Cyrkówka MariannaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cyrkówka Marianna
Cyrkówka Marianna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Cyrkówka Marianna
Cyrkówka Marianna
Audiobook
Czyta Katarzyna Tatarak
36,90  27,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Życie wraca do zdrowia.

Razem z Franciszkiem

Odkąd w naszej stodole zamieszkał Franciszek, nawet mamusia częściej się uśmiecha. Czasem widzę, że sobie siwe włosy wyrywa, skupiona przed lusterkiem łapie w silne palce i nagłym ruchem usuwa, jeden za drugim. Tym sposobem obok niej leży srebrny kłębek ze starością, na głowie coraz czarniej, tym bardziej że brwi pociąga nadpalonym korkiem. I chustkę zdjęła, i włosy czesze bardziej do przodu, i uśmiecha się, gdy Franciszek drwa wnosi do kuchni.

Tatuś już nie leży całymi dniami w łóżku, tylko siedzieć się stara, i za stołem, i przed domem. Czuwa.

Józka ciągle na Franciszka spoziera, na jego ramiona, na jego wąskie biodra, na jego piękne usta. Patrzy, a gdy złapie jego spojrzenie, mruga, aż zamiata rzęsami.

Nawet Rozalka zaczęła sypiać z papilotami ze szmatek we włosach. Jej biedna chuda grzywka i te pejsiki przy uszach, co się w koczku nie mieszczą, sterczą więc od rana chmurką dookoła skulonej twarzy. Tak, wszystkie kobiety z naszego domu dbają, żeby Franciszek jak najczęściej na nie patrzył. A z niego też mężczyzna coraz zdrowszy, ze wszystkim, co powinni mieć mężczyźni. Wypełniły mu się trochę policzki, i już tak się nie pochyla, nie garbi. Coraz lepiej idzie mu rąbanie, zdejmuje do niego koszulę, porusza się w promieniach naszych spojrzeń. Moje siostry z kuchni, mamusia z podwórka, ja z jabłonki, wszystkie patrzymy na nasz skarb, atletę z cyrku, który nawet trochę przybrał w sobie. Tamte proponują kompot z rabarbaru, mamusia ziemniaka w mundurku, mleko zsiadłe kozie, trzeba na nie amatora, ale jak się przyzwyczaisz, to już idzie. Ja nie proponuję nic poza spojrzeniami, których on nie widzi, poza myślami, poza tym, że przecież ja rozumiem go najlepiej. Czasem zastygam na gałęzi, patrząc w niebo, w chmury, w dach domu, zastygam jak on i próbuję do niego krzyknąć przez podwórze, przez te wszystkie ściany. Krewniaku, tu jestem! Cicho krzyknąć, w środku, w sobie.

– Jak żeście wojnę przeżyli? – pyta Franciszek przy śniadaniu. Na stole szczawiowa, chleb i sera trochę koziego, i jajka nawet na twardo, po cząstce na każdego, jakby jeszcze Wielkanoc była. Mamusia się stara, żeby Franciszek wydobrzał, żeby go przywiązać do nas, żeby wiedział, że nigdzie nie będzie mu tak dobrze jak tutaj. Czytam to z tego jajka, którego mamusia nie zaniosła na targ, żeby wymienić na naftę czy cukier, tylko ugotowała i przyniosła do stołu, czytam to z tego twarogu, którego tylko Franciszkowi nie żałuje. Tatuś ciągle żywy, tak już mu zostało, od dnia, gdy Franciszek do nas przyszedł, siedzi z nami przy stole, trudno się do tego na powrót przyzwyczaić, że siedzi u szczytu stołu, tam gdzie przedtem, gdy tatuś był umierający, Janek siadywał. Teraz Janek siedzi z boku i patrzy na ojca, jakby się zastanawiał, czy znowu jest się na kim oprzeć. A potem spojrzenie Janka wędruje do drugiego szczytu stołu, do Franciszka, tak go mamusia usadziła u szczytu pierwszego dnia i tak zostało. Spojrzenie Janka zostaje na tamtej twarzy.

U nas wszyscy szybko wiosłują łyżkami, ale już Franciszek najszybciej, jedzenie przy nim znika jak krople wody na rozgrzanej blasze. Jaki kto do jedzenia, taki i do roboty – mawia stare wiejskie przysłowie, ale teraz raczej nikt go nie powtarza, bo się po wojnie zrobiło nieprawdziwe. Czy teraz najszybciej jedzą ci, którzy najbardziej głodowali? Czy też ci, którzy najbardziej chcą żyć? W takim razie Franciszek chce żyć najbardziej z nas.

– To jak żeście wojnę przeżyli? – pyta znowu, wszyscy teraz o to pytają.

