Króliki z RavensbrückTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

MIRIAM

Auschwitz – mówi na głos. Zostawiwszy zakupy w kuchni, idzie do ojca. Daje mu pić i przekłada go na drugi bok.

Długo myje ręce, obraca w myślach to słowo: Auschwitz. Kiedy mycie dobiega końca, trzy paznokcie krwawią, a dłonie trzymane pod wodą bolą tak, że aż ją mdli.

Wyczerpana siada na fotelu, okrywa kolana kocem i zapada w głęboki sen.

Budzi się w środku nocy. Ścierpnięta od wyrzutów sumienia, natychmiast wstaje, aby zająć się ojcem. Daje mu wodę i karmi, a on pije wielkimi łykami, ale nie chce przełknąć ani kęsa. Ułożywszy go z powrotem na posłaniu, Miriam wygląda przez okno. Jest sobotnia noc. W oddali słychać syreny i ludzkie głosy, ale na jej ulicy jest cicho. Pod osłoną ciemności bierze ojca za rękę i delikatnie zsuwa jego zegarek.

Przez jakiś czas wpatruje się w numer. Jakby w tych poszarzałych kreskach na jego skórze chciała doszukać się odpowiedzi.

Poprzedniego dnia nagłówek w gazecie krzyczał: „Wolność!”. Mur runął, ale czy jej ojciec zaznał w życiu wolności? Miriam przykrywa go, a potem idzie do kuchni, by rozpakować zakupy, o których całkiem zapomniała. Zmywa też naczynia, bo zebrało się ich trochę. Nie może znaleźć ścierki, a w szufladzie nie ma czystej. Wyciera dłonie w łazience i odetchnąwszy głęboko, zapala światło w pokoju mamy.

Nic się nie zmieniło, odkąd zrobiła tam bałagan. Ścierka do naczyń leży w stosie sukienek wysypujących się z szafy. W dzieciństwie Miriam chowała się w środku, przymierzała buty mamy, bawiła się frędzelkami i wodziła dłońmi po fałdach materiału otaczających ją jak ściany deszczu; to był sposób, aby przeczekać te chwile, gdy atmosfera w domu zapowiadała nieuchronną burzę.

Układa wyrzucone buty w pudełkach i odwiesza sukienki mamy na drążek. Gryzie ją sumienie, że są tak pogniecione, stara się je powygładzać, ale ostrożnie, by nie urazić poranionych palców.

Następnie układa pudełka, jedno na drugim: buty do tańca, wyjściowe, letnie i zimowe. Są nawet te, w których mama była na ślubie Miriam. Wszystkie czyściutkie, zadbane. Tylko że pudełka nie chcą stać równo, coś musiało się obluzować. Miriam je zdejmuje i zaczyna od początku, ale znów wychodzi jej krzywo, a wtedy odkrywa przyczynę – pod samą ścianą stoi stara dywanikowa torba podróżna, z której odpadła jedna rączka.

Torba jest ciężka. Miriam nie przypomina sobie, żeby kiedyś widziała w domu coś takiego. Odstawia ją na bok, a potem, doprowadziwszy garderobę mamy do porządku, odwraca się; torba czeka na nią cierpliwie jak pies, podnosi ją więc i otwiera, przekręciwszy klamerkę.

W środku jest żółte prześcieradło, wyblakłe niczym zwiędły żonkil. Miriam siada z nim w nogach łóżka. Prześcieradło jest duże, a z tkaniny bije odór moczu, potu i ziemi, który w miarę rozkładania staje się coraz mocniejszy. Nagle na kolana Miriam wypada to, co było w nią zawinięte. Koszula w granatowo-szare pasy. Po rozłożeniu robi się z niej sukienka. Jest długa i prosta, uszyta z grubego, szorstkiego bawełnianego drelichu.

Ma trójkątny kołnierzyk i trzy guziki na piersi. Rozłożywszy żółte prześcieradło do końca – przykryłoby jednoosobowe łóżko – Miriam wstaje i rozściela je na podłodze, a na wierzchu kładzie pasiastą sukienkę.

Nie może oderwać od niej wzroku, jak od cienia w blasku słońca.

Drelich świeci dziurami, gdzieniegdzie się strzępi i ma zagięcia, jakby długo leżał złożony. Sukienka w pasy. Pasiak.

