Od jednego LucyperaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Od jednego Lucypera
Od jednego Lucypera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,90  53,52 
Od jednego Lucypera
Audio
Od jednego Lucypera
Audiobook
Czyta Magda Karel
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

***

Od autorki

Podziękowania

Przypisy

Opieka redakcyjna: PIOTR TOMZA

Redakcja: MAŁGORZATA TARNOWSKA

Konsultacja językowa: GRZEGORZ KULIK

Korekta: MARTA KOŁPANOWICZ, AGNIESZKA STĘPLEWSKA, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: ŁUKASZ ZBIERANOWSKI / Fajne Chłopaki

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Anna Dziewit-Meller

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07161-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Jaka marchew – taka nać, taka córka – jaka mać

Jaka matka, taka cera – od jednego Lucypera.

(z mądrości ludowych)

Poczucie krzywdy ma podstępny urok.

(profesor Bogdan de Barbaro w filmie dokumentalnym Pawła Łozińskiego Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham)

1.

Pierzyna w poszwie w kwiaty. Ciepła, miękka i bardzo ciężka. Nie kołdra, nie śpiwór, nie koc, ale właśnie pierzyna, zza której wielkiego brzucha nie można było dostrzec nic prócz biało-żółtego morza margerytek nadrukowanych na spranej bawełnie.

Za każdym razem, kiedy Katarzyna myślała o starym domu z brudnej cegły, stojącym w zarośniętym chaszczami ogrodzie, nim wyświetliły się jej w głowie twarze rodziców, przed oczami miała najpierw tę cholerną pierzynę: wielki, staroświecki wór na kaczy puch, który przykrywał całe babcine łóżko. Teraz przykrywał również jej pamięć.

Łatwo było się w takiej pierzynie umościć i wygodnie pod nią zalec, bo kusiła swoim miękkim kształtem i przyjemnie wykrochmaloną poszewką; noce pod pierzem bywały jednak duszne i pełne dziwnych mar siadających ciężko na piersiach. Gdy tylko wracała myślami do przeszłości, czuła, jak owija ją podobny tamtemu, ciężki kokon z miękkich piórek, w który zapada się jak kamień w wodę, niezdolna wyjrzeć ponad horyzont. A przecież coś tam musiało być.

Widziała historię swojej rodziny jako coś na kształt szkatułki, schowanej głęboko pod materacem wielkiego łóżka babci, pod warstwami pachnącej walerianą i krochmalem pościeli, przez które się powoli przedzierała. Gdy już się do niej w końcu dobrała, otwierała jej wieczko pełna podejrzanej nadziei, w poszukiwaniu czegoś – dobrze nie wiedziała czego. Może na przykład satysfakcjonującej, bo uczciwej, odpowiedzi na pytanie, dlaczego pewnego razu matka dostała ataku szału, gdy Babcia Miejscowa użyła słowa „gościniec”. (To było zdanie w rodzaju: „Liście leżą na gościńcu, trzeba by coś z nimi zrobić”, zamiast – bo ja wiem – „Liście leżą na podjeździe”. Matka wpadła w furię i krzyczała: „Co to, nie znasz już innych słów?! Ze wsi jesteś?! Na starość wiejską babę będziesz z siebie robiła?!”. Bo przecież wiele można było o nich powiedzieć, ale na pewno nie to, że byli ze wsi). Może znalazłaby tam w końcu odpowiedź na pytanie, które zadawała sobie od lat: „Dlaczego wszystko jest ze mną nie tak?”.

Czy dałoby się tam wejść, wniknąć do środka i spytać ich wszystkich: „Hej, ludzie, hej, wszyscy, a co wyście sobie, co wyście mi uczynili? Co też w tej twojej krwi, babciu, pływało, jakie strachy, jakie smutki, gdy na podłodze w kuchni swojego domu rodzinnego, w otoczeniu sąsiadek rodziłaś moją matkę? Co przekazała ci matka twoja, ta ponura Ślązaczka o wiecznie skrzywionej twarzy, gdy sapała w wąskim łóżku, leżąc pod pijanym pradziadkiem? I co z tego wszystkiego dostałam od was ja, przez krew pępowinową, przez te bezcenne komórki macierzyste? Przecież to nie zaczęło się ode mnie – myślała Kasia za każdym razem, gdy zamykała za sobą drzwi gabinetu kolejnych terapeutów. – Ale czy na mnie może się to skończyć?”.