– A, niełatwo było – mówi mamusia. – Głód z czasem był coraz większy, i choć niewiele nas w domu było, to i na nas nie starczało. Synów dawno już w domu nie było, część na roboty pojechała, część odeszła na swoje, córki też na swoim, my z mężem w domu tylko, potem teść, Marianka i Janek, najmłodszy rodzynek, ale dzieciak jeszcze. Teść świętej pamięci… Przeżyłby, gdyby go też wzięli na roboty, a tak to… – I mamusia ociera oczy, pociąga nosem, i przez łkania mówi, że teść zginął, broniąc krowy przed Niemcami, bronił jej tak ofiarnie, że go zastrzelili, a krowę i tak zabrali, na co to było, szkoda człowieka, szkoda krowy, szkoda życia. A i mnie się płakać na to wszystko chce.

– Nie wiesz, czyby wrócił z robót, mężowie nasi przecież jeszcze nie wrócili, no nie wiesz tego – odzywa się Rozalka, ponura jak zawsze.

– Wrócą, wrócą – upiera się mamusia. – A Janka mieli Niemcy wziąć do kopania okopów i tak się bałam, bo on zawsze był delikatny, dzieciak taki. Wtedy Marianka powiedziała: jestem silna, to pójdę zamiast brata. I uratowała go. Najmłodszego naszego. Marianka. Zastąpiła go na robotach. Moja córa.

I patrzy na mnie z miłością, kocha mnie. Zanim się jednak nacieszę tym spojrzeniem, Józka zaraz jej przerywa.

– Najpierw uciekliśmy przed Niemcami, ale potem zobaczyliśmy, że nie da się uciec, bo byli już wszędzie, to wróciliśmy swojego pilnować. I na całe szczęście, bo wielu gospodarzy wysiedlono, żeby u nich zamieszkali Niemcy, ale u nas było małe gospodarstwo, ziemia marna, więc Niemcy go nie chcieli, pozwolili nam zostać, tylko trzeba było co miesiąc dostarczać różnych rzeczy, kontyngent, tak to się nazywało. Woziliśmy im zboże, zwierzęta, warzywa, mleko, co tam kazali.

– Co miesiąc to większego kontyngentu żądali, a już pod koniec wojny, jak u nas taka bieda i głód był, to powariowali, tyle chcieli, wpadali, zabierali, jak się nie przysyłało, i wtedy mi ojca zabili. Za krowę. Ojca mi za krowę zabili – powtarza tatuś, żeby do wszystkich dotarła ta potworność, która go położyła do łóżka na długie miesiące, bo żyć mu się odechciało. – Nie chciał krowy oddać, to go wyciągnęli na podwórko, strzał w głowę, a krowę i tak zabrali. I tak.

Tatuś kręci głową, łzawią mu te biedne, czerwone oczy. Mamusia ociera swoje. Dziewczyny pociągają nosami. A ja? Ja co mam powiedzieć? Kiedy wyjeżdżałam na roboty, dziadziuś był. Kiedy wróciłam, już go nie było. Przynajmniej na to nie patrzyłaś, powiedziała mi parę dni temu mamusia. Przynajmniej nie czułaś, że nic nie możesz zrobić. Teraz widzę dziadziusia czasem, jak przemyka po podwórku, i dopiero potem przypomina mi się, że nie mogę go widzieć. Wtedy znika. Nie mówię o tym nikomu.

– I takie były nasze dzieje – wzdycha mamusia. – Gospodarstwo ocaliliśmy, zwierząt nie mamy, dwie kury tylko i koza. Stodoła pełna słomy, sprzedalibyśmy, ale darmo biorą, to tylko użyczamy sąsiadom na sienniki, trzeba sobie pomagać. Chłopcy się rozjechali, nawet nie wiem, gdzie są, czy wrócą i kiedy, Janek tylko i trzy córki w domu, Józce spalili gospodarstwo, Rozalce rozkradli, nic nie zostało prawie, siedzą tutaj, na kupie raźniej, w kupie bezpieczniej, gdzie tam samotna kobieta będzie w tych czasach z córkami mieszkać. Mydło robimy, torf kopiemy, lato idzie, nafty za dużo nie palimy, bo i dzień dłuższy, będzie łatwiej, może i krowę uda się z czasem kupić, kur, świnki, a potem się zobaczy, krewniaku. Zobaczy się, ale wojnę przeżyliśmy, to i powojnie przeżyjemy, trudniej przecież być nie może.

Powojnie. To jedno słowo, tak je słyszę. Przedwojnie, wojna, powojnie. Trzy odcinki naszego życia.

– Powojnie – powtarzam głośno. Mamusia odchrząkuje, kręci głową. Znowu zachowuję się nieodpowiednio, bo gadam do siebie i bez sensu. Józka gapi się na Franciszka i oblizuje usta. Jej córka, Antolka, pyta:

– Rąbiemy drwa, krewniaku? Wuju? Mogę mówić „wuju”? Znowu będę zbierać, układać, dobrze, wuju? A ty, ciociu Marianno, co dziś będziesz robić? – I nie jestem pewna, ale chyba złośliwie się uśmiecha. Nie patrzę na nią, wtedy mogę udawać, że o nic mnie nie pytała.