Miriam zabiera go do pokoju ojca.

– Czy to mamy? – pyta. – Tato… Znalazłam… – zaczyna, a potem zgięta wpół opada na fotel, zalewając się łzami. Jest w tych łzach i wyczerpanie, i ból straty, i jeszcze coś innego.

Lęk.

HEINRICH

Siedziałem na tej ławce nad Szprewą chyba cały dzień, obserwując latające kaczki i czaple czyhające na zdobycz. I świat w ruchu. W końcu wstałem, wiedząc, że Emilie wróciła już do domu. Przez całą drogę powrotną rozważałem, jak mógłbym jej o tym powiedzieć, jakimi słowami nazwać moje uczucie, aby mogła zrozumieć. Zawsze wszystko jej mówiłem. Rozmowa była dla nas czymś tak naturalnym jak oddychanie. Przemilczeć taką sprawę wydawało się nie do pomyślenia, ale chociaż mocno nadłożyłem drogi, klucząc i krążąc, nie wymyśliłem absolutnie nic.

– Heinrich, to ty? – Z mikroskopijnej klitki służącej nam za kuchnię dobiegł jej niespokojny głos. Mieszkanko, które teraz zajmowaliśmy, przypominało buduar, zagracony przeróżnymi zbytkami, dla których w poprzednim domu mieliśmy więcej miejsca. Tutaj wszystkie te kwiaty, obrazy i książki zalegały dosłownie wszędzie. A pośród nich krzątała się moja żona, w rozwiązanym fartuchu.

– Czołem. – Podszedłem i cmoknąłem ją w policzek.

– Gdzie byłeś? – zapytała.

– Na spacerze. – Rozsupłałem luźny węzeł i zawiązałem go na nowo, a przy okazji wygładziłem szpitalny strój, który miała pod spodem. Ująwszy Emilie za nadgarstek, obróciłem ją do siebie, porwałem w ramiona i wyprowadziłem z kuchni do przepełnionego sprzętami salonu. Nucąc pod nosem jakąś zmyśloną melodyjkę, ruszyłem z nią w takt walca o nieco zbyt szybkim tempie.

– Heinrich, co ty wyprawiasz? – Zaśmiała się.

– Cieszę się – odparłem i już miałem wszystko wyjaśnić, wypuścić roztańczone słowa, podzielić się z nią tym uczuciem, tak, by miała w nim udział, lecz ona nagle zatrzymała się w pół kroku.

– A czym tu się cieszyć? – zapytała, wspięta na czubki palców. W jej oczach widziałem ból, wycięty tak głęboką kreską, że przeszył mnie do żywego. Położyła mi dłoń na policzku, pocałowała mnie, a potem wróciła do kuchni. A ja zrozumiałem, jaka jest prawda, i był to potężny cios zapierający dech w piersiach: otóż powód mojej radości dla niej był źródłem bezbrzeżnego cierpienia.

MIRIAM

Sukienka – pasiak – leży na jej kolanach. Tato zasnął, a po kątach pokoju snuje się noc. Miriam dotyka guzików, gładkich, okrągłych. Kieszeń z przodu jest nadpruta, a w rogu coś wystaje. Miriam wsuwa dłonie pod tkaninę; słychać szelest, ale pod spodem nie ma nic, co wydaje taki dźwięk. A do kieszeni nie ma jak się dostać.

– Tam coś jest – mówi Miriam, a pogłos powtarza to w ciemności.

Przynosi z salonu nożyczki krawieckie mamy. Srebrzysty chłód wsącza się pod jej ciepłą skórę, stalowe oczka miękko oplatają palce. Śrubka trzyma ostrza razem, ale pozwala im się rozchylić. Miriam pieszczotliwie przesuwa po nich opuszkami, zatrzymuje się na czubku, tak, żeby ledwie dotykał skóry.

Pod naciskiem metal zagłębia się w ciało, a gdy tylko pokaże się krew, spływa na nią odprężenie, jak w gorącej kąpieli. Przyglądając się ciemnej kropli wyrastającej na czubku palca, Miriam bierze głęboki oddech. Bezładny mętlik tego, co nienazwane, zaczyna się klarować.

Swojskie, dobrze znane uczucie. Stary przyjaciel.

