Góra Tajget

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bóg dał, Bóg może wziąć.

Sebastian po chwili czuje, że dostatecznie pożywił już bestię, która zamieszkuje w jego głowie od narodzin córki. Już ma zamknąć przeglądarkę, bo nie jest pewien, czy zniesie choć odrobinę więcej tej wiedzy, lecz nagle do haseł kluczowych dodaje nazwę swojego miasta, jaki był głupi, że od razu nie wpisał. Internet się mozoli, tryby przeglądarki się kręcą, strony ładują i nagle jego uwagę przykuwa tytuł sprzed ponad dziesięciu lat z lokalnego dziennika, który już nawet nie istnieje: „Śmierć w domu wariatów”, a dalej krótki informacyjny tekst o szpitalu, na którego bramę wjazdową patrzy co dzień z okien swojej apteki. Jest wojna, jest Rzesza, jest i szpital. I pacjenci, którym nigdy nie udało się wyjść przez tę bramę, bo zostali tu na zawsze. I to były dzieci. „Dwiesta ich było”.

Sebastian czuje, jak włosy na karku mu się jeżą, a żelazna łapa strachu ściska mu wnętrzności. No bo jakże to tak – nic nie wiedzieć przez trzydzieści lat życia, a nagle, w jednej chwili, zobaczyć, że w szpitalu, o którego pracownicach miewa sny erotyczne, przed laty mordowano dzieci? Tak, właśnie tak – oto jak działa zero-jedynkowy system: nic nie ma i nagle jest wszystko. Nie można być tylko trochę w ciąży. Nie można tylko trochę nie wiedzieć. Sebastianowi z ręki wypada szklanka z piwem, spada na ziemię z trzaskiem, ale nie rozbija się cała, a to, co z niej zostaje, toczy się po balkonie z tępym stukotem i piwo, którego było jeszcze sporo, rozlewa się w żółtą kałużę. Na balkon wypada wściekła jak osa Karolina, której hałas zniweczył plan wzięcia ciepłej kąpieli, bo Małgorzata Janina obudziła się („śpi lekko jak zając na miedzy, przecież wiesz, do jasnej cholery, Sebastian!”) i odmówiła powrotu do krainy snu.

Sebastian mówi do żony: „Karolina, przestań, proszę, przestań”. Na co ona ciska mu gromy spojrzeniem i wychodzi z balkonu ostentacyjnie, by wrócić do usypiania rozwrzeszczanego dziecka.

A więc nauczyciel, ta postać całkiem jak ze złej baśni, ten zasuszony, toczony rakiem człowieczek, wyglądający jak stary chleb znaleziony pod szafką, pokryty białozielonym nalotem pleśni, przyszedł do Sebastiana prosto ze strasznej opowieści o śmierci, choć Sebastian wcale nie chciał tego usłyszeć, skoro tyle lat nie słyszał i było dobrze. Sebastian wybiera numer swojej matki. „Mamo? Czy ty wiedziałaś o czymś takim?”. Matka szuka w słabnącej coraz bardziej pamięci informacji, coś tam jej świta, że ojciec, że dziadek, że ktoś coś mówił. „Ale wiesz, Sebek, ja to nie wiem za dużo. Za to wiem, jak wieszali tych harcerzy. – Rozochoca się i już chce mówić więcej. – To wiem, bo mama tam była i mówiła”. Ale Sebastian też wie, jak ich wieszali, bo o tym babcia mu mówi zawsze, kiedy idzie z nim przez pusty plac, ten plac z jedną jedyną starą topolą rosnącą pośrodku. „Tu, Sebek, my stoli, nos tu zagonili rechtory ze szkoły, kozali nom tukej stoć i patrzić. I jo żech łoczy zasłoniała, bo żech się boła, a mie tyn rechtór bez łeb strzelół, że móm patrzić. I tyn jedyn, jak mu już ta pyntla założyli, to zawołoł «Niech żyje Polska», i mu wtedy spod nóg tyn stołek zabrali. Jo do dziś słysza tyn chrzęst, wiysz, synek?” – mówi babka do małego Sebastiana, kiedy idą razem na spacer. Sebastian boi się chodzić przez plac, koło topoli, i do domu ze szkoły wraca okrężną drogą, bo się boi duchów.

