Króliki z RavensbrückTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

HEINRICH

W pewną marcową środę przestałem być pracownikiem uniwersyteckim. Tego dnia jej ławka była pusta.

Nie przekazali mi tego ani pod koniec semestru, ani pod koniec tygodnia, ani nawet na koniec dnia. Kierownik mojego wydziału, Herr Wager, groźnie wyglądający oficer Trzeciej Rzeszy w stanie spoczynku, wkroczył do sali wykładowej w towarzystwie dziekana, wątłego mężczyzny nazwiskiem Erik Scholl.

– Pan wybaczy, Herr Winter, to koniec pańskich zajęć. Nie pracuje pan już na tym wydziale. Proszę zabrać marynarkę. – Położywszy potężną rękę na moim ramieniu, Wager odwrócił mnie o czterdzieści pięć stopni, twarzą do drzwi.

– Dlaczego? – zapytałem, chociaż nie miało to znaczenia.

– Przepraszam cię, Heinrich – powiedział Erik. – Od tej pory tylko członkowie partii mają odpowiednie wykształcenie, aby tutaj wykładać.

Wyprostowawszy się, wytarł z tablicy wszystko, co na niej napisałem, i sam wziął do ręki kredę.

Sięgnąłem po marynarkę wiszącą na oparciu krzesła. Niektórzy studenci przyglądali mi się z zaciekawieniem, inni ze współczuciem. Zamknąłem teczkę.

– Czy mogę iść do gabinetu po swoje rzeczy?

Erik stanął plecami do mnie i zwrócił się wprost do uczniów. Do moich uczniów.

Herr Wager wypchnął mnie z sali i odprowadził do głównego wejścia. W pustym korytarzu było słychać tylko nasze kroki. Otworzył przede mną wysokie drzwi, sam pozostał w środku.

– Nie wolno panu opuszczać Berlina, mamy do pana kilka pytań. – To były jego ostatnie słowa. A ja pomyślałem, że to na pewno była Frieda, że to ona na mnie doniosła.

Poczułem, że na moich ramionach zaciskają się dwie olbrzymie dłonie, pozostawiając głęboki ślad.

– Do widzenia – powiedział Herr Wager.

Piekący ból zagnieździł się w moich oczach, utkwił w gardle. Pierś przeszył lodowy kolec. Znajdą książki, „te” książki, aresztują mnie. Strach dodał mi skrzydeł. Oddaliwszy się od wejścia, przez które mnie wyprowadzono, skręciłem za róg uczelni.

Zobaczyłem ją kątem oka, idącą w moim kierunku.

– Panie profesorze! – zawołała, a ja, wiedziony nagłym impulsem, odwróciłem się do niej, chociaż wiedziałem, że nie powinienem.

Rozwiane włosy, białe w blasku słońca, płynęły za nią płomieniem. Biegła do mnie, a ja stałem bez ruchu, przestępując niepewnie z nogi na nogę. Co miałem zrobić? Uciec i schować się gdzieś czy wybiec jej na spotkanie? Tylko jedno było pewne, mianowicie to, że zapomniałem oddychać, więc kiedy mnie dogoniła, obojgu nam brakło tchu.

– Panie profesorze – wydyszała, a jej głos nagle opadł o całą oktawę. – Mam coś dla pana.

Stała tak blisko, że z trudem panowałem nad własnym ciałem, dlatego musiałem trzymać ręce skrzyżowane na piersi. Nie mogłem oderwać oczu od jej twarzy i objąć wzrokiem całej postaci, a intymność tej chwili wytrącała z równowagi.

– Chyba dość już pani zrobiła? – odparłem. A kiedy dostrzeg­łem, że dotknęły ją moje słowa, opuściłem ręce, choć rwały się do niej. Dręczyła mnie obawa, że to wszystko stało się za jej przyczyną, lecz mimo to nie mogłem zapanować nad sobą na tyle, aby odejść, uciec, chociaż tak właśnie należało postąpić.

Była obrazem mojej agonii.