Wybierając więc od czasu do czasu numer do Babci Miejscowej, czuła, jakby trzymała w rękach nie telefon, ale właśnie tę szkatułkę zawierającą rodzinne precjoza. Otwierała ją, spodziewając się, że wreszcie odkryje coś ważnego, ale nie znajdowała tam nic, tylko kolejną szkatułkę, a w niej następną, i tak być może aż po wieko własnej trumny. Wciąż za bardzo bała się zapytać o tajemne kody dostępu, czując, że może jednak lepiej byłoby to wszystko napisać od nowa, po swojemu, SŁOWAMI, które będą już tylko jej.

Pamięć o przeszłych wydarzeniach chowała się zaś przed nią coraz głębiej, połykając się pospiesznie jak uroboros.

„Szarpać go czy zostawić w spokoju – niech się pożre do cna?” – myślała za każdym razem, patrząc na jaśniejący wyświetlacz komórki.

Babcia Miejscowa, ta jedyna jako tako jeszcze żyjąca łączniczka z jej pulą genową, zadzwoniła bowiem jakiś czas temu i powiedziała:

– A ty wiysz, brat mōj umar, Kazik, no ja, znodli go rano niyżywego w łōżku. Jak ôni tam poradziyli wlyź? Klucze mieli chyba ci sōmsiedzi? Że tak ich jakoś zaalarmowało coś, jakoś richtich intuicja, pfff... przeca skōnd ôni wiedzieli, pra? Możno to sie jakosik wiy, słyszy sie ta cisza podyjrzano we drugim miyszkaniu. Niy wiym. Możno mieli jakoś umowa ze sobōm, że co rano sie sprawdzajōm po nocy? Patrzōm, czy tam za ścianōm ftoś jeszcze dycho? Bo to tyż stare ludzie sōm, te sōmsiady, take staruchy jak my z Kazikym. Staruchy muszōm pilnować sie wzajym, godōm ci, dzioucha. Modym to do gowy niy przidzie, co takigo starucha może trefić. Zwłaszcza jak tyn nasz stary Kazik miyszko sie na pierōńskim czwortym piyntrze bez windy! No ale ôn już i tak mało wychodziōł. Tak mi smutno. Bōł brat, niy mōm brata.

A potem rozmawiały jeszcze o niej i o zepsutym telewizorze, który ostatecznie sama naprawiła, więc już nie miała poczucia, że jest tak całkiem do niczego. W końcu przeżyła Kazika, to też jednak o czymś świadczy. No pewnie, że tak! Kasia chciała ją pocieszyć, ale nie potrafiła, bo babcia cała była już za mgłą. Słychać było tę mgłę wyraźnie, jakby od czasu ich ostatniej rozmowy telefonicznej sprzed tygodnia ktoś napchał waty do mikrofonu w słuchawce zamiast do ucha chronionego przed mitycznym przeciągiem. Nie pocieszyła. Sama posmutniała. Umarł. Był brat, nie ma brata. Umarł jej młodszy, osiemdziesięcioletni braciszek. Wujek Kazik.

– Wiysz, my sie durch[1] ô coś wadzymy z tym Kazikym – tak coraz częściej mówiła ostatnimi laty. – Z nim niy idzie normalnie pogodać, bo ôn ino atak, atak atak. Cios i cios, i cios. A dyć jo mu ino tumacza, że ôn naprowda wszystko blank źle robi. Ôn źle jy, źle śpi i leki cołkym gupio biere. Ale niy sucho mie wcale. Ciyngym sie kłōcymy, wiysz? Że sie gizd upar i siedzi na tym czwortym piyntrze bez windy, w tym mieście przeklyntym, zamiast sprzedać, wrócić skōnd prziszoł i mieć tu parter, abo chocioż ta winda. No i mie pod bokym. Zakupy mu zrobia, lekarza umōwia, ale porzōndnego, a niy te pierōńske konowały, do kerych ôn łazi w tym Ôświyńcimiu. Przeca jo żech jest dużo bardzij sprawno, energiczno. A tyn to taki wiyńziyń własnego domu – mówiła. – Stary duryń – sarkała.

 

Katarzyna nie widziała wujka Kazika dziesięć lat, a może i więcej. Ale kto normalny i zajęty swoim skomplikowanym młodym życiem z własnej woli odwiedzałby na wpół obcego już brata babci, który mieszka od lat samotnie w Oświęcimiu? Ani to po drodze dokądkolwiek, ani pretekst nigdy się nie trafiał dość dobry, żeby o to miejsce chociaż zahaczyć; na obowiązkową wycieczkę klasową do Auszwicu jechała, mając lat piętnaście. Raz pierwszy i ostatni, to był wyjazd, którego nie planowała powtarzać. Jeśli chodzi o wujka Kazika, najlepiej więc pamiętała to, że miał kiedyś psa Rabusia, który strasznie się ślinił. Jeździł w bagażniku białego poloneza i szczekając, bryzgał plwociną na szyby. Tyle było wspomnień. Szczerze mówiąc, trochę za mało, by się tym wszystkim przejąć. To smutek babci zasmucił Katarzynę. Nic więcej.