Sebastian rozłącza się i patrzy na telefon, nie wiedząc, gdzie ma teraz dzwonić. Może po prostu w tej sprawie nie da się nigdzie zadzwonić? Sebastian jest zły, bo normalnie zawsze wie, gdzie dzwonić, lubi mieć poczucie panowania nad wszystkim. Po prostu bierze telefon i wybiera numery, „dzień dobry, tu Kowolik, z apteki, jest taka sprawa”. Nie lubi bezradności w sprawach, które można wziąć we własne ręce. Działanie, przeciwdziałanie, jak w aptece – jest choroba, jest lek. Wystarczy mu, że czuje się bezradny wobec strachu. Teraz stoi z telefonem w ręce, czując się źle. Coraz gorzej. O śmierci nikt nie chce rozmawiać. Sam ostatnio unika przyjaciela, któremu zmarła niedawno siostra. Bo jak tu zagadać w takiej sytuacji. „To już lepiej w ogóle się nie odzywać, no nie, Karolina? No powiedz – lepiej nie sypać soli na rany”. Chciałby, żeby poparła jego tok myślenia, ale Karolina mówi, że w sumie to nie wie, że chyba jednak lepiej zadzwonić, że człowiek potrzebuje rozmowy.

Ale Sebastian tylko wzrusza ramionami i nie dzwoni. A dziś myśli o tym, czemu właściwie nie dzwoni, skoro wszyscy kiedyś umrzemy.

Tej nocy śpi na kanapie, bo Karolina, nie mogąc uspokoić dziecka, zabiera je ze sobą do ich małżeńskiego łóżka.

W nocy budzi się, czerwone cyfry na wyświetlaczu budzika wskazują trzecią piętnaście. Patrzy w sufit, patrzy w okno, nasłuchuje hałasów za oknem, w oddali tłuką się jakieś przejeżdżające samochody. Zamyka oczy i bezskutecznie próbuje zasnąć. Przez głowę przewalają mu się teraz bieżące problemy, rata kredytu za samochód, zapłacić za prąd, nie ma żarówki w kinkiecie w przedpokoju, czy jest zapas mleka w proszku dla Gosi, umowa z hurtownią do podpisania. Płyną myśli przez mózg Sebastiana i zamiast usypiać, coraz bardziej osadzają go w rzeczywistości, nie potrafi odpłynąć w sen, gdy myśli o podatku VAT za ubiegły miesiąc. W ten pochód prozaicznych problemów nagle wciska się, jakby kto włożył nogę między drzwi, twarz starego nauczyciela. „Sebek, musisz mi pomóc” – słyszy Sebastian i już na pewno nie zaśnie. Idzie do kuchni, nalewa sobie wody do kubka i wypija duszkiem.

Kładzie się z powrotem i znów czeka na sen. I nagle przypomina mu się ta scena, jak siedzi na parapecie otwartego okna, ma pięć lat, i patrzy na burzę. Deszcz zacina, huczą grzmoty, a on czeka na piorun. Woda wpada do środka, cała podłoga jest już zupełnie mokra, topią się na deskach kuleczki gradu, a on, łapiąc z trudem powietrze, czeka na piorun. Bo bardzo marzy o tym, by go przeszył. Wierzy, że to mu przyda nadludzkiej mocy. Wyczytał o tym w komiksie. Piorun go nie przeszywa, bo do pokoju wpada matka, ściąga go kompletnie przemoczonego z okna, wlepia mu klapsa i wyciera zalaną podłogę. Sebastian teraz, leżąc na kanapie w salonie i czekając na sen, czuje, że tym razem nie chciał, a piorun i tak go przeszył na wskroś.

Zastanawia się, czemu tak go to uderza, ta wiedza, że tam, gdzie dziś pracuje, było miejsce kaźni. I że w starym ceglanym pawilonie na tyłach szpitala, przerabianym teraz na hotel, umierające dzieci pokładały się na zimnych kamiennych posadzkach. I znów przychodzi nieproszony piorun, przeszywa mu elektrycznym impulsem mózg i rozjaśnia w głowie – bo oto na kamiennej brudnej podłodze leży jego córeczka, w podartym ubranku, krzyczy ze strachu, chłodu i bólu. Nie potrafi jeszcze się sama podnieść i uciec, przekręca się tylko z pleców na brzuch i odwrotnie, ze wzrokiem pełnym zwierzęcego przerażenia, pchana do działania instynktem przeżycia. Chciałby podbiec do niej i wziąć ją na ręce, ogrzać swoim ciałem, oddechem, uspokoić, nakarmić, ale im bardziej chce się zbliżyć, tym ona jest dalej, jakby jakaś tajemna siła odpychała ją w głąb nieskończenie długiego korytarza szpitalnego, który Sebastian tyle razy przemierzał, stukając podeszwami butów o zimne płyty podłogi. Budzi się z krzykiem.

Siódma. I tak trzeba już wstawać. Jest zmęczony i obolały. Za to Małgosia w nocy spała dobrze, Karolina też dopiero co otwarła oczy. „Wyspałam się” – mówi i całuje Sebastiana w policzek. Ma dobry nastrój. Dziewczynka, ubrana w zielone śpioszki, turla się po dywanie. Odkryła właśnie, jak można się przemieszczać – kręci się dookoła własnej osi, leżąc na ziemi, a potem się podnosi i siada. Trzeba już na nią uważać, nie zostawiać samej ani na chwilę. Sebastian bierze ją na ręce i przytula do piersi. Wzdycha i wychodzi do pracy.