Odchrząknąwszy, przełyka ślinę i wkłada palec do ust. Posmak stali kłuje w język punkcikiem wymiarów czubka szpilki, rozlewa się ciepłem po podniebieniu.

Rozciąwszy nożyczkami kilka centymetrów szwu, Miriam wsuwa palce w otwór i wyciąga ze środka kartkę. Złożoną kilka razy, nie większą niż pudełko zapałek.

Po rozłożeniu kartka ma wielkość strony z zeszytu, ale jest cienka jak bibułka. I zapisana ręcznie – Miriam nigdy w życiu nie widziała takich maleńkich liter. Ledwie można je odcyfrować. Rozkłada list na kolanach i włącza lampkę, kierując światło prosto na papier. Szary ołówek widać wyraźniej na tle ciemnej spódnicy. Tekst nie ma marginesów ani akapitów, biegnie od jednego brzegu kartki do drugiego. Po obu stronach.

Miriam przygląda się uważnie. Dreszcz przebiega jej po ramionach tysiącem drobnych ukłuć. Podsuwa list, tę misterną pajęczą sieć słów, pod światło i zaczyna czytać.

Mój drogi Heinrichu,

Eugenia Kawińska myśli, że już jej nie ma, że umarła z chwilą, kiedy stała się numerem i niczym więcej.

To, że naprawdę może umrzeć i obrócić się w popiół, jest już dla niej nieistotne.

Słucham jej słów, ale muszę się przed nimi bronić. Staram się zachować nadzieję. Tylko że tutaj nadzieja jest jak te życzenia, które mówi się w myśli na widok spadającej gwiazdy; to tylko dziecinny wymysł. Czysta naiwność. Wspomnienie, nic więcej.

Wspomnienie tunelu z czerwonej cegły, wiodącego na Gleis 17. To było przedtem.

A teraz pochłania nas opar, który bije z naszych ciał. Wełniane koce pęcznieją, wzdęte powłoki kryjące pod spodem dodatkową, niechcianą podszewkę martwego zastoju. Jedyny ruch, który da się złowić okiem, to wisząca w szarówce letniego zmierzchu mgiełka mojego oddechu, zwiotczała i mdła. W palcach trzymam ołówek. Za ten ołówek oddałabym życie. Tutaj wielu się modli, ale ja znam tylko ten jeden sposób, aby dalej być i pozostać sobą, więc pewną ręką, z całych sił, przyciskam mój ołówek do papieru, a stawiane nim znaki ratują jedno istnienie.

Eugenia zaczęła mówić, cicho, jakby do siebie, a my, zamknięte w kokonach własnych wyziewów, słuchałyśmy.

Mówiła o tym, jak ją złapali.

Schowała się w malowanej na biało skrzyni stojącej za kotarą na zapleczu sklepu w jej rodzinnym Lublinie. I czekała, słuchając, jak ziemia dygocze z gniewu pod stopami żołnierzy, którzy grabili, gwałcili i palili całe miasto. Tych, którzy ocaleli, czekała wywózka.

Eugenia powiedziała, że to było jak zły sen, kiedy człowiek wie, że musi uciekać, ale nie może, bo jego pozbawione czucia nogi nie chcą zrobić ani kroku.

Tak właśnie tutaj się czuję, każdego dnia, od świtu do zmierzchu, bez Ciebie.

Eugenia to młoda katoliczka. Polubiłbyś ją; ma w twarzy jakieś ciepło, coś, co dodaje otuchy. Przedtem, tak sobie wyobrażam, wyglądała jak anioł, którego oglądaliśmy na reprodukcji Madonny w grocie: tchnąca spokojem i cichym pięknem. Jej twarz przetrwała ciężkie próby, czoło marszczy się często, a w ruchy dłoni wkradł się pośpiech, ale kiedy Eugenia zaczyna mówić, uwaga skupia się na niej. Jest niezwykle opanowana. Pełna gracji. Nawet wykrój jej ust i włosy skręcone w pukle przywodzą na myśl anioła.