A po chwili telefon znów zawibrował na biurku. Pomyślała, że babcia dzwoni kieszenią albo jak zwykle coś tam źle powciskała w tym nowym, tanim telefonie z jakiejś oszukańczej oferty „Oranż”, jak uparcie nazywała operatora sieci, który to telefon z mozołem w końcu opanowała.

– Babciu, no co tam masz jeszcze? – westchnęła do telefonu ze słabo maskowanym zniecierpliwieniem, bo właśnie zabrała się do odpisywania na służbowego mejla.

A wtedy babcia przemówiła słabym głosem zza tej waty:

– Kasia, to ty żeś jes? Dobrze, żech cie zastała. Ty wiysz, że Kazik, brat mōj, umar? Znodli go rano niyżywego w łōżku własnym, wiysz o tym? Tak mi smutno.

Katarzyna poczuła, jak zamarza w środku. Żyłki lodu, ostre jak igły wenflonu, ułożyły się w jej sercu w kształt rozety. Aż zapiekło ją z zimna w pustych trzewiach.

Uznała szybko, że powie: „Nie, babciu, nie wiem nic o tym, że wujek Kazik umarł!”.

Że tak będzie lepiej, jeśli w tej właśnie chwili dowie się tego jeszcze raz. W końcu babcia była taka zadowolona, że naprawiła telewizor. „Kimże jestem – pomyślała Katarzyna – by jej mówić, że nasz uroboros złapał już najwyraźniej swój ogon i że nim szarpie, walcząc z pierwszym kęsem?”

Zrobiło się lodowato od śmierci krążącej po podjeździe, albo i nawet po gościńcu. „Kimże jestem? – myślała. – Wnuczką widmem z telefonu? Zdjęciem z wakacji sprzed dziesięciu lat postawionym w ramce, zieloną jak jadeit butelką perfum Eden, które jej dałam w prezencie na osiemdziesiąte piąte urodziny i które ona wciąż miała prawie nieużywane, dlatego że, jak się okazało, wolała starą dobrą Panią Walewską kupowaną w drogerii Chemia, która jej «po prostu lepiej wonio»? Siwą mgłą napchaną do słuchawki telefonu?”

Trzeci raz już nie zadzwoniła, choć przez długie minuty Kasia co chwilę macała kieszeń z telefonem, żeby sprawdzić, czy aby nie drży. Nie drżał.

Z wszystkich tych, których nie kochała, została jej wtedy już tylko ona, ostatnia niteczka łącząca ją z tym, czego sobie nie wybrała. Cieniutka jak babie lato, bo ledwo dała radę przetrwać śmierć własnego dziecka.

– Na pierōna żyć tak dugo, jak sie beztōż swoje dzieci przeżywo – mówiła wtedy nad grobem, do którego włożyli właśnie jej córkę, a Kasia nie miała wątpliwości, że babcia ma rację i że z nich dwóch to ona ma gorzej, bo stoi nad tym grobem wbrew jakimś tam odwiecznym prawom natury, wedle których masz obowiązek moralny umrzeć pierwsza i dać się pochować swoim dzieciom. Które to dzieci, tak jak Kasia, mogą wreszcie odetchnąć z przedziwną ulgą, zamykając ładnie zakończonym wieczkiem małą marmurową urnę.

Tego dnia, gdy babcia zadzwoniła dwukrotnie z wiadomością o śmierci Kazika, Katarzyna nie była już w stanie dalej pracować. Wpatrując się potem tępo w migający kursor na białej stronie świeżo otwartego mejla, poczuła, jak jej oddech robi się trochę zbyt szybki i za płytki. Zamknięta w ciasnej przestrzeni swojego mieszkania, odczuła potrzebę natychmiastowej ucieczki. W takich chwilach – a przecież nie od dziś jej się zdarzały – wsiadała w pociąg i jechała do Hagi nad morze, na swoją ulubioną plażę. Czuła się na niej dobrze zwłaszcza w taką pogodę, gdy nie było tam żywej duszy.