Jest przed czasem. Zerka na zegarek i zamiast otworzyć rolety antywłamaniowe, idzie po schodkach na dół i kieruje się w stronę szpitalnej bramy. Czerwone ceglaste mury wznoszą się pośród parkowych drzew. Kompleks szpitalny to piękne stare budynki. Wyrastają na nich smukłe neogotyckie wieżyczki i kopuły, choć trzeba wysiłku, by dostrzec pociemniałe od stuletniego nalotu płaskorzeźby. Zielona winorośl oplata niektóre z nich. Stare drzewa delikatnie się kołyszą na wietrze.

Sebastian idzie ostrożnie przez szpitalny park, stawia kroki uważnie, jakby szedł po lodzie, choć przecież jest pełnia lata. Pod jego stopami łamią się drobne gałązki.

Chodziłem tędy tyle razy – myśli. Ale nigdy dotąd nie patrzył na to miejsce w taki sposób, w jaki patrzył na baraki oświęcimskie na obowiązkowej wycieczce do Auschwitz w ósmej klasie. Doskonale pamięta, jak koleżanka z klasy traci przytomność, bo dostaje ataku paniki, nie może złapać tchu i z powodu hiperwentylacji mdleje. Kiedy uderza głową o ziemię, podnosi się rwetes, a Sebastianowi, choć przecież nigdy nie był z tych wrażliwych, ciarki przechodzą po plecach – bo to pewnie tak było, padali tu, na tę podłogę, jedni po drugich. I teraz, idąc przez szpitalny park w stronę placu budowy, tam gdzie inwestor przerabia jeden z zabytkowych pawilonów na ekskluzywny hotel SPA, Sebastian słyszy ten niepodobny do niczego dźwięk czaszki uderzającej o podłogę. Głuchy i tępy. Wzdryga się.

Stary budynek szpitala, opuszczony i w ruinie, był ulubionym miejscem zabaw chłopców. Gdzie lepiej bawić się w policjantów i złodziei albo w wojnę jak nie tam, wśród odrapanych ścian, popękanych kafli, wybitych okien i schodów trzeszczących pod ciężarem chłopców, gdy zbiegali jak stado koni – Sebastian dobrze pamięta uczucie grozy, jakie budził w nich ten budynek. Przyciągał ich i odpychał. Ruiny mają w sobie dzikość, która wzywa. Ganiali z latarkami po pustych pomieszczeniach, nawoływali się dzikimi wrzaskami, upadali, potykając się o graty leżące na ziemi, wbijali sobie w dłonie drzazgi, przeciskając się przez szpary w pozamykanych drzwiach. Rozszabrowany przez zbieraczy złomu i śmieci budynek był jak skorupa starego żółwia, opuszczona przez właściciela, wydrążona w środku, jak archeologiczne stanowisko, ciekawe dla tych, którzy gotowi są zajrzeć pod warstwę starej zielonej farby olejnej widniejącej na lamperii. Wyobraźnia chłopców, zasilana porcjami filmów i książek, działała najmocniej właśnie tu, w samym sercu umierającego budynku, zabitego dechami i straszącego posępnymi napisami w rodzaju: „Uwaga, grozi zawaleniem”. Oni jednak nigdy się tego nie bali, śmierć była czymś tak abstrakcyjnym i odległym, że aż śmiesznym. Bali się duchów, strzyg, wampirów, zombie z podziemi szpitala, ale nie śmierci. Ta nie istnieje, gdy masz dziesięć lat. Może czasem gdzieś tam cię zahaczy, umrze czyjś dziadek, zdechnie ci chomik schowany za meblościanką, usłyszysz o wypadku komunikacyjnym, ale na Boga, to wciąż wszystko dzieje się poza tobą. Kiedy Sebastian biegał po ruinach szpitalnego budynku, najbardziej bał się, że złapie ich cieć. I nastąpi ostateczny kres zabawy. W końcu resztą ich złapał. Awantura była kosmiczna. Sebastian na wspomnienie tamtych dni uśmiecha się pod nosem. Staje przed dawną ruiną i uważnie się przygląda.

 

Remont jest już wyraźnie na ukończeniu. Zza parkanów okalających to miejsce widać wspaniale odnowiony budynek, robotnicy dopinają wszystko na ostatni guzik. Wygląda to naprawdę imponująco. Solidna mieszczańska niemiecka architektura, jakiej wiele na Śląsku, w rękach stosownych inwestorów odzyskuje swój niezwykły blask. Ach, musiało tu kiedyś być pięknie, zanim pyły ze wszystkich kopalń i elektrociepłowni wżarły się w strukturę kamienia. Ten, kto kupił fragment szpitalnego kompleksu, niewątpliwie ma dobry gust.