MIRIAM

Obraz ojca dręczonego nieustającymi atakami konwulsji aż do samej śmierci oraz świadomość, że nikt nie może mu pomóc, są trudne do zniesienia. Cisza narasta, aż wreszcie Hilda, przełknąwszy ostatnie drobne fusy, z cichym brzękiem odstawia filiżankę i podnosi swoją torbę z podłogi, a po drodze zrzuca gazetę ze stołu.

– To prawda z tym Bogiem! – Stuka palcem w nagłówek i zaczyna się śmiać. – À propos, rozmawiałam dzisiaj z doktorem Baumem, prowadzącym twojego ojca. Miałam odezwać się do ciebie rano, ale skoro już tu jestem…

Miriam unosi wzrok i spogląda jej w oczy.

Ten nowy temat wyostrza zmysły.

Pełna gotowość.

Nazwisko tego człowieka, choć minęło już dziesięć lat, wciąż budzi w niej znajome, bolesne uczucie. Doktor Baum siedział za swoim biurkiem, zza drzwi dobiegał stłumiony gwar poczekalni. Jego twarzy nie widziała, bo całą postać zalewał słoneczny blask bijący z okna.

Miriam wbija paznokieć głęboko w łoże drugiego paznokcia, wyciąga luźną skórkę. Przebiega myślami wszystkie „spotkania” z doktorem Baumem. Stęchła kawa, gruba teczka z jej dokumentacją medyczną, środek antyseptyczny, recepty i lepka od potu dłoń męża mocno ściskająca jej dłoń.

Nieodparty przymus umycia rąk chwyta ją znienacka, jak zawroty głowy. Ściągać skórę płatami i warstwa po warstwie cofać czas, aż do chwili kiedy ich dłonie jeszcze się nie zetknęły.

Miriam haustami połyka powietrze, żeby nie zemdleć. Przed sobą ma Hildę, ale w nozdrzach zalegają zmieszane wonie gabinetu doktora Bauma. Zdaje sobie sprawę, że w rzeczywistości jest gdzie indziej, w pokoju swojego ojca, w jego domu, Hilda stoi przed nią, a twarz ma ściągniętą niepokojem, jednak w powietrzu i tak wisi zapach foteli u doktora, siedzeń z grubej pianki obitej wełną.

Czuje, jak dłoń męża przylega do jej dłoni, ciasno niczym rękawiczka, czuje zapach jego gorącego oddechu, a doktor Baum, odchrząknąwszy, teatralnym gestem kładzie okulary na teczce z jej dokumentacją, a potem pełnym współczucia głosem opowiada, jakie jego zdaniem są rokowania. Omawiają różne możliwości leczenia Miriam, uzgadniają, jak należy je prowadzić, a potem podają sobie dłonie. Doktor daje im proszki i wychodzą.

To wszystko dla niej.

Miriam ściska w dłoniach tkaninę okrywającą jej brzuch, miękki nylon, niemalże przezroczysty, palce chowają się w nim, dotykają ciepłego ciała. To pomaga się opanować.

– Spotkamy się w przyszłym tygodniu i ustalimy dalszy plan opieki – mówi Hilda.

Te słowa padają niczym ciężkie krople.

– Nie jestem chora. – Miriam spogląda na nią. Co ona może wiedzieć? Zna jej przeszłość? Ale Hilda pochyla się nad jej ojcem, mierzy mu tętno.

– Nie chodzi o ciebie, tylko o niego. To zwykła procedura. Należy się zastanowić, czy robimy wszystko, żeby wam pomóc.

Miriam kolejno kładzie palce na brzuchu. Kciuk. Wskazujący. Środkowy. Serdeczny. Mały. Wciska je w skórę, a potem unosi. Mały. Serdeczny. Środkowy. Wskazujący i kciuk.

– Świetnie sobie poradziłaś, to nic przyjemnego oglądać go w takim stanie. Ja to rozumiem. – Hilda spogląda na zegarek. – Późno już, a właściwie wcześnie. Zostawię cię, odpocznij.

Zabiera swoje torby.

– Pamiętaj, pilnuj, jak oddycha, a w razie potrzeby zadzwoń jeszcze raz na pogotowie. Kiedy midazolam przestanie działać, musi przyjmować dużo płynów. Aha, Miriam… zrób coś dla siebie i prześpij się, dobrze?