Wyszła z dworca kolejowego i wsiadła do tramwaju jadącego w stronę plaży. W Hadze o tej porze roku wiatr doprawdy urywał głowę. Wysiadła z pustego wagonu, kupiła gorzką kawę na wynos w pasażu handlowym obok plaży. Napój parzył ją w usta tylko przez krótką chwilę, bo zaraz potem ochłodziły go silne podmuchy morskiej bryzy. Zawiewało jej włosy na twarz i było jej naprawdę bardzo zimno. Chłód niesiony gdzieś z dalekiej północy przenikał do szpiku kości. Mimo to szła przed siebie, zostawiając za plecami diabelski młyn i molo De Pier, po którym, osłaniając się od wiatru, snuły się ciemnoskóre nastolatki wpatrzone w ekrany komórek przyklejonych niemal na stałe do dłoni. „Czy nie powinny być teraz w szkole? – pomyślała. – Ja zawsze byłam w szkole wtedy, kiedy miałam być w szkole. Najpierw obowiązki, potem przyjemności”.

Szła z trudem, walcząc z wiatrem i małymi łykami pijąc stygnącą kawę. Czuła, jak zimny i mokry piach stawia opór jej słabym, patykowatym nogom. Morze było stalowe i wzburzone, fale pieniły się aż po znikający w ciężkich chmurach horyzont, wielkie masy srebrnej wody tłoczyły się przy brzegu, wylewając jej pod buty zimne, zachłanne jęzory. Zima przemijała w konwulsjach, wyrzygując szare deszczowe i wietrzne dni na pożegnanie, jakby chciała, żeby ją sobie wszyscy dobrze zapamiętali, nim na chwilę stąd odejdzie.

Nie znalazłszy kosza, rzuciła prawie pusty kubek w piach i zaczęła biec, całkiem bez sensu, coraz dalej w stronę wydm Oostduinpark. Zanosiła się przy tym nagłym, niespodziewanym szlochem, zapewne tym samym, o którym następna z kolei terapeutka mówiła, że być może wcale nie wynika ze zmian hormonalnych będących skutkiem głodówek, tylko ze zwykłego nieszczęścia i smutku, wypieranych tak długo, aż powróciły jako to wariactwo, z którym się mierzy w nierównej walce. Tak właśnie powiedziała: „nierówna walka”. „Może być. Może być – myślała gorączkowo Katarzyna. – Ja już teraz niczemu nie przeczę. Ja już zupełnie nie znam się na sobie”.

Biegła teraz przed siebie, bo było jej bardzo zimno, i chciała trochę się rozgrzać tym rachitycznym truchtem. Przebierała swoimi chudymi nogami w amoku, jakby starała się uciec przed czekającą ją inwazją, coraz mniej dyskretnym rojem tajemnic i niewypowiedzianych historii ciągnących się za nimi od dziesiątek lat. Biegła, by na chwilę pozbyć się z głowy tych wypartych, schowanych, zbytych milczeniem spraw. Pędząc przez plażę jak chuda szkapa, rozbryzgiwała butami fontanny morskiej wody przy pustym, wietrznym brzegu Morza Północnego, nad które nikt z jej rodziny nigdy nie dotarł, bo też nikogo tu nie zaprosiła. A potem to już prawie wszyscy umarli i zaproszenie nic by nie zmieniło.

Tak oto w scenie iście filmowej, jakby kręconej kamerą smutnego angielskiego reżysera od trudnych spraw, próbowała uciec przed powracającą wizją tej staroświeckiej formy, w której piekło się kolejne pokolenia dzieci, pustych w środku, ale za to bogato zdobionych na wierzchu. W okolicy nieczynnego o tej porze roku lokalu Het Puntje zwymiotowała z wysiłku, bo przecież wcale nie miała kondycji. Serce waliło jej jak młot, a wymioty smakowały kawą. Tej nocy źle spała – wciąż czekała na kolejny telefon, na to, że babcia znów będzie chciała po raz pierwszy jej powiedzieć, że Kazik zmarł. Rano ledwo się zwlokła z łóżka do pracy.

W oficjalnej biografii na stronie instytutu podano informację, że przyjechała do Holandii, bo była ekspertką. W języku angielskim słowo expert jest doskonale nienacechowane dżenderem; może właśnie dlatego tak lubiła się zanurzać w angielszczyźnie. Obmywała ją do czysta swoją bezpłciowością, obojętną na jej krajowe kłopoty płciowe.