Sebastian patrzy, ale widać niewiele, tyle co wystaje zza wysokiego płotu. Kto tu przyjedzie? SPA przy domu wariatów to dopiero wariacki zamysł. Ale z drugiej strony, kto to wie, co jest za płotem? I czy to naprawdę kogokolwiek obchodzi, nawet jeśli wie?

– Dziewczyny, czy wyście słyszały tę historię? – pyta Sebastian swoje pracownice, rozsiadając się z kubkiem kawy na zapleczu apteki, w chwili gdy akurat nikt nie prosi o żadne suplementy diety ani leki na potencję.

Słyszały dwie z trzech, czyli większość.

– To jakim cudem ja nic o tym nie wiem? – Sebastian nie przestaje się dziwić.

– A bo to mało takich historii dookoła. – Kasia wzrusza ramionami. – Wojna jak wojna, mnie to już nic nie zaskoczy, powiem ci. W internecie można sobie poczytać o tym, że dziś dzieją się podobne historie. I co? I nic. Dalej siedzimy tu, na zapleczu apteki, i kiwamy głowami, och tak, to straszne.

– Abstrakcja, Sebek – dodaje Mirka, która też coś wie na ten temat od swojej babci. – To jest dla mnie totalna abstrakcja. Nie będę sobie głowy zaprzątać takimi historiami, skoro na co dzień masz wokół jeszcze gorsze.

Sebastian już się nie odzywa, tylko siorbie kawę, parząc sobie usta. Myśli o Małgosi, jak raczkuje po dywanie, roześmiana i słodka. I czuje, że to wcale nie jest abstrakcja. Sebastian boi się przecież, że wyjmie ze skrzynki, razem z rachunkiem za gaz i reklamą supermarketu Lidl, ulotkę, jak się zachować, gdy przyjdzie wojna. Bo przecież czemu nie? Już takie rozdają w Wilnie.

Na razie jednak dostaje ulotkę reklamującą nowy hotel w mieście. Na zdjęciach wnętrza urządzone w dawnym szpitalnym budynku. Jest elegancko. Tak jak przypuszczał, oglądając budynek z zewnątrz. Nie schlebia nowobogackim gustom. Wszystko urządzone jest ze smakiem, choć łóżka wydają się wąskie. Ceny nie zbijają z nóg, oferta gastronomiczna też jawi się całkiem godnie. Na ścianach stare fotografie i ryciny, z nawiązaniami do długiej historii obiektu. Ale nie do całej. W świecie ulotki reklamowej historia budynku kończy się na roku 1939, a potem znów się zaczyna w 1975. Pomiędzy jest cisza. Ale czy można winić właściciela, że wolałby uniknąć rozgłosu wokół spraw tak nieprzyjemnych? No nie można. No naprawdę nie można. Zresztą może też nie wie. Dziś mało kto coś wie.

Przez kilka kolejnych dni Sebastian stara się dotrzeć do starego nauczyciela. Dzwoni do liceum i pyta o niego, ale mówią mu, że nie mogą pomóc, bo mają sporadyczny kontakt, bo pan Zgierski rozstał się ze szkołą lata temu i nie wraca zbyt chętnie.

– Rozumiem, dziękuję.

Budzi się znowu nad ranem i słyszy hałasy za oknem. Pewnie śmieciarka wczesna albo piekarze. W półśnie zaczyna sobie wyobrażać, że ten hałas to wojsko wroga, które biegnie właśnie jego ulicą, dudniąc ciężkimi butami po asfalcie, wstrzymując ruch i wdzierając się do kolejnych domów. Żołnierze wyciągają z łóżek zaspanych, zlęknionych i bezbronnych ludzi i bez słowa przystawiają im lufy karabinów do głowy. Na oczach mężów gwałcą żony, na oczach rodziców podrzynają gardła dzieciom, ojcom każą spółkować z córkami, matkom brać penisy swoich synów do ust, starcom każą się rozebrać do naga i pędzą ich na ulicę, gdzie ustawiają w szeregu i oddają strzały.