 

Opowiadała, jak zatkała uszy przed rykiem marszu śmierci. Znajdowała się na granicy snu i jawy. Usłyszała głosy, szepty i pospieszne kroki, po czym uniosło się wieko drugiej, osobnej przegrody skrzyni, w której się schowała, a światło padło też na nią. Nie mogąc unieść głowy, spojrzała przed siebie, wzdłuż drewnianej ścianki. Zobaczyła buciki, niebieskie, wyszywane zieloną nitką. Dziecięce. Jedna sznurówka była zawiązana na luźny węzeł, druga – rozwiązana. Z cholewek sterczały różowe, pulchniutkie nóżki w szarych skarpetkach.

Kobieta ze swoim małym synkiem.

Eugenia opowiada, jak mama starała się go uciszyć, ale on, gdy tylko znalazł się w skrzyni, zaczął piszczeć. Stópki w maleńkich bucikach próbowały wdrapać się po ściance, ale była za wysoka. Kobieta przemawiała do synka cichym głosem. Prosiła, żeby się położył. Nie chciał. Stał, ściskając w rączkach jakiś gałganek, a gdy usiadł na dnie skrzyni, natychmiast wyciągnął je do mamy.

Kobieta wsunęła się do środka. Była bosa. Zdjęła marynarkę, choć pod spodem miała tylko lekką sukienkę, i owinęła całego chłopczyka dwa razy, jakby kładła go spać. Potem położyła się sama i przygarnęła go do siebie, podkuliwszy nogi, bo nie było miejsca, aby mogła leżeć na wznak. Ta pozycja miała zapewnić mu osłonę ze wszystkich stron: ciało mamy było dla niego jednocześnie poduszką, kołdrą i łóżkiem. Kiedy leżeli już razem, kobieta zamknęła wieko skrzyni i ciemność znów skryła nas wszystkich.

Heinrichu, zapisuję tutaj jej słowa, bo chcę je zachować. Jak ona o tym mówi… To jest jej historia, nie moja.

– Nie chciałam widzieć jej twarzy. Przez jakiś czas było cicho, mama przemawiała do dziecka kojącym szeptem. Słysząc ciche odgłosy tej najprostszej ze wszystkich radości, poczułam, jak rośnie we mnie głęboka pustka. Pogrążałam się w niej, aż żołądek wywracał mi się na nice. W którymś momencie dziecku pewnie zachciało się jeść, bo rozległo się dziarskie ssanie i przełykanie, z początku głośno, a potem trochę ciszej. W końcu chłopiec zasnął i wtedy uderzył huragan.

Miriam w milczeniu odchyla głowę na oparcie fotela.

8

HEINRICH

Przed wojną perony stacji Berlin-Grunewald kojarzyły się z bezpieczeństwem. Ciągnęły tam tłumy, bo ludzie pragnęli skorzystać z szansy; wyrzec się wszystkiego, co mieli, w zamian za wolność. Ale rok 1944 nie był już bezpieczny i nie wyjeżdżało się jak na wakacje.

Wyjazd przymusowy. Cel podróży: nieznany.

Spoceni i spragnieni tak, że suchość w ustach głuszyła nienawiść wzbierającą falą żółci w głębi żołądka (przynajmniej u mnie), Frieda i ja znaleźliśmy skrawek miejsca do siedzenia, ale o odpoczynku nie było mowy. Poderwali nas i zagonili gdzieś indziej, a potem znów popędzili dalej.

Po aresztowaniu przez wiele godzin prowadzili nas ulicami miasta i dopiero późną nocą mogliśmy oprzeć plecy o czerwone cegły tunelu prowadzącego na perony stacji. Wyjrzawszy na zewnątrz, zobaczyłem na torach drewniane bydlęce wagony i wtedy poczułem w sobie siłę, aby spojrzeć na Friedę. Oczy miała pełne łez, ale żadna nie popłynęła.

– Przepraszam – powiedziałem.

Znaleźliśmy się w oku cyklonu. Czekaliśmy. Tam, na peronie przy torze numer siedemnaście, były setki ludzi takich jak my. Na wszelkie sposoby broniliśmy się przed chłodem nocy. Szmer szeptów drżących niepewnością co chwilę głuszył tupot skórzanych buciorów na bruku, dziurawiły go krzyki i huk wystrzałów. Setki ludzi razem; niektórzy mieli jakieś bagaże, lecz większość tylko siebie nawzajem, tak jak my dwoje. Frieda tonęła w moim płaszczu; postawiony granatowy kołnierz sięgał jej uszu, wisiały na nim niezwiązane włosy. Jak gdyby łączyła nas niewidzialna nić, czułem bicie jej serca, każdy jego skurcz tłoczył energię do moich żył. Dialog dwojga serc.