Po tym, jak skończyła studia w Polsce i zaczęła pracę na uniwersytecie, minęło czasu nie dużo, nie mało, nim zrozumiała, że pomijanie jej w kolejce do głosu na spotkaniach katedry jest wpisane w jej byt na tej uczelni na wieki wieków. Podobnie jak słuchanie szybkich, niemających związku z pracą poleceń gastronomiczno-usługowych wydawanych przez młodych doktorów starszym kobietom w sekretariacie. Napięcie, które się wytwarzało, kiedy pewny siebie mężczyzna przed trzydziestką polecał zajętej poważną pracą administracyjną niepewnej siebie kobiecie po pięćdziesiątce zaparzenie trzech kaw i dwóch herbat dla członków posiedzenia tej czy owej rady, powodowało, że czasem cedziła z zimną furią:

– Drogi kolego, ale po doktoracie już chyba ma się umiejętności umożliwiające obsługę ekspresu do kawy?

Śmiali się, że znów coś ją napadło. Patrzyła na nich wówczas z niekrytą specjalnie nienawiścią, myśląc: „Och, wy pierdoleni królowie życia, oczytani tylko w jego teoriach”.

A wtedy oni, widząc, jak się gotuje, śmiali się jeszcze bardziej:

– Chyba koleżanka traci poczucie humoru wraz z kolejnymi sukcesami naukowymi! Taka ładna, a taka złośnica − mówili, a ona prawie słyszała prawdziwą intencję tych słów, która brzmiała: „Rozchmurz się, znaj się na żartach, frajerko, bo nikt nie zechce cię nawet kijem szturchać”.

Tak, to Kasia już wiedziała doskonale jako wzorowa uczennica swoich profesorów − najważniejsze u inteligentnej kobiety na poziomie jest poczucie humoru; żeby umieć się śmiać z siebie, tyle jest przecież śmiesznych spraw. Śmiały się więc wszystkie, bo wiedziały, że najgorzej byłoby, gdyby oskarżono je o to, że nie potrafią śmiać się z samych siebie.

Kiedyś nawet jedna z tych sekretarek podziękowała jej za to nic nieznaczące wsparcie i powiedziała, trzymając ją za rękę swoją miękką, ciepłą i wilgotną dłonią:

– Ale niech pani da temu spokój, pani doktor. Szkoda nerwów. Mnie to w sumie nie przeszkadza, mogę tę kawę parzyć. Sobie parzę, im zaparzę.

Mogłaby ostatecznie dać ten spokój, w końcu nie była to jej sprawa, może naprawdę chciały im te herbatki nosić. Nosiły, noszą i nosić będą, taka jest odwieczna moc natury ludzkiej i dobrego wychowania, które – obok poczucia humoru na własny temat – jest tak ważne zwłaszcza dla dziewcząt. Ale Kasię to uwierało i nie dawało jej spokoju.

Algorytmy, nowoczesność, sztuczna inteligencja, człowiek 2.0, człowiek 3.0, a gówienna rzeczywistość jej wydziału, jej uniwersytetu, jej kraju trwała niezmienna jak skała, jak ta Piotrowa opoka. „Doskonały pomysł, pani Kasiu. Pan doktor Witkowski pomoże pani go opracować”.

Wyobraziła sobie zatem, że najważniejsze to uciec stąd gdzieś, gdzie może jest już inaczej, gdzie nie będzie zawsze musiała trzymać się ręki jakiegoś Witkowskiego, który ją poprowadzi. Że pójdzie w świat tak, jak poszły sobie kiedyś zastępy dziewcząt wiejskich, najpierw na służące do jaśnie państwa, a potem do hut i fabryk, do innego świata, który na pewno miał być tym lepszym – a jaki był, to się potem różnie okazywało.

Wyjechała więc ostatecznie robić tę swoją karierę za granicę, nieżegnana zresztą przez zbyt wielu. Bo właściwie już prawie nikt jej nie został, tak to się dobrze w jej życiu złożyło. Nie każdy miał takie życiowe szczęście, że już nic go nigdzie nie trzymało. Nie musiała zatem, jak widywane przez nią tu, w Holandii, Polki, ni słać pieniędzy do domu, ni skowyczeć, że dom starców dla rodziców, dla dziadków, że starość kosztuje, a znikąd pomocy, że znowu Boże Narodzenie. Bukowały bilety na Wizz Aira i leciały w tłumie sobie podobnych ofiar rodzinnej klątwy, ciągnąc znudzone dzieci w odwiedziny do dziadków, do Polski, do kraju, gdzie królują Jezus i Maryja Królowa Polski, gdzie gryka nad śnieg biała, a węgiel od diabła czarniejszy.