Sebastian poci się w łóżku. Śmieciarka podjeżdża bliżej, a jemu zdaje się, że słyszy już stukot buciorów na schodach, że zaraz załomoczą do drzwi. Słyszy, jak nad miastem przelatują samoloty, niczym niskie czarne chmury, z których spadnie śmiercionośny deszcz. Słyszy huk spadających bomb. Słyszy wycie – sam nie wie, psów czy ludzi. W chwili śmierci pies i człowiek są tym samym. Zdanym na niełaskę zlepkiem komórek, który się boi swego unicestwienia. Nikt nie jest bezpieczny we własnym domu, kiedy przyjdzie wojna, nie zabarykadujesz się przed nią w swoim mieszkaniu kupionym na kredyt trzydziestoletni w szwajcarskiej walucie, zamykanym na zamek Gerda. Żadna antywłamaniowa roleta nie powstrzyma wroga, który zapragnie uczynić z ciebie karaczana niegodnego życia. Nie uciekniesz przed śmiercią, która ma ci zostać zadana tak niespodziewanie i tak niesprawiedliwie! Żydów do stodoły pędzili Niemcy, a może Polacy, a może ostatecznie to bez znaczenia, skoro człowiek zmienia się w garść popiołu, a osmalone kości zostają rozwleczone przez zwierzęta, gdy robota ognia już się kończy. Może to bez znaczenia, czy twoje dziecko, co leżało w kołysce, roztrzaskuje o ścianę ręka esesmana, który wpadł do twojego domu i z mocnym bawarskim akcentem zapowiada ci rychłą śmierć, czy ręka garbatego Władka, syna sąsiadów, który zapisał się do narodowców i nieraz już przeczesywał okolicę w poszukiwaniu śmierci, którą warto by zadać.

Na ileż sposobów można zabić małe dziecko? W głowie Sebastiana przewija się film pełen okrucieństw, małych rączek sztywnych z zimna, nagich ciałek przebitych bagnetem, wzdętych głodem brzuchów, wyhodowanych strasznych chorób, dzieci wyjętych z brzuchów matek – ostry nóż i jedno porządne cięcie.

„I jakie to ma znaczenie, kto tnie ów brzuch. – Patrzy na Sebastiana kobieta, z której brzucha zwisa pępowina. – Jakie to ma dla mnie teraz znaczenie? I dla niego. – Wskazuje ruchem głowy martwe nagie dziecko, leżące w kałuży krwi na jej udach. – Jakie?”.

Co ze mną jest? – myśli Sebastian, budząc się z krzykiem. Otrząsa się, jakby chciał zrzucić z siebie błoto. – Co mnie opętało?

Kiedy Małgosia zaczyna samodzielnie chodzić, upały robią się nie do zniesienia. Dziecko biega w samej pieluszce, wciskając buzię między szczeble balkonowej balustrady.

Dzieci pijaków z naprzeciwka machają do niej.

– Maaałgoś, pódź sam do nos, poszpilómy se w bala!

A ona się cieszy i klaszcze w rączki tak mocno, że aż traci równowagę i opada z ciężkim „bach” na pupę. Pieluszka amortyzuje upadek, dziecko z mozołem się dźwiga i znów zanosi się śmiechem, który brzmi, jakby szklane kuleczki sypano do cynowej misy – dźwięczy perliście.

A czy ty byś poszedł do powstania? – pytają wymierzone w Sebastiana spojrzenia z plakatów, którymi oklejono bodaj wszystkie słupy ogłoszeniowe. Jest w Warszawie, w sierpniu, i chodzi po mieście, w którym by nigdy nie chciał mieszkać. W pociągu Intercity ze stacji Katowice Główne do stacji Warszawa Centralna spotyka chłopaka, który jest całkowicie oszalały. Co okazuje się nie od razu, tylko po pewnym czasie, gdy chłopak, przez nikogo niepytany, zaczyna snuć opowieść – o tym, że mieszka wśród duchów i zjaw. Że mu schody trzeszczą, ściany krwawią, że coś przenika go chłodem tak dotkliwym, że już od miesięcy nie sypia.

– Żydowskie dzieci mnie trzymają za nogawki od piżamy i wołają swoje matki. Ruta i Srulek – mówi, patrząc uważnie na Sebastiana, który woli się nie odzywać do wariata. – Na Muranowie w ścianach domów jest żydowska krew. Każde mieszkanie tam jest przeklęte. Te cegły nasiąknięte są trupim jadem, przeżarte cierpieniem. Pod chodnikami wszędzie są trupy, Warszawa to zjełczałe miasto, toczone przez robaki. To stolica kraju, w którym rządzą nieczyste duchy potępionych, spalonych, wywiezionych – wylicza chłopak, sięgając po butelkę wody mineralnej, którą trzyma na kolanach. – Zaschło mi w gardle – tłumaczy i pije duszkiem, głośno przełykając. – Nie chodzę też do lasu – toczy swą opowieść dalej. – W każdym polskim lesie czai się śmierć – mówi dobitnie. – Te wszystkie malownicze sosenki, te brzózki białe, symbole polskości, te cholerne wierzby nad brzegami polskich rzek, one wszystkie rosną na nawozie ludzkim, na trupie, na wsiąkniętej w piasek krwi. Wejdź do polskiego lasu po zmroku – zwraca się do Sebastiana – i nadstaw uszu. Wycie, usłyszysz wycie, bo one siedzą tam w ziemi i wyją. Do mnie, do ciebie, do siebie.