Miriam uśmiecha się blado. Hilda to burza barw i falujących tkanin, okulary, które uniosła wysoko nad czoło, siedzą w jej kręconych włosach niczym ptak w gnieździe. Objąwszy zdrętwiałą Miriam na pożegnanie, roztacza dookoła gęstą jak smog woń kwietnych perfum.

– Nie wstawaj, wyjdę sama.

Kiedy zamykają się za nią drzwi, Miriam biegnie do przedpokoju, aby przekręcić klucz w zamku i zablokować zasuwkę. Na podłodze przyprószone kurzem leży jej piórko, to, które na co dzień mieszka pomiędzy drzwiami a futryną. Podnosi je i chowa do kieszeni.

4

MIRIAM

Następnego dnia ojciec jest już spokojniejszy, a na policzki wracają mu kolory. Miriam nie ma siły, by jak zawsze paplać, co ślina na język przyniesie, więc dogląda go w milczeniu. Oczy ma zaczerwienione, a powieki ciężkie, bo zamiast położyć się spać, siedziała na fotelu przy jego łóżku. Blask poranka maluje świat surowymi barwami.

Kuchenne szafki są prawie puste: tylko krakersy i kawa.

– Dzisiaj muszę wyjść – mówi Miriam do siebie, wyjmując paczkę krakersów. Idzie do salonu i włącza telewizor. Upłynął już cały miesiąc, ale w wiadomościach wciąż mówią tylko o spotkaniu Wschodu z Zachodem.

– Bardzo się bałem. – Przed kamerą stoi młody mężczyzna w dżinsowej kurtce, ma czarne, kręcone włosy i mikrofon tuż przy twarzy. To stare nagranie, Miriam już je widziała, ale ogląda ponownie, podjadając przy tym.

– Zrobiłem pierwszy krok i myślałem, że mnie zabiją. Zastrzelą na miejscu – ciągnie brunet. – Ale szedłem dalej. – Odrywa wzrok od obiektywu kamery i ogląda się na mur, który ma za plecami. – Już tam nie wrócę. – Kamera z powrotem pokazuje reportera z telewizji, a brunet płynie dalej z tłumem.

– Świętowanie trwa. Tutaj, w Checkpoint Charlie, Gwiazdka w tym roku naprawdę zaczęła się wcześniej. – Reporter żegna się z widzami i na ekranie pojawia się prowadzący w studiu.

Gdy na ekranie migają portrety Helmuta Kohla, Gorbaczowa i prezydenta Busha, Miriam słyszy, jak przez szczelinę w drzwiach wejściowych wpadają listy.

Wyłącza telewizor, zostawia niedojedzonego krakersa na szafce w kuchni, a potem idzie do przedpokoju i podnosi z podłogi kopertę zaadresowaną do ojca. Pismo jest zwarte, znajome.

Herr Winter, widnieje na kopercie, ale Miriam wie, że to do niej.

Wraca chwiejnym krokiem do pokoju ojca, koperta ciąży jej w dłoni.

Tata śpi.

Jest sama.

Całuje go w policzek obciągnięty papierową skórą.

– Nie zostawiaj mnie, proszę – mówi, odgarniając mu włosy z czoła, po czym przykrywa go dodatkowym kocem, zabranym z łóżka mamy. Skubiąc strup, który zrobił się na kciuku obok paznokcia, wbija wzrok w podłogę, samo oddychanie to ogromny wysiłek. Oprócz tego może tylko czekać.

Zna dobrze presję czasu, tego milczącego towarzysza, ale po tym, co wydarzyło się zeszłej nocy, zegar zaczął tykać naprawdę głośno.

– Przepraszam, że nie było mnie przy tobie – mówi. – Chcę pomóc. – Rozcina kopertę. Nieważne, co w niej jest. Wiadomo, kto ją przysłał. On.

 

W kopercie znajduje się polaroidowe zdjęcie, włożone tyłem do przodu. Wzrok przykuwa nazwisko wypisane ściśniętymi literami na odwrocie. Frau Voigt, tylko tyle.

