Króliki z RavensbrückTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

MIRIAM

Siada w starym fotelu. Kiedy ojciec wrócił ze szpitala, przyniosła mebel z jego gabinetu. Zna ten fotel od dziecka, siadywała w nim jako mała dziewczynka, która nie dosięga stopami podłogi. Skubała podprute szwy obicia świeżo malowanymi paznokciami. Wiele razy dawał jej schronienie, mogła się w nim zwinąć w kłębek, z poduszką kurczowo przyciśniętą do piersi.

W okno bębni deszcz. Miriam przekręca gałkę radia, łapie falę, słychać pikanie sygnału czasu.

– Jest godzina jedenasta, zaczynamy wiadomości. – Prezenter ma tubalny głos, trzeba przyciszyć odbiornik. – Mieszkańcy Berlina Wschodniego, korzystając ze swojej nowej swobody, odbywają masowe wycieczki na Zachód, a na wszystkich głównych przejściach granicznych ustawiają się długie kolejki. Ta swoboda, przysługująca im od niedawna…

Miriam przestaje go słuchać, myśli o swobodzie. Ona też niedawno odzyskała swobodę. W jaki sposób z niej skorzystała?

Przypomina sobie, że naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, jest mała kawiarenka, gdzie dawniej mieli pyszne ciasta i wiele gatunków świetnej kawy. Kiedy to było… Czy wciąż jest tak samo? Czy może tam iść?

Staje przy oknie, wybiega wzrokiem aż na róg ulicy, gdzie aż gęsto od ludzi. Czy naprawdę mogłaby wyjść, kupić coś i wrócić za kilka minut, przecież Hilda mówiła, że ojciec wytrzyma sam nawet parę godzin. Powtarza to często, ale Miriam jeszcze ani razu nie opuściła mieszkania.

Aż do dzisiaj.

– Wychodzę – mówi, zaskoczona tym, jak pewnie brzmi jej głos. – Zaraz wrócę.

Zapach świeżej kawy w domu dobrze mu zrobi, myśli, nakładając buty i sięgając po płaszcz wiszący na wieszaku. Nagle dzwoni telefon. Ostry dźwięk przeszywa powietrze w mieszkaniu, a Miriam nieruchomieje; czas cofa się o miesiąc, wtedy też stała przy drzwiach i zadzwonił telefon…

To był „tamten” wieczór. Odebrała telefon, w wiadomościach cały czas pokazywali, jak ludzie tańczą na szczycie muru, piją i śpiewają.

Nie chce się wierzyć, że upłynął już miesiąc, a jednak…

Siedzieli na kanapie przed telewizorem i oglądali to non stop. Mieszkali dwie godziny drogi od Berlina; tyle dzieliło Miriam od ojca.

– Frau Voigt? – W słuchawce zabrzmiał kobiecy głos.

– Tak – odpowiedziała szeptem.

– Mam panią w dokumentach jako najbliższą krewną Herr Heinricha Wintera. Bardzo mi przykro, ale pani ojciec jest ciężko chory.

Mówiła dalej, a Miriam przysiadła na schodku. On oglądał telewizję. Nie odwrócił głowy. Utkwiła wzrok w jego karku.

Słuchawka wyrzucała z siebie kolejne poważnie brzmiące słowa. Udar. Nieoperacyjny. Rokowania.

Jego włosy otulone kołnierzykiem koszuli.

Przed sobą miała drzwi. Dokładnie na wprost. Pięć kroków, aby stanąć w progu. Sześć, żeby wyjść.

Pięć kroków. Wyobraziła sobie każdy z nich, towarzyszące im uczucia; czy kroki wiodące na wolność różnią się od innych? W końcu jednak się okazało, że tych pięć kroków to właśnie o pięć za dużo.

W słuchawce brzęczał już tylko sygnał, a ona wciąż mocno przyciskała ją do ucha. Obok drzwi stały jej buty, na wieszaku wisiał jej płaszcz, tuż przy jego butach i jego płaszczu, wszystko podobne, jak od kompletu, obok siebie, ale nigdy tak blisko, żeby się dotknąć. I nagle On stanął przed nią.

Wyjął jej z dłoni słuchawkę i przyłożył do ucha.

– Pomyłka – powiedziała Miriam i wstała ze schodka, nie unosząc wzroku. Wróciła na kanapę. On odłożył słuchawkę na widełki i ruszył za nią, stąpając miękko, cicho. Westchnęła głęboko, gdy chwycił ją za ramię. Jego dłoń pachniała papierem i olejem.

Nikły zapach oleju nie chce się od niej odczepić, pęta ją. Miriam cofa się do drzwi. Sprawdza, czy są zamknięte, i zdejmuje buty.

Potem wraca na fotel. Aby pohamować niespokojne palce i nie drapać się po rękach, przyciska do piersi poduszkę. Dzień mija, rozmywa się w muzyce Bacha i Brahmsa, w różnych symfoniach, których w tym wykonaniu wcześniej nie słyszała, przerywanych radiowym sygnałem czasu i wiadomościami, wciąż tymi samymi.

Gdy rozlegają się hipnotyczne dźwięki smyczkowej aranżacji Schumannowskich Kinderszenen, coś chwyta ją za gardło.

– Nie wiedziałam… – mówi. – Nie wiedziałam, że byłeś… tam. Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś, tato?

Wyciąga rękę, aby dotknąć jego dłoni.

– Nie rozumiem. Czemu, jak… A mama? – Potrząsa głową i obraca go na bok, twarzą do fotela.

– Miałeś rację we wszystkim, przepraszam cię. – Budzi się głos, który zamilkł tak dawno temu. – A teraz już za późno. – Poprawia koc i zakłada mu pasemko siwych włosów za ucho.

– To twoja ostatnia droga, tato. Więc proszę, zgódź się, żebym ci pomogła. – Siada i ściska go mocno za rękę. Pod skórą czuć kości.

– Tato, proszę cię, jeśli mnie słyszysz… Kto to jest Frieda?

Cisza. Miriam próbuje jeszcze raz, gdy zauważa, że jego powieki drgnęły.

– Czy to ktoś, kogo znałeś, kiedy byłeś… więźniem? – zadaje to pytanie raz po raz, wciąż innymi słowami.

Nic.

– Gdzie byłeś? W Auschwitz? W Bergen-Belsen? – Obozów było wiele, w całej Europie, ale zapomniała, jak się nazywały. – To było tak dawno – mówi, wytężając pamięć, aby cofnąć się do lat szkolnych. Znajduje w niej tylko lekcję o Trzeciej Rzeszy; na tej lekcji cała klasa siedziała cicho, przytłoczona ciężarem świadomości, że ich rodzice i dziadkowie żyli pod faszystowskimi rządami i mogli przecież, bo czemu nie, popierać Hitlera. Nawet jej własny ojciec, który sam był nauczycielem, o wojnie nie wspominał przy niej nigdy, ani słowem.

HEINRICH

Emilie i ja poczytywaliśmy to sobie za spore szczęście, że wiosną 1942 roku miałem jeszcze pracę. Zwalnianie profesorów zaczęło się niemalże w tym samym czasie, gdy pojawiłem się na uczelni. Jednych zmuszono do odejścia, inni „sami” złożyli wypowiedzenie.

Ja zostałem, siedziałem cicho. Wykładałem to, co pozwalali mi wykładać. „Niemiecki – program zatwierdzony przez Partię”. „Niemiecki” język. „Niemiecka” historia. „Niemiecka” literatura. Pogodziłem się z tym, nie miałem wyjścia. Emilie chciała mieć dziecko, musiałem utrzymać rodzinę. Ale to była gorzka pigułka.

Gdy patrzyłem na moją grupę, jeden student był kopią drugiego.

Stojąc w sali, przed rzędami ławek, widziałem otaczające uczniów propagandowe plakaty. Wszystkie pary oczu patrzyły mi na ręce. Byłem pod nadzorem, długie, ukośne promienie słońca więziły mnie niczym klatka, czułem się jak aktor w bezlitosnym blasku scenicznego reflektora.

Całkiem sam.

Dopóki nie zjawiła się Frieda.

Sekretny szelest jej głosu dzień po dniu pomagał mi dotrzeć do pracy. Zginałem kark przed władzami wydziału, żeby tylko zachować posadę. Wykładałem „literaturę” według zatwierdzonego programu i nie wykłócałem się o szczegóły, kiedy na początku każdego semestru przedłożona przeze mnie lista lektur wracała od mojego zwierzchnika pokreślona i krótsza o połowę. Robiłem to wszystko, aby móc zjawić się w klasie i porozmawiać z nią po angielsku albo francusku. Potrafiłem nie spać do bladego świtu, rozpamiętując jej słowa i układając sobie w głowie, co jej powiem.

Rzuciłem się na książki z dziką zajadłością, której nie umiałem pojąć; pochłonąłem wszystko, co miałem po angielsku i francusku; czytałem na głos, sam sobie, aż nawet Emilie, która przecież kochała mnie za moje dziwactwa, zaczęła uważać, że chyba trochę przesadzam z tą językową obsesją.

Pragnąłem uczyć, być prawdziwym nauczycielem, więc podrzuciłem Friedzie mój egzemplarz Ulissesa. Ukryłem go w stosiku prac semestralnych, a ona nie powiedziała ani słowa, jakby ciężar grubego tomu był w ogóle nieodczuwalny.

Potem przez cały tydzień rozmawialiśmy na zajęciach szeptem po angielsku, kiedy reszta grupy pracowała. Wbrew moim nadziejom okazało się, że Frieda nie jest żądną wiedzy uczennicą. Za to, chociaż miała dziesięć lat mniej niż ja, rzucała mi wyzwania i nie przestawała zaskakiwać, zresztą znacznie bardziej niż ludzie równi mi wiekiem i wykształceniem. Często zostawaliśmy długo po zajęciach, nie przerywając rozmowy; nawet nie zauważałem, kiedy wychodziła reszta grupy.

Rozmawialiśmy książkami, słowami, tajemnicami. Żadne z nas nie ważyło się odejść od tekstów, ale omawiając je, poznawaliśmy się nawzajem, dopingowaliśmy do dalszego wysiłku. Nędznicy, wydanie francuskie, ale tylko drugi tom; pierwszego nie dało się nigdzie zdobyć. Za Hemingwayem oboje nie przepadaliśmy. Następnie pojawił się André Gide, w zdewastowanym, nadpalonym, rozpadającym się egzemplarzu; wiedziałem, że za posiadanie tej książki oboje możemy skończyć w więzieniu. Ryzyko rosło z każdym tygodniem, z każdą książką.

Wreszcie, na początku wiosennego semestru, Frieda wręczyła mi Karola i Annę. Nigdy nie czytałem Leonharda Franka. Pod jakimś pretekstem wezwałem ją do swojego gabinetu, abyśmy podyskutowali o tej książce.

– To zbyt niebezpieczne – oznajmiłem. – Dość tego. Mogę stracić pracę, a ty wylecisz ze szkoły. – Oddałem jej zbiór nowel Franka, choć marzyłem tylko o tym, żeby zacząć go czytać, trzymać w dłoniach, przewracać kartki i zagubić się w tej zakazanej prozie; prozie, która była wolna. – Skończyło się. Przykro mi.

– To się nigdy nie skończy – powiedziała i wyszła.

Brzemię zakazanej książki zostawiła na blacie mojego biurka.

MIRIAM

Zapada wieczór. Odwraca ojca na plecy, poi go i opróżnia worek. Cisza zalegająca w mieszkaniu narasta w gromowy ryk. Bierze duży kieliszek, nalewa sobie wina z powleczonej kurzem butelki i wraca do ojca, z kieliszkiem w jednej dłoni i butelką w drugiej.

– Pamiętasz, jak kiedyś poszłam do zoo i szybko wróciłam do domu, bo zrobiło mi się słabo?

Pije, a trunek jednocześnie koi i pali.

 

Wspomina swoje pierwsze spotkanie z Nim. Rozchylona biała koszula, ciemne okulary wiszące na ostatnim zapiętym guziku. Włosy na jego piersi łaskotały w policzek, kiedy podniósł ją z podłogi i zabrał tam, gdzie nie było duchoty, trocin i mrugającego ptaszyska o kłującym spojrzeniu: na zewnątrz, na powietrze, niebieskie i pachnące świeżą trawą.

Znajomi też wyszli z pawilonu i stanęli dookoła, przyglądając się. Ale On mówił do Miriam. Był starszy, wysoki i patrzył tylko na nią. Traktował ją jak dorosłą kobietę. Po raz pierwszy w życiu poczuła się zauważona i podziwiana. Piękna – tak o niej mówił.

Ale szybko się skończyło.

Kolejny łyczek wina zamienia się w długi łyk.

– To było tak dawno. – Krąży po pokoju, pijąc wino haustami, aż w końcu musi dolać z butelki. – Przedstawiłam go wam w Boże Narodzenie…

Tyka wewnętrzny zegar, odlicza czas, którego ubywa. Każdą chwilę chciałoby się zatrzymać, ale też wiadomo, że z każdym dniem On jest coraz bliżej. Miriam nie boi się śmierci, ani trochę; do myśli o umieraniu nie przywiązuje wagi.