Sebastian wstaje i idzie do wagonu restauracyjnego. Zamawia herbatę i pierogi ruskie. Kelnerka o niezadowolonym wyrazie twarzy stawia przed nim w końcu talerz. Pierogi są tłuste i obłe, jak wielkie glisty, które wychodzą z ziemi po deszczu. Sebastian stwierdza, że nie ma apetytu, odstawia talerz niezjedzonych pierogów na bok. Pije gorzką herbatę i patrzy na mijane mazowieckie lasy, rosnące wzdłuż Centralnej Magistrali Kolejowej. Chmury nad stolicą przybierają kształt otwartych ust. Zbliżają się do ziemi i plują na wszystko czarnym deszczem.

Sebastian bierze tydzień urlopu i jedzie z rodziną w góry. Zawsze w to samo miejsce, jeszcze jak był dzieckiem. Co roku z rodzicami. Złoty Stok. Pensjonat nad jeziorem, u stóp gór. Chodzi na wycieczki, wożąc maleńką w wózku, Karolina opala się na pomoście i czasem wskakuje do zimnej wody, by się ochłodzić. Dziś przyjechał, żeby zobaczyć zaporę. Był tu już wiele razy. Nie zliczy ile. Fascynuje go ta budowla i przeraża jednocześnie. Spiętrzone wody Soły tworzą jezioro, w którym właśnie kąpie się jego żona. Nie widzi jej stąd, bo dzieli ich kilka kilometrów, które przemierzył samochodem, zaparkowanym teraz na dzikim parkingu pod nieczynną restauracją. Wyjmuje dziecko z fotelika i wkłada półśpiące do wózka. Rusza przed siebie swoją ulubioną trasą – na drugą stronę rzeki, po zaporze, zatrzymując się co rusz, by popatrzeć, jak woda ześlizguje się po gigantycznych zjeżdżalniach. Wieczorami śluzy się otwierają i megalitry wody płyną wzburzone, podnosząc raptownie poziom rzeki. Wyją syreny, ostrzegając wędkarzy stojących w gumiakach na płyciznach. Ci leniwie opuszczają swoje stanowiska łowieckie, nim woda sięgnie im ud. Sebastian, przechodząc przez tę elektrownię wodną, czuje niezmienny lęk i szacunek dla sił przyrody. Ciemna tafla jeziora po jednej stronie, spokojna, choć budząca grozę swoją potęgą, i leniwy nurt rzeki po drugiej. A pomiędzy nimi, jakby siedział okrakiem między żywiołami, Sebastian powoli pchający wózek.

Z zalanej słońcem zapory schodzi na drogę, która skręca w prawo i prowadzi do ośrodków wypoczynkowych. Droga tuż pod północnym stokiem góry Żar, tej samej, na której nie działa podobno grawitacja i przedmioty zamiast w dół, toczą się w górę.

Tak przynajmniej mówią niektórzy. Że tam jest dziwna energia. Odwrotna. Cokolwiek to znaczy. Być może. Przecież ledwie trzydzieści kilometrów stąd zmieniano skutecznie stany skupienia. Ze stałych w gazowe. Z krwi i kości w popiół i pył. Czy miliony dusz uwolnionych z ciał przez ogień nie mogły odwrócić biegu elektronów albo i samej grawitacji? Ojcu Sebastiana, gdy ten jest małym bajtlem w krótkich galotkach, gospodyni pensjonatu pokazuje kiedyś zdjęcie – nad tym samym jeziorem, w którym teraz pływa jego żona, pozują uśmiechnięci młodzi ludzie. W mundurach. Chłopcy i dziewczęta. Stoją na mostku, w piękny letni dzień, gdy nagle rozpętuje się burza, grube krople spadają z nieba, dziewczyny zaczynają krzyczeć, chować głowy w ramionach, kulić się przed deszczem. Fotograf naciska wtedy spust migawki. „I nagle zaczęło padać” – głosi napis na odwrocie zdjęcia. Chłopcy i dziewczyny ze zdjęcia w szampańskich nastrojach biegną, by przeczekać ulewę pod dachem domu wypoczynkowego, który budują dla nich ludzie w pasiastych drelichach. Noszą głazy z kamieniołomu, wydobywają żwir z Ponikiewki, wciągają po zboczu Kotelnicy wielkie drewniane bale, budują drogę, kopią doły. Pracują ciężko, ale praca czyni wolnym.

Ojciec Sebastiana wtedy, widząc zdjęcie, nie dowierza. „Willa Hoessa, willa hossa, no tak się mówi: willa Szarotka, willa Krysia, willa Hoessa? Ale tego Hoessa? To tam? Na końcu drogi? Żartuje pani?”. „Co mam żartować. We wsi ludzie wiedzieli, ale co mieli robić, żyli, jak żyli. Cieszyli się co najwyżej, że jeszcze sami nie noszą tych głazów pod Złoty Stok”.