Frau Voigt. Tak opisano ten obrazek. Ale na kopercie jest nazwisko taty.

– Wysłał to do ciebie… – mówi Miriam, przypatrując się z trwogą sobie na zdjęciu. Czuje żar bijący z głębi piersi w górę, aż po czubek głowy.

Wstaje gwałtownie, idzie do gabinetu ojca. Najwięcej jej wspomnień o nim wiąże się właśnie z tym miejscem.

Przez otwarte drzwi wylewa się zastały zapach starości, podobny do tego, który czuć w bibliotekach latem. Pełen słów i myśli przelanych na papier, zapisanych, a potem zapomnianych. Miriam kieruje się prosto do ciężkiego orzechowego biurka, szuka zapałek, które tata gdzieś tam trzyma. Biurko zajmuje całą ścianę naprzeciwko drzwi. Leży na nim blok listowy, na pierwszej kartce widnieją odciśnięte ślady słów, które napisał.

Zdjęcie w sepii, na nim jego rodzice. Przecięte na krzyż załamaniami po złożeniu, ale choć te dwie krechy dzielą, widać na nim więź, jedność. Zdobi je tylko ramka, nic innego. Mama nigdy nie zajmowała się tym pokojem, nie znać tutaj jej ręki.

Biurko tarasuje drogę do otwieranego pionowo okna, przez które widać ulicę zarośniętą kasztanowcami i kościstymi dębami. Markizy nad oknami kawiarenek, czerwone, zielone i niebieskie, są zwinięte, a na chodnikach nie ma stolików ani krzeseł, ale przed piekarnią z daleka widać wystawioną tablicę informującą o świeżej dostawie.

Na regale za oknem piekarni, niczym cegły w pryzmach, leżą bochenki chleba, żytniego, razowego, wiejskiego. Miriam przypomina sobie, że słodkie wypieki są w środku, na ladzie za szkłem. Kiedyś nad drzwiami był dzwonek, który melodyjnie dźwięczał, gdy się wchodziło. Stawała przy tej ladzie, opierała się obiema rękami o szybę i wybierała lukrowane pączki: ten dla niej, a ten dla taty. Mama w tym czasie gawędziła z panem piekarzem o zaletach tradycyjnych proszków spulchniających i tym podobnych rzeczach.

W brzuchu jej burczy. Odwraca się od okna.

Po obu stronach pokoju stoją regały, ich półki uginają się pod ciężarem książek w wielu różnych językach. Ściana naprzeciwko drzwi jest pusta. Cztery wgniecenia na dywanie to cień po fotelu, który stał w tym miejscu.

Zapałki są w najwyższej szufladzie. Drżącymi rękami Miriam zapala jedną, płomień liże róg polaroidowej fotografii. Gdy papier już się zajmie, kładzie zdjęcie na ceramicznej popielniczce stojącej na biurku i patrzy, jak się skręca i zwija, jak czernieje najpierw obraz, a potem jej nazwisko.

W powietrzu zawisa dławiący dym.

Miriam otwiera okno. Poszarzały, spopielony rulonik przywodzi jej na myśl kominy, tamte kominy. Przed oczami stają obrazy przesłonięte dymem, spowite kłębami popiołów. Obozy. A w tych obozach – jej ojciec.

To jego gabinet, miejsce, gdzie wszystko mówi tylko o nim. Miriam zaczyna szperać w szufladach, wyciąga księgi rachunkowe, grube tomy i kartki, stosy kartek. Szuka wyjaśnień.

Przegląda każdy dokument, wypatrując słów skreślonych jego ręką. Ma przed sobą opisy jakichś wydarzeń, daty zaczynają się w latach sześćdziesiątych, niektóre notatniki są zapisane stenograficznie, prawie wyłącznie ołówkiem.

Z przeglądanych dokumentów Miriam układa stos na środku pokoju. Bardzo szybko gubi się w labiryncie ojcowskich zapisków; co notes, to nowa zawiłość. Po opróżnieniu biurka podchodzi do półek z książkami.