– Nie ma już czego rąbać. Franciszek już cały zapas drewek porąbał i poukładał – mówi mamusia. – Ale może po torf jedźcie, nakopcie na zapas, posuszy się, na zimę będzie.

– Ale jak jechać, skoro konia nie ma – martwi się Antolka.

– Taczki weźmiecie, obrócicie kilka razy, będzie to samo.

– Pojadę z Franciszkiem! – krzyczy Antolka.

– Z Franciszkiem to niech Janek jedzie. Łatwiej we dwóch poradzą. Ty co, dziewczyno, pomożesz?

– Konia nie ma, ale wóz jest? – pyta Franciszek.

– No jest, wóz się jakoś ostał, jak już konia zabrali.

Na belce w stodole nie jest wcale źle siedzieć, ktoś tu rozłożył derkę, może mamusia, gdy chowała się tu z dziewczynkami ostatnim razem. Widzę, jak do stodoły wchodzi Franciszek, siada na pieńku, stopy składa równo, plecy prostuje. Domyślam się, że znowu będzie buczeć. Znaczy zbierać siły przed kopaniem i wożeniem torfu. Patrzę z ciekawością, trochę chce mi się śmiać, a trochę robi mi się spokojniej na duszy, gdy tak siedzi i równomiernie pobukuje ustami. Nagle spostrzegam, że sama zaczynam wydychać w rytmie tego buczenia, widzę, że Franciszek zaraził mnie rytmem swojego oddechu.

Krewniak w końcu wstaje, popluwa w ręce, przechodzi od sąsieków w drugą część stodoły. Bo nasza stodoła, jak i każda przecież, ma dwie części. W jednej, w sąsiekach, składujemy siano i słomę. W beczce, co już prawie dno widać, trzymamy ziarno. Na klepisku robimy młóckę. W drugiej części stoi wóz, narzędzia, brona, kosa, grabie, cepy, trzonek od szpadla, resztę Niemcy zabrali. I tam właśnie wchodzi Franciszek. Słyszę skrzypienie dyszla od wozu. Czyżby, bucząc, wyczarował konia? Ale chyba nawet on tego nie potrafi.

Patrzę na niego i widzę, jak chwyta za oba dyszle wozu. Przymyka oczy. Wóz skrzypi, skrzypi, wreszcie drgnął i rusza. Franciszek ciągnie go przez kawałek, aż dyszle dotykają wrót. Teraz je otworzy, a moi się zdziwią, gdy zobaczą, jak sam jeden ciągnie wóz, krzepki jak wieża, silny jak koń. Gdy z wozem wyjeżdża na podwórze, aż stąd słyszę okrzyki podziwu. Do dziś żałuję, że wtedy tego nie widziałam, choć przecież potem widywałam w jego wykonaniu bardziej widowiskowe rzeczy. O wiele bardziej.


Był bardzo wycieńczony. Mówił, że wraca z obozu jenieckiego z Władysławowa. Prosił o kilka dni odpoczynku pod naszym dachem. Ojciec rzekł: jak wszędzie po wojnie jest ciężko. Przednówek, w domu miejsca mało, ale jeśli ci to odpowiada, to w stodole jest jeszcze siano, możesz spać, a przy stole dzielić się będziemy tym, co sami jemy. I tak Franciszek zostać miał na kilka dni, aż odpocznie, by nabrać trochę sił.

 

Arkadiusz Gołębiewski, Jam se Maryse Botycelise,

„Echo Mazowsza” 1998, nr 2

[…] pochodził z pobliskiego Raciąża, lecz od lat związany był z Warszawą. Przed wojną występował w cyrku Staniewskich, Muszyńskich, potem dorobił się własnego zespołu z dwoma namiotami.

Tadeusz Baraniuk, Życie moje. Malarstwo Marianny Razik, artystki cyrkowej, Płock 1996 (katalog wystawy)

Franciszek Razik urodził się w Raciążu w 1905 roku. Dorosłe życie spędził w cyrkach warszawskich.

Artystka ludowa spod Raciąża,

„Głos Raciąża” 1997, nr 11

Franciszek był od Marianny starszy o dziesięć lat. Przed wojną występował jako artysta cyrkowy. Dorobił się nawet własnego cyrku, ale został on całkowicie zniszczony podczas wojennej zawieruchy.

Teresa Kaczorowska, Artystka w zimnej stajence, [w:] Nie odpłyną rzeki snu, Ciechanów 1998

W tymże samym roku w ich domu zatrzymuje się na kilkudniowy odpoczynek więzień ze Stutthofu. Był to artysta cyrkowy, noszący to samo nazwisko – Razik.

Anna Pałuba, Wspomnienia o Mariannie Razik – malarce ludowej,

„Strzegowskie Zeszyty Historyczne” 2010, nr 1

Oj. Jaki on był mężczyzna. Mówił, że przed wojną miał kilkuosobowy cyrk, kartoflami żonglował jak na estradzie. Jego ciało, choć kościste i wyniszczone z głodu, wyglądało imponująco. Ramiona rozłożyste, brzuch zdobiły mięśnie, oczy błyszczały jak brylanty. Jaki on był męski, oj, jaki przystojny.

Arkadiusz Gołębiewski, Jam se Maryse Botycelise,

„Echo Mazowsza” 1998, nr 2

Franciszek.

Ciepły wieczór w Mdzewie, w stodole półmrok, pachnie sianem zebranym już po wojnie i zeszłorocznymi myszami

Poszli. Już ludzie poszli, dzieciaki, co się gapiły na Franciszka ciągnącego wóz, co biły brawo jak na występie, wrzeszczały, że patrzcie, człowiek silny jak koń, poszły wszystkie do domów, choć jeszcze chwilę patrzyły jak po wszystkim zdjął koszulę, jak się mył, nawet chciały patrzeć jak je, ale mamusia wszystkich do domu wygoniła, że dosyć już przedstawienia. Franciszek skłamałby mówiąc, że mu to sprawiało przykrość. Podobało mu się. Oklaski. Dawno ich nie słyszał.

I siedli do wieczerzy, on, zdrożony, ale zadowolony, i oni wszyscy, cała rodzina, w zachwycie, że kto im się tutaj w osobie przybysza trafił. Józka przy wieczerzy ciągle siedzieć chciała przy Franciszku, dotykała go, niby że niechcący, a to rękaw, a to ramię, a to smuga na czole, że zetrzeć by chciała. Pilnowała, żeby jadł, a to plaster suszonego jabłuszka, a to orzech, dzieciom nie dała, a chłopu tak, aż mu głupio było trochę i dziewczynkom z powrotem podsuwał. A ta znowu go w rękaw muskała, w łokieć, w udo, jakby się bała, że zniknie. Franciszek czuł się wymacany jak kawał mięsa u rzeźnika i tęsknił już trochę za pustką stodoły.

– Krewniak zawsze był samotny? – szczebiotała Józka. – Oj, bo nie uwierzę, musiały być jakieś piękne dziewczęta, które zawróciły krewniakowi w głowie, w tej wielkiej i pięknej Warszawie, w tym wielkim i pięknym cyrku, musiały przecież być, nie wierzę, że nie ciągnęły do takiego siłacza jak pszczoły do miodu.

Ciągnęły, myślał Franciszek. Czasem nawet korzystał. Ale potem się przecież ożenił.

A teraz nie było już żony, i dziecka nie było. A w nim nie było miejsca na kobiety ani dzieci. Nie było w nim miejsca na miłość ani nawet lżejsze związki, bo kto mu zagwarantuje, że znowu najbliżsi nie będą gdzieś leżeć martwi z czerwonymi, niedużymi dziurkami w głowach. Wiedział, że nie przeżyłby po raz drugi tego samego.

Odłożył łyżkę, ziewnął, już myślami w stodole, w swojej stodole, jak mu się czasem zdarzało o niej myśleć. Po tym dniu triumfu o niczym bardziej nie marzył, niż zniknąć wszystkim z oczu. Wyjść z chałupy, gdzie cudze myśli, uczucia i zapach kapusty, chleba, dziewczęcych włosów, dymu, pościeli. Mieć w brzuchu pełno, lecz dookoła pusto, tylko ciepłe derki, siano, gniazdo, mysie szelesty, ale żadnych ludzkich oddechów, cudzych torsów, pleców, brzuchów, dłoni.

Chciał być sam. To wielka rozkosz. Naprawdę, teraz to doceniał jak nigdy. Bo Konzentrationslager Stutthof był miejscem, gdzie wszystkiego było za mało – jedzenia, ubrań, chleba, ciepła, zupy, spokoju, wrzątku, odpoczynku, snu. Za dużo było tam tylko jednego – ludzi. Tam nigdy nie mógł być sam. Ani przez chwilę. Nawet w latrynie ludzie, pełno ludzi. Powtarzał sobie, że są błogosławieństwem. Bo przecież, zwłaszcza w nocy, na pryczy, mieć się w kogo wtulić, oznaczało przeżyć. Ten, co leżał na skraju, z jednym bokiem wolnym, grzał się o połowę mniej. To tych ze skraju zimą najczęściej rano znajdowano martwych. Franciszek więc, nie chcąc, tulił się do innych ciał, żeby przetrwać. Wszechobecnych, śmierdzących, kolczastych z niedojedzenia cudzych ciał, wciskał się w nie, a one wciskały się w niego. Żeby przetrwać, choć chwilami nie był pewien po co.

Dlatego tak go teraz cieszyło: mieć dla siebie całą stodołę. Całe w niej powietrze. Po to nadeszła wolność, żebym mógł zostać sam ze swoimi myślami, ze sobą. Ze wszystkim, co może dojść do głosu, gdy myśli nie zagłusza wołanie żołądka o jedzenie. Tak chciał: stodoła w nocy, w dzień praca. Rano i wieczorem ciepłe jedzenie. Życie, bez wspomnień najlepiej, tylko to, co jest.

Nie umiał się jednak uspokoić, wcale. Cienie jego żony, jego córki znowu snuły się po stodole. A on ciągle widział maleńkie, czerwone dziurki w ich ciałach, widział dwa czerwone punkty wszędzie, gdzie zwracał oczy.

– Idźcie. Idźcie ode mnie, bo nie mogę oddychać.

Ciągle nie mógł nabrać do płuc powietrza, wchodziło go tak mało, że aż się zatoczył, siadł w sianie jak w gnieździe, ale nic bezpieczniej, tylko jeszcze duszniej. Krztusił się z braku oddechu, walczył, żeby nie umrzeć.

Nie usłyszał żadnego skrzypnięcia wrót, nie słyszał kroków, poczuł dopiero dotknięcie ciepłych palców na twarzy.

Dalej się krztusił, a ona trzymała mu dłoń na czole. Pachniała inaczej niż Katrina, dłonie miała dużo większe, ten zapach – drzewny, liściasty – zupełnie odmienny.

Już wiedział.

Dziewczyna z drzewa. Z jabłonki.

Trwał tak przy niej, połączony czołem, dłonią, ciągle się krztusił, ale oddychała przy nim, zaczynał wpasowywać się w ten rytm, wyciszał się, przytulony do niej, szorstkiej jak kora. Nie zostawiaj mnie, chciał powiedzieć, ale nie musiał, bo donikąd nie szła, siedziała obok niego, w sąsieku, na sianie, wtulali się w siebie jak dwa konie, i nagle pojawiła się w nim dziwna myśl, że we dwoje są czymś więcej niż tylko człowiekiem siedzącym obok człowieka.

Już nawet nie pamiętał, że można mieć takie myśli.

A wtedy skrzypnęły drzwi, pojawiło się światło lampy naftowej, a potem głos, groźny, głośny, niski, że co oni tutaj robią razem po ciemku, i jak możesz, Marianna, Marianna!

Odepchnęła się od niego, zerwała na równe nogi, rzuciła, żeby zeskoczyć na dół, z sąsieka, ale się zatrzymała. Wszystko w świetle naftowej lampy, której światło zrazu wydawało się bić w oczy, ale po chwili stało się mdłe, mżące. Matka Marianny stała we wrotach, za nią Józka i Rozalka patrzyły złym wzrokiem, a Marianna kuliła się w sąsieku, jakby czekała, aż polecą kamienie.

– Jak możesz, Marianna?! Panienka z ciebie, niby na wydaniu, ale kto cię teraz zechce, jak będziesz taka używana? – To Józka. Nie miała już tego słodkiego głosu, którym nie tak dawno wabiła go, powtarzając „Franiu, Franiu”.

– Zejdźże stamtąd, bezwstydnico! – krzyknęła jej matka. Taki właśnie ogień w oczach musiał mieć ojczulek Torquemada, gdy przewodził Świętej Inkwizycji. – My cię, krewniaku, nie winimy, my wiemy, że to z Marianną jest coś nie tak.

A Marianna skuliła się, zmalała jeszcze bardziej. Musiał jej bronić.

– Niceśmy tu zdrożnego nie robili, ot, rozmowa dwojga krewniaków o wojnie, o przetrwaniu. – Przecież nie powie prawdy, że siedzieli ramię przy ramieniu, oddychając jednym rytmem.

– Taa, rozmawialiście. Na sianie. Po ciemku. Blisko siebie – wypuściła strzałę Józka głosem napiętym jak cięciwa.

Marianna na to wreszcie zeskoczyła z sąsieka, ale gdy dotknęła stopami klepiska, podskoczyła zaraz jak kropla wody na rozgrzanej blasze. Zadreptała niespokojnymi stopami, aż wdrapała się na odwrócony skopek. Potem furknęła spódnicą i znikła, przebiegła obok nich, nie dotykając nieomal ziemi, jak to robiła zawsze.

Tamte stały, brwi zmarszczone, twarze czerwone. Złe.

Kiedyś, przed wojną jeszcze, umiał kilkoma zdaniami zmienić nastrój publiczności. Zaczął więc:

– A teraz byli państwo, ze szczególnym uwzględnieniem szanownych pań, świadkami tajemniczego zniknięcia kobiety. Ta sztuczka nie udaje się często, bo wymaga wyższych umiejętności i wspaniałej sztuki czarodziejskiej. Gratulujemy wykonawczyniom tego wspaniałego numeru i proponujemy nagrodzić je gorącymi brawami!

I zaczął klaskać, a że ręce miał wielkie, umiał robić to naprawdę głośno! Tamte nie wiedziały, co robić, ale ponure, złe maski na ich twarzach zaczynały powoli pękać.

– Tak mnie tu panna Marianna zagadywała, a ja śpiący byłem, a ona nic, tylko mówić i mówić chciała.

– Marianna? Mówić przyszła? – zdziwiła się matka. – A jak ona nic mówić nikomu nie chce.

Uśmiechnął się skromnie, głowę spuścił, jakby też na brawa czekał, oklaski.

– Krewniak tu jakichś cudów dokonuje. To znaczy ta moja dziewucha tu cały czas z krewniakiem gadała?

– A cały czas.

– A o czym?

– Pewnie powiedziałaby więcej, gdybyście tak nie wtargnęły. Szkoda. Szkoda.

Matka podeszła bliżej niego, pochyliła się, więc się nieco odsunął, bo ciągle nie chciał ludzi tak blisko siebie.

– Ktoś ją bardzo skrzywdził we wojnę, prawda? Tak było? Serce matki mi to mówi, bo ona nie chce mówić nic.

– Spytajcie ją, Basiu. Spytajcie sami. Przytulcie ją teraz, jak matka. Nie gańcie dziewczyny. Opowiedzieć komuś tylko chciała to, co boli. Czasem obcemu łatwiej.

– Żeby ona jeszcze dziewczyna była, ta nasza Marianna. Ale to kobieta, baba w latach się robi. Z przeproszeniem krewniaka. Ale przytulę, przytulę ją, córka moja w końcu. Może co powie wreszcie.

Skłoniła głowę, wyprostowała się z trudem, dołączyła do Józki, świdrującej go wzrokiem, i poziewującej Rozalki.

Poszły wreszcie, a on został jak lelek w tym sianie. Wszystko można zbrukać, takie wspólne oddychanie dwojga znękanych osób również, ubrudzić brzydkimi myślami, prędkimi słowami.

Gdy trzasnęły drzwi ich chałupy, wymknął się ze stodoły, pobiegł pod jabłonkę. Nic nie widział w tych ciemnościach, więc szepnął tylko:

– Marianna!

Nie odpowiedziała. Pewnie jej tu nawet nie było.

Szkoda, bo czuł, że najbardziej na świecie chciałby teraz pobyć z nią i z demonami, które chowała w sobie, a także z tymi, które kryły się w nim. Oni dwoje i ich demony to całkiem duża grupa się robiła, aż się uśmiechnął do tej myśli. Wrócił do stodoły, usiadł na skopku, na którym Marianna stała jeszcze przed chwilą, wpatrzył się w jasną szparę między deskami. Za dziesiątym oddechem unosił się już gdzieś wysoko, nad stodołą. Widział z góry dachy i drzewa, i czuł, naprawdę czuł, że na jednym z nich ukrywa się Marianna, pachnąca korą i liśćmi.

Czwartek, czas na swaty.

Kowal pociąga nosem, makatka kusi

Myślałam, że będzie gorzej, gdy mamusia wczoraj w nocy weszła za mną do izby. Ale ona tylko pochyliła się nade mną i przytuliła, w czoło pocałowała. Dzisiaj zaś udaje, jakby wczorajszego wieczora nie było. Tylko Józka wilkiem zerka, ale udaję, że nie widzę. Wolę patrzeć z ganku, jak Franciszek ochlapuje się przy studni, przygładza włosy, zadziera twarz i patrzy na mnie, uśmiecha się. A ja do niego. Później spogląda w niebo, a po jego twarzy przesuwa się chmura, aż czuję chłód. I wraca do stodoły.

Podbiegam do niej od tyłu, aż stopy bolą od tego biegania po ziemi, choć dotykam gruntu krótko, tylko czubkami palców. Wdrapuję się na skopek, rozglądam się, czy nikt nie patrzy, i przytykam oko do dziury po sęku, żeby zobaczyć, jak Franciszek siedzi ze skrzyżowanymi nogami, na derce rozłożonej na klepisku i gapi się w jeden punkt. Długo tak potrafi wytrzymać bez ruchu. Potem podnosi się, żeby dźwigać to w jednej, to w drugiej ręce pług, po dziesięć razy na każdą. Patrzę, jak staje na głowie, podpiera się przedramionami, koszula mu opada w dół, zasłania twarz, odsłania szczupły brzuch z cieniem włosów tam w dole.

 

– Sąsiadko! – słyszę od płota. – Sąsiadko! Sprawę mam.

Wyglądam ostrożnie zza stodoły. W furtce stoi kowal i woła w stronę domu. Nasz kowal z Jeżewa-Wesel, co za okupacji dla Niemca pracował, wszyscy to wiedzą, ale nikt nie ma mu za złe, bo zawsze wiedział, kiedy po kontyngent przyjadą i wszystkim to mówił, żeby można było zawczasu pochować co trzeba. Skądeś rower zdobył, opiera go o płot dumny jak dziedzic na wierzchowcu.

Jaką sprawę może mieć do mamusi kowal z Jeżewa? Przecież my nawet już konia nie mamy.

Stoi więc kowal pod płotem, rozgląda się, czeka, a tu nic. Ale nie na to się rodził, żeby bez sensu stał pod płotem przecież.

– Razikowo, a w domu jesteście? – woła znowu.

A ja nagle już rozumiem. Przecież czwartek dzisiaj.

Pyta pani, że o co chodzi z tym czwartkiem. No przecież czwartek to dzień, kiedy wysyła się swaty. Kowal z Jeżewa, człowiek szanowany, przyszedł właśnie prosić o moją rękę dla Kuby Krupy. Widać, że Kuba chce, żeby wszystko było jak trzeba, jak przed wojną.

– Jestem w domu! – krzyczy z okna mamusia, która już gościa wypatrzyła, już pewnie włosy teraz przygładza, twarz obmywa, zapaskę zdejmuje. Bo też już pewnie zrozumiała, że czwartek dzisiaj i że tylko tyle dzieli ją od tego, żeby córkę dziwaczkę z domu wypchnąć, niech znormalnieje przy chłopie.

– A twój jest? Razik znaczy?

– A jest, gdzie ma być.

– Zajdę do was, jeśli można. – I czapkę kowal zdejmuje.

Przez okno widzę, że za kowalem idzie cała grupa dzieciarów, co aż krztuszą się ze śmiechu, a on każe im zostać za bramą, żeby poważniej było. Ale ustawiają się, opierają o płot, wspinają na bramę i z niej zwisają, muszą zobaczyć, bo swatów po wojnie jeszcze w Mdzewie nie widziano. Ależ mają zabawę z nami ostatnio, wczoraj sztuczki siłacza z wozem, dziś swaty, nieustający cyrk u Razików.

Zaraz kowal usiądzie za stołem, wypyta o siew, o sianokosy, o zdrowie, popatrzy, jakie kwiaty w oknach, jak izba przystrojona, jak ściany pomalowane, jakie stroiki wiszą, jakie makatki, choćby „Czysta woda zdrowia doda” czy równo wyhaftowana. To wszystko w domu robią panny na wydaniu, żeby pokazać swatom, przyszłym teściowym, narzeczonemu, jakie są gospodarne, jak zawsze sobie zajęcie znajdą, nawet przy odpoczynku wyhaftują coś czy uszyją w ręku. Nawet jak nie panna makatkę haftowała, to przecież nikt się nie przyzna, że nie ona, chodzi przecież o to, żeby ją w jak najlepszym świetle przedstawić.

Od słowa do słowa, a potrwa to z kwadrans, żeby było grzecznie i nie od razu z interesem, kowal wreszcie powie:

– Słyszałem, że jest u was panna na wydaniu.

Będzie chciał się zorientować, jakie plany mają mamusia i tatuś co do mnie, a przede wszystkim jaki posag dostanę.

– A jest u nas panna – powiedzą mamusia z tatusiem. – Ładna, gospodarna, makatki tutaj sama haftowała, robota jej się w rękach pali.

A całe to zachwalanie po to, żeby można było dać mniejszy posag. Jaki posag zresztą, po wojnie? Z całego posagu to może garnek będzie, pierzyna, trochę ziarna, kura, kawałek ziemi może, a może i nie, bo co tu jeszcze dzielić. Więc sama muszę za swój posag wystarczyć.

No i co z tego, że posag mały, skoro Krupa, nie wiedzieć czemu, upatrzył mnie sobie. Upatrzył mnie sobie już kiedyś, przed wojną, gdy miałam pierwsze życie. Chodził za mną, gdy wracaliśmy w niedziele z kościoła, raz mnie od dyngusa wykupił, gdy w poniedziałek po Wielkiejnocy chłopcy gonili mnie z wiadrami. Raz mi podarował cukierki, gdy był odpust w kościele, pamiętam kwaskowe landrynki i migdałowe, najsłodsze, które wolał Janek. Pamiętam, jak jedliśmy wtedy te cukierki i wyobrażaliśmy sobie z małym Jankiem moje życie z Kubą, to życie, które nigdy się nie stało. A potem ja wyjechałam do Warszawy, Kuba został, ożenił się i zaczął robić dzieci. Inne życia nam się stały.

Teraz dzieli nas cały czas, który przeżyliśmy osobno. Ja w Warszawie, potem w Mdzewie, jeszcze później na robotach pod Królewcem. Kuba w Jeżewie, z żoną, która zmarła przy ostatnim dziecku, razem z tym dzieckiem zresztą, w trumnie musieli ją bokiem pochować, bo się brzuch nie mieścił, tak mi mamusia opowiadała. Tyle nas dzieli, a będzie nas musiało połączyć wspólne łóżko. Będę dotykała jego nóg, rąk, twarzy i innych rzeczy, będę mu włosy podcinać w soboty, jego dzieciom też, a one może będą mówiły do mnie matko, matko Marianno, w odróżnieniu od rodzonej, bo macocho nieładnie. Będziemy razem przerzucać siano i żniwować. Będziemy razem się starzeć. Będziemy razem do końca, jego lub mojego.

I nagle łzy stają mi w oczach. Tyle czasu przetrwałam bez ani jednej, a teraz nagle płakać mi się chce, gdy pomyślę o reszcie życia spędzonej w Krupowej chałupie. Przez te łzy ledwie słyszę głos Janka, spod jabłonki:

– Marianna, swaty Krupa przysłał!

– Tu jestem, Janku!

Podchodzi do mnie, za bok stodoły. Kulę się na skopku.

– Mamusia i tatuś pytają, kiedy byś chciała za niego iść. Za Krupę. Kowal mówi, że Kuba dostał trzy hektary z reformy rolnej.

– Akurat na długo zatrzyma. Przecież zaraz będą chłopom odbierać tę ziemię. Przecież wszyscy tak mówią.

Janek na to, że nie. Że to już na zawsze. Że państwo z dworu wyjechali na zawsze, a chłopi mają zatrzymać ich ziemię. Wszyscy biedni dostali. Kuba też. Dobrej ziemi, pańskiej. Trzy hektary.

– Mogliby i nam dać.

– Mówią, że mamy za dużo. Takim nie dają. Biedniejszym dają.

– Pierwszy raz za dużo ziemi mamy. Bogaci jesteśmy, Janku. Bogaci!

– Marianka, a idź ty z tymi swoimi żarcikami. Bo tu mamusia z tatusiem i swatem pytają, kiedy chcesz za Kubę iść. I że lepiej przed żniwami.

Nabieram powietrza, wypuszczam je po dłuższej chwili taką długą chmurą między deskami stodoły. Powiem teraz coś, czemu sama się dziwię.

– Janku, jak za Kubę pójdę, zaraz umrę z tęsknicy.

– Z jakiej tęsknicy, Marianka? Czy ty masz kogoś?

– Z tęsknicy za światem.

– Świat straszny jest. Lepiej w domu siedzieć.

– Uduszę się w Krupowej chałupie, powietrza mi zbraknie!

– Nie krzycz, bo kowal pomyśli, że jakaś nienormalna jesteś, skoro krzyczysz za stodołą.

– Marianno, pomóc trzeba? Źle się coś dzieje? – Franciszek dopina koszulę, wychodząc ze stodoły, zmierzając do nas.

Nie wiem, nie umiem mu nic powiedzieć, tylko płaczę.

– Marianno, co się dzieje? – Franciszek staje pod skopkiem.

Pierwszy raz mówi mi na ty, przedtem tylko panna Marianna. Tak wolę, jakoś między nami bliżej bez tej panny.

– Janku! – woła mamusia od domu – Janku, a wracaj mi tutaj!

– Mamusia i tatuś za mąż mnie chcą dać, Franciszku.

– A za kogo? – pyta Franciszek, jakby znał tu wszystkich.

– A za Krupę, ze wsi, cośmy przedtem mieszkali. Wdowiec, czwórka dzieci. Kiedyś krowy razem pasaliśmy.

– Kochasz go?

Dobre pytanie. Nie wiem, czy w ogóle jeszcze umiem kochać, na Zalewie Wiślanym serce zmieniło mi się w grudę lodu, wtedy tak było lepiej, bo nie czułam smutku.

A teraz w ogóle tak mało czuję, nic właściwie.

– Marianna! – znowu od domu, mamusia, wściekle, niemiło. Nieposłuszna córka, wiadomo. Aż wreszcie podchodzi do mnie złym krokiem, nawet na Franciszka nie patrzy.

– Dowiem się, na kiedy ślub umawiać? – pyta. – Bo niegrzecznie tyle czasu kazać kowalowi czekać na odpowiedź. Myślałam na koniec czerwca, przed żniwami.

Za wcześnie. Przecież muszę przywyknąć do Krupy, do jego dzieci. Mamusia i tatuś pokochali się po ślubie. Ja też pokocham, tylko chciałabym chociaż trochę zacząć przed ślubem.

– Trzeba korzystać, póki wola jest.

– Czyja wola?

– Krupy, co ty, nieprzytomna jesteś?

– A moja wola?

– No to pytam, na kiedy chcesz ślub. Nikt lepszy ci się nie trafi, mężczyzn mało, takich ze wszystkimi rękami i nogami jeszcze mniej, takich z trzema hektarami jeszcze mniej, a Kuba dobry człowiek, chałupę ma całą, dzieci grzeczne, pracowite, krowę ma kupować, tak mówi. To koniec czerwca czy początek lipca? Trzy niedziele nam zostały, akurat zapowiedzi w kościele zdążą wygłosić.