Przeszywa ją dreszcz. Wlewa w siebie pół kieliszka, by zatopić echo wspomnień. Pozostać tutaj i teraz.

– Kto miał na imię Frieda? Twoja matka? A może siostra? – Opada ciężko na fotel i unosi kieliszek do ust, a jej oddech marszczy powierzchnię wina. – Wychodzi na to, że o niczym nie wiedziałam, co?

Gdy gładzi kciukiem dłoń ojca, o cienkiej skórze, poprzecinanej siateczką żył i usianej plamkami, która marszczy się jak u gada, Miriam uśmiecha się cierpko.

– Cały czas tutaj jestem – mówi, bardziej do siebie niż do niego, obserwując, co robi jej kciuk z jego skórą.

– Musisz… – Głos ojca spowija ją w ciemności. Prostuje się gwałtownie, wino oblewa jej palce.

– Musisz… odejść. – Ciche słowa ulatują z jego suchych warg niczym cienkie smużki dymu. Ojciec układa głowę z powrotem na poduszce. To już tylko szkielet, nic więcej, szkielet luźno okryty skórą. Głowa opada w tył, żuchwa wisi, oczy wciąż zamknięte, wargi rozchylone. Miriam chce dotknąć jego twarzy, ale cofa rękę, nie wiedząc, w którym miejscu położyć palce.

– Odeszłam, tato. Odeszłam od niego. To już się skończyło.

– To się… nigdy… nie skończy. – Ojciec wyrzuca z siebie słowa przerywane oddechami niczym szumem zakłóceń.

Miriam z nagłą ekscytacją podskakuje w fotelu.

– Ale tato, przecież… Mur… Mówiłeś, że nigdy do tego nie dojdzie, a doszło. Nie ma już muru. Skończyło się. – Ale spojrzenie na jego twarz uświadamia jej, że nic do niego nie dotarło, nie usłyszał ani słowa. Drżącą ręką odstawia kieliszek na stół.

Ojciec nerwowo ciągnie za bransoletkę swojego zegarka, palce ślizgają się po metalu, przypomina to raczej skubanie pierza. Miriam usiłuje go uspokoić, ale on nie daje sobie przerwać.

– Topi się… – rzęzi, aż dygocze z wysiłku. – Pradawny obrzęd… – Z piersi wydobywa się charkot. – Niewinności. – Jego oczy napełniają się łzami, które spływają po policzkach, coraz szybciej, coraz obficiej.

Miriam bierze go za rękę, ale on się wyrywa, bije na oślep. Z jego piersi wydobywa się szloch, taki sam jak jej własny.

– Ty jesteś moją… miłością… i światłem… – zawodzi, a w jego głosie jest tyle udręki, że Miriam gwałtownie kręci głową i na krótką chwilę zakrywa mu usta dłonią, żeby przerwać te męczarnie.

Ojciec nieruchomieje, cichnie.

Miriam wbija stopy w dywan, a dłonie, teraz schowane w rękawach, zaciskają się w pięści.

Pochyla się nad nim.

– Tato?

Poduszka mokra od łez, włosy przyklejone do czoła. Policzki czerwone, w gardle wibruje chrapliwy skowyt.

– Miriam? – pyta, wciąż obecny, jest przy niej.

A potem zaczyna płakać, zalewa się łzami. Oddech, głuchy i szybki, rwie się, kuleje.

Dotyka jej dłoni, prosi, aby podeszła bliżej.

– Frieda… – zaczyna, lecz zanim zdąży powiedzieć coś więcej, jego głowa opada w tył, a ciało sztywnieje. Potem silny spazm przegina go przez plecy, ciska z powrotem na posłanie.

Miriam cofa się, wystraszona.

I znowu, kolejny spazm.

Wszystkie ścięgna w jego ciele napinają się jak postronki. Wibrują. Konwulsje wstrząsają całym łóżkiem. Palce zakrzywione jak szpony. Zgrzytają zęby. Głowa uderza o poduszkę, szybciej, jeszcze szybciej.

– Nie! – woła Miriam. A potem zaczyna myśleć.

Doskakuje do nocnego stolika. Po drodze uderza piszczelą o ramę łóżka.

Midazolam. Otwiera pojemniczek i nabiera do strzykawki mililitr płynu. Ma dwie lewe ręce, nagły stres i wypity alkohol odebrały palcom zręczność.

Syczy powietrze w materacu ciśnieniowym. Łóżko łomocze. Hałas niesie się głuchym echem.

Z kącika ust ojca cieknie ślina.

Miriam wsuwa mu strzykawkę pomiędzy wargi i ustawiwszy ją pod kątem, opróżnia po wewnętrznej stronie policzka, a potem masuje kłującą zarostem żuchwę, aby lek wchłonął się przez dziąsła. Zęby ojca są mocno zaciśnięte, twarz stężała w grymasie.

Powinna do niego mówić, jej głos go uspokoi, ale okazuje się, że Miriam nie ma głosu.

Czeka.

Chwyta się nadziei.

Ucieka się do modlitwy.

Spazmy nie ustają, ale da się już zauważyć, że słabną. Ojciec łapie powietrze długimi haustami, krztusi się przy tym.

Łzy nadziei napływają jej do oczu, spadają.

Ogarnia ją przemożne pragnienie, aby go objąć i poczuć się bezpieczną w uścisku jego silnych ramion; jeszcze tylko ten jeden raz.

Układa go w pozycji bocznej i wychodzi do salonu, gdzie jest telefon. Nieporadnymi palcami wybiera numer pogotowia, wzywa karetkę, a potem dzwoni po Hildę.

3

HEINRICH

Od chwili gdy wyszła z mojego gabinetu, Frieda nie odezwała się już do mnie ani razu, na żadnych zajęciach, a mimo to coś mnie do niej ciągnęło. Pośliniła palec, żeby przewrócić stronę w książce – wiedziałem o tym. Potarła kciukiem dolną wargę – wiedziałem o tym. Nie umknęło mi ani jedno poruszenie jej ołówka. Bo chciałem wiedzieć, o czym myśli, jaka niecierpiąca zwłoki sprawa zmusza ją do wciśnięcia grafitu w papier. Miała zwyczaj zaciskać usta w skupieniu, a kiedy jej włosy urosły już długie i zaczęły się lekko kręcić na końcach, musiała je co rusz odgarniać, bo wchodziły do oczu. Te oczy wciągały mnie jak wir. Często, zbyt często, tonąłem w ich głębi, zabłąkany niby w leśnej gęstwinie.

Miała powodzenie, ale wybrała sobie niejakiego Felixa, wysokiego, chudego i płochliwego jak chrząszcz. Nie mogłem zrozumieć, co ona w nim widzi. Starałem się nad tym nie zastanawiać, ale myśli o Friedzie trawiły mnie dniem i nocą.

Po wejściu do sali wykładowej najpierw odnajdywałem wzrokiem jej ławkę. Odczytując uczniom nudne referaty, starałem się myśleć jak ona i robiłem uwagę na temat Yeatsa albo Joyce’a, żeby coś jej podrzucić. Przeszywała mnie intensywnym spojrzeniem, które mówiło o czymś, czego nie umiałem zgłębić.

Najchętniej wycofałbym się z tego, co powiedziałem wtedy w gabinecie; zaryzykowałbym, że mnie przyłapią na czytaniu zakazanych książek, tylko po to, aby usłyszeć jej głos, posłuchać tego, co miała do powiedzenia, chłonąć obce języki, tak swojskie w jej ustach. Zdawałem sobie sprawę, jakie to niebezpieczne, a mimo to każdy jej ruch absorbował mnie bez reszty.

Wydawało mi się, że nie mam innego wyjścia.

MIRIAM

Karetka już odjechała, tata śpi, blady jak kreda, a Hilda, kolorowa jak zawsze, Hilda o twarzy pofałdowanej zmarszczkami, trzyma w dłoniach kruchą filiżankę na spodeczku. To najlepsza porcelana mamy: biała z szafirową obwódką.

– Dobrze się spisałaś – mówi Hilda. – Zawsze jest ciężko, ale naprawdę sobie poradziłaś. To już długo nie potrwa.

Miriam unosi głowę, bo ton głosu Hildy rozkazuje: spójrz na mnie, ale szybko wraca do obserwowania ojca, oddychającego przez zaparowaną, przekrzywioną maskę tlenową.

– Jest mu dobrze – stwierdza Hilda.

– O wielu rzeczach nie miałam pojęcia.

– To normalne, uwierz mi. – Hilda unosi filiżankę do ust. – Zawsze chciałoby się mieć więcej czasu.

– Przed atakiem mówił o tonięciu, niewinności… jakichś obrzędach – dodaje Miriam drżącym głosem. – I ma numer na ręce.

– Numer? Tatuaż?

Miriam potwierdza skinieniem głowy i zakrywa twarz dłońmi schowanymi w rękawach.