Przebiega wzrokiem tytuły, niemieckie, angielskie, francuskie. Teksty naukowe i literatura piękna. Poezje, eseje i dramaty.

Zbiory przekładów Yeatsa prężą się, niezłomne, ramię w ramię z oryginałami. Miriam zdejmuje z półki jeden z nich, Michael Robartes i tancerka. Pociera palcami usta. Poniżej – znów Yeats. Ten sam tytuł. Cała półka pełna przeróżnych wydań i przekładów jednego tomiku wierszy. Wyciąga je po kolei, otwiera na stronie tytułowej. Własność Biblioteki Państwowej w Berlinie. I następny. To samo. Dwadzieścia egzemplarzy. W większości pochodzą z Biblioteki Państwowej. Czym zajmował się jej ojciec? Po co mu było aż tyle tych książek?

Zabiera jedną ze sobą, wraca do ojca, opada na fotel obok łóżka.

Oddech ojca nabiera hipnotyzującej regularności. Miriam otwiera książkę na stronie tytułowej i podsuwa mu ją pod sam nos. Stary, sfatygowany, dobry papier. „Węch to ostatni zmysł, który człowiek traci”, powiedział ktoś w szpitalu, właściciel jednej ze stale zmieniających się twarzy.

Kilka stron dalej zaczyna się pierwszy wiersz, tytułowy.

Miriam czyta, a słowa tańczą w zakamarkach pokoju niczym cienie rzucane przez mobil kołyszący się nad dziecięcym łóżeczkiem. Rycerze zbrojni we włócznie, smoki i szlachetna dama, którą ona wyobraża sobie w wysokim czepcu z welonem.

Po pierwszej zwrotce unosi wzrok.

– Pamiętam ten wiersz, a ty? – Zabiera się z powrotem do czytania, łagodnie dotyka złocistych kartek, a tomik ugina się w jej dłoniach. Palce pamiętają, jak kiedyś trzymały tę książkę.

Miriam, sama przyszykujesz się do szkoły – powiedziała mama przed wyjściem z domu. – Mam dzisiaj nocną zmianę. Zobaczymy się rano.

– A tata? – Wzięła tosty ze stołu.

– Jakoś się ogarnie.

Miriam poszła do jego pokoju. Zaciągnięte zasłony, powietrze skrzepłe od snu. Tata leżał w łóżku.

– Dzień dobry. – Usiadła sprężyście na posłaniu i pocałowała go w głowę. Pachniał przegrzaniem, jego miękka skóra nie była umyta.

Znów miał atak.

Zrzuciła buty i wgramoliła się wyżej, by usiąść na poduszce, a stopy wsunąć pod kołdrę.

– Co mamy na dziś? – zapytała, jednocześnie dostrzegając tomik Yeatsa leżący na stole. – Ooo, moje ulubione. – Wzięła wiersze do ręki. – Siedzisz wygodnie? Poczytam ci…

I zaczęła mu czytać. Zawsze gdy miał ataki, wagarowała, aby przez cały dzień być z nim i pomagać mu dojść do siebie. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, skąd się biorą te jego okresy apatycznego zawieszenia – tak już miał i tyle. Przypomina sobie teraz, jak odnosiła się do tego, będąc dzieckiem. Czytała mu wiersze. I to pomagało.

Mama nie wiedziała o niczym.

– Jak różnych rzeczy w szkole nauczają!2 – Odczytuje ostatni wers utworu Yeatsa.

Jej twarz wilgotnieje od łez, a słowa rozpływają się na kartce. Jeśli to mu pomaga, postanawia, będę mu czytać, żeby wyzdrowiał i wrócił.

Nigdy nie przyszło jej do głowy, aby zapytać ojca, jak wyglądało jego życie, zanim ona przyszła na świat. Hitler zabijał Żydów, a jej rodzice nie byli Żydami. Więcej o tym nie myślała. Historia, ta potworna historia, jeszcze nigdy nie zastukała tak głośno do drzwi ich domu.

