niczego.

Teraz wszystko było inne. Może gdybym wziął sobie do serca radę ojca, moje życie potoczyłoby się inaczej? Kilka lat wcześniej nie zaglądałem miłości do metryki, a może powinienem? Marta urodziła się w grudniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego. O ironio losu! Zignorowałem trop, którym nakazał mi kierować się ojciec. I to był mój błąd.

Kieliszek był pusty. Dolałem sobie wina i teraz, dla odmiany, butelka była opróżniona. Wolnymi krokami, w kapciach przypominających głowy tygrysów, ruszyłem na wycieczkę po swoim „imperium”. Wspomnienia nie dawały o sobie zapomnieć.

Działkę pod budowę domu kupiłem z myślą, że powstanie na niej dom, w którym… zamieszka miłość. Naiwniak. Skrupulatnie zaplanowałem każdy kąt tego dwustupięćdziesięciometrowego pomnika swojej porażki. Dokładnie tak teraz postrzegałem swoje życie – jako porażkę. No bo jak inaczej nazwać to, że Marta zostawiła mnie dla gościa, który kiedyś zwał się moim przyjacielem? Gdybyśmy z Jagodą odkryli to wcześniej, to może… Gdyby, gdyby, gdyby… Gdyby żaba miała rogi… czy jakoś tak, nieważne.

Jagoda była żoną Tomka, mojego szefa, a zarazem przyjaciela. Ufałem mu jak nikomu na świecie. Podzieliłem się z nim wszystkim, co miałem i czym mogłem się podzielić. Wszystkim oprócz żony. Martę wziął sobie sam i to w niespełna trzy miesiące po naszym ślubie. Zrządzenie losu? Przypadek? Może zła wróżba? Wiem… to nieumiejętność odczytywania znaków. Urodziła się przed osiemdziesiątym drugim. To na pewno dlatego.

Z tych dwustu pięćdziesięciu metrów jedynie w pięćdziesięciu dawało się jakoś funkcjonować. Reszta była placem budowy, którego nie miałem ochoty tknąć palcem. Czy straciłem cel? Chyba tak. Miałem niewiele ponad trzydziestkę i miałem dość. Dość wszystkiego.

Od kilku miesięcy usiłowałem sprzedać ów „pomnik”. Zrobiłem eleganckie zdjęcia swoim nowym aparatem. Kupiłem go po to, aby się czymś zająć. Szukałem w sobie pasji innej niż kobieta. Szło mi jak krew z nosa, ale się nie poddawałem. Kiedy już zdjęcia domu trafiły do biura obrotu nieruchomościami, co jakiś czas nawiedzały mnie pielgrzymki szczęśliwych rodzin, szukających swojego gniazdka. Mama, tata, dzieci. Często dziewczynka i chłopczyk – idealnie! Bywało, że i psa ze sobą targali. To właśnie ci od owego psa byli już prawie zdecydowani na kupno, kiedy ich mały sierściuch na moich oczach przecisnął się między sztachetami płotu. Zrozpaczona mamuśka uznała, że niestety nie zdecydują się na ten dom, bo nie czułaby się tu bezpiecznie. Ludzie to naprawdę mają coś z garem (mam na myśli głowę oczywiście). Denerwowało mnie patrzenie na szczęście innych. Dziś wiem, że zwyczajnie byłem zazdrosny, chociaż wtedy się do tego nie przyznawałem. Z zazdrości krew mnie zalewała.

Ostatni łyk wina rozochocił mnie do tego stopnia, że postanowiłem otworzyć jeszcze jedną butelkę. Sięgnąłem do szafki tanich mebli, mimochodem dziękując, że chociaż ich mi Marta nie zabrała. Wszystko, co zdołały unieść jej ręce, „dostało nóg”, gdy próbowałem nas ratować. Wyjechałem na drugi koniec świata, by zarobić niezłe pieniądze. Kiedy mnie nie było, ona… Szkoda gadać.

Z przykrością stwierdziłem, że zapas „znieczulacza” się skończył. Nie miałem możliwości pojechać do sklepu, bo przecież byłem pod wpływem. Nie chciałem dokładać sobie problemów, które i tak nadciągały do mnie z każdej strony, w dodatku w ilościach hurtowych. Postanowiłem iść na piechotę do spożywczaka, którego właściciel chyba nigdy nie spał, bo tam zawsze było otwarte. „Każdy niesie swój krzyż, każdy chce zarobić. I bardzo dobrze! Przynajmniej będę miał wino” – pomyślałem, wkładając na siebie byle jaki sweter i wsuwając bose stopy w robocze gumiaki.

Wystylizowany niczym wiejski chłop poszedłem do sklepu. Po pół godzinie byłem z powrotem. Wyposażony we wszystko, co chciałem, zasiadłem ponownie przed ekranem swojego laptopa, bezmyślnie surfując po internecie. Człowiek z nudów robi różne rzeczy, chwyta się wszystkiego, co mogłoby mu zagospodarować czas i wnieść w życie powiew powietrza. Potrzebowałem oddechu innej osoby, chociaż na chwilę. Samotność dobijała mnie z każdej strony, ale mimo tego wszystkiego, co mnie spotkało, chciałem żyć. I to bardzo.

Nigdy nie byłem specjalnie nieśmiały i zawsze obok mnie kręciło się sporo kobiet. Zwykle to ja wybierałem tę, która następnie lądowała w moim łóżku. Pan po dobrych studiach, biegle władający dwoma językami obcymi, pracujący w nieźle prosperującej firmie budowlanej. Ładny służbowy samochód, kilka miłych, zachęcających tekstów i żadna nie była mi się w stanie oprzeć. Podrywałem je na imprezach, w dyskotekach czy klubach. Dosłownie wszędzie. Dopóki w moim życiu nie pojawiła się Marta, nie byłem stały w uczuciach. To przy niej się uspokoiłem, ale dziś… dziś jej nie było. Zostałem sam, pierwszy raz ze zranionym sercem. Na imprezy chodzić mi się nie chciało, zresztą nie miałbym nawet z kim, bo wszyscy kumple byli zajęci albo pracą, albo własnymi rodzinami. Dyskoteki odpadały z tych samych przyczyn, a w klubach czułbym się jak dziadek towarzystwa. Został mi tylko on – internet.