– Myślałam, że byli razem. – Czysty, wyprany sweter tłumi jej głos.

Zapach uprasowanych rzeczy budzi wspomnienie z czasów, kiedy miała dziesięć, dwanaście lat. Leżała wyciągnięta na łóżku, przyglądając się obłoczkom pary unoszącym się nad ubraniami, z których pod ręką mamy znikały wszelkie zagniecenia.

– Co robiłaś, jak była wojna? – zapytała mała Miriam pogodnym głosem.

– Jak co było?

Mama odłożyła żelazko i odwróciła się w stronę rozrzuconych luzem wieszaków.

– Wojna, mamo, przecież pamiętasz.

– Czemu pytasz?

– Mówili dziś o tym w szkole. – Nie doczekawszy się natychmiastowej odpowiedzi, Miriam ciągnęła: – Rodzice Anity uciekli z Francji do Anglii, a potem wrócili tutaj. Dieter opowiadał, że jego dziadkowie trafili do obozu śmierci. Byłaś wtedy pielęgniarką, tak jak teraz?

– Hmm.

– Czytaliśmy o…

Ale mama pochyliła nisko głowę, zmagając się z guzikiem od kołnierzyka.

– Nie płacz, mamo, proszę. – Miriam przesunęła się na skraj łóżka.

– Wszystko w porządku, kochanie. – Matka otarła łzy kciukiem. – Rozmawiałaś z ojcem?

– Nie, bo on… – Wiedziała, że jest w swoim gabinecie. Zajrzała tam i okazało się, że tata ma atak, bo siedział z papierosem, spowity kłębami dymu niczym peleryną z mgły. Pocałowała go w czoło, otworzyła okno i poszła do mamy, która prasowała w sypialni. Nie chciała jej o tym mówić – lepiej, żeby dowiedziała się sama. – Co się wtedy działo? Chyba że nie chcesz o tym rozmawiać.

– Pracowałam w szpitalu, pomagałam rannym żołnierzom, żeby mogli wrócić na front – zdawkowo wyjaśniła mama, zabierając się do następnej koszuli. Po długiej chwili milczenia podjęła: – Mieliśmy mieszkanko w pobliżu szpitala, bez okien i tak ciasne, że nie było się jak odwrócić.

– Obrócić – poprawia Miriam.

– Dlaczego obrócić?

– A dlaczego odwrócić?

Śmieją się razem.

– Zamieszasz zupę? – Mama wychodzi zza deski do prasowania, staje nad łóżkiem i całuje Miriam w czoło.

Myślałam, że byli razem – powtarza Miriam.

Hilda długimi krokami obchodzi łóżko.

– Opiekowałam się wieloma ludźmi, którzy przeżyli obóz. – Obejmuje ją za ramiona. – Ich krewnym trudno sobie z tym poradzić, zwłaszcza jeśli o niczym nie wiedzieli i dowiadują się nagle.

– Przecież on nie jest Żydem, więc dlaczego był… tam?

– Zostało trochę dokumentów, aż dziwne, jak wiele można się teraz dowiedzieć. – Hilda badawczo spogląda na Miriam. – Zdajesz sobie sprawę, że możesz zostawić ojca samego na godzinę albo dwie, prawda? I tobie też dobrze zrobi, jeśli się stąd wyrwiesz.

Na myśl o opuszczeniu azylu, jaki daje mieszkanie taty, czuje suchość w ustach. Wargi przywierają do siebie. Próbuje przełknąć ślinę, bez skutku.

– Przykro mi, Hildo, ale… – To, co miała już na końcu języka, nagle ubiera w całkiem inne słowa. Chwila namysłu, głębokiego zastanowienia. Druga. I trzecia. Załamanie rąk schowanych w rękawach swetra. W myślach mętlik: to piórko, to dłoń zaciś­nięta na nadgarstku, Frieda, mama i wreszcie On.

– Nie mogę – mówi Miriam. – Ale dziękuję ci, Hildo.

Hilda spogląda na nią, po czym zmienia temat.

– Myślę, że w tej chwili najgorsze już minęło. Musi to odespać, ale potem takie rzeczy mogą się powtarzać.

Spogląda na ojca Miriam, a jemu, jakby był sprzężony z jej słowami, nagle lekko drżą nogi.

– Może tak właśnie będzie wyglądać jego koniec.

Miriam kładzie sobie dłoń na brzuchu, bo czuje, że pęka od środka, i chce to powstrzymać.

Ojciec się uspokaja.

– Frieda – mamrocze.