2 W.B. Yeats, Michael Robartes i tancerka, przeł. Piotr Siemion, w: Wiersze wybrane, Ossolineum, Wrocław 1997.

HEINRICH

To był, jak się okazało, mój ostatni dzień w pracy. Stałem na ulicy, niedaleko uczelni, a Frieda zatrzymała się. Podmuchy wiosennego wiatru porywały jej włosy z karku i ramion, niosły w moją stronę. Nie było zimno, ale ona miała na sobie grubą bawełnianą sukienkę, a wysoko pomiędzy włosami perliły jej się kropelki potu.

– Chyba dość już pani zrobiła – stwierdziłem.

– Raczej o wiele za mało. – Chwyciła mnie za ramię, ścisnęła. W tym samym miejscu co Herr Wager, rozgrzała je. – Proszę. – Z wyładowanej szkolnej torby zaczęła wyciągać książki i jedną po drugiej wpychać je w moje ręce. Nie miały okładek ani kilku pierwszych stron, ktoś je powyrywał, jeszcze zanim trafiły do mnie. Mimo to znałem każdą z nich niemal na pamięć.

– Skąd pani to wszystko wzięła?

– Wykradłam dla pana. Gdyby znaleźli, toby pana aresztowali.

– Co pani wyprawia?

– Zwracam. Nie byłam pewna, które wziąć, więc zabrałam ile się dało, a do tego wszystkie papiery z zamkniętej szuflady w pańskim biurku. – Zamilkła. A ja poczułem gniew zmieszany z nieopisaną ulgą, jak ojciec, który odnalazł swoje zaginione dziecko.

– Proszę, torbę też niech pan weźmie. – Zdjęła ją z ramienia i podała mi, ale miałem w rękach pełno książek, a w jednej dłoni na dodatek trzymałem teczkę. Roześmiała się, nisko, gardłowo, a ja natychmiast zawtórowałem jej uśmiechem. Odpowiedziała tym samym, a jej twarz nabrała innego wyrazu. Oczy w ledwie widocznej oprawie jasnych rzęs były olbrzymie, szmaragdowe.

– Pomogę panu – powiedziała, zgarniając książki z powrotem do torby. Kiedy mi ją wręczyła, byłem zdziwiony jej ciężarem. – Nie mogłam zabrać wszystkiego – dodała. – Dowiedziałam się rano i sporo czasu minęło, zanim udało mi się dostać do pańskiego gabinetu.

– Myślałem, że już nie palą książek. Nie powinienem trzymać ich w gabinecie – przyznałem, zarzucając torbę na ramię.

– Jeśli palą książki, to niebawem zaczną palić też ludzi – wyrecytowała bezdźwięcznym głosem. Potem pochyliła głowę, a ja podążyłem za jej wzrokiem, wzdłuż fałd sukienki, aż na sam dół, gdzie były brązowe buty. I zanim zdążyłem się opamiętać, ująłem ją pod brodę, końcami palców, dłonią do góry i uniosłem jej głowę z powrotem, aby nasze spojrzenia znów się spotkały.

Zadrżałem, zaskoczony, czując, jak pod moimi palcami gromadzi się potężny ładunek energii, która poraziła mnie niczym piorun, zalewając płomieniami elektrycznego żaru. Cofnąłem się, ale nie opuściłem wzroku, chociaż ręka opadła.

– Nie rozumiem – wyjąkałem. – Dlaczego mi pani pomaga?

Uśmiechnęła się promiennie.

– Mam jeszcze pożegnalny prezent.

Widząc, jak oblewa się szkarłatnym rumieńcem, zapragnąłem jeszcze raz dotknąć jej skóry, napromieniować się tym ciepłem. Wyjęła z tornistra małą, niemożebnie wysłużoną książeczkę. Michael Robartes i tancerka.

– Ma pan już to?

Rozejrzałem się dookoła, przypominając sobie, gdzie się znajduję. Pętała mnie niepewność, ale ona wsunęła mi tomik do rąk.

– To Yeats? Nie, nie mam tego – odparłem, zachwycając się cieniutkim zbiorem wierszy. – Dziękuję.

– Do zobaczenia, panie profesorze – powiedziała z ulgą i ruszyła przed siebie.