Przy Friedzie traciłem swadę i nigdy nie umiałem wysłowić się swobodnie, tak jak do tego przywykłem. Chowałem się za słowami wielkich poetów, najwspanialszych artystów naszych dziejów. Na własnych nie mogłem polegać, pękały mi od nich wargi, a język momentalnie kołowaciał. Powinienem przemawiać do niej własnymi słowami, ale nader często miałem świadomość, że lepiej tego uniknąć. Zamiast opowieści o moich uczuciach, tak dotkliwych i tak dla mnie nowych, z moich ust wydobyłby się tylko bełkot i jąkanina. A ona rzucała mi wyzwanie samym spojrzeniem. Czułem je na sobie, a wtedy odrywałem wzrok od swoich palców, pracowicie splatanych i rozplatanych. Patrzyła i widziała mnie. Zaglądała w głąb mej duszy.

Wykładałem literaturę na uczelni, znałem biegle trzy języki, ale wszystkie te umiejętności zdały się na nic. Plotłem trzy po trzy, sfrustrowany jak pisarz dotknięty niemocą twórczą. A jednak to właśnie dzięki Friedzie potrafiłem zrozumieć mowę ciszy i poezję spotykających się spojrzeń.

Zamknąłem oczy na otaczający mnie świat i już tylko słuchałem bicia jej serca, które brzmiało, jakby deszcz padał na drogę pod gołym niebem.

Pachniała ciepłem, ciepłem domu.

Gdy tak czekałem na peronie, nie byłem w stanie zasnąć, więc położyłem palce na szorstkim kołnierzu mojego starego płaszcza. Przygarnąwszy Friedę do siebie, zamknąłem się w kokonie wspomnień, bo tylko żyjąc przeszłością, mogłem przetrwać tę noc.

MIRIAM

Dzwoni telefon.

Miriam siedzi wpatrzona w kartkę leżącą na pasiaku. Jedno i drugie położyła w nogach łóżka ojca. W końcu snujący się pobrzask poranka odpływa dalej, pasiasta sukienka kryje się w cieniu.

– Byliście tam oboje? – Nie ociera łzy toczącej się po policzku. Pozwala jej spaść na spódnicę i zniknąć w splotach tkaniny.

Telefon dzwoni znowu, ale tym razem nie cichnie. Zostawiwszy sukienkę, list i ojca, idzie odebrać.

– Halo?

W słuchawce szum i nic więcej.

– Halo?

Cisza. Serce wali jej jak młotem, głucho tłucze się w uszach.

– Kto tam?

Kark pokrywa się gęsią skórką. Cisza narasta, trzęsie ścianami. Miriam odrywa słuchawkę od ucha i odkłada na widełki. Dłoń kurczowo zaciska się na plastikowym uchwycie.

Idzie do łazienki zalanej blaskiem, tam puszcza wodę do wanny, dygocze spowita kłębami pary. Złożona do grobu. Zamknięta w bryle lodu. W wannie, głęboko pod wodą, gęsia skórka znika, wyparzona. Myśli, pojedyncze kropelki, zbierają się, aby w końcu zalać ją falą powodziową.

Przebiera się w bawełnianą spódnicę z podszewką i pulower, po czym wraca do pokoju. Telefon dzwoni po raz kolejny. Powoli podnosi słuchawkę i przykłada do ucha.

– Halo?

– Miriam – odpowiada głos. Znajomy głos. Jego głos.

Axel.

Miriam szybko odkłada słuchawkę. Wpatruje się w gładki plastik wilgotny od uścisku jej spoconej dłoni. Odłącza kabel od telefonu i staje nad stolikiem: lampa z szerokim abażurem, pudełko chusteczek, notatnik, a teraz telefon.

Uciszony.

Siada na starym fotelu, który przeżył już niejedną zmianę tapicerki i teraz ma obicie ze sztruksu. Jej drobne, szczupłe palce przeczesują runo tkaniny, w tę i z powrotem, zmieniając jej fakturę i kolor, z rdzawej czerwieni na bordowy.

Tam i z powrotem.

Fotel towarzyszył jej od lat, gdy się śmiała i płakała, gdy rozmawiała z ojcem albo mówiła do jego pleców.

Palce biegają coraz szybciej, paznokcie z miłym dla ucha chrzęstem orzą sztruksowe prążki. Dłonie zmieniają się w szponiaste łapy, a myśli krążą wokół listu ukrytego w pasiaku i osoby, która go napisała.

Jedyna skaza to ślubna obrączka, obwiedziony złotem otwór, który połyka palec, a potem go wypluwa, a do tego optycznie deformuje staw. Miriam przestaje skubać poręcz fotela i szarpie się z obrączką. Nie zdjęła jej nigdy, ani razu i sama myśl o tym każe jej teraz rozejrzeć się dookoła.

Tata leży na boku, śpi głębokim, spokojnym snem.

Przeciąga obrączkę przez staw palca serdecznego. Grube złote kółko spada ciężko na jej kolana. Blady pasek skóry, wystawiony na działanie żywiołów, wydaje się lśnić oślepiającą bielą. Miriam pociera świeżym naskórkiem o wargi.

Nie wie, co zrobić z obrączką, unosi ją w dwóch palcach, podciąga wysoko nogi i kładzie na kolanie, wbijając wzrok w pusty okrąg, linię, która nie ma końca.

Nagle brzęczy dzwonek domofonu. Podrywa się, obrączka koziołkuje po podłodze w kąt pokoju i mruga na nią stamtąd. Miriam podnosi ją i chowa do podszytej jedwabiem kieszeni granatowej spódnicy.

– Frieda – mamrocze ojciec, przebierając nogami jak śpiący pies.

Kiedy domofon cichnie, rozlega się pukanie do drzwi, a potem ludzki głos: ktoś woła przez szczelinę na listy. Miriam ledwie go słyszy, bo materac ciśnieniowy hałasuje, zresztą nie bardzo ją to obchodzi.

To, że naprawdę może umrzeć i obrócić się w popiół, jest już dla niej nieistotne.

Miriam to Frau Voigt, człowiek zredukowany do nazwiska, tak jak Eugenia została zredukowana do numeru. Ale ten pasiak i list – to oznacza, że mama też tam była.

Mamy już nie ma. Miriam o niczym nie wiedziała, a tata… Kim była Frieda?

Jest z tymi pytaniami całkiem sama.

– Za późno – mówi. – Spóźniłam się.

W żaden sposób nie poskłada już fragmentów przeszłości, o nic nie zapyta, nie zrozumie, nie pozna tych ludzi takimi, jacy byli naprawdę. Bo ten… ta sukienka zmieniła wszystko; wszystkie wspomnienia, wszystko, co wiedziała, uleciało.

Rozlega się łomotanie w drzwi i jakiś znajomy głos.

– Miriam!

Miriam wytacza się z pokoju, kuśtyka na sztywnych, lodowatych nogach.

– Hilda?

Otwiera drzwi, a Hilda po wejściu kieruje się prosto do sypialni, w przelocie delikatnie dotknąwszy jej ramienia.

– Wszystko w porządku?

– Ja tylko… zasnęłam – tłumaczy Miriam, ruszając za nią.

– Oczywiście. Ojciec chyba się wyspał. – Hilda spogląda w jego stronę. – Jak się czujemy, Herr Winter? Świetnie pan wygląda z rana.

Miriam przeciera oczy, a Hilda swoim kaczym krokiem podchodzi do łóżka.

– Zrobić ci herbaty? Czy może kawy?

– Kawy poproszę. – Hilda otwiera torbę.

Miriam stawia czajnik na gazie. Kiedy zaczyna piszczeć i pryskać wodą, zrywa się, aby zestawić go z palnika. Jak to możliwe, żeby tak błyskawicznie się zagotowało? Kawałek czasu przepadł na zawsze.

Pstryk i nie ma.

Zdejmuje czajnik z kuchenki.

– Spać. Muszę się tylko wyspać – mamrocze, zanurzając łyżeczką torebkę herbaty podskakującą w filiżance.

– Pomóc ci? – Hilda staje w drzwiach kuchni, zdejmuje rękawiczki i przygląda się, jak Miriam wyławia torebkę, posyłając przy tym fontannę herbaty prosto na blat. – Nie masz kawy? – pyta.

– Przepraszam, zagapiłam się. – Miriam zabiera filiżankę i odwraca się do zlewu.