A potem wracały wszystkie tym powrotnym Wizz Airem pełnym zeschłego już makowca i resztek karpia w galarecie. Z niezadowolonymi z ferii świątecznych dziećmi, które już dawno cisnęły w kąt nietrafione prezenty od dziadków. Ci przecież nie wiedzieli, co mogliby im kupić, bo nie mieli zielonego pojęcia o tych wnukach ze Skype’a i WhatsAppa, bo widywali je na żywo może ze dwa razy do roku. Wracały te polskie dzielne a nieszczęsne kobitki z nowymi paznokciami z Centrum Paznokcia i odświeżoną farbą na odrostach, z trzeźwiejącymi powoli z polskiej gościnności mężami. Wracały już w nowym roku, żeby taniej było, bo okres świąteczny drogi, wracały zmęczone, wściekłe i z poczuciem winy, z przekonaniem, że powinny coś zmienić w tych rodzinach, ale się nie da i dalej będzie, jak było. Było, jest i będzie, na wieki wieków amen.

Jak ta pani Marylka, co sprzątała Kasi klitkę w Amsterdamie i nieraz powiadała, że może głośno mówić tego nie powinna, ale jej to jednak powie, bo Kasia jest obca, a obcym czasem lepiej się wygadać niż swoim. Że szczerze mówiąc, to ona już czeka, aż wreszcie umrze ta jej stara matka, nad wyraz niestety żywotna mimo dziewięćdziesięciu lat na karku.

 

– Nikt z rodziny jakoś się nie poczuwa, wie pani, do jakiejś, bo ja wiem, wspólnej odpowiedzialności za tę jej starość. Bo a to najpierw PGR upadł i wszystko rozkradli, potem Balcerowicz przyszedł, zrobił swoje, bieda u nas to aż piszczała, pani wie, na zasiłkach wszyscy, od starego do młodego, potem była postkomuna i kradła, i się uwłaszczała na naszej krzywdzie, potem to już chyba przyszła ta Platforma i nakradła się najbardziej. Wszyscy kradli i ja nie mówię, że dalej już nie kradną, bo kradną, a u nas to pięćset plus ni ma, bo dzieci to tam akurat też ni ma, a ja to niby ta zaradna bogata, bo w Holandii w euro zarabiam, to mają wobec mnie oczekiwania.

Więc pani Marylka wyprawiała co roku Boże Narodzenie dla wszystkich. Brała sobie wolne w Amsterdamie, czyli po prostu nie zarabiała. Zostawiała Kasię samą z jej holenderskim brudem, sprzątała za to dom matce i bratu, który od trzydziestu lat był na rencie. Wydawała pani Marylka zarobione w Holandii euro, więc wszyscy jedli i pili produkty z Biedronki Premium i grzejąc się w cieple lampek choinkowych, czekali na spadek po babuni. Marylka też czekała, rzecz jasna, ale nie miała pewności, czy jej się cokolwiek trafi, i nie liczyła na zbyt wiele.

– To po co pani to wszystko robi, pani Marylko, jaki to ma sens? – pytała ją Kasia już machinalnie. Bo wiedziała, że tamta odpowie jak zawsze:

– No bo to matka jest moja.

– A brata pani to ona matką nie jest? Przecież on mieszka w jej domu i żyje z jej emerytury.

– Jest, no jest, no ale wie pani, jak to mówią: syna się dla innej kobiety chowa, a córkę to dla siebie – powtarzała zupełnie pogodzona ze swym przeznaczeniem pani Marylka i wracała do czyszczenia Kasinego kibla, żeby zarobić na pieluchomajtki dla kobiety, która nigdy nie okazała jej miłości, a teraz oczekiwała wdzięczności za dar życia, które można spędzić na kolanach, myjąc podłogi po obcych domach, w obcym kraju, za obcą walutę.

Wtedy Kasia myślała sobie ponownie, jakie to szczęście, że Babcia Miejscowa niczego od niej nie oczekiwała, że los babci wygaszała ciotka Agata, córka wuja Kazika. Za tę połowę domu obiecaną jej w spadku gotowa była się zmusić do dodatkowej miłości.

Tajemnice z dna rodzinnej szkatułki leżały zaś sobie niespokojnie w grobach, których nie odwiedzała. Po śmierci mamy pojechała tam ten jeden jedyny raz na Wszystkich Świętych. Ale przed jej śmiercią też nic jej tam nie ciągnęło. Skoro ledwo się odzywała do żywych, cóż było jej po nich, gdy zmarli?

Tamtego roku jednak, kilka miesięcy po pogrzebie, ruszyła znowu do kraju, przyzwana najpewniej przez te strzygi, upiory i wilkołaki, których pełne są pola, łąki i hałdy nad Wisłą, Bugiem, Odrą i Brynicą oraz Czarną Przemszą. „Wróć do nas, chodź opłakiwać zmarłych, stań przy grobie, zapłacz rzewnie, daj łzom użyźnić ziemię cmentarną, wróć, wróć do ojczyzny, do matczyzny wróć” – mogłaby przyrzec, że taki refren przebijał przez jej puste sny w ciasnym holenderskim mieszkaniu o wielkich oknach.

Dzieci, wstawajmy od stoła!

Teraz, po powszednim chlebie,

Klęknijcie przy mnie dokoła,

Podziękujmy Ojcu w niebie.

Dzień dzisiejszy Kościół święci,

Za tych spółchrześcijan dusze,

Którzy spomiędzy nas wzięci

Czyscowe cierpią katusze.

Za nich ofiarujmy Bogu.

Listopad w Polsce płatał wtedy wariackie figle skołowanym ludziom, słońce prażyło z nieba i bez żadnej przesady – choć zazwyczaj strasznie marzła – tym razem po prostu gotowała się w swoim grubym wełnianym płaszczu w kolorową kratę, który przywiozła z Holandii na tę dziką wschodnią wyprawę do Krainy Deszczowców. Dreszczowców. Jej ciało pamiętało przecież doskonale te liczne nagrobne polskie listopady, gdy pierwszy śnieg z deszczem zacinał po twarzach wściekłych i zmarzniętych na kość żałobników, po mytych niedawno na glanc grobach i po wiązankach zrobionych z plastikowych kwiatów, topiąc knoty zniczy w tłustej od stearyny wodzie, a zimny, znad ruskiego zaboru, znad Będzina jakiegoś idący wiatr dął niemiłosiernie, tak że poły płaszczy furkotały niczym żagle na pełnym morzu, i niósł zapach zimy, niezmordowanie napierającej i pogrążającej w ciemności ziemię.

Ale nie tym razem. Pierwszy listopada bowiem był wówczas nadspodziewanie piękny. Nieba nie zasnuwała żadna chmura, co najwyżej pojawił się smog, brudna mgiełka, która szła z kominów okolicznych domów opalanych tradycyjnie śmieciami. Tutaj dalej robili to prawie wszyscy. Mieli to w genach!

– Ôd smrodu jeszcze żodyn niy umar, a ôd zimna ja – mówiła nieraz Babcia Miejscowa tonem nieznoszącym sprzeciwu, zamykając szczelnie okna, gdy Kasia usiłowała wietrzyć dom, na przykład z upiornego i wchodzącego we wszystkie pory skóry smrodu słoniny topionej na smalec.

Słupek rtęci szedł w górę, więc pot kapał jej z czoła, skraplał się pod nosem, płynął strugą spod pachy na biodra. Przeciskała się przez wąską cmentarną bramę w żałobnym tłumie. Gniotły się drogie wiązanki nagrobne ze sztucznych kwiatów owinięte w celofan, stukały obijające się o siebie brązowe znicze w plastikowych siatkach, ludzie pohukiwali na siebie, napierając z obu stron, cuchnęło sadzą z dopalających się knotów i przetrawionym alkoholem, nad cmentarzem unosił się gęstniejący szary film. Było jak co roku w tym niesamowitym dniu zadumy nad tajemnicą śmierci oraz nietrwałością życia i nagrobków z lastryka.

Już z daleka zobaczyła, że przy wielkim jak staroświecka meblościanka grobie rodzinnym kłębił się niewielki tłumek, na którego widok niemal odruchowo chciała zboczyć z obranej trasy i wmieszać się w ludzki potok sunący główną aleją, tak by przeczekać ich wizytę w ciemnym domu ojca jej. I matki. Wtedy jednak bystre oko ciotki Agaty, córki wujka Kazika, wyłuskało ją z tłumu.

– Jest Kasia! Kasia! – Skoczyła do niej wielkimi susami, jakby w kostkach u nóg miała sprężyny, i chwyciła ją w pasie, tak jak się chwyta małe dziecko uczące się chodzić, żeby nie upadło na pupę. – Dobrze, że jesteś. Aleś znowu schudła! – Spojrzała karcąco, po czym ucałowała ją znienacka w oba policzki. – Jest o czym rozmawiać. Musimy ustalić, co z tym grobem.

Kasia poczuła, jak rośnie jej w gardle gula złości na to, że ciotka wypowiedziała jako pierwsze takie właśnie słowa, jakby sednem jej życia miały być te mogiłki i resztki kości dwa metry pod powierzchnią. Nie po to przecież uciekała stąd tak daleko, żeby teraz wymachiwali jej nad głową czyimiś kośćmi. Dżizas!