Tylko że akurat w moją stronę. Zawahałem się, pamiętając, że mam przy sobie kontrabandę. Odzyskawszy książki, zamierzałem zabrać je do domu, ale tak, żeby nie przechodzić pod uczelnią, bo nie chciałem rzucać się prosto w paszczę bestii. Przekonawszy się, że ona nie wybiera się z powrotem na zajęcia, nie miałem wyjścia i musiałem pójść za nią.

– Przepraszam, Fräulein Hasek! – zawołałem sztucznie oficjalnym tonem. – Idziemy w tę samą stronę i wygląda na to, że panią śledzę. Zwolni pani odrobinę, bym mógł pani towarzyszyć?

– Mam na imię Frieda – odpowiedziała.

– Wiem o tym.

– Proszę więc nie zwracać się do mnie po nazwisku, skoro zna pan moje imię.

– Ja tylko…

– Każdy ma jakieś nazwisko, bo każdy ma jakąś rodzinę – mówiła dalej. – Ale to jeszcze nie oznacza, że ja chcę być kojarzona z moją, prawda? – Pomimo tych nieprzyjaznych słów w jej oczach migotały wesołe iskierki.

– Na to wychodzi – zgodziłem się. – A więc Frieda, czy tak?

– Tak.

– Mogę ci towarzyszyć, dopóki idziemy w tę samą stronę? Jestem Heinrich.

– Miło mi, Heinrichu. – Gdy wypowiedziała moje imię, jej głos nabrał głębi i zmysłowości, jakiej nie słyszałem jeszcze nigdy w życiu.

Szliśmy w milczeniu. Nie wiedziałem, jak mam ją zagadnąć, ani też, co powiem w domu po powrocie, ale myśl, która naprawdę nie dawała mi spokoju, brzmiała tak: co zrobić, żeby jeszcze raz usłyszeć swoje imię w jej ustach?

– To było bardzo ryzykowne. – Poklepałem torbę zwisającą mi z ramienia.

– Nie aż tak. Czasem porządkuję papiery u Herr Wagera. Dzisiaj rano, przed zajęciami, usłyszałam, jak z kimś rozmawiał, więc wślizgnęłam się do twojego gabinetu i zabrałam, ile się dało.

– Ale i tak mogli cię nakryć – zauważyłem.

– Jeden mały akt oporu.

– A więc kradzież moich książek miała podłoże polityczne?

– Nie, kierował mną rozsądek – odparła.

Przez resztę wydeptanej po wielokroć drogi do domu nie umiałem znaleźć odpowiedzi na te słowa. Wreszcie skręciłem w moją ulicę. Dziewczyna szła dalej prosto.

– Dziękuję, Friedo – powiedziałem.

– Do zobaczenia, Heinrichu. – Uśmiechnęła się na odchodne.

„Ale kiedy?”, chciałem za nią zawołać.

Idąc ścieżką prowadzącą do drzwi, zdałem sobie sprawę, że w moim życiu nastąpił właśnie przełom. Refleksja brzmiała banalnie, lecz ten banał krył szczerą prawdę. Wyjrzałem na główną ulicę. Miałem nadzieję, że dojrzę sylwetkę Friedy albo przyciąg­nę ją z powrotem i przez jakiś czas uda mi się jeszcze umknąć przed nieuchronną prawdą. Tą prawdą, że byłem teraz podejrzany, że mojej żonie i mnie groziło niebezpieczeństwo i że za chwilę będę musiał powiedzieć to na głos, a wtedy prawda stanie się rzeczywistością.

 

Wsparty mocno na betonowym stopniu schodków, wsunąłem klucz do zamka. Obrócił się opornie. Drzwi otworzyły się cicho. Zapachniało pastą do drewna i kwiatem pomarańczy. Emilie.

Gdy obejrzałem się ponownie, ulica była pusta. Zrozumiałem, że chcąc posmakować raju, zmierzam do piekła. Niebo i piekło? Potrząsnąłem głową, usiłując rozproszyć mgłę, która zasnuła mi oczy.

Mgłę o imieniu Frieda.