– Nic nie szkodzi. – Hilda wyciąga ręce, przechwytuje naczynie. – W sypialni już wszystko gotowe.

Wracają do ojca.

– Co u niego?

– Nie odzywa się, ale ogólnie w porządku. – Miriam obrzuca wzrokiem jego ciało, którego z dnia na dzień coraz bardziej ubywa. Niedaleko leży dywanikowa torba. – Gdzie sukienka? – pyta. – Położyłam ją w nogach.

– Tam – wskazuje Hilda.

Miriam podbiega do krzesła, unosi ją w obu rękach. Przyciska do piersi.

– Co to? – pyta Hilda.

– Chyba pasiak. – Po plecach Miriam przebiega dreszcz. – Ona też tam była – dodaje. – Oboje tam byli. Znalazłam go w szafie… a w środku zaszyty list.

– Jak się czujesz? – chce wiedzieć Hilda. – Powinnaś gdzieś się ruszyć, wyjść z domu. Przed południem mam na liście tylko twojego ojca, mogłabyś… – Wchodzą do salonu. W promieniach słońca unosi się zapach kurzu i pasty do drewna. – Patrz, jaki piękny poranek. – Na dowód rozsuwa zasłony, a potem jeszcze otwiera okno. Zapomniany pokój napełnia się światłem, a ją opadają nieproszone drobinki kurzu.

– Nie mogę go zostawić – mówi Miriam. – Tak wiele… Tak wiele przegapiłam. Tym razem już go nie opuszczę.

Hilda siada, kładzie jej dłoń na ramieniu.

– Nie chcieli, żebyś o tym wiedziała. Gdyby było inaczej, sami by ci powiedzieli. Idź na ten spacer. Rozjaśni w głowie. – Zapala się do swojego pomysłu. – Idź, ja tu będę.

I chociaż Miriam całym sercem wolałaby zostać, zakłada buty, a potem daje się wbić w płaszcz i wypchnąć za drzwi.

– Zobaczysz, że dobrze ci to zrobi. No, idź – zachęca Hilda. – My tutaj damy sobie radę.

Na ulicy panuje przenikliwy ziąb. Świat budzi się do życia, oddycha czystym powietrzem, chyba to niedziela, bo tak mało samochodów. Ziemia kręci się dalej. I Miriam też nie stoi, nogi same ją niosą.

 

Już bardzo dawno nie włóczyła się tak bez celu, a każdy kolejny krok bardziej rozluźnia boleśnie przykurczone mięśnie. Na skrzyżowaniu Miriam skręca prosto w Dancklemannstraße, gdzie klasyczne berlińskie kamienice lśnią bielą w blasku poranka. Wszystkie sklepy i restauracje zamknięte, stojaki na rowery – puste. Mrugające oknami fasady łączą się w długi ciąg, niczym wagony toczącej się z mozołem kolejki. Miriam mija nieduży butik, włoską knajpkę, antykwariat z książkami i winylami. Z okien nad jej głową płynie zaspana jeszcze cisza.

Stawia kroki w rytm odległego stukotu kół pociągu, potem w rytm uderzeń swojego serca, ale zagubione myśli bez przerwy powtarzają słowa listu sprzed lat.

Padła w nim nazwa „Gleis 17”. Przypomina sobie zdjęcie z książki przeglądanej w bibliotece. Na zdjęciu peron i bydlęce wagony. Podpis: stacja Berlin-Grunewald, tor numer siedemnaście. Stamtąd wywozili ludzi do obozów. A wśród tych ludzi musieli być jej rodzice.

Niedaleko jeziorka Lietzensee skręca w prawo, dochodząc do Sophie-Charlotten-Straße. Powraca w miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Bo nawet jeśli ich rozdzielono, to nie zginęli, ocalili życie.

Dociera do dzielnicy Grunewald. Oddycha nierówno, serce łomocze jej głucho w piersi. W budynku dworca, zbudowanym z czerwonej cegły, zalega cisza, a kwiaciarnia jest zamknięta. W miejscu, gdzie z założenia ma panować ruch, brak hałasu działa na nerwy. Biała tablica z dużym czarnym napisem wskazuje drogę na peron, ten peron. Odetchnąwszy głęboko, Miriam rusza za strzałką.