 

Piękna okolica podoba się przecież wszystkim, i farmaceutom ze Śląska, i esesmanom z Auschwitz. Przecież to też tylko ludzie. Też po robocie chcą mieć fajrant, pojechać gdzieś pooddychać świeżym powietrzem, w którym być może nieco mniej jest popiołu, napić się wina w szwarnym towarzystwie, pośpiewać piosenki przy akordeonie. Młodym się jest raz! A dziewczyny nasze takie piękne, takie mają dołeczki w swych rumianych niczym rajskie jabłuszka policzkach i kręcone loki z rudawymi refleksami, że aż się chce je od razu całować i podawać im do ust soczyste jagody, zebrane w lesie za pensjonatem. Na przyrodę wrażliwi są wszyscy. Jak ma się człowiek nie radować, kiedy dookoła te zielone lasy, te smreczyny bujne na zboczach gór, ta ciemnogranatowa toń jeziora jak oczy najpiękniejszej z dziewcząt w całym naszym komando!

Siadywali sobie na drewnianych barierach mostku nad strumykiem. Dziewczyny piszczały wesoło, ktoś grał na harmoszce. Urlopy brali wszyscy – góry i doły obozowej ekipy. To tu prosty esesman mógł cieszyć się bliską obecnością tych największych.

Razem, ramię w ramię, śpiewali Horst-Wessel-Lied. Podnieście flagi! – nucił Rudolf Hoess, nucił Josef Mengele, nucił Obersturmführer Max Sell. Kto wie, może mieli i piękne te swoje głosy, wyćwiczone w okrzykach i wrzaskach?

Siadywali przy drewnianych ławach i pili, pili, pili na umór, bo jednak nawet nazista czasem się musi zgłuszyć. Zerwać film.

Kto będzie siedział w autokarze koło mnie? – pyta wzrok Marii Mandel, która siedzi na razie sama przy oknie. Wracamy do Auschwitz, trasa taka piękna, popatrzmy wspólnie na te beskidzkie widoki.

A skąd te buty skórzane na jej zgrabnych nóżkach? Skąd ta bielizna, którą chętnie zdarłaby z siebie, gdyby ją tylko o to ktoś poprosił grzecznie: Bitte! Maria, taka dzielna pracownica, oddana służbie Rzeszy. Co dzień staje przy bramie w Birkenau i czeka, kto waży się na nią spojrzeć. A kto się waży, ten idzie do gazu. Nic więc dziwnego, że Maria pragnie czasem odpocząć. Tak się człowiek namęczy, jak musi związywać nogi rodzącym kobietom, żeby nie mogły dzieci wypchnąć na świat. Ile to mocy trzeba w sobie mieć, by tak panować nad życiem i śmiercią. Jakie to wyczerpujące jest, to wiedzą tylko oni. Koło Marii chce siedzieć Irma, ta piękna Irma o złocistych włosach i wielkich oczach. Takiej pięknej nie ma w całym Auszwicu. Jest piękna, nawet kiedy siekierą rozbija ciało więźniarki, tak długo póki nie zostanie z niego mięsna miazga na klepisku.

„I nagle zaczął padać deszcz”, więc wszyscy, w swych odebranych Żydówkom pantoflach i sztywnych mundurach z błyskawicami na kołnierzach, jakby z cukru byli, a nie ze stali, i bali się, że się roztopią, że zmienią swój stan skupienia, biegną wszyscy pędem, z wesołymi okrzykami, z powrotem pod górę, do pensjonatu, gdzie padają na rozłożone na werandzie leżaki i rozkoszują się dalej pięknym dniem urlopu. W rękach trzymają flaszeczki piwa. Och, nierzadko trzeba się uciekać do podstępu, aby przyjechać autokarem do Kotelnicy. Jak dostać trzy dni wolnego? Bez trudu! Już wiemy, już wymyśliliśmy! Najlepiej zapobiec ucieczce z obozu. Można w tym celu zerwać więźniowi czapkę z głowy i rzucić na druty. I kazać mu po nią iść. Jak pójdzie – trzeba zabić. Tym samym zapobiec ucieczce. Tylko tyle, jeden celny strzał, a trzy dni wolnego wśród bujnej zieleni!

Sebastian słyszy kiedyś tę historię, siedząc u taty na kolanach, dorośli gadają, piją wódkę, jedzą ogórki i smalec. Opowieść wpada jednym uchem, drugim wypada, tak jak większość rzeczy, których się dowiadujemy w dzieciństwie. Ot, kolejna historia z wielu historii, które się słyszy. Jak ta o królu, co go myszy zjadły. Jak ta o baranie, co go szewczyk nadział siarką i dał smokowi. Jak ta opowieść babci o powieszonych na topoli harcerzach. Trochę straszne, trochę nieważne. Siedzi gdzieś z tyłu głowy.