– My jesteśmy zaskoczeni, Kasia, że ty to tak zaniedbałaś. To jest przecież też nasz grób rodzinny, tu pradziadkowie leżą na dnie, dziadkowie moi i twoi, a wygląda to... – Ciotka szukała słowa i nie mogła znaleźć.

Kasia poczuła pulsowanie żyłki na czole w tym miejscu, w które tak mocno się kiedyś uderzyła, wbiegając na WF-ie w ścianę w pogoni za piłką do koszykówki. Nieraz myślała, czując promieniowanie bólu idące z tego miejsca, że tam właśnie zacznie się jej śmierć. Skrzep, który siedzi na jakiejś bocznicy od bez mała trzech dekad, w końcu wyruszy w swoją ostatnią wielką podróż i ją zabije. Rach, ciach, pach. Również tym razem przyszło jej to do głowy, gdy coś ją ukłuło pod linią włosów.

– Puk, puk, puk, a kto tam uderza witką wierzbową po korze mózgowej? Byłaby to może ta Śmiertka, co nią Babcia Miejscowa straszyła, że przyjdzie w nocy i zabierze Kasiunię do szatana, jak się wieczorem grzecznie nie pomodli do Anioła Stróża?

– Kasiu, myśmy się zgodzili, żeby twój ojciec też tu leżał, w drodze wyjątku, wszystko dla ciebie zrobiliśmy, żeby ułatwić sprawę, choć – jak wiesz – nie było to proste, przy tym oporze rodziny, ale ja miałam nadzieję, że ty w związku z tym jakoś lepiej się tym zajmiesz, że weźmiesz na siebie utrzymanie tego grobu – przemawiała ciotka, artykułując wyraźnie każde słowo pełne na siłę podniesionych pochyłych z natury „o” i „u”. Od dawna aspirowała do porzucenia znienawidzonej przez siebie ślōnskij godki na rzecz literackiej polszczyzny i akcentu prosto z telewizji, ale ta godka pierōńsko, tyn podciep jynzykowy, trzymała się jej jak rzep psiego ogona i nie chciała puścić, ponieważ tkwiła – jak zawsze się ciotce wydawało – w prostackim akcencie. Słychać było aż za dobrze ten jej potężny wysiłek, gdy dźwigała pochyłe samogłoski w każdej minucie swojego życia, głównie po to, żeby lepiej wypaść w oczach rozmówców. Brzmieć bardziej nowocześnie, zamożnie, inteligentnie, światowo. W każdym razie – nie jak Ślązaczka.

– Myśmy ze Sławkiem byli zszokowani tym, jak tu było zaniedbane. Dwa dni żeśmy tu szorowali płytę na Wszystkich Świętych. To jest czas, za który nikt nam nie zapłaci, Kasia, ja miałam w pracy wtedy problemy, kontrolę ze skarbówki, a musiałam się zwalniać i jechać tutaj.

Próbując nieco rozluźnić uścisk dłoni na ramionach ciotki, Kasia wyciągnęła przed siebie rękę i dotknęła bolącego miejsca na czole. Potarła je mocno, czując chwilową ulgę.

– Ja wam zapłacę – powiedziała po chwili, siłą zdejmując w końcu z ramion patykowate ręce Agaty otulone absurdalnym przy tej pogodzie wiekowym futrem z szynszyli, które to futro ciotka wkładała co roku na Wszystkich Świętych, by zainaugurować sezon zimowy. Kobieta ostatecznie ustąpiła i cofnęła się o dwa kroki, balansując na krzywo ułożonych dookoła grobu płytach z lastryka.

Dziewczyna wyjęła z kieszeni portfel, a z niego sto euro, i włożyła w kościstą dłoń ciotki.

– To chyba starczy za tę fatygę? – Kobieta spojrzała zaskoczona, ale bez słowa zacisnęła palce na banknocie. – I wiesz... – Kasia zawiesiła się na chwilę, patrząc na nagrobek. – Weźcie go sobie, ten grób, zajmijcie się nim po swojemu – powiedziała.

Wuj, mąż ciotki, piąta woda po jakimś niesmacznym kisielu, zaciekły tropiciel arystokratycznych niemieckich korzeni w swojej pochodzącej spod Gliwic wiejskiej rodzinie, obrzucił tę scenkę rodzajową spojrzeniem grafa Henckel von Donnersmarcka patrzącego na chłopów z czworaków bijących się o ochłap z pańskiego stołu.

Inne książki tego autora