Ale za każdym razem, kiedy idzie tuż pod zboczem góry Żar, tej, w której energia płynie ponoć odwrotnie, czuje niepokój. Jednocześnie boi się iść dalej i nie może przestać. Zawsze kiedy mija słup wysokiego napięcia, skąd straszą trupie czaszki i symbole błyskawic, niemal biegnie, byle tylko znaleźć się poza zasięgiem ich wzroku, który na sobie czuje, i złowrogiego brzęczenia trakcji elektrycznej. Co jest takiego w tym wysokim napięciu, że człowieka przechodzą dreszcze? Może to, że syczy jak kobra, ostrzegając przed atakiem. Sebastian przebiega pod słupami trakcji wtedy, kiedy ma lat dziesięć, i wtedy, kiedy przekracza trzydziestkę. Teraz też, pchając przed sobą wózek ze śpiącym dzieckiem, biegnie. Choć wie, że to irracjonalne. Cieszy się, że nikt go nie widzi. Za zakrętem, kiedy już nie widać słupa, zwalnia kroku. Zacieniona droga pachnie wilgocią i mchem. Tu nigdy nie świeci słońce, schowane przez cały dzień za grzbietem góry. Ośrodek wypoczynkowy, zbudowany na północnym zboczu, kryje się w ciągłym cieniu. Ręczniki i prześcieradła nie schną przez całe lato, wczasowiczów z tej strony jeziora można poznać po zapachu wilgoci, jaki przywiera do nich tak skutecznie, że nawet wielokrotne pranie ubrań po powrocie do domu niewiele daje.

Ale Sebastian lubi odwiedzać ten drugi brzeg jeziora. Staje na pomoście i patrzy przed siebie, na żaglówki i windsurferów, na motorówki WOPR-u, na wille i pensjonaty grzejące się w słońcu.

Tego lata pogoda jest wyjątkowo piękna. Od wielu dni nie spadła ani kropla deszczu, jest sucho i powietrze nad asfaltem aż drga. Jezioro przeżywa prawdziwe oblężenie. Wszędzie tłumy, bo oto wreszcie wakacje w Polsce mają sens i nie trzeba lecieć na drugi koniec Europy, by zażyć uczciwej kąpieli słonecznej. Wino pite na tarasie w Międzybrodziu smakuje tak samo jak to pite w Toskanii albo na Krecie.

Lato było piękne tego roku – przypomina sobie Sebastian wiersz, którego musiał się uczyć w szkole, i od razu traci humor. Jak bardzo nie lubi tych historycznych analogii. Bo to tylko się bać. Że historia lubi się powtarzać. Gadanie. Żaden dzień się nie powtórzy. To też przecież poezja.

Wraca z dzieckiem, które już się obudziło i patrzy teraz spokojnie na świat z wysokości wózka spacerowego. Karolina czeka na nich w jadalni pensjonatu. Jutro wracają do domu, lato się kończy, w powietrzu czuć jesień, zwłaszcza wieczorami, gdy trzeba już włożyć polar i grube skarpety, żeby pić wino na tarasie.

Ludzie w okolicy grillują, czarny dym z brykietów spowija wszystko dookoła. Kiełbasy z dyskontów, marynowane łopatki, piersi z kurczaka, wieprzowe polędwiczki skwierczą w żarze, tłuszcz skapuje z nich do ognia, sycząc głośno. Panowie przy grillach pocą się obficie, wydalając z siebie wszystkimi porami alkohol. Kobiety spalone letnim słońcem, czerwone na ramionach, nosach i udach, z czerniakiem pulsującym gdzieś w przepowiedni, popijają beztrosko piwo z sokiem, ich dzieci biegają głośnymi chmarami dookoła. Lato, wakacje, odpoczynek. Leżą na zielonej trawie, w cieniu drzew, które zasadzili więźniowie. Sikają na ziemię, po której chodzili boso w drodze do kamieniołomu. Dzieci usiłują forsować metalowe drzwi, które bronią wejścia do betonowych bunkrów ukrytych pod zboczem góry. Przekazują sobie z ust do ust informacje, że tu straszy nocami i że słychać jęki potępieńcze. Nie mogą potem spać ze zdenerwowania, a ich matki irytują się, bo wolałyby leczyć kaca, niż tulić zalęknione córki i synów do swych poparzonych słońcem ciał. Ziemia się kręci. W kolejnym roku prasa lokalna podaje, że prywatny inwestor zrównał z ziemią esesmańską willę. I dobrze, mówią ludzie, po co komu taka pamiątka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora